Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Sucha biała pora

André Brink
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1989
tłumaczenie: Tomasz Wyżyński

Niedawno pisałam tu o książce świetnej południowoafrykańskiej pisarki Nadine Gordimer, a dziś powieść kolejnego wybitnego pisarza z RPA. I znów dowodząca, jak silnie polityczny ustrój tego kraju odcisnął się na losach zwykłych ludzi, a jednocześnie rzecz uniwersalna i ponadczasowa. Powieść dotykająca odpowiedzialności jednostki za to, czym jest człowieczeństwo.
„Ludzkość. Normalnie oznacza to tyle, co miłosierdzie, współczucie, dobroć, uczciwość. On jest taki ludzki. A może trzeba poszukać zupełnie innego zestawu synonimów: okrucieństwo, wyzysk, przemoc, bezprawie?”1
Bohater Suchej białej pory dojrzewał pięćdziesiąt lat do zadania sobie tego pytania. Ben du Toit długo wierzył, że społeczeństwo, w którym żyje, opiera się na porządku, logice i sprawiedliwości. Pewnie wierzyłby w to do końca życia, gdyby nie tragiczne wydarzenia, które rozegrały się tuż pod jego bokiem i obok których nie potrafił przejść obojętnie. Zapoczątkowało je zniknięcie nastoletniego Jonathana, syna czarnego woźnego z johannesburskiego liceum, w którym Ben był nauczycielem, aresztowanego podczas zamieszek ulicznych w Soweto. Już wtedy Ben angażuje się w pomoc rodzinie chłopaka, którego znał od dziecka. Po tym, gdy najpierw Jonathan, a później woźny Gordon (który za dużo pytał o śmierć syna) wracają z aresztu w trumnach, Ben wciąż ufa, że sprawa się wyjaśni, a zabójcy zostaną ukarani (bo nie wątpi, że przynajmniej w przypadku Gordona w areszcie doszło do zbrodni i prób jej zatuszowania). Dopiero wyrok sądu pozbawia go złudzeń i sprawia, że du Toit zaczyna rozumieć, iż sam musi dowieść prawdy. To wtedy po raz pierwszy stawia pytanie o zależność między działaniami jednostki a znaczeniem słowa „ludzkość”.
„Jestem Ben du Toit. Jestem t u t a j. Nie ma tu nikogo prócz mnie. Musi więc być coś, co mogę zrobić tylko ja – nie dlatego, że to ważne czy potrzebne, ale dlatego, że mogę to zrobić tylko ja. Powinienem to zrobić, bo jestem Benem du Toitem, bo nikt inny na świecie nie jest Benem du Toitem.”2
Decyzja o kontynuacji prywatnego śledztwa odmieni jego życie i narazi na konsekwencje, przed którymi w totalitarnym systemie nie ochroni go nawet kolor skóry. Czy była słuszna? Na to autor ma odpowiedź. Ale na pytanie o to, czy było warto, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Sucha biała pora ukończona została w 1979 roku. Inspirowana była autentycznymi wydarzeniami, a wiele pojawiających się w niej postaci ma swój pierwowzór i odpowiednik wśród współczesnych autorowi osób, a nawet osobistości życia politycznego. Nic dziwnego, że w ojczyźnie autora od razu znalazła się na indeksie pozycji zakazanych, podobnie zresztą, jak i wcześniejsze książki Brinka. Przewidując jednak taki obrót wydarzeń, postarał się on, aby powieść dotarła do czytelników jeszcze przed zakazem cenzury. Wydał ją w prywatnym wydawnictwie, dzięki czemu pierwszego nakładu władzom już nie udało się skonfiskować. Ostatecznie książkę z indeksu skreślono pod pozorem, że jest tak słaba, iż nie będzie cieszyła się zainteresowaniem. Tymczasem powieść ukazała się w wersji anglojęzycznej w tłumaczeniu autorskim (Brink pisał przeważnie w afrikaans) i rok później przyniosła autorowi prestiżową nagrodę Martina Luthera Kinga.3
 
Od wydania Suchej białej pory minęło więc już kilkadziesiąt lat i sytuacja polityczna w RPA uległa diametralnej zmianie. W dodatku demaskatorska warstwa powieści od początku nie mogła być tak wymowna dla przeciętnego zagranicznego czytelnika, jak w ojczyźnie autora, a dziś tym bardziej polski czytelnik nie rozszyfruje ukrytych pod powieściowymi postaciami znanych publicznie w RPA osób. Jednakże uniwersalne i zawsze aktualne będzie przesłanie powieści zawarte w cytowanych tu już słowach Bena du Toita.

Ta książka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Jedna z dwóch najlepszych, jakie zdarzyło mi się w tym roku przeczytać. Taka, co to porusza sumienie i zmusza do refleksji nad odpowiedzialnością jednostki za moralne oblicze społeczeństwa i ludzkości w ogóle. U nas wydana chyba tylko raz i później nie wznawiana, ale jeśli nie czytaliście, to warto jej poszukać w bibliotekach albo antykwariatach, bo zapewniam, że czas jej poświęcony spożytkujecie lepiej niż na czytanie kolejnego hitu jednego sezonu.


PS. W 1989 roku książka została zekranizowana; Bena du Toita zagrał Donald Sutherland, a występujący w drugoplanowej roli Marlon Brando został za tę rolę nominowany do Oscara, Złotego Globu i BAFTY. 


1Str. 165.
2Str. 166.

3Podaję na podstawie posłowia tłumacza

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Wiedźmy

Helene Uri
Wydawnictwo Pi, Warszawa 2014
tłumaczenie: Anna Marciniakówna
projekt okładki: Artur Gosiewski
e-book


Wiedźmy. Ich organizacyjne stroje – czarne peleryny – były gotowe długo przedtem, zanim kobiety dowiedziały się o swoim istnieniu. Cztery przeciętne przedstawicielki norweskiej klasy średniej, w wieku też średnim (tak koło czterdziestki-pięćdziesiątki) spotykają się na kursie językowym. Nie bardzo do siebie pasują, a mimo to stworzą zgraną drużynę, bo tak im było pisane. Połączył je wspólny cel: zemsta na mężczyznach. Nie na tych, którzy kobiet nienawidzą, nimi niech zajmuje się kto inny. One chcą zająć się ukaraniem mężczyzn za postępki o mniejszej wadze, wymykające się klasyfikacji prawnej, ale nacechowane poczuciem wyższości i pogardą dla kobiet. Każda z nich doświadczyła tej pogardy w różnej postaci, przeważnie lekceważącego traktowania z powodu płci, niezależnie od umiejętności i wiedzy, ale jest wśród nich także ofiara o wiele gorszego postępowania mężczyzny. Postanawiają dać nauczkę swoim gnębicielom, postraszyć ośmieszyć, udowodnić, że są dla nich przynajmniej równorzędnymi przeciwniczkami. I na początku tak jest, ale im głębiej w powieść, tym poważniejsze i dotkliwsze są krzywdy, które wiedźmy postanawiają pomścić.

