Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2015

Ludzie Julya

Nadine Gordimer
Wydawnictwo M, Kraków 2012
tłumaczenie: Dariusz Żukowski
e-book

W RPA dosłużyła się łatki pisarki politycznej. Niektóre z jej książek były tam zakazane, bo Nadine Gordimer w głównej mierze skupiała się na problemach segregacji rasowej oraz na wpływie, jaki segregacja wywiera na życie i psychikę ludzką.
Była przeciwniczką apartheidu, członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego, przyjaciółką Nelsona Mandeli. W 1991 roku, gdy otrzymała Nagrodę Nobla, w jej ojczyźnie pytano, czy to nagroda literacka czy raczej pokojowa. Ona sama sprzeciwiała się jednak klasyfikowaniu jej jako pisarki politycznej, nie uważała się za kogoś mającego polityczny instynkt, twierdziła nawet, że zapewne nie zajmowałaby się problemami społeczno-politycznymi, gdyby nie to, iż przyszło jej żyć w RPA i patrzeć, jak przemożny i namacalny wpływ ma polityka na losy indywidualnych ludzi.
Czytając Ludzi Julya, jedną z jej ważniejszych książek, można przekonać się o prawdziwości tego twierdzenia. Historia rodziny Smalesów, choć osadzona w konkretnych realiach południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej, posiada wymiar uniwersalny. To literatura wykorzystująca polityczne uwarunkowania, ale o wykraczającej poza nie wymowie, poruszająca trudne i delikatne kwestie relacji międzyludzkich, poszanowania dla godności i odmienności innego człowieka. I przede wszystkim uwrażliwiająca na to, że choć różnimy się kulturowo, wyglądem albo statusem społecznym, to wszyscy jednakowo potrzebujemy akceptacji innych i poczucia przynależności do wspólnoty.

Akcja powieści rozgrywa się w RPA pod koniec ubiegłego wieku, gdy apartheid trzymał się jeszcze mocno, ale na skorupie niesprawiedliwego systemu zaczynały się już zarysowywać wyraźne pęknięcia. Rodzina Smalesów – białe małżeństwo z trójką dzieci - chcąc ratować życie podczas powstania, które zaczęło się od zamieszek w Soweto1, przyjmuje propozycję swojego czarnego służącego Julya i chroni się w jego rodzinnej wiosce gdzieś w buszu.
Przez piętnaście lat July był zależny od nich: od pracy, którą mu oferowali i pieniędzy, które płacili. Nagle znaleźli się w zupełnie obcych warunkach bytowych niż te, do których przywykli, co powoduje, że małżonkowie oddalają się od siebie, a raczej tylko uwalnia to, co już między nimi istniało ukryte pod warstwą dobrobytu. W dodatku tracą na rzecz Julya ostatnie atrybuty władzy i uprzywilejowania białych: samochód, pieniądze, wreszcie strzelbę. Raptem narzucone i chronione systemowo role się odwracają, a Smalesowie w szybkim tempie stają się całkowicie zależni od Julya. Dzieci szybko asymilują się do nowych warunków. Co innego dorośli. Teraz są jedynymi białymi w czarnej społeczności, która traktuje ich wprawdzie z szacunkiem, ale też pilnie strzeże granicy między przybyszami a mieszkańcami wioski, torpedując wszelkie próby włączenia się Smalesów w życie społeczności. Najsilniej odczuwa to Maureen Smales, główna obok Julya postać. To między tymi dwojgiem rozgrywa się cała dramaturgia powieści. Maureen nigdy nie uważała się za rasistkę, jako pracodawczyni traktowała Julya przyzwoicie, lepiej niż inni biali swoich czarnych służących. I July odpłaca tym samym; ni mniej, ni więcej, ale okazuje się, że to za mało, aby Maureen mogła odnaleźć się w nowej grupie.

Ludzie Julya to dla mnie powieść o, że tak powiem, „miękkim” rasizmie. Odwrócenie determinowanych systemowo ról społecznych, to kapitalny zabieg autorki, aby pokazać, że rasizm może mieć różne oblicza. Nie musi przybierać postaci nienawiści i pogardy. Może być „tylko” wykluczeniem ze wspólnoty, stwarzaniem dystansu nie do pokonania przy jednoczesnym zachowywaniu pozorów poprawności i poszanowania. Ta książka musi burzyć dobre samopoczucie rodaków Gordimer i nie tylko ich, ale także wszystkich, którzy uważają się za przyzwoitych i poprawnych politycznie, bo nie gardzą drugim człowiekiem ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć, nie myśląc o tym, że izolując się też dyskryminują. I to właśnie przesłanie czyni powieść Nadine Gordimer uniwersalną.


