sobota, 7 stycznia 2012

Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych

Liao Yiwu
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
374 strony

Ocena 6/6

Bardzo żałuję, że dopiero teraz przeczytałam tę książkę, bo kilka miesięcy temu Liao Yiwu był w Polsce, we Wrzeniu Świata i gdybym wówczas była już po lekturze jego reportaży, pewnie pojechałabym na spotkanie z czytelnikami. Książka jest rewelacyjna, a jej autor wydaje się bardzo interesującą osobą.

Liao Yiwu jeszcze do niedawna mieszkał w Chinach. W latach osiemdziesiątych był jednym z najpopularniejszych młodych chińskich poetów, później jego twórczość uznana została za antykomunistyczną, a gdy po wydarzeniach na placu Tian'anmen stworzył poemat Masakra, wtrącono go na cztery lata do więzienia. Po wyjściu na wolność nie mógł wrócić już do dawnego życia, nie miał już rodziny, przyjaciół ani meldunku w mieście (co było równoznaczne z brakiem pracy). Został ulicznym grajkiem, ale nadal tworzył poezję i nie tylko. Wtedy właśnie zaczęły powstawać wywiady z ludźmi z najniższych warstw społecznych. Autor nie spisywał ich oczywiście metodą tradycyjną, czyli nagrywając i notując, tak się po prostu nie dało. Wielogodzinne rozmowy, rozłożone czasem na kilka spotkań, Liao zapamiętywał, by potem zredagować je własnymi słowami, nadając przy tym literacką formę. Zbiór wydany został pierwotnie na Tajwanie. Przetłumaczona na angielski i dalej na inne języki (zgodnie z decyzją autora, aby do tłumaczeń korzystać z przekładu angielskiego, dostosowanego do odbioru przez czytelnika z zachodu) książka przyniosła Liao Yiwu wiele prestiżowych nagród. W Chinach jest zakazana, a jej autor był represjonowany zarówno za twórczość, jak i za kontakty z Zachodem. W 2011 przedostał się przez Wietnam i Polskę do Berlina, gdzie obecnie mieszka.

Prowadzący umarłych to zbiór 28 wywiadów przeprowadzonych z rozmaitymi ludźmi z najniższych szczebli chińskiej drabiny społecznej.
Ci ludzie to kanciarze i leserzy, wyrzutki społeczne i uliczni grajkowie, renegaci i kaleki, specjaliści od ludzkich odchodów i spece od niszczenia innych, artyści i szamani, oszuści, nawet kanibale – a każdy z nich mówi o swoim kraju uczciwiej niż oficjalne sprawozdania z życia w Chinach, które państwo wydaje w imieniu „ludu”.”1
Nie wszyscy bohaterowie wywiadów, to margines społeczny, ale łączy ich na pewno to, że w ogólnym rozrachunku ich życie okazało się przegrane. Jedni już z racji urodzenia skazani byli na ciężką dolę, inni mieli szansę na sukces w komunistycznej hierarchii, kroczyli jedyną słuszną ścieżką wytyczoną przez partię, ale świadomie lub zrządzeniem losu skręcili z tej drogi, niszcząc przyszłość swoją, a czasami całej rodziny. Ich losy uświadamiają, jak niepewna jest przyszłość, zwłaszcza w świecie targanym dziejowymi zawieruchami, i jak niewiele trzeba, żeby koło fortuny obróciło się o 180 stopni. Ale to tak na marginesie, bo nie to jest w końcu najważniejsze w Prowadzącym umarłych.
Pekin
Szanghaj
i po drodze między nimi
Tym, co stanowi o wartości książki Liao Yiwu, jest ukazanie niedawnej burzliwej historii i współczesności Chin przez pryzmat pojedynczych, indywidualnych ludzkich losów. Poznajemy historie tak różnych ludzi, jak to tylko możliwe. Wśród rozmówców autora jest handlarz ludźmi i wyznawczyni z sekty Falun Gong, są rodzice studenta zabitego w czasie tępienia prodemokratycznych demonstracji w Pekinie w 1989 roku i jest chłopski cesarz, prawicowiec, właściciel ziemski i kierownik komitetu sąsiedzkiego, uliczny śpiewak i chłop okrzyknięty niesłusznie hieną cmentarną, i wielu, wielu innych. Wspominają, co im się przydarzyło, jak doszło do tego, że znaleźli się w życiowym punkcie, w którym spotkał ich Liao. Dzięki nim powszechnie znane wydarzenia historyczne stają się czytelnikowi bliższe, przystępniejsze, jak zawsze, gdy zamiast o anonimowej masie mowa jest o konkretnych osobach, mających imiona i uczucia. A Liao Yiwu pozwala im mówić to, co chcą, z lekka tylko pilnując, żeby opowieści nie odbiegły zbytnio od głównego nurtu w poboczne dywagacje. W tych wywiadach do głosu dochodzą ludzie, którym komunistyczne władze nie tylko nie pozwalają mówić, ale nawet wolałyby nie pamiętać i nie wiedzieć, że i tacy w chińskim społeczeństwie istnieją.

