Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Balagan: Izraelski alfabet

Paweł Smoleński

Agora SA, Warszawa 2012

projekt okładki Sabina Bujok



Balagan

Tureckie słowo przejęte przez hebrajski z polskiego i tak nasączone polskimi znaczeniami, iż nie ma żadnej wątpliwości, skąd wywodzili się założyciele Izraela i twórcy współczesnej hebrajszczyzny. W żydowskim bałaganie nie ma „ł”, tylko „l”. Być może to również jedyne polskie słowo, które na stałe weszło do codziennego repertuaru języka izraelskich Arabów.”1




Całkiem uporządkowany wyszedł Pawłowi Smoleńskiemu ten bałagan. W alfabetycznie pogrupowanych hasłach dostajemy informacje i wyjaśnienie podstawowych terminów dotyczących Izraela, od alii po Zachodni Brzeg. A w środku o wszystkim po trochu – o geografii, klimacie, ludności, polityce, kulturze, historii – od jednej do kilku stron na hasło, do tego trochę zdjęć. Taki Izrael „w pigułce”, bardziej informacje przewodnika wycieczek niźli reportaż. Zobaczenia Izraela w pełni nie zastąpi, ale czy jakakolwiek książka może? Jak jadąc na wycieczkę zdajesz się tylko na przewodników, to dostajesz taką wiedzę o kraju, jaką oni mają, czyli nie zawsze doskonałą. I w tym także książka Smoleńskiego przypomina gawędę pilota.

Uświadomiłam to sobie jednak dopiero po lekturze, gdy poszukałam w internecie recenzji i trafiłam na portal erec israel. Rety, jak tam zjechano ten biedny Balagan. Uważam, że nie do końca sprawiedliwie, choć w kilku sprawach tamtejszy recenzent ma oczywistą rację, jak np. w przypadku zdjęcia Masady (str. 149), na którym ta starożytna twierdza położona nad Morzem Martwym wygląda zupełnie inaczej niż w moich wspomnieniach. Może to autor zawinił, może redakcja, w każdym razie obiekt na fotografii to nie Masada, ale opis się zgadza. Twierdza dziś jest symbolem bohaterskiego oporu Żydów, jej obrońcy woleli śmierć niż poddanie się Rzymianom. Do ruin twierdzy można dostać się pieszo (w upale!), 


my na szczęście dotarliśmy tam w inny sposób. 













Z góry jest wspaniały widok na morze, chociaż zdjęcie zupełnie tego nie oddaje, więc musicie uwierzyć mi na słowo.



Nie jest to jedyny błąd, który zarzucają autorowi, nie wszystkie potrafię zweryfikować, więc pisać o nich nie będę. Natomiast w warstwie światopoglądowej odebrałam Balagan jako książkę wyważoną, obiektywną. A to znaczy, że nie satysfakcjonującą środowisk wyznających konkretne poglądy czy to w sprawach konfliktu izraelsko-palestyńskiego, czy to na różne kwestie żydowskie, także historyczne. I zdaje się, że Smoleński mocno nadepnął niektórym na odcisk przypisując (ich zdaniem fałszywie) Ben Gurionowi, iż „powiedział, że Żydzi, którzy ocaleli z Zagłady, muszą mieć nieczyste sumienie, bo inaczej nie przeżyliby wojny.”2 Autor nie podaje w książce, skąd wziął tę wypowiedź, nigdzie też nie znalazłam informacji potwierdzającej, że faktycznie miała ona miejsce ani odniesienia się samego Smoleńskiego do zarzutu kłamstwa. Jeśli więc jest to nieprawda, mogę zrozumieć rozjuszenie owego recenzenta. Osobiście uważam jednak, że swoją książką Paweł  Smoleński zrobił więcej dobrego niż złego dla postrzegania przez nas współczesnego Izraela.


*

Mam to szczęście, że widziałam Izrael na własne oczy. Krótko i powierzchownie, ale jednak. Wprawdzie już jadąc tam nie byłam nastawiona ani anty-, ani pro-, jednak spodziewałam się, że kraj otoczony zewsząd nieprzyjaźnie nastawionymi sąsiadami będzie stosował rozmaite obostrzenia wobec obcych. Bardzo mile zaskoczyła mnie więc otwartość izraelskiego społeczeństwa (nie dotyczy niestety ortodoksyjnych Żydów, których nieprzyjazne spojrzenia towarzyszyły naszemu przejazdowi przez ich dzielnicę). Może teraz wygląda to już inaczej, ale gdy byłam tam w 2008 roku, miałam poczucie, że przyjęto nas bardzo przyjaźnie.


Pojechaliśmy wtedy na dwutygodniowy urlop 7 na 7, czyli tydzień byczenia się na egipskiej plaży i tydzień zwiedzania Izraela właśnie. Przełom stycznia i lutego na naszej półkuli to nawet w Egipcie nie najlepszy czas na plażowanie, chyba że w takich strojach kąpielowych, jak miały Egipcjanki.