1Autorka nie wskazuje jednoznacznie, kiedy mają miejsce powieściowe wydarzenia, ale biorąc pod uwagę pod uwagę, iż książka napisana została w 1981 roku przypuszczam, że chodzi o zamieszki nazwane później Czarnym Czerwcem, które zaczęły się 16 czerwca 1976 roku od masakry czarnej młodzieży protestującej przeciw wprowadzeniu do szkół obowiązkowej nauki znienawidzonego przez nich języka afrikaans.

poniedziałek, 17 września 2012

Martha Quest

Doris Lessing
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2008
415 stron


W 2007 roku Akademia Szwedzka przyznając Doris Lessing literacką nagrodę Nobla uzasadniła decyzję tym, że „jej epicka proza jest wyrazem kobiecych doświadczeń. Przedstawia je z pewnym dystansem, sceptycyzmem, ale też z ogniem i wizjonerską siłą”. To właśnie książki o kobietach (choć nie tylko dla kobiet) przyniosły jej światową sławę i uznanie, a wymowa tych powieści powoduje, że niektórzy mają ją za feministkę, choć ona sama zdecydowanie odżegnuje się od feminizmu. Pisze po prostu o kobietach, najczęściej o buntowniczkach, pokazując je na różnym etapie życia i w rozmaitych sytuacjach. Jedną z takich buntowniczek jest właśnie Martha Quest. Jej historia to opowieść o dorastaniu, młodzieńczym negowaniu wszystkiego, co kojarzy się ze światem wartości dorosłych (a zwłaszcza rodziców) i szukaniu własnej drogi w życiu. 
 
Akcja powieści rozgrywa się pod koniec lat trzydziestych ubiegłego wieku w brytyjskiej kolonii na południu Afryki. Marthę poznajemy, gdy wchodzi właśnie w okres młodzieńczego buntu. Za nic nie chce żyć, tak jak jej rodzice i sąsiedzi. Problem jednak w tym, że nie wie również, jak by chciała. 
Mieszka z rodzicami na podupadającej farmie, bo jej ojciec nie ma ani zamiłowania, ani zdolności do prowadzenia gospodarstwa i zamiast na uprawie ziemi, skupia się na wspominaniu swoich przeżyć z okresu I wojny światowej. Z matką Martha nie ma zbyt dobrych relacji, a wśród rówieśników nie widzi kandydatów na przyjaciół, może z wyjątkiem braci Cohenów, synów żydowskiego sklepikarza z pobliskiego miasteczka. Zatem w okresie, gdy dla młodego człowieka rodzice przestają być autorytetem, a stają się nim rówieśnicy, to właśnie zauroczeni socjalistycznymi hasłami bracia Cohenowie zostają jej ideowymi przewodnikami, a właściwie podsuwane przez nich lektury. Pochłaniane przez Marthę wręcz hurtowo książki, często nie przystające do emocjonalnych możliwości młodej dziewczyny, kształtują jej wyobrażenie idealnego świata, który powinien zastąpić to, co ją aktualnie otacza i od czego chce uciec, tyle tylko, że nie wie, jak to zrobić. 
Zaprzepaszcza te możliwości, które czytelnikowi wydają się oczywistym i najlepszym w jej sytuacji wyborem, bo pod pretekstem choroby oczu nie przystępuje do egzaminu, który umożliwiłby jej studiowanie. Zamiast tego wyjeżdża do oddalonego o sto kilometrów miasta i rozpoczyna życie na własny rachunek. A to dopiero pierwszy z jej – z punktu widzenia czytelnika – irracjonalnych wyborów. Kolejne następują już właściwie lawinowo, a każdy z nich jest jakby podejmowany wbrew samej sobie i temu, czego tak naprawdę by chciała, co ceni i uważa za wartościowe. Zamiast zgodnej z wyznawanymi wartościami, ale trudnej drogi wybiera łatwą i przyjemną. W młodzieńczym buncie sił wystarcza jej na tyle, aby przeciwstawić się niechcianemu stylowi życia, jakie prowadzą jej rodzice, ale wobec poznanych w mieście rówieśników, oferujących rozrywkę i beztroskę, ale przejmujących w zamian kontrolę nad jej życiem, już nie potrafi być tak asertywna. Wreszcie podejmie próby przeciwstawienia się temu, ale czy efekty okażą się takie, jakie zamierzyła, czy może znów „popłynie z prądem” i popadnie w inną, ale równie niechcianą zależność, z której nie będzie umiała się wycofać?

Doris Lessing pisze szczerze, czasem aż do bólu, rzeczywiście czerpie z kobiecych doświadczeń, czasem z tych, których nie chcemy sobie uświadamiać, albo nie myślimy o nich w sposób, w jaki ona to pokazuje. I dopiero czytając jej książki, dochodzimy do wniosku, że „tak, właśnie tak to wygląda, to jakby książka o mnie”. Pewnie, że nie w każdej bohaterce Doris Lessing odnajdziemy siebie. Nasze doświadczenia, przeżycia, sposób myślenia i system wartości w jednych postaciach odbije się silniej, w innych słabiej, albo powstanie tylko cień przeczucia, że na ich miejscu same mogłybyśmy zachować się podobnie podobnie, równie nierozsądnie, niemądrze, nieprzewidująco. Jej bohaterki, ze wszystkimi swoimi wahaniami, wątpliwościami, popełnianymi błędami i potrzebą akceptacji nie są wzorcami do naśladowania, drażnią nas, nie godzimy się na ich postępowanie. Ale jeśli zechcemy potraktować je uczciwie, będziemy musiały przyznać, że są prawdziwe. Bo są emanacją kobiecych zachowań i decyzji, choć nie zawsze chcemy przyjąć to do wiadomości, tak jak czasem trudno zaakceptować, że własny wyhodowany w głowie wizerunek nie odpowiada naszemu odbiciu w lustrze. 
 