 Wszystkie zawarte w zbiorze wywiady są interesujące, wciągające, niesamowite po prostu. Odsłaniają przed zachodnim czytelnikiem nieznany, czasami nieakceptowalny świat odmiennych obyczajów, zaskakujących wyborów, niepojętego zaślepienia maoistowską ideą.
Najwięcej dały mi jednak te, w których losy bohaterów silniej splatały się z wydarzeniami politycznymi i kultem Mao. Od kiedy zaczęłam interesować się niedawną przeszłością Chin, czułam pewien niedosyt, brakowało mi tego, co znalazłam teraz w historiach rozmówców Liao Yiwu, czyli co czuli i jak myśleli zwykli ludzie wtedy, gdy w ich kraju działy się te wszystkie straszne rzeczy. Czy rozumieli nonsensowność Wielkiego Skoku Naprzód, gdzie upatrywali prawdziwe przyczyny wielkiego głodu i jak mogli dopuścić do koszmaru rewolucji kulturalnej. Jaki udział mieli we wprowadzeniu przez Mao i utrzymywaniu całe lata rządów totalitarnych, bo przecież nie jest to możliwe z dnia na dzień i bez poparcia szerokich mas społecznych.
I w Prowadzącym umarłych znalazłam przynajmniej częściowo odpowiedź. Oni naprawdę wierzyli, że postępują dobrze i słusznie. Niektórzy przejrzeli na oczy, gdy represje, które stosowali wobec „kontrrewolucjonistów”, obróciły się raptem przeciw nim samym i okrzyknięto ich prawicowcami i wrogami rewolucji, inni wierzyli nadal w słuszność idei Mao w myśl zasady, ze system jest słuszny, tylko ludzie zawiedli,. Jeszcze inni nigdy nie przyznali, że są sprawcami cudzych krzywd, opowiadając bezosobowo o katach z czasów rewolucji kulturalnej, jakby ich udział w polowaniach na intelektualistów i w niszczeniu całego kulturalnego dorobku narodu był usprawiedliwiony i rozgrzeszony, bo przecież nie działali sami, tylko w tłumie, w grupie.
plac Tian'anmen
Prowadzący umarłych to książka, którą powinien poznać każdy, kto interesuje się współczesnymi Chinami, a już na pewno ten, kogo ciekawi codzienne życie prostych ludzi w kraju zupełnie odmiennym od naszego. To kopalnia informacji na temat chińskich obyczajów, mentalności, sposobu myślenia, a jednocześnie wstrząsające świadectwo, co totalitarny ustrój potrafi zrobić z człowiekiem, jak może go zniszczyć, jak upodlić. To wiedza, której nie zdobędziecie w żaden inny sposób, nawet będąc w tym kraju.