Na stronie wydawnictwa przeczytałam, że Helene Uri jest nie tylko jedną z najlepiej ocenianych przez norweskich krytyków pisarką, ale także profesorem językoznawstwa, członkinią Norwegian Academy for Language and Literature oraz Norwegian Language Council, oraz że zasiada w jury Nordic Council’s Literature Prize. To dlatego oczekiwałam powieści na poziomie co najmniej literatury środka. 
Okazało się jednak, że Wiedźmy to opowiastka dość naiwna tak pod względem fabuły, jak i stylu. Nawet magia towarzysząca poczynaniom bohaterek jest nieco toporna i nie ma w sobie uroku tajemniczości i klimatu charakteryzujących norweskie powieści obyczajowe. Ot, proste i łatwe w odbiorze, (za)mocno jednoznaczne czytadło na poprawę samopoczucia. Ale jest pewna istotna różnica między książką Helene Uri, a powieściami z innych krajów (w tym polskimi) z tej kategorii. 
 
Różnica zawiera się w tematyce. Mimo, iż nie jestem specjalną znawczynią ani też fanką powieści z kategorii określanej jako literatura kobieca, niemniej jednak przytrafiło mi się kilka takich przeczytać, o innych słyszeć, jeszcze inne – obejrzeć zekranizowane. I w tych co bardziej popularnych widzę wspólny mianownik, pewien schemat. Po rozmaitych perypetiach i zawirowaniach losu główna bohaterka odnajduje szczęście i spełnienie w ramionach właściwego mężczyzny. 
Powieść Helene Uri jest pod tym względem inna. Zakładam, że jest reprezentatywna dla swojego gatunku w Skandynawii, a to oznacza, że tamtejsze czytelniczki oczekują od literatury popularnej innego rodzaju satysfakcji, niż my. Dowodzi, jak mocno zakorzenione jest w nich poczucie równouprawnienia, jak silna jest samoświadomość i potrzeba egzekwowania swoich praw, skoro nawet w prostych, służących rozrywce powieściach finalny sukces bohaterki polega na wywalczeniu równej mężczyźnie pozycji w społeczeństwie, a nie na spotkaniu miłości, jak to ma miejsce u nas. 
Warto sięgnąć po Wiedźmy Helene Uri właśnie dla porównania, jak odmiennie pokazywane są potrzeby kobiet w literaturze kobiecej skandynawskiej i naszej.

niedziela, 24 maja 2015

Ludzie Julya

Nadine Gordimer
Wydawnictwo M, Kraków 2012
tłumaczenie: Dariusz Żukowski
e-book

W RPA dosłużyła się łatki pisarki politycznej. Niektóre z jej książek były tam zakazane, bo Nadine Gordimer w głównej mierze skupiała się na problemach segregacji rasowej oraz na wpływie, jaki segregacja wywiera na życie i psychikę ludzką.
Była przeciwniczką apartheidu, członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego, przyjaciółką Nelsona Mandeli. W 1991 roku, gdy otrzymała Nagrodę Nobla, w jej ojczyźnie pytano, czy to nagroda literacka czy raczej pokojowa. Ona sama sprzeciwiała się jednak klasyfikowaniu jej jako pisarki politycznej, nie uważała się za kogoś mającego polityczny instynkt, twierdziła nawet, że zapewne nie zajmowałaby się problemami społeczno-politycznymi, gdyby nie to, iż przyszło jej żyć w RPA i patrzeć, jak przemożny i namacalny wpływ ma polityka na losy indywidualnych ludzi.
Czytając Ludzi Julya, jedną z jej ważniejszych książek, można przekonać się o prawdziwości tego twierdzenia. Historia rodziny Smalesów, choć osadzona w konkretnych realiach południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej, posiada wymiar uniwersalny. To literatura wykorzystująca polityczne uwarunkowania, ale o wykraczającej poza nie wymowie, poruszająca trudne i delikatne kwestie relacji międzyludzkich, poszanowania dla godności i odmienności innego człowieka. I przede wszystkim uwrażliwiająca na to, że choć różnimy się kulturowo, wyglądem albo statusem społecznym, to wszyscy jednakowo potrzebujemy akceptacji innych i poczucia przynależności do wspólnoty.

Akcja powieści rozgrywa się w RPA pod koniec ubiegłego wieku, gdy apartheid trzymał się jeszcze mocno, ale na skorupie niesprawiedliwego systemu zaczynały się już zarysowywać wyraźne pęknięcia. Rodzina Smalesów – białe małżeństwo z trójką dzieci - chcąc ratować życie podczas powstania, które zaczęło się od zamieszek w Soweto1, przyjmuje propozycję swojego czarnego służącego Julya i chroni się w jego rodzinnej wiosce gdzieś w buszu.
Przez piętnaście lat July był zależny od nich: od pracy, którą mu oferowali i pieniędzy, które płacili. Nagle znaleźli się w zupełnie obcych warunkach bytowych niż te, do których przywykli, co powoduje, że małżonkowie oddalają się od siebie, a raczej tylko uwalnia to, co już między nimi istniało ukryte pod warstwą dobrobytu. W dodatku tracą na rzecz Julya ostatnie atrybuty władzy i uprzywilejowania białych: samochód, pieniądze, wreszcie strzelbę. Raptem narzucone i chronione systemowo role się odwracają, a Smalesowie w szybkim tempie stają się całkowicie zależni od Julya. Dzieci szybko asymilują się do nowych warunków. Co innego dorośli. Teraz są jedynymi białymi w czarnej społeczności, która traktuje ich wprawdzie z szacunkiem, ale też pilnie strzeże granicy między przybyszami a mieszkańcami wioski, torpedując wszelkie próby włączenia się Smalesów w życie społeczności. Najsilniej odczuwa to Maureen Smales, główna obok Julya postać. To między tymi dwojgiem rozgrywa się cała dramaturgia powieści. Maureen nigdy nie uważała się za rasistkę, jako pracodawczyni traktowała Julya przyzwoicie, lepiej niż inni biali swoich czarnych służących. I July odpłaca tym samym; ni mniej, ni więcej, ale okazuje się, że to za mało, aby Maureen mogła odnaleźć się w nowej grupie.

Ludzie Julya to dla mnie powieść o, że tak powiem, „miękkim” rasizmie. Odwrócenie determinowanych systemowo ról społecznych, to kapitalny zabieg autorki, aby pokazać, że rasizm może mieć różne oblicza. Nie musi przybierać postaci nienawiści i pogardy. Może być „tylko” wykluczeniem ze wspólnoty, stwarzaniem dystansu nie do pokonania przy jednoczesnym zachowywaniu pozorów poprawności i poszanowania. Ta książka musi burzyć dobre samopoczucie rodaków Gordimer i nie tylko ich, ale także wszystkich, którzy uważają się za przyzwoitych i poprawnych politycznie, bo nie gardzą drugim człowiekiem ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć, nie myśląc o tym, że izolując się też dyskryminują. I to właśnie przesłanie czyni powieść Nadine Gordimer uniwersalną.