Martha nie jest bohaterką, z którą chciałybyśmy się utożsamiać. Nie jest heroiną, na którą zapowiada się na początku książki, zawodzi nasze nadzieje. Oczekujemy osoby silnej, pewnej siebie, która wiedziałaby, czego chce od życia i prędzej lub później potrafiłaby to wyegzekwować. Wolimy szczęśliwe zakończenia, a do tych potrzebny jest bohater zwycięski, przeprowadzający własną wolę, nonkonformista. Martha taka nie jest, dlatego chwilami nas wkurza, w pierwszym odruchu możemy pomyśleć „dziewczyno, co ty robisz”. Ale jak się tak zastanowić chwilę, to właśnie Martha jest prawdziwa, z tymi swoimi niekonsekwencjami, brakiem asertywności, podporządkowywaniem się grupie rówieśniczej, do której trafia właściwie przez przypadek, ale w której jest jej wygodnie, bo czuje się akceptowana, a nawet ważna. Jej postępowanie jest doświadczeniem większości ludzi i tak wygląda dorastanie. I powinniśmy zdać sobie z tego sprawę jak najwcześniej, bo być może uchroniłoby to nas od wielu błędów młodości. I dlatego, gdyby to ode mnie zależało, Martha Quest byłaby obowiązkową lekturą szkolną. 
Wspaniała, mądra i potrzebna książka.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Marzenie Celta


Mario Vargas Llosa
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
436 stron


Tematem pierwszej po Noblu książki Maria Vargasa Llosy są dzieje Rogera Casementa, bardzo kontrowersyjnej niegdyś, a i obecnie niejednoznacznie ocenianej postaci w historii Irlandii.
 
Patriotyczny wizjoner , czy zdrajca ojczyzny? Bohater narodowy, czy nacjonalistyczny fanatyk? Bezkompromisowy obrońca praw człowieka, czy hipokryta wykorzystujący swoją pozycję i przewagę ekonomiczną nad zależnymi od niego ludźmi do zaspokojenia własnych popędów? Autor nie daje jednoznacznych odpowiedzi, i choć wzbogaca historyczne fakty swoją interpretacją zdarzeń, choć wyposaża swojego bohatera w myśli i uczucia, których nie może udokumentować w sposób przyjęty dla typowej biografii, to jednak pozostawia czytelnikowi szeroki margines dla własnych poglądów i ocen. Marzenie Celta na pewno nie jest klasyczną biografią, niemniej jednak dostarcza czytelnikowi wystarczająco dużo wiarygodnych danych po temu, aby poznać Rogera Casementa i wyrobić sobie własny osąd na jego temat, a przy okazji poznać coś, o czym dotąd większość z nas niewiele wiedziała, jak choćby dramat afrykańskich ludów pod kolonialnymi rządami belgijskiego Leopolda II, czy indiańskich plemion na peruwiańskich terenach amazońskiej dżungli, ale też historię bliższej nam geograficznie Irlandii i walkę Irlandczyków o niepodległość.

*

Mario Vargas Llosa rozpoczyna swą opowieść od 1916 roku, gdy jego tytułowy bohater przebywa już w celi śmierci za zdradę Wielkiej Brytanii, by za chwilę powrócić do początków, do urodzin Rogera Casementa w Dublinie, w protestanckiej i probrytyjskiej rodzinie irlandzkiej. Autor stopniowo wprowadza czytelnika w zawiłe koleje losu Casementa, prowadzące od ofiarnej pracy dla brytyjskiego imperium do silnego osobistego zaangażowania się w walkę o odzyskanie przez Irlandię niepodległości spod brytyjskiej dominacji. Opowieść o tym przeplatana jest scenami z ostatnich dni Casementa w celi więziennej, wypełnionych oczekiwaniem i nadzieją na ułaskawienie, ale i wątpliwościami: nie co do słuszności celu, lecz obranych środków mających prowadzić do wyzwolenia ojczyzny spod obcego jarzma.

Zanim Roger Casement trafił do celi śmierci, przebył długą drogę, zaczynając jako oddany pracownik, najpierw kampanii handlowych, a następnie brytyjskiej służby dyplomatycznej. Jego udziałem był ogromny, niekwestionowany wkład w ujawnienie prawdziwego, bestialskiego oblicza kolonializmu w belgijskim Kongu, a później równie, jak nie bardziej jeszcze, okrutnych praktyk stosowanych wobec Indian w Putumayo na pograniczu Peru i Kolumbii przez notowaną na angielskiej giełdzie spółkę Peruvian Amazon Company.