Obecnie Chiny otworzyły się trochę na świat, ale daleko im jeszcze do prawdziwej demokracji i poszanowania praw człowieka. Dorównywanie standardom zachodnim najlepiej idzie im w dziedzinie rozwarstwienia sytuacji majątkowej społeczeństwa, co jest o tyle kuriozalne, że kraj nadal jest podobno komunistyczny, a wiara w Mao ciągle żywa. Byłam w Chinach trzy lata temu na wycieczce, pierwszej na Daleki Wschód (zdjęcia w tym poście i w recenzji nt. Cesarzowej pochodzą z tej podróży). Nawet w Pekinie na każdym kroku widać różnice w statusie materialnym mieszkańców, a co dopiero w prowincjonalnych mieścinach (czyli takich 4-milionowych :) ).
Szklane drapacze chmur sąsiadują z garażami, w których Chińczycy mają warsztaciki i sklepiki, będące jednocześnie ich mieszkaniami. W Szanghaju z głównej handlowej ulicy z firmowymi sklepami, w których na nic nie było mnie stać (za to młodych i modnych Chińczyków owszem tak), wystarczyło skręcić w bok albo w bramę, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, właśnie wśród takich małych rodzinnych biznesików, gdzie na sznurkach nad wejściem suszyło się pranie i wietrzyła pościel. Już sam strój przechodniów mijanych na ulicach świadczył, że nie wszyscy równo konsumują finansowy sukces chińskiej gospodarki. Niezapomnianych wrażeń w kwestii różnic majątkowych chińskich obywateli dostarczyła też podróż koleją, już samo dojście na dworzec odbyło się przez szpaler w tłumie koczującym przed dworcem, bo ich do środka wpuszczano kilka minut przed odjazdem pociągu; wybrańcy finansowego losu (w tym nasza wycieczka) dostali w poczekalni oddzielny przestronny pokój z wyściełanymi fotelami i telewizorem. Później mijaliśmy pociągi szczelnie wypchane podróżnymi, jak puszki sardynkami. My podróżowaliśmy kuszetkami, a z nami zamożni członkowie społeczeństwa, które ponad pięćdziesiąt lat wykrwawiało się w imię tego, aby wszyscy jego obywatele byli równi. Z równości nic nie wyszło, ale powszechna inwigilacja wybroniła się chyba przed przemianami. Cudzoziemcy nadal nie mogą jeździć po Chinach, gdzie chcą, samochodów prowadzić im nie wolno, a wycieczki poruszają się po trasach ustalonych przez chińskie biura podróży, albo wcale. Z reportaży Liao Yiwu wynika, ze nadal obowiązuje meldunek i bez niego nie ma ani legalnej pracy, ani szkoły dla dzieci, ani ubezpieczenia.
ćwiczenia tai chi w miejskim  parku
Jednak ludzie wydali mi się nadzwyczaj przyjaźni, otwarci i uprzejmi, zupełnie inni, niż ci, których opisał Ryszard Kapuściński w Podróżach z Herodotem, z nieprzeniknionymi twarzami przemykających ukradkiem ulicami i schodzących z drogi cudzoziemcowi. Teraz ludzie sami nas zaczepiali, robili zdjęcia, jedni ukradkiem, inni bardziej śmiali prosili o pozowanie (też robiłam za zakopiańskiego miśka, a mój mąż i dwóch innych równie dużych i postawnych panów non stop byli ustawiani do zdjęcia z młodymi Chinkami). Wszędzie, gdzie się znaleźliśmy, przyjmowano nas z uśmiechem i życzliwie, i mimo bariery językowej wszyscy starali się być pomocni. Ale o tym, co w kraju jest złe, co wymaga zmian, nikt nie mówił. I wcale niekoniecznie dlatego, że się bali, myślę, że po prostu nie chcieli narzekać na swoją ojczyznę, niezależnie od tego, jaka jest. To bardzo dumny naród i naprawdę chce jak najlepiej zaprezentować się przed obcymi.

Myślę, że obcokrajowiec nie zdobyłby ani jednego takiego wywiadu, z jakich składa się zbiór Liao Yiwu. I tym bardziej wartościowa i godna polecenia wydaje i się jego książka. Przeczytajcie koniecznie.

1Ze wstępu tłumacza na angielski Wena Huanga – s. 9.

10 komentarzy:

  1. Czytałam na początku roku podobną ksiażkę tylko o Indiach, ta jest już zakolejkowana. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mocną wydaje się nam europejczyka zbiór tych wywiadów, ale wolę już prawdę,niż prze kolorowane,propagandowe książki :)
    Na pewno znajdzie się na mojej liście :)

    OdpowiedzUsuń
  3. i ja chcę to przeczytać - świetna notka!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zazdroszczę Ci strasznie Tych Twoich podróży :) Recenzja jak zwykle genialna i zachęcająca. Książkę mam już od dawna na oku, tylko Chiny nie pojawiały się w moich czytelniczych zainteresowaniach. Ale historia samego autora jest tak fascynująca, że z pewnością "Prowadzący umarłych" to będzie mój kolejny zakup :)
    Jak zwykle czuję się przez Ciebie zachęcona :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiście książka koniecznie do przeczytania i od kilku miesięcy u mnie na półce. Czyli wszystko zgodnie z zasadą - lekturę domowych rzeczy/zbiorów odkładam na później ;)
    Więcej o Wielkim Skoku znajdziesz w książce „Lekcje chińskiego. Dzieci rewolucji kulturowej i dzisiejsze Chiny” John Pomfreta. Bardzo dobry tekst. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się, że Was zachęciłam, bo książka na pewno warta jest przeczytania, a jakoś tak cicho było o niej na blogach.

    Isabelle
    Tej wycieczki do Chin sama sobie zazdroszczę, bo już jest za mną niestety, a nie przed. A to była chyba podróż życia. Trzymam kciuki, żeby Tobie spełniły się podróżnicze marzenia.

    the_book
    "Lekcje chińskiego" ja z kolei mam na liście od dawna, wprawdzie nie na półce, ale już namierzyłam, w której z moich bibliotek jest. Zdaje się, że w 2011 była nominowana do nagrody Kapuścińskiego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzę, że książka będzie dobra dlatego wpisuję ją na listę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Marzy mi się podróż do Szanghaju. Ale zanim tam dotrę (kiedyś tam) chętnie przeczytam "Prowadząc umarłych".

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak, rewelacyjna książka. Obowiązkowa.
    Świetne zdjęcia xD

    Pozdrawiam!^^

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...