Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lipca 2014

Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
projekt okładki Mariusz Filipowicz


Po lekturze tego zbioru wiem już na pewno – lubię opowiadania. Nie wiem jeszcze, czy opowiadania Janusza Rudnickiego lubię jakoś szczególnie, po Śmierci czeskiego psa tak mi się wydaje, ale wolę zostawić sobie furtkę na ewentualny odwrót, bo na razie nie czytałam niczego więcej tego autora (felietony w gazecie przecież się nie liczą w tej lidze). Jeśli jednak inne jego zbiory są na tym samym poziomie, Rudnicki jak nic awansuje na mojego ulubionego (może nawet najulubieńszego) pisarza. Leży mi w tych opowiadaniach wszystko: styl, ogląd świata, swoisty humor i co tam jeszcze chcecie. Oczywiście, jak to ze zbiorami bywa, nie wszystkie zawarte w nim utwory podobały mi się jednakowo, to znaczy jedne podobały się bardzo, inne tylko(?) podobały. Ale nie było ani jednego takiego, które uznałabym za przeciętne, a co dopiero – liche.

Rudnicki buduje swoje opowiadania przy użyciu krótkich, treściwych zdań, zero zbędnych słów, nawet wulgarne (a niemało ich) są jak najbardziej na swoim miejscu, komponują się z literacką frazą, dodają realizmu i dosadności snutym opowieściom. Realizmu w warstwie językowej oczywiście, bo fabuła to przeważnie odrealniona jest przez autora jak najbardziej świadomie i celowo.
Historie, które Rudnicki opisuje, na pozór cudaczne, odjechane, surrealistyczne niektóre, w sumie jednak prawdziwe są aż do bólu. Inspiracją i punktem wyjścia do napisania niektórych opowiadań były (w przypadku Tekstów pierwszych) doniesienia prasowe o faktycznych wydarzeniach albo (w przypadku Tekstów drugich) biografie sławnych ludzi. Wokół rzeczywistych wydarzeń autor buduje swoją fikcję – nie fikcję, bo nawet to co zmyślone, jest prawdziwe. Facet ma niesamowity zmysł obserwacji ludzi i potrafi fenomenalnie ująć w słowa te swoje spostrzeżenia. Kapitalnie wychwytuje i wyciąga na światło dzienne różne cechy, zachowania, nawyki świadczące o człowieku. Takie, nad którymi normalnie się nie zastanawiamy, bo tak już spowszedniały, że nie smucą, nie gorszą, nie zawstydzają, choć powinny. W dodatku Rudnicki potrafił tak to napisać, że wiele scen wydaje się nam przezabawnych, choć przeżywane naprawdę już wcale zabawne nie są. Z powodu groteskowości opowiadanych historii, zawartego w nich purnonsensu w pierwszym odruchu śmiejemy się z bohaterów i spotykających ich sytuacji, ale po chwili pojawia się refleksja: „Z czego się śmiejecie? z siebie samych się śmiejecie!”. Za pozorną błahością nieistotnych migawek z codzienności kryje się głęboka prawda o naturze ludzkiej.

Opowiadania zawarte w zbiorze zostały podzielone na Teksty pierwsze i Teksty drugie. Ale nie podjęłabym się stanowczo określić, jakie było kryterium tego podziału. Statystycznie rzecz ujmując można by uznać, że te pierwsze to historie o Polaku-szaraku na obczyźnie czy w zetknięciu z innymi nacjami, obnażające nasze przywary i kompleksy. Drugie zaś to zmodyfikowane, specyficzne biografie sławnych ludzi, pokazujące, że jak odbrązowić geniusza, jak spojrzeć na niego nie przez pryzmat jego dzieła, ale codziennych uczynków, to niczym nie będzie różnił się od bohaterów z Tekstów pierwszych. Jednak granica między obiema częściami nie przebiega aż tak wyraźnie, w obydwu można wskazać utwory nie przystające do takiej klasyfikacji. A skoro trudno znaleźć wspólne mianowniki dla Tekstów pierwszych i Tekstów drugich, tym bardziej trudno dla całego zbioru. Jest wprawdzie coś, co w moim odczuciu łączy wszystkie opowiadania, a mianowicie jakaś taka samotność, wyobcowanie bohatera, jakby wszyscy oni (bohaterowie) istnieli wśród, ale jednocześnie zupełnie obok innych ludzi. Takie wrażenie miałam, może inni czytelnicy mają zupełnie inne. Mniejsza o to. Ważniejsze dla mnie jest, czy zgodzimy się co do opinii, że Rudnicki jest „najwybitniejszym żyjącym jeszcze pisarzem polskim”, jak to autoironicznie napisał w jednym z opowiadań. On pewnie sobie ironizuje, kryguje się albo prowokuje, ale ja uważam, że to naprawdę świetny pisarz, może faktycznie najlepszy, jakiego obecnie mamy. 