Urodzony w rodzinie irlandzkiej Roger Casement początkowo nie miał żadnych zadatków na bojownika o niepodległość Irlandii, za to już w dzieciństwie fascynowały go opowieści o podróżach. Realizując swoje najwcześniejsze pasje, jako dwudziestolatek wyjechał do Afryki, wtedy pełen jeszcze ideałów i wiary w cywilizacyjną misję białego człowieka. Podczas kilkuletniego pobytu na Czarnym Lądzie przekonał się, że owa „misja” to całkowita fikcja, za którą kryje się okrutna rzeczywistość; nieludzkie traktowanie tubylczych plemion, przemoc, tortury, okaleczenia i gwałty, to były codzienne praktyki na plantacjach kauczukowych w prywatnym imperium króla Leopolda II na terenach belgijskiego Konga. Porzucił więc pracę dla spółek zajmujących się pozyskiwaniem kauczuku, jednak z Afryką i Kongiem się nie rozstał: wyruszył bowiem wzdłuż rzeki Kongo, aby jako brytyjski konsul zwizytować plantacje kauczuku i sporządzić sprawozdanie dla Foreign Office.
Efektem kilkumiesięcznej podróży wzdłuż rzeki Kongo był raport o sytuacji tubylców w Kongo, który wstrząsnął władzami i opinią publiczną Wielkiej Brytanii, a jemu samemu przyniósł sławę i powszechne poważanie, ale także nasilenie się różnych dolegliwości (tropikalnych i nie tylko), nabytych już wcześniej w afrykańskiej dżungli. Dla podratowania zdrowia powrócił więc do ojczystej Irlandii i wtedy po raz pierwszy los zetknął go z irlandzkimi patriotami marzącymi o wyzwoleniu spod brytyjskiej dominacji. Wtedy właśnie ich marzenia stały się także jego udziałem, owym Marzeniem Celta, jak tytułowy poemat, który stworzył.
I choć już wówczas powziął wątpliwości co do słuszności swojej służby dla Korony Brytyjskiej, to jednak podjął się kolejnego zadania jako brytyjski dyplomata: wyruszył do Iquitos w Peru i dalej do Putumayo w amazońskiej dżungli, stając na czele komisji badającej doniesienia miejscowego dziennikarza o bezprawiu, jakiego dopuszczają się wobec tubylczej ludności władze i pracownicy Peruvian Amazon Company. Misja zakończyła się sukcesem pomimo niebezpieczeństw nie tylko ze względu na klimat, zabójczy przy stanie zdrowia Casementa, ale przede wszystkim grożących ze strony gotowych na wszystko nadzorców pracujących dla spółki. Raport ujawnił ogrom potworności i okrucieństw, jakich dopuszczali się wobec Indian pracownicy spółki, przy milczącej zgodzie władz i mieszkańców Iquitos. Było to jednakże ostatnie zadanie, jakie Casement wykonywał dla brytyjskiej dyplomacji. Obserwując losy Indian coraz częściej i silniej odczuwał niedolę swoich rodaków pod brytyjskim panowaniem. Po powrocie z Peru odszedł na emeryturę, by całkiem poświęcić się sprawie teraz dla niego najważniejszej: walce o niepodległość swojej celtyckiej ojczyzny. W krótkim czasie stał się jedną z głównych postaci ruchu na rzecz wyzwolenia Irlandii.
Irlandzcy patrioci, zgodni co do celu, byli jednak podzieleni co do metod, jakimi należy do tego celu dążyć. Jedni uważali, że drogą pokojowych rozmów można uzyskać dla Irlandii osobny parlament oraz samodzielność administracyjną i gospodarczą. Inni wierzyli, że jedynie wybuch zbrojnego powstania przywróci ich ojczyźnie niezależność. Casement, skłaniając się ku tym drugim, był jednak przekonany, że bez pomocy z zewnątrz powstanie skazane będzie na klęskę. Wykorzystując sytuację polityczną w Europie, po wybuchu I wojny światowej osobiście silnie zaangażował się w organizowanie zbrojnej pomocy dla powstania ze strony Niemiec. Jego próby sformowania irlandzkich brygad spośród wziętych do niemieckiej niewoli irlandzkich żołnierzy spotkały się jednak z pogardą rodaków, nie chcących walczyć u boku wczorajszego wroga, a próba dostarczenia niemieckiej broni dla uczestników Powstania Wielkanocnego skończyła się totalnym fiaskiem. Zdradzony przez tych, którym bezgraniczne ufał, uznany za zdrajcę przez tych, których wspierał, został pojmany przez Brytyjczyków i sądzony jako zdrajca ojczyzny. Droga, którą obrał, zamiast do zwycięstwa i niepodległej Irlandii, zaprowadziła go na szubienicę.
Jednak Brytyjczykom nie dość było napiętnowania go jako zdrajcy. Do prasy dotarły przecieki o homoseksualizmie Rogera Casementa, ujawnionym na podstawie jego własnych, prowadzonych latami dzienników, przejętych przez brytyjskie służby. Jest początek dwudziestego wieku, odmienne preferencje seksualne, to powód skandalu i niechęci większy jeszcze niż zdrada. Taka sensacja obyczajowa powoduje, że od Rogera Casementa odwracają się nawet ci, którzy nie podzielają wprawdzie jego metod walki, ale gotowi byliby je zrozumieć, pozostają tylko nieliczni, najwierniejsi. I choć do dziś nie ujawniono owych sławetnych dzienników, i nie wiadomo, czy istniały (a jeśli tak, to co zawierały), to jednak doniesienia o jego homoseksualizmie niewątpliwie miały wpływ na decyzję w sprawie odmowy ułaskawienia, a później, już w niepodległej, katolickiej Irlandii, na skazanie go na zapomnienie, zamiast wyniesienia na piedestał jako bohatera i bojownika o niepodległość.

