Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2011

Ja, Phoolan Devi, królowa bandytów


Phoolan Devi
 Wydawnictwo Tenten, Warszawa 1996
334 strony

Ocena 5,5/6

Książka jest autobiografią legendarnej w Indiach postaci, przez jednych uwielbianej i uważanej za wcielenie bogini Durgi, przez innych znienawidzonej za to, co robiła i kim była. A była kimś w rodzaju indyjskiego Janosika, szefową bandy dakoitów (bandytów), łupiła i karała bogatych, a wspomagała biednych i mściła ich krzywdy. 
 
Jej niezwykłe życie spisane zostało w sposób również niezwykły, jak na autobiografię, Phoolan była bowiem niepiśmienna. Opowiedzianą przez nią redaktorce Susannie Lei historię opracowało dwoje pisarzy: Marie Thérèse Cuny i Paul Rambali, a Phoolan wysłuchała zapisu i po naniesieniu poprawek potwierdziła swoim podpisem – jedynym, co potrafiła napisać. Było to w 1995 roku, rok po jej wyjściu z więzienia, w którym spędziła bez wyroku 11 lat. Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziała, co to jest książka, znała tylko Ramajanę i nie wierzyła, że możliwe jest opublikowanie własnej, z jej własnymi słowami i wspomnieniami. Zdecydowała się na to, bo, jak pisze we wstępie:
 "Zbyt dużo legend opowiadano o Phoolan Devi - krwiożerczej, występnej królowej bandytów. Tak wiele kłamstw powiedziano o moim życiu. Ludzie mówili o mnie, a nigdy nie pozwolili mi dojść do głosu. Posługiwali się moją postacią, lecz ukazywali ją w krzywym zwierciadle. (...) Teraz nadeszła moja kolej i to ja będę mówiła. Ta książka, w której zawarte są moje słowa, mówi prawdę o Phoolan Devi. Tylko ja jedna wiem, jakie tortury przeżyłam. Tylko ja wiem, jaką ulgę przynosi odwet..."1
Autobiografia obejmuje okres od najdalszych czasów, do jakich Phoolan zdołała sięgnąć pamięcią do opuszczenia więzienia 21 lutego 1994 roku. Dalszy, tragiczny ciąg dopisało już życie. Początkowo zanosiło się na to, że los wreszcie zaczął się do Phoolan uśmiechać. Pomimo jedenastu lat spędzonych w więzieniu ludzie o niej nie zapomnieli, dwukrotnie w latach 1996 i 1999 była wybrana do indyjskiego parlamentu. Nie zapomnieli jednak i ci, którzy jej nienawidzili. W lipcu 2001 roku została zamordowana przed swoim domem w Delhi, i choć już następnego dnia zamachowiec się przyznał, jako przyczynę podając zemstę za masakrę wioski Bahmai, dokonaną przez bandę pod jej przywództwem, policja uważała, że prawdziwy motyw mógł być polityczny, jednak do dziś nie został odkryty.

*

Uwaga: wydzieliłam gwiazdkami streszczenie całej książki. Myślę, że nie zdradzam w nim istotnych zwrotów akcji, bo przecież o Phoolan Devi można przeczytać choćby w wikipedii, jednak dla osób, które chciałyby zasiąść do lektury nie wiedząc, jak potoczyły się losy autorki, streszczenie może zawierać spoilery.


Phoolan urodziła się prawdopodobnie w sierpniu-wrześniu 1963 roku, w rodzinie należącej do podkasty mallachów - rolników i rybaków, jednej z niższych w najniższej kaście śiudrów. Mieszkali w ubogiej hinduskiej wiosce Gurha Ka Purwa. Ojcu należała się w spadku część rodzinnej ziemi, ale został oszukany przez przyrodniego brata i nie dostał nic, więc utrzymywali się uprawy poletka odsłanianego na kilka miesięcy w roku przez wysychające wody Jamuny. 
 