1Autorka nie wskazuje jednoznacznie, kiedy mają miejsce powieściowe wydarzenia, ale biorąc pod uwagę pod uwagę, iż książka napisana została w 1981 roku przypuszczam, że chodzi o zamieszki nazwane później Czarnym Czerwcem, które zaczęły się 16 czerwca 1976 roku od masakry czarnej młodzieży protestującej przeciw wprowadzeniu do szkół obowiązkowej nauki znienawidzonego przez nich języka afrikaans.

wtorek, 9 września 2014

Kukułka

Antonina Kozłowska
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010
projekt okładki: Adam Stach
e-book

Jedno dziecko i dwie matki – która jest tą prawdziwą? Problem stary jak świat, w Biblii już opisany. I gdy wydawało się, że nie potrzeba już mądrości króla Salomona, aby to rozstrzygnąć, bo mamy badania DNA, problem wraca w nowej, zupełnie innej odsłonie. Dzięki postępowi medycyny w dzisiejszych czasach jest możliwe, że kobieta, która jest genetyczną matką wcale nie musi być tą, która dziecko urodzi. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Kukułce Antoniny Kozłowskiej.

Powieść zaczyna się dość dramatycznie. Kobieta rusza w podróż z maleńkim dzieckiem, co samo w sobie nie byłoby oczywiście niczym niepokojącym, gdyby nie to, że od początku wątpimy, czy kobieta jest prawowitą matką maleństwa, choć za takową się uważa. Czytelnik wie, że porwała dziecko i ucieka, aby zaszyć się gdzieś i ukryć. Długo, bo prawie do końca powieści poczekamy na odpowiedź, czy kobietą tą jest Marta, która bardzo chciała zostać matką, lecz nie mogła donosić ciąży, czy może Iwona, która zgodziła się zostać surogatką i urodzić dziecko Marty i Piotra, ale wbrew postanowieniu pokochała je jak matka w chwili, gdy poczuła ruchy płodu. A gdy już się dowiemy, nadal pozostajemy z dylematem, czy prawdziwą, właściwą matką była kobieta z pociągu, czy ta druga. Autorka proponuje wprawdzie odpowiedź, jednak możemy się z nią zgodzić albo nie, możemy też (jak ja) pozostać z nierozstrzygniętym dylematem.

Kukułka zaskoczyła mnie stopniem etycznej złożoności tematu. Wiedziałam, o czym jest, ale spodziewałam się czegoś prostszego w wymowie, jakiegoś czytadła, choćby nawet z nieco wyższej półki, a na pewno nie książki, która skłoni mnie do zastanowienia się nad moralną niejednoznacznością czegoś, co dotychczas uważałam za bezproblemowo dobre osiągnięcie medycyny.
Kozłowska wzięła sobie za temat problem trudny nie tylko prawnie, ale przede wszystkim psychologicznie. Przepisy nie nadążają za możliwościami współczesnej medycyny w tej (i nie tylko) kwestii. Autorka nie pomija całkowicie prawnych aspektów zagadnienia, ale traktuje je drugoplanowo, słusznie skupiając się na ludzkiej psychice. Luki prawne można usunąć, nawet jeśli to niełatwe i dla niektórych spóźnione. Co jednak z emocjami kobiet, jak mają sobie poradzić, gdy w obydwu obudzą się matczyne uczucia, która ma prawo czuć się matką, a która powinna odpuścić, bo przecież nie mogą matkować do spółki. Za każdą z głównych bohaterek stoją argumenty, każda z nich ma swoje racje, żadnej nie można zdecydowanie odmówić prawa do uważania się za tę właściwą matkę. Królu Salomonie, może ty potrafiłbyś to rozstrzygnąć?

Ciekawie zbudowana jest postać Marty. Początkowo wydawała mi się nieco banalna, w pewnych aspektach nadal taka została, ale w ogólnym rozrachunku to osoba złożona i godna uwagi. Dobrze sytuowana żona rozwiedzionego i dzieciatego (z pierwszego związku) mężczyzny ma niemal wszystko: kochającego męża, wysoko opłacaną pracę, mieszkanie na ekskluzywnym osiedlu. Do szczęścia brakuje jej tylko własnego dziecka. Potrzeba ta determinuje całe jej zachowanie, chęć posiadania naturalnego potomka jest u niej tak silna, że gotowa jest na przeciwnej szali położyć wszystko, co ma, nie liczy się dla niej nikt i nic innego. Kozłowska pokazała, jak niemożność spełnienia się w roli, którą Marta uważa za nieodzowny wyznacznik bycia kobietą, doprowadza ją stopniowo do załamania nerwowego.
Przeciwieństwem Marty jest Iwona, samotna matka dwojga udanych dzieciaków, porzucona przez męża, gnieżdżąca się kątem u zrzędliwej matki, borykająca się z finansowymi kłopotami mimo pracy na dwóch etatach. I dotąd wszystko wygląda wiarygodnie, biedna kobieta godzi się urodzić dziecko bogatej, raczej nieprawdopodobne, aby było odwrotnie. Jednak dalej nie wszystkie elementy są już tak oczywiste i gdy wianuszek życzliwych przyjaciółek i sąsiadek otaczał Iwonę, a po drugiej stronie była osamotniona emocjonalnie i nie rozumiana przez nikogo Marta, zaleciało mi trochę schematem, którego nie da się już uzasadnić tym, że prawdziwe życie tak właśnie wygląda. Kładło mi się to trochę cieniem na świetnie pod każdym innym względem stworzonych wizerunkach obu kobiet, ale bez przesady.
Interesujący psychologicznie jest mąż Marty, wspierający ją nie z potrzeby zostania ojcem, ale z miłości do niej i dla uszczęśliwienia jej idący na daleko posunięte kompromisy. 
Najciekawsze jednak wydawały mi się drugo, a nawet trzecioplanowe sylwetki różnych kobiet i ich odmienne podejście do macierzyństwa. Wśród nich są takie, dla których potomstwo jest szczęściem, spełnieniem, sensem życia, ale i takie, które dzieci nie planowały, a matkami zostały z przypadku albo dlatego, że tak wypadało. Istny przegląd wszelkich możliwych powodów, motywów i okoliczności, dla których kobiety mają dzieci, ale i rozmaitych postaw w stosunku do swojego potomstwa. Bardzo mi się ta różnorodność podobała. 
 