Za to na zwiedzanie pogoda była jak najbardziej ok, więc zamiast smażyć się nad basenem pojechaliśmy obejrzeć Kair i piramidy 




oraz klasztor św. Katarzyny. 



Z pogodą i tak mieliśmy sporo szczęścia, bo -  jak nam powiedziała pilotka - tydzień przed naszym przyjazdem w Jerozolimie śnieg leżał, sami zresztą widzieliśmy jakieś niestopniałe jeszcze  resztki. Smoleński w Balaganie też wspomina o śniegu, tyle że  Ejlacie. Krytycy jego książki m.in. zarzucają mu, że to bzdura, bo w Ejlacie nigdy śniegu nie widziano, jednak mnie podczas czytania nie wydało się to dziwne, ciężka jerozolimska zima zupełnie uśpiła moją czujność.W okolicach Ejlatu nie natrafiliśmy na śnieg, lecz na kibuce i daktylowe gaje pośrodku pustyni.


A dalej już Jerozolima





Obowiązkowym punktem wycieczki do Izraela (przynajmniej tej pierwszej) jest oczywiście Wzgórze Świątynne, czyli miejsce niezmiernie ważne dla trzech wielkich religii, a na nim:


Ściana Płaczu. Kobiety i mężczyźni modlą się tu osobno, oddzieleni płotem. Część dla kobiet (ta po prawo) jest znacznie mniejsza, a choć kobiet w Izraelu wcale nie jest mniej niż mężczyzn tłok panujący pod Ścianą Płaczu był tylko trochę większy niż na części męskiej. Uwagę zwraca zróżnicowany ubiór religijnych mężczyzn, związany z przynależnością do określonej dynastii chasydzkiej. Kobiety ubierają się bardziej jednorodnie, zawsze skromnie, Mężatki często noszą peruki, po ślubie golą głowy, aby nie wydawały się dla mężów zbyt atrakcyjne, co nie przeszkadza w płodzeniu licznego potomstwa – w Izraelu chasydzkie rodziny są bardzo liczne, liczniejsze nawet niż arabskie (wszystkie te informacje pochodzą od naszej pilotki).










  


Meczet Al-Aksa i Kopuła na Skale. Na teren przynależny muzułmanom nie wolno wnosić żadnego alkoholu. Wspominam o tym, bo z zakazem wiąże się pewna historia. Otóż pilotka wspominała o zakazie trzykrotnie; zaraz na początku wycieczki, w wieczór poprzedzający zwiedzanie Wzgórza i wreszcie w dniu zwiedzania przed wysiadaniem z autokaru. No ale jakby to było, żeby wszyscy się podporządkowali. Musiał znaleźć się jakiś polski bohater, który postanowił przemycić w torbie puszkę piwa. A jakby tego było mu mało, otworzył tę torbę właśnie na dziedzińcu przed meczetem, dosłownie pod nosem strażnika. Niestety, znów potwierdziło się, że głupota nie ma skrzydeł i dzielny przemytnik nie odleciał wolny, tylko musiał zdać się na pilotkę, by wyrwała go z rąk rozeźlonych strażników. Tym razem mu się upiekło, ale mogło się to skończyć zupełnie inaczej. I może powinno, bo jak można z rozmysłem nie szanować cudzych świętych miejsc. Co byśmy zrobili, gdyby w naszych kościołach innowiercy okazywali taki brak szacunku?





 


  
Grób Pański. Na podwórzec przed świątynią można dostać się kilkoma drogami. Najpopularniejsza wiedzie chyba przez bazar, bo idąc tamtędy mija się kolejne stacje drogi krzyżowej i wchodzi przez główna bramę. 







 My jednak przeszliśmy przez etiopski kościół.













 Nie tylko na dziedzińcu, ale i w środku świątyni atmosfera w niczym nie przypomina modlitewnego skupienia, jakie znamy z europejskich kościołów. Po części wynika to chyba z tego, że każdy odłam chrześcijaństwa chce i musi mieć w świątyni swój kawałek miejsca, a nad całością nikt nie panuje. Ale nawet gdyby był jeden gospodarz, to pewnie i tak nie byłby w stanie zapanować nad tym cisnącym się tłumem ludzi z aparatami fotograficznymi, zaglądających w każdy zakamarek, czekających w olbrzymiej kolejce na wejście do centralnego miejsca Grobu, pchających się, by poświęcić zakupione pamiątki (święcenie nie odbywa się tak, jak u nas, ale przez położenie ich w określonym miejscu, innym dla katolików, innym – dla prawosławnych).







Plan wycieczki naturalnie obejmował także inne kościoły chrześcijańskie, ale o nich nie będę się już rozpisywać, bo i miejsca brak, i cierpliwość czytających ten post jest już pewnie na wyczerpaniu. No i przyznam się, że oglądając zdjęcia trochę się pogubiłam, które jest skąd.

Zamiast tego krótko wspomnę tylko o instytucie Jad Waszem, bo i tam zawitaliśmy. 