W Indiach córka to nieszczęście dla rodziny, żeby wydać ją za mąż, trzeba dać rodzinie męża posag, a rodzice Phoolan mieli aż cztery córki i tylko jednego syna. Dodatkowo dziewczynka od początku odznaczająca się wyjątkowo niepokorną naturą, wciąż ściągała kłopoty na siebie i całą rodzinę. Zapożyczając się więc na posag rodzice wydali ją za mąż za trzydziestosześcioletniego wdowca Putti Lala, gdy miała jedenaście lat. Takie rzeczy się zdarzały, ale wtedy zwyczajowo dziewczynki po ślubie zostawały w domu rodzinnym do dojrzałości. Jednak ją mąż zabrał od razu. Biedne dziecko, które nie wiedziało nawet, na czym polega pożycie małżeńskie, było gwałcone, głodzone i zmuszane do ciężkiej pracy. Po kilku tygodniach ojciec ją zabrał, jednak nie na zawsze. Po ukończeniu trzynastu lat, gdy dojrzała, musiała wrócić do męża. Ten miał już jednak kobietę i dziecko. Znów była bita i głodzona, dopóki mąż nie odesłał jej do rodziców, tym razem dobrowolnie, nie mogąc okiełzać jej buntowniczego charakteru. 
 
Wyrzucenie przez męża to wg tamtejszych zwyczajów straszny wstyd i upokorzenie. Dla społeczności w rodzinnej wiosce stała się nikim, dziewczyną, którą każdy może bić i wykorzystywać. Ojciec, cichy i pokorny, pogodzony z losem biedak, nie potrafił jej obronić. Pewnej nocy do domu wdarło się dwóch czy trzech mężczyzn i zgwałcili ją przy rodzicach. Sytuacja zaczęła się powtarzać, przychodzili gromadnie, zwłaszcza thakurowie, stojący w hierarchii kastowej znacznie wyżej niż mallahowie, stąd jej późniejsza nienawiść do ludzi z tej kasty. 
 
Bicie biednych przez bogatych było w tym społeczeństwie normą, gwałty też nie należały do rzadkości, tyle, że ofiary nikomu się nie skarżyły, a zgwałcone kobiety starały się ukryć to, co je spotkało. Jednak nie Phoolan, bierne poddanie się losowi nie leżało w jej naturze. Szukała pomocy wszędzie, u wioskowej rady, na policji, u kuzynów. Nie tylko nikt nie przyszedł z pomocą, ale jej położenie jeszcze się pogorszyło, bo swoimi skargami złamała tabu, przyniosła hańbę całej wiosce. Doszło do tego, że jako wyrzutkowi zakazano jej nawet czerpania wody ze wspólnej studni. Wieś chciała się jej pozbyć, zwłaszcza Majadin - syn stryja, który po jego śmierci objął zagrabioną ojcu Phoolan ziemię. Spreparowano oskarżenie o kradzież i dziewczyna wraz z ojcem trafili do aresztu. Tam, za namową szwagra Majadina, przez trzy dni była torturowana i bestialsko gwałcona. Postawiona przed sądem, ze strachu przyznała się do nie popełnionego przestępstwa, do bycia dakoitem, co nawet sędziemu wydało się nieprawdopodobne. Po kilku dniach wyszła za kaucją, ale wieś nadal jej nie chciała. Majadin namówił bandytów, żeby ją porwali. Tak trafiła do prawdziwych dakoitów i spotkała Wikrama, jedynego mężczyznę, który się nią zaopiekował i o nią troszczył. 
 
Wraz z bandą Wikrama brała udział w napadach na wioski w całym stanie Uttar Pradeś. Rabowali bogatych, przeważnie thakurów. Przy pomocy bandytów Phoolan zemściła się też na swoich dręczycielach – Putti Lalu, Majadinie i jego szwagrze. Była teraz kobietą szefa bandy, tęskniła jednak za normalnym życiem, chciała mieć dom, męża, dzieci. nie było jej to dane. Dakoici żyli w dżungli, w żadnym miejscu, w żadnej wiosce nie zatrzymywali się dłużej niż na kilka dni. Ciągle uciekali przed policyjnymi obławami, ciągle w niebezpieczeństwie. Jednak to nie policja w końcu ich rozbiła, ale thakur Śri Ram, szef konkurencyjnej bandy. Wikrama zabił podstępnie, ją pojmał i nagą obwoził po okolicznych wsiach, torturując i gwałcąc, i namawiając mieszkańców wiosek, aby robili to samo. Jednak teraz nie była to już dawna Phoolan, bezbronna dziewczynka samotnie przeciwstawiająca się niesprawiedliwości. Teraz była sławna i miała swoich zwolenników, jeden z nich zorganizował ucieczkę, za co zapłacił okrutną śmiercią.