Niewątpliwie jednak podstawowym, zasadniczym tematem Kukułki jest próba zwrócenia uwagi na jakże trudną etycznie kwestię, czyje prawo jest silniejsze – matki genetycznej czy zastępczej – i to w pełni autorce się udało. Zjawisko surogatki na razie jest nowe, nie wiemy, jakie jeszcze problemy na tym tle zaistnieją. 
Niedawno czytałam o zastępczej matce z Tajlandii, która wychowuje dziecko z zespołem Downa; urodziła bliźniaki, jednak ich biologiczni rodzice wzięli tylko jedno, wyrzekając się chorego chłopca. A ile jeszcze trudnych scenariuszy napisze życie, tego nie wiemy. 
Wspaniale, że medycyna ciągle rozwija się znajdując rozwiązania ludzkich dramatów, szkoda tylko, że rozwiązując jedne przyczynia się do powstawania innych. Jak choćby tego opisanego w Kukułce, wymyślonego przez autorkę, ale to nie znaczy, że nierealnego.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

niedziela, 20 lipca 2014

Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
projekt okładki Mariusz Filipowicz


Po lekturze tego zbioru wiem już na pewno – lubię opowiadania. Nie wiem jeszcze, czy opowiadania Janusza Rudnickiego lubię jakoś szczególnie, po Śmierci czeskiego psa tak mi się wydaje, ale wolę zostawić sobie furtkę na ewentualny odwrót, bo na razie nie czytałam niczego więcej tego autora (felietony w gazecie przecież się nie liczą w tej lidze). Jeśli jednak inne jego zbiory są na tym samym poziomie, Rudnicki jak nic awansuje na mojego ulubionego (może nawet najulubieńszego) pisarza. Leży mi w tych opowiadaniach wszystko: styl, ogląd świata, swoisty humor i co tam jeszcze chcecie. Oczywiście, jak to ze zbiorami bywa, nie wszystkie zawarte w nim utwory podobały mi się jednakowo, to znaczy jedne podobały się bardzo, inne tylko(?) podobały. Ale nie było ani jednego takiego, które uznałabym za przeciętne, a co dopiero – liche.

Rudnicki buduje swoje opowiadania przy użyciu krótkich, treściwych zdań, zero zbędnych słów, nawet wulgarne (a niemało ich) są jak najbardziej na swoim miejscu, komponują się z literacką frazą, dodają realizmu i dosadności snutym opowieściom. Realizmu w warstwie językowej oczywiście, bo fabuła to przeważnie odrealniona jest przez autora jak najbardziej świadomie i celowo.
Historie, które Rudnicki opisuje, na pozór cudaczne, odjechane, surrealistyczne niektóre, w sumie jednak prawdziwe są aż do bólu. Inspiracją i punktem wyjścia do napisania niektórych opowiadań były (w przypadku Tekstów pierwszych) doniesienia prasowe o faktycznych wydarzeniach albo (w przypadku Tekstów drugich) biografie sławnych ludzi. Wokół rzeczywistych wydarzeń autor buduje swoją fikcję – nie fikcję, bo nawet to co zmyślone, jest prawdziwe. Facet ma niesamowity zmysł obserwacji ludzi i potrafi fenomenalnie ująć w słowa te swoje spostrzeżenia. Kapitalnie wychwytuje i wyciąga na światło dzienne różne cechy, zachowania, nawyki świadczące o człowieku. Takie, nad którymi normalnie się nie zastanawiamy, bo tak już spowszedniały, że nie smucą, nie gorszą, nie zawstydzają, choć powinny. W dodatku Rudnicki potrafił tak to napisać, że wiele scen wydaje się nam przezabawnych, choć przeżywane naprawdę już wcale zabawne nie są. Z powodu groteskowości opowiadanych historii, zawartego w nich purnonsensu w pierwszym odruchu śmiejemy się z bohaterów i spotykających ich sytuacji, ale po chwili pojawia się refleksja: „Z czego się śmiejecie? z siebie samych się śmiejecie!”. Za pozorną błahością nieistotnych migawek z codzienności kryje się głęboka prawda o naturze ludzkiej.

Opowiadania zawarte w zbiorze zostały podzielone na Teksty pierwsze i Teksty drugie. Ale nie podjęłabym się stanowczo określić, jakie było kryterium tego podziału. Statystycznie rzecz ujmując można by uznać, że te pierwsze to historie o Polaku-szaraku na obczyźnie czy w zetknięciu z innymi nacjami, obnażające nasze przywary i kompleksy. Drugie zaś to zmodyfikowane, specyficzne biografie sławnych ludzi, pokazujące, że jak odbrązowić geniusza, jak spojrzeć na niego nie przez pryzmat jego dzieła, ale codziennych uczynków, to niczym nie będzie różnił się od bohaterów z Tekstów pierwszych. Jednak granica między obiema częściami nie przebiega aż tak wyraźnie, w obydwu można wskazać utwory nie przystające do takiej klasyfikacji. A skoro trudno znaleźć wspólne mianowniki dla Tekstów pierwszych i Tekstów drugich, tym bardziej trudno dla całego zbioru. Jest wprawdzie coś, co w moim odczuciu łączy wszystkie opowiadania, a mianowicie jakaś taka samotność, wyobcowanie bohatera, jakby wszyscy oni (bohaterowie) istnieli wśród, ale jednocześnie zupełnie obok innych ludzi. Takie wrażenie miałam, może inni czytelnicy mają zupełnie inne. Mniejsza o to. Ważniejsze dla mnie jest, czy zgodzimy się co do opinii, że Rudnicki jest „najwybitniejszym żyjącym jeszcze pisarzem polskim”, jak to autoironicznie napisał w jednym z opowiadań. On pewnie sobie ironizuje, kryguje się albo prowokuje, ale ja uważam, że to naprawdę świetny pisarz, może faktycznie najlepszy, jakiego obecnie mamy. 

Pozostając w zachwycie nad opowiadaniami ze Śmierci czeskiego psa natrętnie namawiam wszystkich znajomych wokół, żeby ten zbiór przeczytali, bo warto, bo to współczesna polska proza z najwyższej półki. A ja sama zaopatrzyłam się już w dwa inne zbiory opowiadań Janusza Rudnickiego: Mękę kartoflaną i Trzy razy tak

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Matka

Sewer (właśc. Ignacy Maciejowski)
UNIVERSITAS, Kraków 2003
projekt okładki serii Ewa Gray