*

Notkę tę napisałam po dwóch miesiącach od przeczytania książki. I całe szczęście, bo gdybym pisała ją zaraz po skończeniu lektury, byłaby całkiem inna. Sięgając po Marzenie Celta spodziewałam się czegoś zgoła innego. Dotychczas czytałam dwie powieści szanownego Noblisty: Miasto i psy oraz Ciotkę Julię i skrybę. Nie wiem więc, czy styl Maria Vargasa Llosy zmienił się już dawno, czy dopiero w pierwszej powieści napisanej po nagrodzie, ale ten z wcześniejszych książek podobał mi się bardziej. I nadal go wolę, jednak sama treść Marzenia Celta zyskiwała wraz z upływem kolejnych dni od skończenia lektury. Może dlatego, że rozciągając w czasie napisanie recenzji więcej myślałam o książce, a może po prostu (i to wyjaśnienie wolę) pewne książki dojrzewają w nas w miarę upływu czasu dzielącego od przeczytania. 
 
Pod pretekstem przedstawienia biografii Rogera Casementa autor zahacza o wiele kwestii, mniej lub bardziej dziś kontrowersyjnych, daje asumpt do rozmaitych rozważań. Współcześnie nikt, kto godzien jest miana człowieka, nie ma już wątpliwości, że ówczesne traktowanie podbitych plemion Afryki czy Ameryki Południowej zasługuje na potępienie, a zatem w tej dziedzinie książka co najwyżej dostarcza wiedzy na temat tego, jak wyglądała „cywilizacyjna misja” białych na skolonizowanych terenach. 
 
Homoseksualna orientacja bohatera Marzenia Celta także nie wywoła już emocji u większości. Dziś już nie kładzie się cieniem na humanitaryzmie Casementa, a Irlandczycy mogą być dumni, że w epoce kolonializmu ich naród wydał z siebie człowieka tak szlachetnego, wrażliwego na cierpienia podbitych, zdominowanych ludów, prekursora w walce o prawa człowieka. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć o tym, jak Mario Vargas Llosa potraktował doniesienia z (jakoby) dzienników Rogera Casementa, Autor postawił bowiem na to, że większość zapisków jego bohatera nie odnosi się do rzeczywistych zdarzeń, ale że to tylko produkty wyobraźni Casementa. Moim zdaniem Mario Vargas Llosa bardzo sprytnie, a zarazem przyzwoicie uporał się z koniecznością odniesienia się do tej części wiedzy o osobie swojego bohatera, który nie jest przecież postacią fikcyjną. Pamiętajmy, że do dziś nie wiadomo, czy osobiste zapiski Casementa nie zostały spreparowane w celu zdyskredytowania go. I choć obecnie homoseksualizm nie miałby znaczenia dla oceny jego postępowania, to jednak gdyby zapiski dotyczące jego seksualnych relacji z całkowicie zależnymi od niego chłopcami okazały się prawdziwe, kładłyby się cieniem na jego nieskazitelnej postawie człowieka brzydzącego się wykorzystywaniem słabszych i sytuacji zależności, w jakiej się znaleźli. Z tego względu zastosowany w powieści wybieg nie kwestionowania istnienia dzienników, ale też sprowadzenia ich do zapisów wizji i erotycznych fantazji bohatera wydaje mi się nadzwyczaj trafny i godny.

Najciekawszym natomiast aspektem powieści jest różnorodność ludzkich postaw w podejściu do kwestii niezależności własnej ojczyzny. Temat dominujący w ostatniej, irlandzkiej części, ale sygnalizowany już od początku, to według mnie główny i najważniejszy powód napisania tej książki. Wciąż aktualny i wzbudzający gorące emocje. Historia przygotowywania irlandzkiego Powstania Wielkanocnego i ostatnie lata życia Casementa posłużyły Mariowi Vargasowi Llosie do pokazania różnych poglądów na kwestie patriotyzmu, różnych postaw i wyborów Irlandczyków, ale to, co opisał, ma charakter uniwersalny. Odpowiedzi na pytania o dopuszczalne metody walki narodowowyzwoleńczej nadal dzielą nie tylko narody żyjące pod okupacją, ale i te, które dawno już odzyskały suwerenność, a teraz starają się uporać z własną historią. Wystarczy choćby wspomnieć dyskusję, jaka niedawno przetoczyła się w Polsce przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Jak daleko mogą posunąć się przywódcy, czy powinni poprzestać na pokojowych sposobach odzyskania niepodległości, czy nawet za cenę wykrwawienia się powstańców porwać ludzi do zbrojnej walki, a może powinni sprzymierzyć się z każdym, nawet z wrogiem, jeśli będzie to po drodze do osiągnięcia własnego celu. Irlandczycy do dziś jeszcze nie uporali się z moralną oceną swoich bohaterów, co pokazuje przykład Rogera Casementa, ale nie są jedynym narodem, który ma z tym problem.
 Z uwagi właśnie na tę aktualność, na podobieństwo do naszych własnych ojczystych dylematów ostatnia, trzecia część powieści wydała mi się najciekawsza, choć najtrudniejsza w czytaniu. Co nie znaczy, że dwie pierwsze części są słabe, bo absolutnie tak nie jest, Marzenie Celta to naprawdę literatura na wysokim poziomie, godna pióra Noblisty.