Phoolan udało się zbiec, zebrała własną bandę i stanęła na jej czele. Pod jej przywództwem dakoici napadali na bogatych, a zrabowane pieniądze Phoolan rozdawała ubogim na jedzenie, na posag dla córek. Szczególnie zawzięta była na gwałcicieli, mężczyźni, na których usłyszała skargi o gwałt, byli kastrowani. To przysparzało jej sławy i uwielbienia wśród mallachów, ale im bardziej rosła jej legenda, tym usilniej policja starała się ująć „królową bandytów”. Zwłaszcza masakra we wsi Bahmai zmobilizowała policyjne wysiłki. 
 
Bahmai, to wioska thakurów, jedna z tych, po których Śri Ram obwoził ją nagą i torturowaną, gdzie była bita i gwałcona. Dakoici Phoolan napadli na wioskę i zabili 22 mężczyzn. Takiej rzezi nie było nigdy wcześniej, banda w zasadzie nie zabijała podczas swoich akcji. Tym razem było inaczej, Phoolan zrozumiała, że tego jej nie darują, uciekła do sąsiedniego stanu.

Jakiś czas jeszcze się ukrywała, jeszcze robiła napady. Jednak ze wszystkich stron naciskano na nią, żeby się poddała, nawet wspólnicy namawiali do tego, wiedząc, że kapitulacja legendarnej „królowej bandytów” również im pozwoli uzyskać lepsze warunki w negocjacjach z władzami. Zresztą ona sama nie widziała już możliwości, żeby dalej tak żyć, chciała wrócić do normalności, przestać ukrywać się w dżungli jak dzikie zwierzę. Ustalono warunki kapitulacji, w tym długość kary: osiem lat w więzieniu dla mężczyzn, razem z ludźmi z jej bandy. 12 lutego 1983 roku złożyła broń na ręce premiera rządu stanu Madhja Pradeś, bojąc się, że w Uttar Pradeś zabiją ją nawet, gdy się podda, Jej podejrzenia nie były bezpodstawne. Już po kapitulacji, w drodze do więzienia, próbowano dokonać zamachu na jej życie. 
 
Warunki w więzieniu były straszne, a Phoolan pokazywano za pieniądze, jako atrakcję turystyczną. Poprawa nastąpiła wraz z przeniesieniem do więzienia w Delhi, do którego trafiła, gdy trzeba było operować jej wrzód żołądka. 
 
Wyszła na wolność po jedenastu latach, gdy rząd stanowy Uttar Pradeś wycofał zarzuty. Za swoją bandycką przeszłość nigdy nie była sądzona.

*

Autobiografia Phoolan Devi była w Europie bestsellerem, w Polsce nie zyskała chyba jednak wielkiej poczytności, a szkoda, bo książka jest naprawdę świetna, nieporównywalna z niczym innym. Zwłaszcza pierwsza połowa, w której autorka opowiada swoje losy przed dołączeniem do dakoitów. To wstrząsające świadectwo opresyjnych stosunków społecznych panujących na indyjskiej wsi, gdzie nikt nie przestrzega prawa stanowionego, a ochrona policyjna jest tylko dla bogatych. Pozostali muszą poddać się ustalonym zwyczajom i panującej hierarchii kastowej, zaś wszelkie próby buntu przeciw temu są karane i potępiane przez całą społeczność. Jest to też opis dramatycznych warunków, w jakich żyją Hindusi na wsiach, bo choć wspomnienia Phoolan są sprzed kilkudziesięciu lat, nic nie wskazuje na to, aby do dzisiejszych czasów zaszła jakaś znacząca poprawa.  
Nędzna wegetacja, pozwalająca tylko na przeżycie, stałe uczucie głodu i strachu przed pobiciem przez „lepszych” od siebie, wyzysk i odmowa zapłaty za pracę są nadal udziałem milionów Hindusów, a sytuacja kobiet jest gorsza nawet niż w społecznościach muzułmańskich. Jak w pewnym momencie mówi Phoolan, źle jest urodzić się w biednej rodzinie, w niskiej kaście, ale jeszcze gorzej urodzić się kobietą. Pytana kiedyś, czy chciałaby odrodzić się, jako Phoolan Devi, odpowiedziała, że wolałaby już być zwierzęciem, przynajmniej miałaby godność. W tym życiu walczyła właśnie o to, żeby żyć godnie i nigdy nie mogła pogodzić się z z zależnością od urodzonych w wyższej kaście i od mężczyzn, za co przyszło jej zapłacić życiem, jakiego za nic nie chciałaby przeżyć ponownie.