 Spacer alejkami Ogrodu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, w którym naprawdę jest masa tablic z polskimi nazwiskami. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak pomnik – mauzoleum wzniesione dla upamiętnienia dzieci – ofiar Holokaustu. Surowe wnętrze oświetla blask świec, a zwiedzaniu towarzyszy odczytywana cicho lista ofiar: imię, nazwisko, wiek i kraj pochodzenia: nazwiska nie powtarzają się przez kilka dni, w Holokauście zginęło półtora miliona dzieci.




Ale nie myślcie sobie, że wycieczka do Izraela, to tylko miejsca poświęcone religii i martyrologii, bo bywały i takie bardziej rozrywkowe. Nie, nie dyskoteka, a jeśli już to we własnym zakresie. Był za to  pobyt nad rzeka Jordan,


 
i całkiem przyjemny rejs po jeziorze Genezaret,




a kąpiel w Morzu Martwym to po prostu niezapomniane i nieporównywalne z niczym przeżycie.  



Najpierw dla urody należy wysmarować się błockiem, trochę odczekać, a później – hop do wody. Zanurzyć się nie można i to nie tylko dlatego, że woda wypiera, ale też dlatego, że trzeba uważać, aby nie dostała się do ust. Nie udało mi się tego uniknąć i zapewniam, że tego obrzydliwego smaku nie zapomnę nigdy. Ale nawet to nie jest w stanie zepsuć frajdy z kąpieli. Tam naprawdę można by położyć się na powierzchni wody i czytać gazetę.


*



No i znów tekst wyszedł mi długachny, choć starałam się pisać skrótowo i ścięłam parę fragmentów. Ciekawe, czy ktoś przeczyta go w całości, czy raczej zaglądający tu poprzestaną na obejrzeniu zdjęć i zerknięciu na finał. A jaki jest finał?

Powinnam polecić przeczytanie książki albo odwiedzenie Izraela tym, którzy go jeszcze nie widzieli, a najlepiej jedno i drugie. Mnie się książka podobała, gdy ją czytałam, ale później przekonałam się, że nie jest doskonała. Zobaczenie Izraela to niezapomniane przeżycie, jednak teraz w regionie zrobiło się znacznie mniej bezpiecznie niż wtedy, gdy ja tam pojechałam. Lepiej więc nie będę niczego polecać, każdy sam wie, co będzie dla niego dobre.


1Str. 24.


2Str. 24.

poniedziałek, 7 października 2013

Jutro przypłynie królowa



Maciej Wasielewski
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
e-book

O Jutro przypłynie królowa napisano tyle, że zanim jeszcze otworzyłam czytnik, miałam wrażenie, jakbym już była po lekturze. Wiedziałam, o czym to jest, wiedziałam, jakiego problemu dotyka, zdążyłam się już wcześniej przejąć i oburzyć, dlatego myślałam, że w trakcie czytania książka nie zrobi już na mnie specjalnego wrażenia. Ale myliłam się; zrobiła, i to przejmujące.

Zagubiona gdzieś wśród wód Oceanu Spokojnego maleńka Pitcairn, zamieszkała raptem przez kilkadziesiąt osób, znana była jedynie jako kryjówka uciekinierów na Bounty. Turystom odwiedzającym wyspę w poszukiwaniu śladów dawnych buntowników jawiła się jako istny eden, gdzie soczyste owoce są na wyciągnięcie ręki przez okrągły rok. Nikomu nie przyszło do głowy, że za tą rajską fasadą trwa haniebny proceder, który wyszedł na jaw na początku nowego tysiąclecia. W 2004 roku odbył się tam proces kilku pedofilii, mężczyzn należących do wyspiarskiej elity. Kilka dorosłych już kobiet zdecydowało się ujawnić, że w dzieciństwie przez lata były ofiarami wielokrotnych gwałtów, przestępstw samych w sobie paskudnych, ale w tym przypadku tym ohydniejszych, że działo się to przy milczącym przyzwoleniu wszystkich dorosłych Pitcairneńczyków, także rodziców tych dziewczynek. Dla każdego normalnego człowieka, niezależnie od tego, z jakiego kręgu cywilizacyjnego się wywodzi, jest to coś wyjątkowo niegodziwego. 
 