poniedziałek, 31 października 2011

Rozmowy nad Nilem

Nadżib Mahfuz
Świat Książki, Warszawa 2008
175 stron

Ocena 3/6

Zupełnie przypadkiem Rozmowy nad Nilem przeczytałam tuż po Wdowie Couderc, dwie książki nawiązujące do egzystencjalizmu. O ile jednak Wdowa Couderc poprzedzała sztandarową chyba powieść egzystencjalną – Obcego Camusa, o tyle Rozmowy nad Nilem Mahfuz napisał wiele lat po Obcym
 
Na okładce wydania Świata Książki jest dumny napis „Literacka nagroda Nobla 1988”, co sugeruje (chyba nie tylko ja tak pomyślałam), że za tę właśnie powieść Mahfuz został nagrodzony przez Szwedzką Akademię. I pozostałabym w tym przekonaniu, gdyby książka bardziej mi się podobała. A że wydała mi się nijaka, chciałam sprawdzić, co takiego zobaczyli w niej szwedzcy akademicy, a czego ja, czytelniczy prostaczek, nie dostrzegłam. I dzięki temu odkryłam, że Nobel przyznany został wcale nie za Rozmowy nad Nilem, tylko za trylogię kairską1. Na temat Opowieści starego Kairu nie wypowiadam się, bo jeszcze nie czytałam (ale spotkałam wiele pochlebnych opinii, więc zamierzam nadrobić), natomiast Rozmowy nad Nilem, choć czyta się naprawdę dobrze, to zupełnie nie moja bajka.

Akcja powieści rozgrywa się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, niedługo po przejęciu rządów w Egipcie przez Nasera. Na zakotwiczonej na Nilu barce co wieczór spotyka się grupa znajomych, należących do egipskiej inteligencji. Są wśród nich urzędnicy ministerialni, reżyser, pisarz, adwokat i krytyk literacki, są wyemancypowane kobiety. 
Główną postacią jest Anis Zaki, pracownik Biura Dokumentacji, stały rezydent barki i największy chyba z całej grupy miłośnik codziennych haszyszowych sesji, w trakcie których grupa prowadzi owe tytułowe rozmowy nad Nilem. Co do tytułu, to trafiłam gdzieś na inne tłumaczenie oryginalnego tytułu – Bełkot nad Nilem – i coś w tym jest. Sztywne dialogi (nie złe, nie źle napisane, ale właśnie sztywne) są celowym, jak sądzę zabiegiem autora. Z rozmów na najważniejsze, egzystencjalne wręcz tematy zieje pustką. Uczestnicy spotkań nie mają żadnego ważnego celu w życiu, nic ich nie przejmuje i nie porusza. Najwyraźniej obrazuje to postać Anisa. Po osobistej tragedii sprzed dwudziestu lat żyje tylko chwilą, „odbębnia” dzień pracy w ministerstwie, nie zadając sobie nawet trudu, by po drodze chociażby, zauważyć otaczający świat. Byle do popołudnia, gdy można zasiąść przy nargilach. A rano z narkotycznym kacem znów do pracy, najlepiej przespać zmianę, jeśli tylko się uda. I tak na narkotycznych wizjach upływa mu dzień za dniem, dopóki do grupy nie dołączy nowa osoba.
Dziennikarka Sammara Bahgat jest młodą kobietą, poważnie myślącą o życiu, a przynajmniej za taką chce uchodzić. Dołącza do grupy, niby dla zabawy, ale faktycznie jej celem jest poczynienie obserwacji i zaczerpnięcie wzorów do postaci w sztuce, którą pisze. Wraz z nią do codziennych rozmów wkrada się ferment. 
Ale prawdziwą zmianę przynosi wydarzenie z noworocznej nocy, gdy wszyscy wybierają się na wycieczkę do piramid i gdy w drodze powrotnej dochodzi do wypadku. Wtedy następuje zderzenie z rzeczywistością i prawdziwa próba charakterów. 
 
Mahfuz niewątpliwie obnaża pustkę i mierność elit społecznych naserowskiego Egiptu. Inteligencja, udzie mający z założenia tworzyć kręgosłup moralny narodu, niezdolni są i niechętni do działania, zamiast tego wolą sybarycką wegetację, użalanie się nad sobą i narkotyczne wizje. Tyle tylko, że książka – pewnie ważna i niosąca istotne treści dla Egipcjan, dla mnie okazała się po prostu obojętna. To, co w niej wyczytałam, ta samotność, obojętność na przeszłość, na przyszłość, odcinanie się i bronienie przed wszystkim, co burzy codzienną powtarzalną egzystencję, znalazłam już wcześniej gdzie indziej i bardziej do mnie trafiało. Choćby właśnie we Wdowie Couderc
No cóż, zobaczę jeszcze, czy noblista zachwyci mnie Opowieściami starego Kairu.


niedziela, 21 sierpnia 2011

Tysiąc żurawi Śpiące piękności


Yasunari Kawabata
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987
265 stron

Ocena 3/6

Dwie minipowieści noblisty z 1968 roku Yasunariego Kawabaty powstały w różnym czasie - |Tysiąc żurawi w 1949, a Śpiące piękności w 1961, u nas jednak wydawano je razem. Nie wiem, czym kierował się wydawca, bo przecież chyba nie tym, że wydane osobno książki byłyby za chude. I dlatego próbowałam znaleźć punkty styczne obydwu opowieści, coś co tematycznie łączyłoby historię młodego Kikujiego ze starcem Eguchim.