Kto dziś wie, kim był Sewer i kto jeszcze czytuje jego dzieła? No dobra, ja przeczytałam. Jedno – Matkę. Dzięki temu Wy już nie musicie. Chyba, że że naprawdę nie macie wyjścia, bo do pracy magisterskiej na przykład jest Wam to potrzebne.
.
Powieściopisarz, nowelista, dramaturg i krytyk literacki okresu przejściowego między pozytywizmem a Młodą Polską - Ignacy Maciejowski - dziś jest niemal całkiem zapomniany, jeśli nie liczyć polonistów literackich zawodowców.
Facet tworzył powieści realistyczne o tematyce współczesnej i powieści z kluczem. Do tych drugich zalicza się Matkę, w której pierwowzorem bohaterki była Katarzyna Smaciarzowa, matka Władysława Orkana. Zawarta w książce historia wg zapewnienia samego autora jest opowieścią „prawdziwą, nawet w najdrobniejszych szczegółach”, Powieścią tą Sewer zapewne zamierzał oddać hołd tym wszystkim matkom, które wbrew przeciwnościom, wbrew nastawieniu otoczenia, pchały swoje dzieci do wiedzy. Matkom bowiem, ich zacięciu i wyrzeczeniom, co najmniej połowa (wg szacunków autora) włościańskiej młodzieży w Galicji zawdzięczała wyższe niż elementarne wykształcenie.
Dobrych intencji Sewerowi odmówić nie można, ale wyszło, jak wyszło. Jakby Orkan był takim dobrym synem, jak Katarzyna Smaciarzowa matką, to może doczekałaby się kobiecina lepszego uwiecznienia w literaturze. Ale to nie syn opisał jej poświęcenie, wyrzeczenia i upór, żeby mógł się kształcić. Zrobił to Maciejowski, jego pierwszy literacki opiekun i przyjaciel.

Wzorowana na matce Władysława Orkana Magda Smerczyńska, góralka z Poręby Wielkiej, sama niepiśmienna (choć potrafiąca czytać teksty drukowane), z uporem i poświęceniem dąży do wyedukowania dwóch synów. Sama stara się zebrać niezbędne na to środki, kwoty niebotycznie wysokie nawet na potrzeby kształcenia jednego, a co dopiero dwojga dzieci. Intuicja podpowiada jej, że nie tylko starszy Antoś zasługuje na szansę, bo w młodszym Władku tkwi potencjał i też trzeba pchać go wyżej do szkół. Przeciwko sobie ma męża, księdza i całą wioskową społeczność. O ile ludzie rozumieją i akceptują edukowanie jednego syna z zamiarem wykierowania go na księdza, to jednak dwóch jest już nie do przyjęcia, to już przesada i objaw pychy. Ojciec chłopców choć z oporami, ale na kształcenie jednego się godzi, drugiego jednak upatruje sobie na dziedzica ubożuchnego rodzinnego dorobku, a jednocześnie na opiekuna i zabezpieczenie starości. Ostatecznie jednak ustępuje, trochę z powodu niezłomnej postawy żony, ale bardziej - podstępem wzięty, dzięki czemu nie tylko Antoś, ale i Władek trafia do krakowskiego gimnazjum.
Czas pokazał, po czyjej stronie była racja. Franciszek Ksawery Smaciarz, znany jako Władysław Orkan był jednym ze znaczniejszych twórców literackich, jakich wydało Podhale. Zyskał uznanie także wśród swoich; gdy w rok po śmierci przewożono trumnę z jego ciałem z Krakowa do Zakopanego, pociąg zatrzymywał się ponoć na każdej stacji i całe Podhale żegnało dumaca z Gorców.1

Ale nie o sukcesach literackich Orkana jest powieść Sewera. Ta skupia się na Katarzynie Smaciarzowej (powieściowej Magdzie Smerczyńskiej) i, jak przypuszczam, w założeniu ma być peanem pochwalnym na jej cześć. Wydaje się oczywiste i bezapelacyjne,, że kobieta tak wytrwale dążąca do zapewnienia dzieciom lepszej przyszłości musi być postrzegana jako godna szacunku, najwyższej pochwały i naśladowania. Tymczasem w powieści Sewera Smerczyńska to osoba pyszna, przekonana, że samego Boga ma po swojej stronie i do Najświętszej Panienki się przyrównująca. Bezwzględna w dążeniu do celu, zafiksowana na swojej idei i jej realizacji gotowa podporządkować życie, poświęcić zdrowie swoje i dobro reszty rodziny, nawet w obliczu przedwczesnej śmierci zaharowującego się męża nie zdobywa się na żadną refleksję nad sobą. Doprawdy trzeba mieć „literacki talent”, żeby do postaci teoretycznie podręcznikowo wręcz pozytywnej wzbudzić w czytelniku niechęć i to, jak sądzę, w sposób absolutnie niezamierzony. Nie lepiej poszło Sewerowi z innymi bohaterami pozytywnymi, Antosiem i Władkiem. Całe trio, z ich nieustannym przytulaniem się (na 140 stronach uściskali się chyba z 70 razy), z tym wzajemnym potakiwaniem sobie, zachwytami i cukierkową wręcz dobrocią, jest raczej śmieszne i wkurzające niż godne podziwu. Zamiast pochwały dążenia do zdobycia wykształcenia wyszła parodia.

Jeśli inne utwory Sewera są równie udane i pisane w tym samym stylu, to nie ma co żałować, że Ignacy Maciejowski zniknął w mrokach zapomnienia, a jego twórczość nadaje się dziś co najwyżej do wznowienia w serii Klasyki Mniej Znanej. Po co więc w ogóle to współcześnie wydawać? Może choćby po to, żebyśmy na własne oczy przekonali się, że i takie utwory kiedyś powstawały, ale próbę czasu przetrwały tylko najlepsze, i że nikt nie ukrywa przed nami żadnych arcydzieł rodzimej literatury.

1wg Wikipedii

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

środa, 25 czerwca 2014

Kamienie przodków

Aminatta Forna
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008
tłumaczenie: Ewa Horodyska
projekt graficzny serii: Joanna Szachowska-Tarnowska

Aminatta Forna jest pisarką, dziennikarką, producentką filmów dla BBC, mieszkającą na przemian w Wielkiej Brytanii i Sierra Leone. Doświadczenia zdobyte podczas kręcenia serii filmów o Afryce natchnęły ją do napisania książki o zwykłych afrykańskich kobietach. I tak powstały Kamienie przodków – powieść zbudowana w formie wspomnień i zwierzeń czterech kobiet, które różni wiek, wykształcenie, charakter, nastawienie do życia i to, czego dotąd doświadczyły, czyli prawie wszystko. Łączą je tylko dwie rzeczy: kraj, w którym się urodziły, wyrosły i mieszkają oraz ojciec. Te cztery kobiety to rdzenne Afrykanki, córki jednego mężczyzny i różnych kobiet, czterech z jego jedenastu żon.