Pozostając w zachwycie nad opowiadaniami ze Śmierci czeskiego psa natrętnie namawiam wszystkich znajomych wokół, żeby ten zbiór przeczytali, bo warto, bo to współczesna polska proza z najwyższej półki. A ja sama zaopatrzyłam się już w dwa inne zbiory opowiadań Janusza Rudnickiego: Mękę kartoflaną i Trzy razy tak

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


niedziela, 2 lutego 2014

Kołczan pełen strzał

Jeffrey Archer
Wydawnictwo superNOWA, Warszawa 1992

Od miesięcy szukałam pewnego opowiadania, które czytałam kilkanaście lat temu. Nie pamiętałam tytułu opowiadania ani zbioru, w którym było, ani nawet autora. Za to treść owszem, i uparłam się, żeby je odnaleźć. Szukałam po autorach, których kiedyś czytywałam i ich styl pasował do poszukiwanej historyjki. W końcu znalazłam, okazało się, że wcale nie napisał go Archer, tylko Forsyth, ale o tym może kiedy indziej. Przy okazji natomiast trafiłam na Kołczan pełen strzał, który jakimś cudem przed laty ominęłam, choć wybitnie gustowałam wówczas w takiej krótkiej formie z zaskakującym zakończeniem.
Na zbiór składa się jedenaście obyczajowych opowiadań z suspensem, z czego, jak zapewnia autor, dziesięć zostało opartych na autentycznych wydarzeniach, acz potraktowanych ze znaczną swobodą. Te jedenaście, to:
   Chińska figurynka
   Pucz
   Pierwszy cud
   Dżentelmen doskonały
   Przygoda na jedną noc
   Błąd Septimusa
   Degrengolada
   Kwestia zasad
   Spotkanie w Budapeszcie
   Stara miłość
Jedenaste, a drugie w kolejności w zbiorze, to Lunch, będące w pełni wytworem wyobraźni autora.
Napisane zostały kilkadziesiąt lat temu i to się niestety czuje. W większości nie oparły się próbie czasu i nie chodzi mi bynajmniej o styl, w jakim zostały napisane. Lekkie, łatwe i przyjemne są w dalszym ciągu, ale zakończenia trochę rozczarowują, a przecież to właśnie w nieoczekiwanym finale leży atrakcyjność tego typu utworów. Zbiór niegdyś był bardzo popularny, nie mam pojęcia, jak mogłam go sobie wówczas odpuścić, może był nieosiągalny przez swoja popularność właśnie? Jednak z upływem lat fajne i świeże niegdyś pomysły mocno się opatrzyły, wracając w książkach naśladowców, może nie wprost stosowane, ale oparte na takiej samej logice. Dziś już mało kogo mogą zachwycić i mało kto do nich sięga, a jeśli już, to pewnie bardziej z sentymentu niż dla frajdy bycia zaskoczonym puentą. Choć i takowe w zbiorze się jeszcze trafiają, tak było w moim przypadku z Błędem Septimusa, zupełnie nie spodziewałam się zakończenia, nie dość że zaskakującego, to jeszcze zabawnego.

Idąc za ciosem ściągnęłam z półki Na kocią łapę, inny zbiorek Archera, który w latach osiemdziesiątych (a może to były lata dziewięćdziesiąte) bardzo mi się podobał. Przerzuciłam kilka opowiadań, niestety, z takim samym skutkiem. Opowiadanka trochę jakby zramolały. Choć nie mogę do końca wykluczyć, że może to ja przeczytałam już za dużo historii konstruowanych z myślą o wyprowadzeniu czytelnika w pole i zaskoczeniu przewrotnym finałem. I może inni nadal odczuwają podczas lektury opowiadań Archera znaczną przyjemność, tak jak ja przed laty przy zbiorze Na kocią łapę.

niedziela, 30 września 2012

Uciekinierka

Alice Munro
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2009
395 stron

Obsypana nagrodami, od lat brana pod uwagę przy typowaniu kandydatów do literackiego Nobla, kanadyjska pisarka Alice Munro uważana jest za mistrzynię krótkiej formy prozatorskiej. Aż dziwne, że w Polsce dopiero w 2009 roku przetłumaczono po raz pierwszy jej zbiór opowiadań, dziesiąty w dorobku autorki – Uciekinierkę, która w Kanadzie ukazała się w 2004.