Pierwszy z nich jest bohaterem Tysiąca żurawi. Z panią Kurimoto Chikako – przyjaciółką rodziny (że użyję takiego eufemistycznego i europejskiego określenia) wiąże się budzące odrazę a zarazem fascynację wspomnienie z dzieciństwa wspomnienie znamienia na piersi kobiety, które Kikuji zobaczył przypadkiem, gdy jako siedmiolatek odwiedził ją razem z ojcem. Teraz, po latach od śmierci rodziców znajomość odnowiona właściwie wbrew jego woli przyniesie następstwa, które zaważą na jego dalszym życiu. To podczas ceremonii herbaty w domu Chikako spotka panią Otę, wieloletnią kochankę ojca, jego córkę Fumiko oraz piękną i niewinną Yukiko, swoją przyszłą żonę. Jednak zanim dojdzie do zaślubin, Kikujiego połączą z panią Otą i jej córką zdarzenia, które odcisną piętno grzechu na jego duszy. 
 
Druga minipowieść (choć może trafniejsze będzie określenie: opowiadanie) jest zupełnie inna w swoim charakterze. Eguchi dostaje w zaufaniu adres pewnego domu, gdzie starzy „godni zaufania” mężczyźni mogą spędzić noc w towarzystwie uśpionych pięknych dziewcząt. Nie jest to typowy dom schadzek, dziewczęta śpią snem nie do przerwania i po przebudzeniu nie będą wiedziały, co działo się w nocy, ale odwiedzających je mężczyzn obowiązują pewne zasady, są granice, których przekraczać nie wolno, zresztą ich męska moc już przeminęła i wspólne noce z młodziutkimi pięknościami służą odrodzeniu wspomnień a nie miłosnym igraszkom. Początkowo Eguchi idzie tam kierowany ciekawością, czuje nawet pewną wyższość nad innymi gośćmi domu, nie jest przecież jeszcze tak stary, aby uważano go za „godnego zaufania”, są chwile, gdy chce nawet naruszyć zasady domu, aby udowodnić, że nie jest jeszcze tak stary, za jakiego go uważają. Jednak po pierwszej nocy znów tam wraca i znów. W obecności uśpionych dziewcząt na jawie i w snach nawiedzają go wspomnienia dawnych miłości, przygód miłosnych, romansów, ale i rozważania nad przemijającym czasem i młodością.

To, co wg mnie łączy te dwie historie, to męska niemoc przeciwstawiana kobiecemu dziewictwu. Ale czemu ma to służyć, tego – przyznaję – nie udało mi się zrozumieć. Może to kwestia różnic kulturowych, może płci, a może zwyczajnie wcale nie o to autorowi chodziło. 
 
Obie powieści pięknie napisane, jak zresztą u większości noblistów, których utwory czytałam. Jest w nich pewna magia, magnetyzm nie pozwalający odłożyć książki. Poza tym egzotyka odmiennego świata, innej hierarchii wartości i obyczajów. I tyle. Nic więcej z tego nie wyniosłam, żadnych głębszych refleksji. Najwidoczniej lektura nie na moją wrażliwość. 

wtorek, 26 kwietnia 2011

Piąte dziecko

Doris Lessing
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005
142 strony

Ocena 4,5/6

Długo zbierałam się do napisania tej notki, dwa tygodnie od czasu, gdy skończyłam czytać Piąte dziecko. Starałam się uporządkować swoje odczucia po lekturze, ale dotychczas jeszcze mi się to nie udało. I choć zdecydowałam się umiejscowić książkę gdzieś na mojej skali od 1 do 6, to nie jestem do końca przekonana do wystawionej oceny. Nadal o niej myślę, ale nie o historii, którą opowiada, lecz o własnej na nią reakcji. Książka jest napisana świetnie, bardzo mi odpowiada styl Doris Lessing, tak samo zresztą jak wcześniej, gdy czytałam Trawa śpiewa. Nie mam wątpliwości, że powieść jest ważna, że autorka zobaczyła i opisała to, co typowe i powszechne w naszych zachowaniach, ale nie uświadamiane na co dzień, albo wręcz wypierane ze świadomości. Mój problem z oceną bierze się stąd, że ta opowieść jest mi najzupełniej obojętna, a teoretyczne powinna budzić emocje, refleksje i co tam jeszcze budzi książka, która bezlitośnie obnaża kontrowersyjne zachowania i sposób myślenia. 
 