Mieszkająca na stale w Europie Abie przyjeżdża do kraju pochodzenia, aby objąć plantację kawy po dziadku. Zostaje powierniczką ciotek dożywających na plantacji swych dni – Asany, Mariamy, Hawy i Serah. Z rozmów, wspomnień, opowieści wyłania się obraz życia zwykłych kobiet, ale też losów rodziny, plantacji i całego kraju.
Opowieści poszczególnych kobiet, zebrane w części o dzieciństwie (Nasiona), młodości (Marzenia), wieku dojrzałym (Sekrety), no i starości wreszcie (Następstwa) składają się na powieść egzotyczną dla nas i pouczającą jednocześnie. Wyłania się z nich zupełnie inny obraz Afrykanek, aniżeli te, do jakich przywykliśmy, tych, jakie można znaleźć w większości książek. Bohaterki powieści Forny różnią się między sobą pod wieloma względami, ale niczym nie różnią się od kobiet na całym świecie. Mają swoje plany, marzenia, tęsknoty, dążą do osiągnięcia szczęścia rozumianego zupełnie inaczej, niż my Europejki to szczęście dla nich widzimy. One wcale nie pragną europejskiego życia. Mariama wyjazd do Londynu przypłaciła ciężką depresją. Nie potrafiła odnaleźć się w świecie, w którym ludzie nie uśmiechają się do siebie, udają, że się nie widzą, pielęgnują swoją obcość – tak postrzegała Anglię. Znacznie młodsza od niej, przebojowa i dobrze wykształcona Serah, choć doskonale dawała sobie radę w naszej kulturze, wróciła do ojczyzny, gdy nadarzyła się okazja, jednak na tyle przesiąknęła już europejskimi obyczajami, że nie była w stanie zaakceptować tradycyjnego modelu rodziny, jaki obowiązywał w ojczyźnie. Przedsiębiorcza Asana, którą matka pozbawiła przywileju pierworództwa na rzecz brata bliźniaka udowodniła, że potrafi wiele znieść, by wiele osiągnąć. No i Hawa, ona też walczyła o swój kawałek szczęścia, ale przegrała. Może dlatego jest taka zgorzkniała, z pretensjami do wszystkich i o wszystko, a może taka się już urodziła, z charakterem osoby wiecznie niezadowolonej.
Wywodzą się z jednego pnia, ale każda jest inna, każda z odmiennym bagażem doświadczeń, innymi oczekiwaniami od życia, innymi ambicjami. A oprócz nich, czterech głównych bohaterek wiele innych kobiet, postaci drugo- i trzecioplanowych. Zadowolonych ze swojego życia albo ciężko przez nie doświadczonych, skarżących się czasami na los, ale nie na miejsce, w którym przyszło im żyć. I przede wszystkim wspierających się w trudnych momentach, trzymających się razem w chwilach ciężkich i w chwilach radosnych. Piękny jest w tej książce obraz kobiecej solidarności.

Binyavanga Wainaina, autor głośnej ostatnio i w Polsce książki wspomnieniowej pt. Kiedyś o tym miejscu napiszę zarzucił (i słusznie), że Afrykę przedstawia się według schematu, zgodnie z którym cały kontynent jest jak jeden kraj ogarnięty wojną, nękany głodem i chorobami, bo takie jest zapotrzebowanie. W dużej mierze ma rację. Ale powieść Aminatty Forny przełamuje ten schemat przynajmniej w sferze postrzegania afrykańskiej kobiety.. Owszem, są tu echa wojny, są niepokoje targające krajem, polityczne zawieruchy niszczycielskie dla spokojnego bytowania maluczkich. Jednak to tylko tło, didaskalia, warunki, w jakich przyszło żyć narratorkom powieści. Za to one same i ich zachowanie, postępowanie, to, na co mogą sobie pozwolić, co mogą osiągnąć, jest zupełnie odmienne od naszego wyobrażenia o życiu kobiet w muzułmańskich krajach Afryki. To daje do myślenia i skłania do gruntownego zrewidowania naszych poglądów. I choćby dlatego bardzo warto sięgnąć po tę powieść.

Jedyne, co można zarzucić Kamieniom przodków, to monotonia stylu, w jakim utrzymana jest narracja. Cztery różne kobiety, cztery zupełne odmienne charaktery, a wszystkie opowieści jakby snute przez tę samą osobę. Po stylu nie poznacie, czyją historię właśnie czytacie. Tu autorka moim zdaniem trochę zawaliła. Ale to naprawdę nic wobec walorów poznawczych, jakie ma ta książka.

Na koniec jeszcze o tytule. Kamienie przodków, kamienie przechowywane przez matkę Mariamy jak relikwia - jej wiara, jej religia. Każdy z nich symbolizuje kogoś, kto już odszedł.
„Przodkowie, tak ich nazywała. (…)
Imiona.
Imię mojej matki. Mojej babki. Mojej prababki i jej matki. Kobiet, które były wcześniej. Które mnie stworzyły. Każdy kamień został wybrany i przekazany córce na pamiątkę. Żeby duchy tych kobiet przywoływano za każdym razem, gdy ktoś dotknie kamienia, ogrzeje go w dłoni i upuści na ziemię, prosząc o pomoc.”1
Matka Mariamy wierzyła w duchy przodków wyobrażone w kamieniach, w pamięć o przeszłości i wskazówki na przyszłość w nich zaklęte. Ojciec Mariamy zniszczył tę religię, gdy przeszedł na islam, zabronił wtedy wyznawania dawnej wiary. Tym samym zniszczył jej matkę. Jednak idea przetrwała, tylko kamienie zastąpione zostały słowem. Opowieści Asany, Mariamy, Hawy i Serah są jak kamienie przekazane kolejnemu pokoleniu uosabianemu przez Abie.


1Str. 78.

http://sylwuch.blogspot.com/p/grunt-to-okadka.html

wtorek, 29 kwietnia 2014

Zło

Jan Guillou
Wydawnictwo W.A,B. Warszawa 2005
tłumaczenie: Anna Marciniakówna

Piętnastoletni Erik zostaje wydalony ze sztokholmskiej szkoły za przemoc fizyczną i przewodzenie złodziejskiej grupie. Opuszcza mury szkolne z wilczym biletem, ścigany słowami dyrektora „Ty jesteś samym złem i takich jak ty trzeba unicestwić!”1. Czy rzeczywiście jest samym złem? Czy taka jest jego natura? A może takim uczyniły go warunki zewnętrzne? Dyrektor nie ma pojęcia o tym, co dla czytelnika nie jest tajemnicą. My od pierwszej strony wiemy, jak wygląda codzienność Erika, od lat systematycznie bitego przez sadystycznego ojca.
„Gdy Erik płakał, a jednocześnie miotał się i próbował unikać ciosów, ojciec podniecał się jeszcze bardziej, bił mocniej i przestawał liczyć razy. Albo przerywał na jakiś czas i rozwlekle tłumaczył, że musi dołożyć jeszcze dziesięć uderzeń, by wzmocnić skuteczność kary.”2
Chłopak nauczył się więc znosić ból, zapanować nad nim. A domowe upokorzenia Erik rekompensował sobie w szkole, gdzie przemoc nauczycieli wobec uczniów i między uczniami była też na porządku dziennym. Wytrzymałość w połączeniu z umiejętnością zadawania ciosów i niepospolitą inteligencją, pozwalającą przewidywać posunięcia przeciwników i obracać je na swoją korzyść, uczyniła z niego niekwestionowanego przywódcę. Ale za tę wysoką pozycję w rówieśniczej grupie przyszło mu zapłacić wyrzuceniem ze szkoły – cenę bardzo wysoką, bo „Ten, kto nie może skończyć liceum, nie będzie też mógł zostać studentem, a ten, kto nie skończy studiów, będzie miał zmarnowane życie.”3
Wtedy z pomocą przyszła mu matka. Dzięki jej staraniom Erik trafił do prywatnej szkoły z internatem w Stjãrnsbergu, sto kilometrów od Sztokholmu. Musiał obiecać, że przez dwa lata, które miał tam spędzić, odbuduje opinię i zdobędzie dość punktów, aby później przyjęto go do publicznego liceum, bo na opłacenie dłuższej edukacji w prywatnej szkole matki nie było stać. A sobie obiecał, że koniec z przemocą, raz na zawsze, że jest teraz nowym, innym Erikiem.