Każdy, kogo interesują Indie, kto chciałby zrozumieć żyjących tam ludzi, powinien sięgnąć po autobiografię Phoolan Devi, właśnie ze względu na pochodzenie autorki, gwarantujące prawdziwość opisu praw rządzących życiem najuboższych warstw społeczeństwa hinduskiego, jakiej nie znajdzie się chyba nigdzie indziej. Niezwykłość książki polega przede wszystkim na tym, że została napisana nie przez kogoś z zewnątrz, nie przez jakiegoś wykształconego obserwatora, ale przez osobę stojącą najniżej na tej społecznej drabinie. Czy obraz polskiej dziewiętnastowiecznej wsi byłby taki sam, jak u Reymonta, gdyby Chłopów (skądinąd doskonałą powieść) napisała żyjąca tam wieśniaczka? A takie właśnie porównanie można zrobić między autobiografią Phoolan a wszystkim innym, co powstało na temat życia ubogich Hindusów. 
Wprawdzie w drugiej połowie książki, tam, gdzie Phoolan opisuje swoje bandyckie wyczyny, z wiarygodnością jest już gorzej, jednak trzeba to tłumaczyć naturalną u każdego chęcią pokazania się w lepszym świetle. Zresztą jej legenda jako ujmującej się za biedakami „królowej bandytów” świadczy, że banda Phoolan nie była może tak szlachetna, jak to wynika z książki, ale i tak była pewnie lepsza niż inne, które grasowały na tamtych terenach.

Bardzo długa ta notka wyszła, ale na koniec muszę jeszcze wspomnieć o dwojgu pisarzach, którzy opracowali opowieść Phoolan, bo naprawdę należy im się uznanie za sposób, w jaki to zrobili, z poszanowaniem dla głównej bohaterki i tego, co wycierpiała. A ponadto zapewne ich zasługą jest, że książka ma poziom całkiem niezłej literatury, co jest raczej rzadkością w tego typu wspomnieniowych pozycjach prostych ludzi.

W Polsce autobiografia wydana została w 1996 roku i chyba nie była od tego czasu wznawiana, może więc być trudno osiągalna. Warto jednak zadać sobie nieco trudu, aby ją zdobyć, zwłaszcza, jeśli ktoś interesuje się Indiami nie tylko ze względu na zabytki i egzotykę, ale chciałby dowiedzieć się czegoś o życiu codziennym Hindusów. Ja miałam ją z biblioteki, dla Łodzian dodam, że z filii nr 4 Biblioteki Rejonowej na Widzewie.

1s. 9.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Uśmiechy Bombaju

Jaume Sanllorente
Świat Książki, Warszawa 2010
189 stron

Ocena 5/6

Gdyby dziesięć lat temu ktoś powiedział Jaumemu Sanllorente, jak potoczy się jego życie, pewnie obśmiałby się z niedowierzaniem. Ten trzydziestopięcioletni dziś Hiszpan był wówczas dziennikarzem w czasopiśmie ekonomicznym, a w weekendy dorabiał w jednej z najlepszych restauracji w Barcelonie. Ale widocznie co innego było mu przeznaczone. W 2004 roku założył fundację „Uśmiechy Bombaju” zajmującą się hinduskimi dziećmi, osieroconymi albo z ubogich rodzin, i prowadzi ją do dziś. W książce, której dał tytuł od nazwy swojej fundacji, opisuje, jak doszło do tego niezwykłego zwrotu w jego życiu. Tym bardziej niespodziewanego, że lubił swoje dotychczasowe życie i nie zamierzał go zmieniać. 
 
Przypadek sprawił, że na cel swoich długo odkładanych wakacji wybrał Indie: pojechał zwiedzić Delhi, Dżajpur, Agrę i Waranasi. Początkowo ten kraj go przerażał, ci otaczający go wszędzie żebracy, setki półnagich dzieci, bawiących się odpadkami, masy bezpańskich psów. W Nepalu spotkał się z założycielką organizacji pomocowej, ratującej dziewczynki przed prostytucją. To było jego pierwsze zetknięcie się z organizacją charytatywną i wywołało wyrzuty sumienia, że tak długo pozostawał obojętny na ludzką niedolę. 
 
Po powrocie Indie nie dawały mu spokoju, po kilku miesiącach znów pojechał, tym razem do Bombaju. Zaczął odwiedzać dzielnice slamsów, do których nie zapuszczają się nie tylko turyści, ale nie chcą tam jeździć nawet taksówkarze. Opisy tego, co zobaczył, są po prostu wstrząsające, szokujące dla nas Europejczyków. I ogarnęło go, jak pisze: „dziwne poczucie odpowiedzialności za całą tę nędzę, na którą tak niewiele mogłem poradzić”1. Ostatniego dnia przed wyjazdem postanowił jeszcze odwiedzić jakiś sierociniec, żeby później, w Hiszpanii, napisać artykuł i przynajmniej w ten sposób spróbować pomóc. Los chciał, że trafiło na sierociniec, któremu grodziła likwidacja. Wtedy podjął decyzję, że musi te dzieciaki uratować przed powrotem na ulicę i do bombajskich burdeli. 
 