Na zbiór składa się osiem opowiadań, wszystkie o kobietach, wszystkie nawiązujące do przełomowych (w jakiś sposób) momentów życia bohaterek. Przełom ten sprowokowany jest przez same bohaterki, czasem świadomie i zamierzenie, kiedy indziej z pomocą przypadku, bywa, że pod wpływem decyzji podjętej w ułamku sekundy. Brzmi to może, jak zapowiedź nadzwyczajnych, nietypowych wydarzeń, ale tak nie jest. Wręcz odwrotnie, są to zwroty w zwyczajnym życiu zwykłych kobiet. Jedne z nich są samodzielne i odważne, inne zahukane i podporządkowane losowi i konwenansom do chwili, gdy postanawiają (bardziej lub mniej świadomie) dokonać jakiegoś zwrotu w życiu, może uciec, a może tylko zaznać czegoś wyjątkowego, niezapomnianego, może nawet z pozoru szalonego, żeby nie pogrążyć się w szarej codzienności albo zanim się w nią zatopią. W większości (choć nie we wszystkich) opowiadań czytelnik ma tę uprzywilejowaną pozycję, że dowiaduje się, czym zaowocowały te decyzje, bo spotyka bohaterki opowiadań u schyłku ich życia. I czym skutkował ten ich chwilowy, spontaniczny bunt przeciw przypisanej im społecznej roli. Jednak ta uprzywilejowana pozycja czytelnika nie obejmuje rzeczywistości alternatywnej – jak potoczyłoby się ich życie, gdyby w owym decydującym momencie postąpiły inaczej. Sami musimy sobie odpowiedzieć na pytanie nie tylko o to, czy można uciec od tego, jak nas ukształtowano, od samej siebie, ale i o to, czy było warto. 
 
Alice Munro udowadnia, że realistyczne pisarstwo, to nie przeżytek, nie dziewiętnastowieczna domena, że współcześni pisarze wciąż jeszcze mają czytelnikowi wiele do powiedzenia, bez konieczności uciekania się do karkołomnych wybiegów stylistycznych, żeby dostarczyć materiału do przemyśleń, żeby pobudzić do refleksji i emocji, odkryć to, co jeszcze nieodkryte. Te opowiadania rzeczywiście napisane są świetnie: proste, przejrzyste, wciągające. Mimo, że takie niemal o niczym, bo czymże są doświadczenia i przeżycia zwykłego śmiertelnika? Jednak pod pozorem zwyczajności kryją się codzienne emocje i dylematy, wielkie i małe dramaty przeciętnych ludzi, opowieści o złożoności życia, nieprzewidywalności losu, skutkach podejmowanych co chwila decyzji, tych ważkich, z których znaczenia zdajemy sobie sprawę w chwili ich podejmowania, ale i tych maleńkich wyborów, o których nawet nie myślimy, kierując się instynktem albo chwilowym nastrojem. 
 
Uciekinierka, to świetna literatura o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. I choć w swoich opowieściach o kobietach zdecydowanie bliższa jest mi Doris Lessing, to i pisarstwo Alice Munro ma w tej dziedzinie swoją niezaprzeczalną wartość. Z tą może różnicą, że o ile Doris Lessing przemawia do mnie niemal zawsze, o tyle opowiadania Alice Munro wydały mi się nie do czytania w każdym momencie życia. A raczej w każdym do czytania, ale nie w każdym do docenienia. Choć niby proste i przystępne, to tak naprawdę wymagają skupienia, oddania się w pełni lekturze, przyjęcia sposobu myślenia i odczuwania tego, co jest udziałem bohaterek opowiadań. W przeciwnym przypadku istnieje ryzyko, że wiele stracimy z ich wymowy, że pozostaną po prostu zwykłymi historyjkami, opowiastkami o przeciętności. A to byłaby naprawdę strata.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...