Ekskluzywna placówka w Stjãrnsbergu, w której stawiano na wyniki w nauce i sporcie, gdzie nauczyciele nie stosowali kar cielesnych, a dyscyplinę wśród uczniów utrzymywano poprzez koleżeńskie samowychowanie, zdawała się idealnym miejscem, w którym łatwo przyjdzie dotrzymanie obu obietnic. Szybko jednak okazało się, jak złudne było to pierwsze wrażenie. Owo koleżeńskie samowychowanie okazało się bowiem niczym innym, jak okrutną „falą”, niczym z najgorszych snów rekruta. Pod pozorem dawania przykładu młodszym uczniom przez ich starszych kolegów kryło się znęcanie i upokarzanie słabszych, stokroć gorsze niż w dotychczasowej szkole, bo tolerowane przez kadrę nauczycielską i usankcjonowane przez szkolny regulamin.
Erik staje więc przed dylematem: dotrzymać danych matce i sobie obietnic, czy jeszcze ten jeden, ostatni raz uciec się do użycia przemocy. Ale jeśli złamie postanowienie, czy będzie to naprawdę ostatni raz? A może jak u uzależnionych, zawsze będzie sięgał po tę wymówkę? Pytanie to do końca pozostaje bez odpowiedzi, musimy znaleźć ją sami.

Spodziewałam się, że to będzie dobra książka. Szukałam jej od chwili, gdy (zupełnie przypadkiem) obejrzałam jej ekranizację z 2003 roku - film Mikaela Håfströma pod tym samym tytułem. Jednak książka przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Co decyduje o poziomie powieści? Dlaczego uważamy jakąś książkę za ponadprzeciętną, wartościową a nawet wybitną? Na naszą ocenę bez wątpienia ma wpływ styl literacki, nowatorstwo językowe, odkrywczość w opisywaniu uczuć i zjawisk. Zło nie wyróżnia się pod żadnym z tych względów. Powieść napisana prosto, klasycznie, chronologicznie, bez metafor i ukrytych znaczeń. A i sam temat nie stanowi novum w literaturze, zjawisko przemocy i tak zwanej „fali” w zamkniętych grupach opisywano już wielokrotnie. A jednak powieść Gillou zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Dawno już żadna lektura nie obudziła u mnie takich emocji, nie wciągnęła mnie nie tyle w wir wydarzeń, ile w psychologię opowieści. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że to, z czym walczy Erik, czyli chęć sięgnięcia do przemocy, stało się i moim udziałem, gdy w duchu podżegałam go do złego. Nie ma co się wywnętrzać, co poczułam, gdy uświadomiłam sobie, jak niskie instynkty wzięły nade mną górę. Ale jednocześnie przyszło uznanie dla autora, że potrafił tak pokierować wrażeniami czytelnika, aby ten na własnej skórze doświadczył, z jakim demonem walczy powieściowy bohater. To właśnie jest dla mnie wyznacznikiem dobrej powieści.

O tym, że powieść do łagodnych nie należy, można wnioskować już ze streszczenia. Sporo w niej drastycznych scen bójek, opisów złamanych nosów, sposobów zadawania bólu i poniewierania ludzką godnością. Z tego powodu dla osób wrażliwych Zło może okazać się lekturą trudną do przebrnięcia. 

Czy Guillou mógł sobie te opisy darować? Być może. Nie wykluczone, że dałoby się osiągnąć taki sam efekt za pomocą innych środków wyrazu. Można za to wysnuć przypuszczenie graniczące z pewnością, że przedstawił je w sposób niezakłamany, realny, podobnie jak przemyślenia i dylematy głównego bohatera. Uważa się bowiem powszechnie, a dostępne informacje o życiu autora zdają się to potwierdzać, że Zło ma cechy powieści autobiograficznej. Wprawdzie bardziej zbieżny z losami Jana Guillou jest scenariusz filmowy (choćby dlatego, że w filmie ojciec-sadysta jest ojczymem), ale uznajmy, że pewne rozbieżności to licentia poetica, do której pisarz ma prawo, zwłaszcza że nie on nazywa powieść autobiograficzną.

A skoro już jestem przy filmie, to zachęcam do obejrzenia go, jeżeli nie macie czasu na przeczytanie książki albo jest dla Was niedostępna. Za pierwszym razem wydał mi się na tyle dobry, że, jak już wspomniałam wyżej, skłoniło mnie to do szukania książki. Po lekturze obejrzałam go ponownie, chyba tylko po to, aby się przekonać, że daleko mu do literackiego pierwowzoru. Powieść jest o wiele mocniejsza. Owszem – jest drastyczniejsza, przy niej ekranizacja to opowiastka o urwisach niemalże, ale przy tym jest bogatsza o analizę, czym jest przemoc. Ona „tkwi w głowach ludzi, a nie, jak ci się być może wydaje, w zaciśniętych pięściach”4 I gdy raz po nią sięgniesz, spirala zaczyna się nakręcać, a wtedy trudno uwolnić się z zaklętego kręgu, z pokusy sięgania po nią raz jeszcze, i raz jeszcze...


1Str. 69
2Str. 6
3Str. 70

4Str 147

wtorek, 22 kwietnia 2014

Tajemnica szkoły dla panien

Joanna Szwechłowicz
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014
projekt okładki Paweł Panczakiewicz

Powieści kryminalne, których akcja umiejscowiona zostaje w przeszłości, cieszą się sporą wśród czytelników popularnością. Debiutując warto więc sięgnąć po pewniaka i też zastosować chwyt cofania się w czasie. Pod tym względem Joanna Szwechłowicz nie jest może oryginalna, ale na duży plus trzeba zaliczyć jej, że znalazła bardzo ciekawą lukę czasową, dotychczas jeszcze nie zagospodarowaną w innych powieściach i zabiera czytelnika prawie sto lat wstecz, do roku 1922. Początki odradzającego się po latach zaborów polskiego państwa obserwujemy z perspektywy zwyczajnych mieszkańców prowincjonalnego wielkopolskiego miasteczka. 