Niesamowite, że dwudziestoośmioletni facet postanowił w jednej chwili rzucić całe swoje dotychczasowe wygodne życie, sprzedać wszystko, co miał, znaleźć sponsorów i zarejestrować fundację. Wszystko działo się w zawrotnym tempie, pod presją czasu, bo każdy dzień przybliżał dzieciaki z sierocińca do ponownej bezdomności. Ale udało się, fundacja okazała się większym sukcesem, niż początkowo planował, nie tylko rozbudowała sierociniec, ale założyła i prowadzi szkoły dla dzieci z ubogich rodzin. Jaume przeniósł się do Indii na stałe i osobiście na miejscu zajął się działalnością organizacji. Zapłatą są dla niego uśmiechy dzieci.

Nie obyło się oczywiście bez problemów, czy to ze strony władz, czy to przestępców czerpiących dochody z dziecięcej prostytucji, ale też ze strony miejscowej społeczności i nauczycieli.
W książce są momenty i dramatyczne i wzruszające i zabawne. Czyta się ją świetnie. Nie jest to może wielka literatura, ale wszystkie braki wynagradza wielkie serce autora. Teraz, gdy wiele mówi się o rozmaitych wypaczeniach towarzyszących działalności charytatywnej (weźmy choćby głośną ostatnio książkę Lindy Polman Karawana kryzysu), warto przeczytać Uśmiechy Bombaju, bo naprawdę krzepią i przywracają nadwątloną wiarę w ludzką bezinteresowność. Zresztą autor musi być świadomy owych opinii na temat organizacji dobroczynnych, bo nie raz podkreśla i kładzie nacisk na transparentność działań, dokumentów i rachunków fundacji, ale również na przejrzystość swojego własnego postępowania, aby uniknąć podejrzeń o jakieś inne intencje niż tylko pomoc dzieciom. Z tego, na co trafiłam w internecie, również wynika, że fundacja „Uśmiechy Bombaju” prowadzona jest wzorcowo, z dbałością o minimalizowanie kosztów własnych, tak aby jak najwięcej środków pozyskiwanych od sponsorów przeznaczać na podstawowe cele. 
 
Polecam gorąco „Uśmiechy Bombaju”, bo od tej lektury aż się cieplej robi na sercu, że są jeszcze tacy ludzie jak Jaume Sanllorente.

1s. 41.

środa, 30 listopada 2011

Gdy nie nadejdzie jutro

Paweł Skawiński
Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2011
219 stron

Ocena 5/6

Reportaże Pawła Skawińskiego to druga książka w serii Lektury reportera, co powinno być dobrą rekomendacją dla pozycji z kategorii literaturę faktu. W przypadku tej książki rekomendacja jest w pełni uzasadniona. 
 
Jest tak, jak obiecał wydawca na okładce: reportaże Skawińskiego nie mają nic wspólnego z pocztówką z egzotycznej wyprawy ani z kolorowymi folderami, są za to „skromni bohaterowie, którzy mimo wielu przeszkód uparcie walczą o lepszy świat wokół siebie.”1 
Jeśli szukacie czegoś w rodzaju lekko strawnego przewodnika po Indiach, to nie ta książka. To nie obraz widziany oczami turysty. Skawiński opisuje Indie i Nepal z zupełnie innej strony. Pokazuje to, co w naszym pojęciu nędzne, brudne, podłe lub okrutne, ale nie chodzi bynajmniej o epatowanie czytelnika obrazami niewyobrażalnej biedy ani scenami upokarzania słabszych, choć w każdym z reportaży jest o przemocy, o różnych odmianach nadużywania przewagi silniejszych nad słabszymi. Skawiński szuka odpowiedzi na pytanie, czy i jak można ten stan rzeczy zmienić. 
 