Świat pełen jest okrucieństwa i krzywd, wiele z nich ma podłoże seksualne. W tej sferze społeczności rządzą się różnymi prawami, również takimi, które z naszego europocentrycznego punktu widzenia są bulwersujące. W autobiograficznej książce Phoolan Deviczytałam o podobnych, jak na Pitcairn, praktykach dziejących się w ubogiej hinduskiej wiosce, ale nawet tam rodzice na miarę swoich możliwości próbowali chronić córki. Nie przychodzi mi na myśl żadna inna społeczność akceptująca podobne zachowania. Gdy czyta się w książce Wasielewskiego wspomnienia zdanych na siebie i nie mających się nawet komu poskarżyć ofiar, ręce same zaciskają się w pięści z bezsilnej złości i oburzenia. To, co miało miejsce na Pitcairn, wydaje się tak niewyobrażalnie paskudne, że aż niewiarygodne. Gdzieś tam w głowie kołacze się wątpliwość, że może to jednak nieprawda, może to wszystko zostało zmyślone, wyolbrzymione. Historia zna przecież takie przypadki, jak proces czarownic z Salem czy całkiem współczesną aferę pedofilską we francuskim Outreau. Mam wrażenie, że sam autor do końca miał cień wątpliwości. Kończąc książkę napisał:
„W trakcie pisania pojawiały się wątpliwości natury etycznej: Czy nie padłem ofiarą fałszerstwa? Czy mam prawo pisać o ludziach, którzy nie chcą, by o nich pisać? Czy pomagam, czy krzywdzę?”
Pitcairneńczycy bowiem nie chcą, aby o nich pisać i to akurat wydaje się zrozumiałe. Nie wpuszczają na wyspę dziennikarzy, a Wasielewski zakradł się tam podstępem. W trakcie procesu społeczność podzieliła się na dwa obozy; tych, którzy trzymali stronę oskarżonych i tych, których nazywali zdrajcami, bo ich zeznania przyczyniły się w ten czy inny sposób do skazania. Podział przetrwał do dziś i choć odbył się proces, choć orzeczono i wykonano kary, sprawiedliwość nie zatriumfowała. Górą są poplecznicy skazanych, a ofiary nie mają prawa do powrotu, wyspą rządzą bowiem ci, dla których są pariasami, może nawet grozi im na niej niebezpieczeństwo. Tak przynajmniej zagrożeni czują się ci, którzy zostali świadkami oskarżenia. Czy słusznie, wiedzą tylko ci, którzy byli uczestnikami, czy to aktywnymi, czy biernymi, wydarzeń sprzed 2004 roku. 
 
Wasielewski szukał odpowiedzi na to, ale nie tylko na to pytanie. Jeśli bowiem przyjmiemy, że proces na Pitcairn nie był efektem jakiejś niewytłumaczalnej konfabulacyjnej zmowy, rodzi się pytanie, jak to możliwe, że doszło do tak haniebnych zachowań, jak możliwe, że trwało to latami, a w końcu – dlaczego po ujawnieniu prawdy Pitcairneńczycy reagują tak, a nie inaczej. Może zawiniły geny buntowników z Bounty, może odcięcie od świata, a może to normalne, że ci, którzy gwarantują grupie przetrwanie, mogą wziąć wszystko, na co mają ochotę? Czy jest na to dobra odpowiedź?
Z chwilą jednak, gdy zaczynamy się zastanawiać nad reakcją Pitcairneńczyków na ujawnienie ich sekretu, Jutro przypłynie królowa przestaje być książką o społeczności żyjącej na maleńkiej wysepce zagubionej gdzieś na wodach Oceanu Spokojnego, a staje się uniwersalną opowieścią o naturze każdej ludzkiej społeczności. Przedmiot niegodziwości jest może precedensowy, a przynajmniej ja nie kojarzę podobnej sytuacji, ale już reakcja na niegodziwość i na jej ujawnienie jest jak najbardziej typowa: syndrom oblężonej twierdzy.
Jutro przypłynie królowa to jedna z tych książek, które nie tylko opowiadają o jakimś kawałeczku obcego i dalekiego świata, ale też o tym, o czym w sensie dosłownym nie ma w nich nawet wzmianki, książek dotykających problemów bliższych nam, niż może się z pozoru wydawać, o tym, co nas otacza tu i teraz.  
Dumą napawa nas myśl o naszych bohaterach, patriotach nie wahających się oddać życie w słusznej sprawie, choćby była z gruntu przegrana. Jednak gdy przychodzi zmierzyć się z prawdą o ciemnych kartach w naszej historii, o brudach i niegodziwościach, jakich dopuścili się nasi rodacy, jak choćby o Jedwabnem, zwieramy szeregi niczym Pitcairneńczycy, a ci, którzy odważają się głośno mówić o krzywdach wyrządzonych słabym i bezbronnym, to Judasze, zdrajcy i zaprzańcy. O tym myślę właśnie po skończeniu książki, gdy wracam pamięcią do opowieści o tamtej maleńkiej wyspiarskiej społeczności, która odcina się od świata w obawie przed jego osądem tego, że latami akceptowała dziejący się tam koszmar i jak zareagowała, gdy prawda wyszła na światło dzienne. Jakże łatwo przychodzi ocenianie tamtych ludzi, jak oczywiste i naturalne wydaje się potępienie ich. Ale jak my zareagowalibyśmy na ich miejscu? „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Nas, Polaków sprawdziła choćby prawda o Jedwabnem i każdy może sobie sam odpowiedzieć na pytanie, jak wypadł na tym egzaminie.
Po pierwszym oburzeniu, po pierwszym odruchowym uczuciu wzgardy dla Pitcairneńczyków taka przede wszystkim refleksja została mi po lekturze Jutro przypłynie królowa