Wielka historia i wielkie zbrodnie raczej omijały Mańkowice . Morderstwo zdarzało się w tej mieścinie średnio raz na dziesięć lat, a największą kryminalną aferą jest kradzież cukru z miejscowych zakładów. A zatem gdy znalezione zostają zwłoki szesnastoletniej Marianny – uczennicy z mańkowickiej szkoły dla panien (a właściwie prywatnej szkoły panny Wachowskiej) podkomisarz Hieronim Ratajczak woli upatrywać w tym samobójstwa, aniżeli zbrodni. Tym bardziej, że 
„W małych miejscowościach, nawet przy jakiejś głupiej sprawie, zwykle na koniec się okazuje, że wszyscy są w jakiś sposób zaangażowani w całą historię”, 
więc i ryzyko nadepnięcia na jakiś ważny odcisk jest duże.
Wkrótce jednak odkryte zostają zwłoki drugiej dziewczyny, służącej Ratajczaka. Tym razem ciało powieszone jest głową w dół (a raczej brakiem głowy), przy użyciu takich samych węzłów, jak przy pierwszej nieboszczce. Nie da się więc dłużej wmawiać mańkowickiej rozplotkowanej społeczności, że za tymi zgonami nie stoi morderca. Miejscowa policja dostaje posiłki z Poznania w postaci dwóch typów o niejasnej i nie najlepszej opinii, sięgającej jeszcze czasów pruskiego zaboru, gdy to wiernie służyli ówczesnej władzy. Ci bardziej niż na szukanie mordercy, napaleni są na znalezienie jakiejś politycznej hecy, na przykład utajonego bolszewika. Pod koniec powieści i po paru jeszcze trupach znajdzie się i bolszewik, i morderca, ale większa w tym zasługa Ratajczaka, a jeszcze większa – jego żony, aniżeli poznańskich „speców”.

Nastawiłam się na kryminał, ale Tajemnica szkoły dla panien to raczej powieść historyczno-społeczno-obyczajowa. I gdybym po takową sięgała, pewnie doceniłabym ją bardziej. Jako kryminał niespecjalnie się sprawdza. Miałam wrażenie, że cała kryminalna intryga zepchnięta została na drugi plan, ustępując miejsca opowieści o społecznych stosunkach rządzących prowincjonalną społecznością sprzed wieku. Rozwiązanie proponowane przez autorkę też mnie nie zadowoliło, i to bynajmniej nie dlatego, że zupełnie nie domyślałam się, kto zabijał. Po prostu zbyt mało miejsca poświęcone zostało w tej książce wątkowi i śladom zbrodni, aby jej wyjaśnienie jawiło mi się jako następstwo konsekwentnie i precyzyjnie gromadzonych faktów. 

A może to sceneria powieści tak przyciąga uwagę czytelnika, że przestaje skupiać się na wątku kryminalnym. Kilkunastotysięczne zaledwie Mańkowice autorka zaludniła całą plejadą różnorodnych typów, które posłużyły do ukazania zmian społeczno-obyczajowych towarzyszących zmianom politycznym. Już sam zakład panny Wachowskiej, opisany w pierwszych rozdziałach, jest dość specyficzny, nastawiony na nowoczesne i na wysokim poziomie kształcenie panien. Wątek ten szybko się kończy, niestety – bo chętnie poczytałabym więcej o postępowej szkole dla dziewcząt. Właścicielka musi ją jednak zamknąć, gdy po śmierci Marianny rodzice zabierają stąd swoje pociechy. Nadal jednak śledzimy losy jednej z nauczycielek, wyemancypowanej panny Łucji Kalinowskiej, a dołącza do niej ekscentryczna panna Anna Woźniakówna, dziedziczka najokazalszej w miasteczku kamienicy i wydawczyni „Gońca Mańkowickiego” .  Interesująca jest też postać innego głównego bohatera, podkomisarza Ratajczaka miotającego się między chęcią posiadania świętego spokoju a przyzwoitością nakazującą mu odnalezienie mordercy dziewcząt zbyt mało znaczących w lokalnym środowisku, aby komukolwiek naprawdę zależało na odkryciu prawdy o ich śmierci. 

Ale i wśród postaci drugiego planu roi się od ciekawych bohaterów, mających swoje ciemne i wstydliwe tajemnice. Poczynając od tych bogatych i stanowiących elitę Mańkowic, poprzez średniaków aż po najuboższych. Nie ma tu prawie nikogo, kto nie miałby czegoś do ukrycia, czegoś bardziej lub mniej brzydkiego, bardziej lub mniej niepraworządnego albo niemoralnego, z przeszłości lub teraźniejszości. Jeśli nie czynów, to przynajmniej myśli. Mężczyźni ukrywają swoje brudne tajemnice przed żonami. Kobiety szarpią się między młodą jeszcze modą na emancypację i samodzielność a pragnieniem osiągnięcia tradycyjnej i społecznie szanowanej pozycji pani domu. A te, które już ją osiągnęły, z nudy albo niespełnienia szukają rozrywek nie zawsze godnych statecznych matron, a bywa, że niegodnych nawet zwyczajnie przyzwoitego człowieka. 

A wszystko to na tle rodzącej się młodej polskiej państwowości. W miasteczku wciąż świeża jest pamięć życia w pruskim zaborze, co skłania do porównywania warunków wczoraj i dziś. Pierwsza wojna nie jest tu wspominana, ale echa powstania wielkopolskiego są ciągle żywe i stosunek do powstania, a już tym bardziej udział w nim określa człowieka, tak, jak określa go stosunek do polityki. Powszechna wśród mieszkańców miasteczka jest niechęć do Piłsudskiego, powszechna też do Polaków z innych zaborów. No i oczywiście do socjalistów, bolszewików – tych wszyscy traktują z lękliwą pogardą, no, może z wyjątkiem kilku egzaltowanych panien, co (uwaga, tu może wygadam za dużo) nie pozostanie bez znaczenia dla śledztwa.

I wszystko byłoby z tą książką w porządku, byłabym całkiem usatysfakcjonowana lekturą, gdyby nie przekonanie powzięte po przeczytaniu noty wydawniczdej, że będę miała do czynienia z kryminałem. Byłam nastawiona na powieść znacznie bardziej charakterystyczną dla gatunku, niż ta, którą okazała się Tajemnica szkoły dla panien, co odbiło się negatywnie na odbiorze całości. Ale ktoś, kto woli inaczej ustawione proporcje, zapewne odkryje w debiucie Joanny Szwechłowicz wciągającą lekturę.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...