Zaczęło się od tego, że przyjechawszy do Indii, zobaczył to, co rzuca się w oczy każdemu przybyszowi z zewnątrz: nędzarzy żyjących na ulicach, brud i tłumy żebraków. A że pojechał tam na dłużej i w innym zgoła charakterze niż turystyczny, z czasem zaczął odkrywać stan rzeczy, o którym przeciętny urlopowy przybysz nigdy się nie dowie. Nie opowiadają o tym przewodnicy, nie „chwalą się” tym przed obcymi media. Wiedza zawarta w książce pochodzi z długich podróży autora do indyjskich miast, wiosek, Kaszmiru i Nepalu. Jednak same podróże to nie wszystko, potrzeba było czegoś jeszcze – pozyskania zaufania ludzi, którzy zechcieli opowiedzieć mu o prawdziwym obliczu tego kraju i wprowadzić go w świat niedostępny obcym. Beznich nie poznałby tych wszystkich historii. 
 
A historie są przeróżne. O Andżu, czternastolatce wyrwanej ze slumsów Kamathipury - największej w Bombaju dzielnicy prostytucji. O kobietach z pozakastowej warstwy społecznej niedotykalnych, które utrzymują siebie i rodziny ze zbierania i segregacji śmieci. O okupacyjnej polityce Indii wobec ludności Kaszmiru i bezwzględności władzy w stosunku do własnych obywateli w obliczu konfliktu interesów ekonomicznych. O tym, dlaczego Arundhati Roy została indyjskim wrogiem nr 1 i o nepalskim święcie ku czci bogini Gadhimai, podczas którego składana jest największa na świecie krwawa ofiara ze zwierząt. Jest jeszcze wiele innych, z których wyłania się prawdziwy obraz współczesnego Nepalu i Indii, pełen tlących się ognisk zapalnych. I nie wiadomo, które i kiedy zapłonie pierwsze, a że zapłonie, to wydaje się być tylko kwestią czasu, jeśli nic się nie zmieni na lepsze. Wydawać by się mogło, że ci wszyscy na różne sposoby upodlani ludzi z pokorą znoszą swój los, ale to nieprawda. Biedni zaczynają się buntować, z północy na południe przecina Indie czerwony korytarz, w którym coraz większy posłuch zdobywa maoistowska partyzantka i kontroluje już administrację w kilkunastu dystryktach, a działa w stu osiemdziesięciu. Kaszmirczycy domagają się niepodległości, protesty się nasilają i przybierają formę siłową, są reakcją na okupację i represje, „W Kaszmirze mówią, że doszli już do ściany.”2. Wybuchają krwawe zamieszki na tle religijnym.

Rząd Indii woli problemy ukrywać, zamiast szukać rozwiązań: „Nie stać nas na państwo socjalne, jest nas za dużo"3. W Nepalu podobnie. Na ulicach dzieci walczą o resztki z bezpańskimi psami. Organizacje pozarządowe krajowe i zagraniczne próbują coś zmieniać, ale to kropla w morzu potrzeb, brakuje ludzi i pieniędzy, a najbardziej, jak się wydaje, brakuje przychylności zarówno rządów, jak i bogatszych warstw społecznych. Na przeszkodzie stoją powszechna korupcja i zakorzeniona głęboko tradycja, której strzegą ci, co na niej korzystają.  
Konflikt między klasą średnią a resztą społeczeństwa się zaostrza. Wygląda na to, że tylko przemocą, drastycznymi krokami można w Indiach osiągnąć swój cel i obie strony – społeczeństwo i rząd – stosują tę taktykę.
Demokracja w Indiach jest zagrożona. Podtrzymują ją jeszcze aktywiści, którzy codziennie walczą z systemem od środka. W burdelach Kamathipury, w slumsach Pune, w organizacjach praw obywatelskich i człowieka. Ci ludzie zmagają się z wielką skorumpowaną machiną, siecią niewidzialnych powiązań. Społeczeństwo obywatelskie istnieje w Indiach, mocno się rozwija i odnotowuje spore sukcesy.4.
Te słowa z epilogu wskazują, że pomimo tytułu, pod jakim wydano zbiór, Skawiński widzi nadzieję dla przyszłości indyjskiego społeczeństwa na pokojowe rozwiązanie problemów, że dla niego szklanka jest do połowy pełna. Dla mnie niestety, po przeczytaniu wszystkich reportaży, jest od połowy pusta. Zachęcam wszystkich do poznania Indii od tej strony, od której ukazuje je Skawiński i do wyrobienia sobie własnego poglądu. Zwłaszcza, że jak twierdzi autor:
Los Indii nie powinien być nam, Europejczykom, obojętny. XXI wiek to stulecie Azji. Sposób postrzegania świata przez Chińczyków i Hindusów wpłynie na nasze życie. Azjaci za jakiś czas zaczną rządzić naszym globem, całkiem możliwe, że mają własne pomysły na nowy porządek na świecie. Ich dziedzictwo i kultura są starsze od naszych. Dlatego warto się im bliżej przyjrzeć.”5