 

piątek, 23 sierpnia 2013

Tequila oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

Hugh Thomson
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
287 stron

 
Zdaje się, że do dziś modne jest wśród młodzieży ze Stanów i Europy Zachodniej, a i u nas też pojawia się taki trend, aby przed rozpoczęciem studiów powłóczyć się przez rok po świecie, zaznać swobody, poszaleć, posmakować życia samodzielnego, niby już na własny rachunek, bez opiekuńczej ręki rodziców, ale jeszcze beztroskiego, nieodpowiedzialnego.
Tak właśnie postąpił Hugh Thomson, a dla Meksykanów Hugo (bo – jak twierdzi autor – Hugh jest nie do wymówienia dla osób hiszpańskojęzycznych) – zrobił sobie przerwę w nauce i wyruszył do Meksyku, tyle, że było to ponad 30 lat temu, w 1979 roku. Miał trochę pieniędzy, ale nawet przy różnicy w sile nabywczej dolara i peso nie tyle, by mógł przeżyć rok nie troszcząc się o kasę. Na szczęście już na początku podróży, w samolocie ktoś podpowiedział mu rewelacyjny pomysł na dobry zarobek: trzeba kupić w Stanach duże auto i przeprowadzić je przez dwie granice do Ameryki Centralnej unikając płacenia cła i podatku, a w Gwatemali albo Belize można sprzedać je z niezłym zyskiem. Hugo idzie za tą radą, kupuje starego oldsmobila i bez tablic rejestracyjnych i prawa jazdy rusza przez cały Meksyk, starając się unikać głównych dróg i dużych miast. Po wielu miesiącach i perypetiach dociera do celu, gdzie na niego i jego oldsmobila czeka niezbyt miła niespodzianka.

Pierwsza część to właśnie relacja z tej podróży własnym samochodem przez drogi i bezdroża Meksyku, przetykana wstawkami na temat historii kraju, literatury i muzyki. Wspaniale napisana, spontaniczna i awanturnicza opowieść drogi, tchnąca niefrasobliwością przynależną młodości i pasującą do młodości. W drugiej części, kontynuacji podróży podjętej po trzydziestu latach, atmosfera jest już zupełnie inna. Nie ma tego beztroskiego, bezpośredniego dziewiętnastolatka, który wszędzie zachowywał się jak u siebie, wszędzie znajdował przyjaciół i pomocną dłoń (no, chyba, że trafiał na jakąś pięść). Zamiast niego jest pięćdziesięciolatek, któremu właśnie rozpadł się długoletni związek i który przyjechał do Belize szukać... No właśnie, czego? Przeszłości? Młodości? A może tej beztroski? Ale tamto Belize już nie istnieje, w jednym zmieniło się na lepsze, w innym na gorsze, tak jak młody Hugo zmienił się w podstarzałego Hugh'a. Wprawdzie ten teraźniejszy bardzo się stara postępować spontanicznie, „iść na żywioł”, ale czytelnik nie ma już tego poczucia, że za chwilę wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego, bo cały czas towarzyszy mu wrażenie, że gdzieś tam za uszami bohatera jest asekuracja, nabyta z wiekiem ostrożność i pełne konto pozwalające w razie czego wydobyć się z kłopotów. I choćby nie wiem jak się starał, to nie będzie już tamtym Hugo, a co najwyżej starym przebierańcem, silącym się na młodzieńczy luz. Nie ma nastoletniego Hugo, nie ma ludzi, których poznał podczas pierwszej wyprawy, nawet niebezpiecznie jest już gdzie indziej, niż wtedy. Niezmienne pozostały jedynie stare amerykańskie samochody i jeszcze starsze azteckie świątynie.

Świetna książka, niby podróżniczo-reportażowa, niby łotrzykowska, po części autobiografia, napisana lekko i naturalnie. Obie części powstały chyba w tym samym czasie, niedawno, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że część pierwsza w dużej mierze opierała się na notatkach prowadzonych przed laty na bieżąco, może nawet tylko zredagowanych ostatnio. I choć współcześnie, gdy autor wyrusza w swoją sentymentalną podróż, niewiele już zostało ze świata, który uwiecznił w swoich zapiskach, jednak to, co przetrwało plus odrobina wyobraźni pozwalają czytelnikowi przenieść się w przeszłość: azteckie piramidy – w czasy prekolumbijskie, a dawny dziennik i nowa droga, ale biegnąca tą samą trasą – w czas nieporównywalnie nam bliższy, lecz też już nie istniejący.
Przemijanie kojarzy się raczej smutno, ale nie u Thomsona. Owszem, jest tu nieco nostalgii, jest poczucie, że coś odeszło na zawsze, że „to se ne vrati”, jednak ogólnie książka utrzymana jest w optymistycznym, niefrasobliwym nastroju. Takim, w jakim chyba wszyscy chcielibyśmy przeżywać wakacyjne podróże, te zwykłe, te sentymentalne i nawet te tylko na papierze.