1Z okładki
2s. 122.
3s. 97.
4s. 210.
5s. 211.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Moja indyjska trylogia

Rozkład jazdy na dworcu Wiktorii w Bombaju

Ten post poprzedza notki o trzech książkach dotyczących Indii. A żeby nie powtarzać w każdej własnych odczuć na temat kraju, nie wplatać tam dygresji na temat tego, co sama widziałam i czułam, będąc w 2010 roku w tym kraju, krótko wprawdzie, minimalnie, mikroskopijnie, ale wystarczająco, żeby zobaczyć ogrom kontrastów między pięknem zabytków i bogactwem centrów handlowych a oceanem ludzkiej nędzy i niedoli,postanowiłam opisać to na wstępie.
Tadż Mahal


Indie to kraj największych chyba kontrastów na świecie, przynajmniej żaden inny porównywalny nie przychodzi mi w tej chwili na myśl. Obraz, jaki wywozi stamtąd turysta, bo piękno zabytków, bogactwo centrów handlowych i wszechobecna nędza mieszkańców ulicy. I choć w życiu nie widziałam piękniejszej budowli niż Tadż Mahal, to jednak gdy myślę o Indiach, w pierwszej kolejności pamięć podsuwa mi dwa zupełnie inne, symboliczne wręcz obrazy. Jeden to sklecone z dykty i blachy falistej baraki oparte o siatkę ogradzającą pole golfowe. Drugi to droga z hotelu do domu towarowego prowadząca obok uliczki, na której wysokimi na metr „ścianami” ze szmat wygrodzone były „mieszkania” bez dachów - skrawki chodnika zajęte przez rodziny najuboższych mieszkańców Bombaju. To nie wyjątek, ale norma. 

 Wszyscy słyszeli o slumsach, są w każdym chyba indyjskim mieście, a w Bombaju największe, nie tylko w Indiach, lecz w całej Azji i jedne z trzech największych na świecie (obok brazylijskiego Rio de Janeiro i przedmieść Johannesburga w RPA). Nie wiem, jak Wam, ale mnie wcześniej wydawało się, że za mieszkanie w tych budach nie trzeba płacić, że mieszkańcy sami je sobie sklecili z materiałów, które gdzieś znaleźli. Jednak to było kolejne błędne wyobrażenie mieszkanki bogatej Europy. Nasza przewodniczka po Bombaju zabrała nas do slumsów. Nie do któregoś z tych wielkich „kompleksów” baraków, bo tam turystów się nie prowadzi. Zresztą nie prowadzi się do żadnych, ci lepiej sytuowani Indusi wstydzą się i nie chcą obnosić się z nędzą swoich rodaków. Rama zrobiła jednak wyjątek i poszliśmy na uliczkę, na której w rzędzie przycupnęło kilkanaście piętrowych baraków, dość przyzwoitych, jak na tamtejsze warunki, bo jest prąd, na końcu uliczki stoi budynek sanitarny z bieżącą wodą. Nasza wizyta była pewnie taką samą atrakcją dla nas, jak dla mieszkańców. Otoczyły nas dzieciaki, ale i dorośli, otwarci, chętni do rozmowy. Opowiadali o tym, jak żyją, wpuszczali do środka. Czynsz za taki barak to 2 tysiące rupii, dla porównania jeden z lokatorów mówił, że jako kelner zarabia 5 tysięcy (coś około 300 złotych). A gdzie mieszkają ci, których na czynsz nie stać? 
 
Tak mieszkają ludzie, których nie stać na lokum w barakach
Myślałam, że nie ma nic gorszego od mieszkania w slumsach. Do czasu, aż na własne oczy zobaczyłam, w jakich warunkach żyją ci, których nie stać na czynsz za barak w slumsach. Dopóki nie zobaczyłam ludzi mieszkających na gołej ziemi, wszędzie, gdzie się da, na rondzie, na pasie dzielącym dwa przeciwne pasma jezdni. Gdy nad ranem wyjeżdżaliśmy na lotnisko, autokar dosłownie o kilkanaście centymetrów mijał śpiących ludzi. Wyjeżdżałam nie rozumiejąc, jak można tolerować taką nędzę w kraju, który jest największą demokracją na świecie, jednym z azjatyckich tygrysów, który ma więcej multimilionerów niż Francja i Wlk Brytania razem wzięte. Czy oni nie mają wyobraźni? Ileż to ludowych rewolucji miało swoją pożywkę na podłych warunkach życia mas. Na razie ubodzy akceptują swój los. Może to kwestia religii, może powszechnego, choć zabronionego prawnie systemu kastowego. Mieszkańcy slumsów z namiętnością oglądają bollywoodzkie produkcje i żyją marzeniami, że ich życie zmieni się jak w filmie. Ale czym żyją ci z ulicy? Nie mają telewizorów, więc skąd mieliby czerpać natchnienie do marzeń. Dlaczego oni się nie buntują? Dziś już częściowo znam odpowiedź.