środa, 4 lipca 2012

Kontynenty - magazyn o podróżach i książkach


Nr 1 maj 2012
Wydawnictwo Agora

Pierwszy numer nowego kwartalnika pojawił się w kioskach jakoś tak w maju albo na początku czerwca. To, o czym są Kontynenty, najlepiej odda chyba fragment z artykułu wstępnego redaktora naczelnego Dariusza Fedora:

co jest od „być” do „zrozumieć”? Od „dotknąć” do „doświadczyć”? Co można znaleźć między podróżowaniem a zwiedzaniem? Między włóczęgą a wyprawą? Czym jest opowieść? Jak daleka droga od relacji do reportażu? Od zdjęcia do fotografii? Jak historia przechodzi w teraźniejszość? Czy z brzegu „dziś” widać „jutro”? A gdzie zaczyna się literatura?

I jeszcze to:

Poznawaniu świata może towarzyszyć zachłanność oglądania, może obsesja zgłębiania. Pismo „Kontynenty” (…) hołdować będzie tej drugiej postawie. Do czytania (…) zapraszam wszystkich, którzy lubią być w drodze, choćby w wyobraźni. Zapraszam tych, którzy chcą się doskonalić w sztuce podróżowania.

Skorzystałam z zaproszenia, tak na próbę. I – bingo! Trafiłam idealnie.
Naturalnie, że jedne teksty wciągnęły mnie bardziej, inne ciut mniej, ale wszystkie mi się podobały. Podobało mi się, że opublikowano je w klasycznym formacie, bez tak powszechnych teraz we wszystkich gazetach cięć tekstu na ramki, wstawki, różnokolorowe tła. No i świetne zdjęcia, takie, jakich należy oczekiwać od pisma o poznawaniu świata. Po raz pierwszy od lat przeczytałam jakieś czasopismo „od dechy do dechy”, nie opuszczając żadnego artykułu (z rozpędu przeczytałam nawet reklamówkę perfum :). Ale najważniejsze, że tematyka pisma idealnie współgrała z tym, co mnie interesuje.

Zaczyna się od tekstu Kiedyś byłem psem Jacka Hugo-Badera o tym, czym różni się turystyka od podróżowania i od bycia „w drodze”.
Później Wojciech Jagielski pisze o Mandli, wnuku Nelsona Mandeli. Historia nkosiego Mandli to zaprzeczenie przysłowia, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale też dobre uzupełnienie najnowszej książki Jagielskiego o upadku apartheidu w RPA, którą właśnie skończyłam czytać (o Wypalaniu traw będzie pewnie w następnej notce).
Sporo artykułów i zdjęć ze świata, którego za kilka lat nie będzie można już zobaczyć, bo znika, ginie w sensie fizycznym, jak topniejąca Arktyka (o której pisze Adam Wajrak) albo ulega nieuchronnym przemianom w czasie, jak obyczaje afrykańskich plemion (fragment z książki Światoholicy Aleksandry Pawlickiej i Jacka Pawlickiego) albo styl życia argentyńskich gauchos (artykuł Macieja Stasińskiego i Krzysztofa Millera). A w My już byliśmy Paulina Wilk wieszczy wizję naszej przyszłości przyglądając się dzisiejszej Japonii, kraju, który był kiedyś niedoścignionym synonimem rozwoju technologicznego, a dziś doszedł chyba do kresu swoich możliwości z powodu, którego nikt nie przewidział.
I jeszcze wywiad z Colinem Thubronem, wspomnienia Andrzeja Stasiuka z podróży do Mołdawii, Marii Wiernikowskiej z wędrówek z ekipa telewizyjną po polskiej prowincji w poszukiwaniu tematu na reportaż. I kilka innych jeszcze artykułów, których już nie wymieniam, bo jeśli sięgniecie po Kontynenty, to miejcie też jakąś niespodziankę :).

A na koniec zostawiłam najlepsze: Twarze rozbrojone20 nieznanych fotografii autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego! Przeglądam je sobie kolejny raz i czekam do sierpnia na następny numer Kontynentów.

wtorek, 15 listopada 2011

Rumunia. Podróże w poszukiwaniu Diabła

Michał Kruszona
Zysk i S-ka, Poznań 2007
299 stron

Ocena 2,5/6

Zaskoczyła mnie ta książka negatywnie, niestety. Pięknie wydana, pełna ciekawych zdjęć, przy pobieżnym przejrzeniu obiecuje ciekawą lekturę na temat Rumunii. I ten podtytuł: Podróż w poszukiwaniu Diabła – sugerujący, że nie będzie to przewodnik po zwyczajnym kraju, ale opowieść ukierunkowana na przekazanie określonego klimatu ojczyzny najsławniejszego, choć zmyślonego wampira i nie mniej słynnego, szkoda że nie fikcyjnego komunistycznego zbrodniarza. Miałam więc nadzieję przeczytać o Rumunii nie z tego świata, pełnej rzeczy i zjawisk niezwykłych, wierzeń, dziwów i spraw nadprzyrodzonych. Liczyłam, że autor pokusił się o poszukiwanie śladów i źródeł różnych mrocznych historii, kojarzonych z rumuńskimi krainami.