 *

W Podróżach z Herodotem Kapuściński opisał, jak po powrocie z Indii wiele czytał na temat tego kraju, chcąc zrozumieć i poznać to, czego nie rozumiał i nie zauważył będąc tam. Cytowałam już ten fragment, więc nie będę się powtarzać, może tylko to, że z każdym przeczytanym tytułem odbywał jak gdyby nową podróż, przypominając sobie miejsca, w których był i odkrywając nowy sens w tym, co wydawało mu się już znane. Może się to odnosić do każdej podróży, zbieżność, że są to Indie, jest całkiem przypadkowa. Choć może nie do końca. W Indiach jest coś magicznego. Wiele razy spotkałam się z opinią ludzi, którzy stamtąd wrócili, że nigdy więcej Indii, a po jakimś czasie zaczyna ich znów tam ciągnąć. Też tak czuję, wyjeżdżałam z ulgą, pragnąc uciec od wszechobecnych tłumów, brudu, upału, a teraz, po prawie dwóch latach mam wielki niedosyt i chciałabym znów tam pojechać. Ale na razie to niemożliwe, została mi więc tylko podróż po kartach książek. Upatrzyłam sobie więc kilka tytułów i zaczęłam polowanie. Przypadek zrządził, że trafiłam aż trzy pod rząd.
Na indyjskim weselu

I tak się akurat złożyło, że wszystkie trzy układają się w pewien cykl. Łączący je motyw, to konieczność poprawy losu milionów Indusów, żyjących w nędzy i upodleniu, ukazany jednak w każdej książce inaczej, przez pryzmat wiedzy i doświadczeń autorów, ludzi różniących się od siebie zupełnie, ale mających cechę wspólną – wrażliwych na niesprawiedliwość i nie godzących się na nią. Pierwsza książka autorstwa Pawła Skawińskiego, jest jego debiutem. Skawiński kilka miesięcy był w Indiach na stażu, jeździł też po kraju, był w Nepalu i w Kaszmirze, nawiązał różne znajomości i napisał zbiór reportaży wydany pod wspólnym tytułem jednego z nich – Gdy nie nadejdzie jutro. Druga, to Uśmiechy Bombaju Jaumiego Sanllorente, młodego Hiszpana, który podczas wakacji w Indiach tak przejął się losem sierot, że przeniósł się tam na stałe i od kilku lat prowadzi fundację zajmującą się sierocińcem i edukacją dzieci ze slumsów. Trzecia, to Ja, Phoolan Devi, królowa bandytów. Jest to nietypowa autobiografia Induski pochodzącej z najniższej kasty, która w buncie przeciw nieustannie dotykającej ja niesprawiedliwości przystała do bandytów. Po odbyciu kary dwukrotnie została wybrana do parlamentu indyjskiego. Autorka jest analfabetką, a książka powstała w ten sposób, że dwoje pisarzy spisało jej opowieść, a ona wysłuchawszy zapisu i naniósłszy poprawki na każdej stronie złożyła podpis – jedyne, co umiała napisać. Autobiografia została napisana w latach 1994-95, po jej wyjściu z wiezienia. W 2001 roku Phoolan Devi została zamordowana. 
Dwie pierwsze książki już przeczytałam, okazały się idealnie trafioną lekturą, przyniosły częściowo przynajmniej odpowiedź, na pytanie, dlaczego nikt w Indiach nic nie robi z powszechną nędzą większości obywateli. Owszem - robi, tylko, że to wciąż kropla w morzu potrzeb. Owszem – ludzie się buntują, tylko że te bunty ukrywa się nawet przed własną opinią publiczną, a co dopiero mówić o światowej. Można się jednak o tym dowiedzieć z książek takich, jak te dwie wyżej wymienione. Ale o tym w następnym poście.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...