I z każdym rozdziałem rozczarowywałam się coraz bardziej. Tekst popełniony przez pana Kruszonę, to zbiór jego snów, wizji i omamów, przerywany opowieściami o tym, co zjadł i wypił. Może pod wpływem tej diety, a może z innej przyczyny w głowie autora co i rusz rodziły się opowieści o spotkaniach z istotami nie z tego świata. Cały mistycyzm książki sprowadza się do tego, że dojrzał diabła w bezpańskim koniu, w obrazach na szkle, antykwariuszu z Sigiszoary, a nawet w znajomej z Bukaresztu. Swoją drogą ciekawe, jak czuliby się ci biedni ludzie, gdyby byli świadomi jego rojeń.

Niewiele natomiast można dowiedzieć się o Rumunii, a przecież Kruszona był w tym kraju wielokrotnie, w dużych miastach i w odciętych od świata wioskach. Mógłby podzielić się z czytelnikiem fascynującymi spostrzeżeniami, miałby z pewnością do opowiedzenia wiele ciekawych rzeczy, ale wolał opowiadać o sobie. Może dla kogoś jest to ciekawe, dla mnie nie. 
Taki tekst bardziej pasuje mi do książek wydawanych na koszt i ryzyko autora. Zastanawiam się, czym kierowało się wydawnictwo, drukując tę książkę, nie dość, że w świetnej jakości (twarda okładka, kredowy papier, mapki, gęsto od zdjęć), to w dodatku w serii Poznaj świat. Jest wprawdzie parę ciekawostek, kilka interesujących historii, ale trzeba było wyławiać je ze zmyślonych majaków, czasami zastanawiać się, czy to prawda, czy nadal urojenia autora. Miałam wrażenie, że w ogóle nie jest ciekawy kraju, który odwiedza i zamieszkujących go ludzi. Wiele razy spotykał kogoś niezwykłego, zaczynał jakąś ciekawą historię i zamiast do końca ją badać, a przynajmniej starać się poznać rzeczywiste zakończenie czy znaczenie obserwowanego wydarzenia, wolał dopisać coś od siebie i o sobie.

Jeśli zatem jesteście ciekawi, co się zdawało Michałowi Kruszonie podczas podróży po Rumunii, bo czytajcie na zdrowie. Ale jeśli szukacie jakiejś pogłębionej wiedzy na temat żyjących tam ludzi, ich wierzeń i obyczajów, to w tekście niewiele znajdziecie. Najlepsze, co w książce jest na ten temat, zawarto na zdjęciach i w opisach do nich. I te polecam, bo są naprawdę fajne.

sobota, 8 października 2011

Podróże z Herodotem

Ryszard Kapuściński
Wydawnictwo Znak, Kraków 2004
262 strony

Ocena 5/6

Wróciłam właśnie z trzeciego wyjazdu urlopowego w tym roku. Ta ostatnia urlopowa resztka miała być na grzybobranie. A że w tym roku grzyby nie obrodziły (pewnie wszystkie urosły w tamtym), więc w ostatniej chwili zmieniliśmy plany i dwa dni przed wyjazdem kupiliśmy wycieczkę do Rumunii, a właściwie do Transylwanii i na Wołoszczyznę, czyli śladami Drakuli. Finansowo wyszło chyba na to samo, bo na ostatnią chwilę cena wycieczki była niższa, za to domki nadające się w Polsce do nocowania we wrześniu - pioruńsko drogie. Tyle, że literacko pojechałam zupełnie nieprzygotowana. Było już za późno, żeby szukać po bibliotekach Drakuli albo Włada Palownika, więc na wyjazd załapali się Ryszard Kapuściński i Herta Müller, bardziej pasująca do Rumunii niż Podróże z Herodotem, a mimo to nie przeczytana. 

Bo i co to za czytanie na wycieczce. W dzień szkoda widoków, a w nocy, gdy za oknem autokaru i tak nic nie widać, czytać się nie da. Podróże wprawdzie skończyłam, ale chyba ze szkodą dla książki, bo uwagę miałam non stop rozproszoną, więc pewnie dlatego nie doceniłam lektury tak, jak na to zasługiwała. Tyle w tej książce wątków, tyle spraw porusza Kapuściński i czuję, że wiele mi uciekło. Może kiedyś jeszcze do niej wrócę. Na razie skupiłam się przede wszystkim na tym, co Kapuściński pisze o pracy i roli reportera. 

Podróże z Herodotem nie są właściwie reportażami, a przynajmniej nie typowymi, bo oprócz przekraczania granic między krajami i społeczeństwami Kapuściński przekracza w niej granice czasu. Obszerne fragmenty, całe rozdziały nie tylko nawiązują, ale wręcz stanowią streszczenie lub cytaty z dzieła Herodota. 

Dzieje Herodota towarzyszyły Ryszardowi Kapuścińskiemu od samego początku, od pierwszej podróży, w którą „Sztandar Młodych” wysłał go, wówczas początkującego dziennikarza, aż do Indii. Później zabierał książkę ze sobą niemal wszędzie, gdzie wyruszał. Żyjący w V wieku p.n.e. Herodot stał się jego mentorem, wzorcem. I w jednej ze swoich ostatnich książek, w Podróżach z Herodotem Kapuściński pokazał, jak dojrzewał jako reporter, jak kształtował się jego warsztat. Na początku miał jedno marzenie – przekroczyć granicę, nieważne którą. Podróżując w towarzystwie Herodota odkrywa stopniowo (a czytelnik wraz z nim), że do przekroczenia są nie tylko granice terytoriów i że prowincjonalizmem jest nie tylko zamykanie się w granicach przestrzennych, ale również w swoich zwyczajach, mentalności, czasie. 

Odkrywa też inną rzecz: subiektywizm postrzegania świata. I uprzedza nas uczciwie, abyśmy nie brali bezkrytycznie tego, co nam opisuje. Reporter czerpie swoją wiedzę o świecie nie tylko z własnych obserwacji, bo wtedy byłaby to wiedza uboga, niepełna. W swoim poznaniu musi czerpać z relacji innych ludzi, 
„taka, jaka im się wydawała, a więc selektywnie zapamiętana i później intencjonalnie przedstawiona. Słowem, nie jest to historia obiektywna, ale taka, jaką jego rozmówcy chcieliby, aby była. I z tej rozbieżności nie ma wyjścia. Możemy ją próbować zmniejszać lub łagodzić, ale nigdy nie osiągniemy stanu doskonałego. Nieusuwalny bedzide ten czynnik subiektywny, jego deformująca obecność.”1

I kolejna rzecz dotycząca jego pisarstwa, o której Kapuściński mówi uczciwie,mimo że używając przykrywki w postaci Herodota:
„Otóż możliwe, że rytm życia i pracy Herodota wyglądał następująco: odbywał on daleka podróż, w czasie której zbierał materiały, a następnie wracał, jeździł po różnych miastach greckich, organizował coś w rodzaju wieczorów autorskich i opowiadał o doświadczeniach, wrażeniach i obserwacjach ze swoich wędrówek . Być może żył z tych spotkań, a także opłacał z nich następne podróże, zależało mu więc, aby mieć jak największe audytorium, ściągnąć tłum ludzi. Dobrze więc było zaczynać od rzeczy, która przykułaby uwagę, wzbudziła ciekawość, miała posmak sensacji. W całym jego dziele coraz to pojawiają się wątki mające poruszyć, zaskoczyć, zdumieć publiczność, która bez tych podniet, znudzona, rozeszłaby się przed czasem, zostawiając mówcę z pustą sakiewką.”2
A czy dziś jest inaczej? Też interesuje nas to, co odmienne, sensacyjne, dziwne. Wiadomo, że lepiej sprzedają się książki, w których to jest, niż takie opisujące codzienną nijakość. A zatem coś za coś, czasem trzeba skrócić dystans między wydarzeniami, coś uwypuklić, coś podkoloryzować. I to jest moim zdaniem w porządku, jeśli autor nie zatraca przy tym prawdziwości wydarzeń i nie wypacza sensu przekazu.

Tak jak napisałam wyżej, najbardziej do mnie trafiły te fragmenty książki, w których jest o warsztacie dobrego reportera. Ale jest w niej wiele innych ważnych spraw, jak choćby o otwarciu na odmienne kultury, o powtarzalności ludzkich działań, charakterów, motywacji niezależnie od czasów, w jakich żyjemy. I wiele, wiele innych wątków, jak choćby ten, do którego odnosi się jeszcze jeden cytat na zakończenie tej notki:
„W wolnych chwilach siedzę wśród słowników (...) i różnych książek o Indiach (...).
Z każdym tytułem odkrywałem jak gdyby nową podróż do Indii, przypominając sobie miejsca, w których byłem i odkrywając coraz to nowe głębie i strony, coraz to inny sens rzeczy, które zdawało mi się wcześniej, że już znam. Tym razem były to podróże znacznie bardziej wielowymiarowe niż ta pierwotnie odbyta. A jednocześnie odkryłem, że wyprawy takie można przedłużać, powtarzać, zwielokrotniać przez lektury książek, studiowanie map, oglądanie obrazów i fotografii. Co więcej – mają one pewna przewagę nad tą w rzeczywistości i realnie odbywaną, a mianowicie – w takiej podróży ikonograficznej można się w jakimś punkcie zatrzymać, spokojnie popatrzeć, cofnąć do obrazu poprzedniego itd., na co często w podróży prawdziwej nie ma czasu ani możliwości.”3 
Zawsze tak uważałam i czułam, tylko nigdy tego nie ubrałam w słowa, ale nie szkodzi, bo i tak nie zrobiłabym tego lepiej niż Kapuściński. 

1s. 256.
2s. 83-84.
3s. 51-52.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...