Pobierając się Harriet i Dawid marzyli o tym samym, chcieli mieć tradycyjną rodzinę, sześcioro albo i ośmioro dzieci, wielki dom, w którym cały czas trwają święta i wakacje. I przez kilka pierwszych lat małżeństwa udawało im się spełniać marzenia. Rodzina nie pochwalała wybranego przez nich modelu rodziny i nie kryli się z tym: 
„gdybyście mieli szóstkę, albo ośmioro czy dziesięcioro (...) i gdybyście mieszkali w innej części świata, na przykład w Egipcie, Indiach czy w podobnym miejscu – wtedy połowa dzieci by umarła, poza tym nie otrzymałyby wykształcenia. Wy chcecie jednego i drugiego. Arystokraci owszem, oni mogą rozmnażać się jak króliki, tego się też spodziewają, ale mają na to pieniądze. Biedacy mogą mieć dzieci, z których połowa umiera, ale oni tego się spodziewają. Jednak ludzie jak my, pośrodku, muszą przywiązywać wagę do tego, ile mają dzieci, żeby móc się o nie troszczyć.”1 
W pewnym sensie mieli rację, bo Dawid nie był w stanie zarobić na wszystko, Harriet nie dawała sobie sama rady z prowadzeniem domu, kolejne porody w rocznych/dwuletnich odstępach i opieka nad małymi dziećmi były ponad jej możliwości, więc jego ojciec finansował, a jej matka pomagała przy dzieciach. W zamian cała bliższa i dalsza rodzina mogła całe tygodnie spędzać w ich wielkim wiktoriańskim domu, grzejąc się rodzinnym ciepłem. Do czasu, gdy urodziło się piąte dziecko – Ben – inny, dziwny, budzący u wszystkich, nawet u własnych rodziców, niechęć, strach i odrazę.

Piąte dziecko każdy może odbierać inaczej, zrozumieć po swojemu. Lessing opowiada fikcyjną historię, ale taką, która mogła wydarzyć się naprawdę. Nie daje jednak gotowych odpowiedzi i nie ocenia swoich bohaterów. Nie podpowiada czytelnikowi, jakie jest przesłanie jej książki. O ile w przypadku powieści, których autor posługuje się symboliką (jak np. w Życiu Pi) oczekuję w miarę jasnego przesłania, o tyle w opowieściach takich jak ta, rejestrujących po prostu kawałek życia, niemal jak reportaż, taką wielowymiarowość, niejednoznaczność moralną uważam za zaletę. Rola tej książki sprowadza się do otwarcia nam oczu na to, że obok nas dzieje się coś, czego nie zauważamy, a gdy już spostrzeżemy, sami powinniśmy wyciągnąć wnioski. Z recenzji w internecie choćby widać, jak różnie ludzie odczytali Piąte dziecko, wnioski czytelników są czasem krańcowo odmienne i wszystkie uargumentowane. 
 
Dla mnie istotne były w tej książce dwie sprawy.. Pierwsza, to pytanie o granice tolerancji. Rodzina nie ma problemu z akceptacją modelu życia Harriet i Dawida, mimo że nie podziela ich poglądów, nie izolują się od Amy, córki jednej z sióstr Harriet, dziewczynki z zespołem Downa. Ale odmienność Bena, to coś zupełnie innego. Według kryteriów medycznych Ben jest normalny, jednak otoczenie odbiera go jako obcego, dziwnego i przerażającego. Niechęcią i strachem reagują na coś, czego nie rozumieją i nie potrafią nazwać ani sklasyfikować. Czują się zagrożeni, więc bez skrupułów gotowi są do czynów okrutnych, byleby usunąć tę obcą, dziwną istotę ze swojego szczęśliwego życia. 
 
I druga myśl, która nasuwała mi się po lekturze. Dziecko ma dwoje rodziców, ale to na matkę spada odpowiedzialność. Harriet mówi w pewnym momencie: 
„Nikt mi nigdy nie powiedział »Jesteś taka dzielna! Masz czworo normalnych, inteligentnych, ładnych dzieci. Są takie dzięki tobie, Harriet!« Czy to nie dziwne, że nikt nigdy tego nie powiedział? Ale kiedy urodził się Ben, wszyscy stwierdzili, że to ja jestem winna.”2 
I to ona musi dokonać wyboru między chłopcem a resztą rodziny. Zostaje sama ze swoją decyzją, inni umywają ręce.
Tak jak napisałam wyżej, mam duży kłopot z ustaleniem, na ile wartościowa jest ta książka. Uważam, że dotyka naprawdę ważnych i trudnych spraw, a jednak nie czułam osobistego zaangażowania w losy żadnego z bohaterów. Myślę jednak, że to opowieść, którą pamięta się przez lata. Być może za jakiś czas spojrzę na nią inaczej i zmienię swoją ocenę. Czas pokaże. A dzisiaj tylko 4,5/6.

1s. 19-20.
2s. 113.

wtorek, 22 lutego 2011

Dom pana Biswasa

V. S. Naipaul
Noir sur Blanc, Warszawa 2002
I tom: 407 stron
II tom: 393 strony

Ocena 5/6

Nagrodę Nobla Vidiadhar Surajprasad Naipaul otrzymał w 2001 roku
"za jednolity punkt widzenia i nieprzekupne badania, które zmuszają nas by dostrzec obecność przemilczanej historii"1.
Dom pana Biswasa powstał na długo przedtem, bo w roku 1961 i to już ta książka przyniosła Naipaulowi międzynarodową sławę. 

Kanwą powieści jest życie tytułowego Hindusa Mohuna Biswasa. Gdy na świat przychodzi dziecko naznaczone czymś niezwykłym, w przypadku Biswasa - jednym palcem więcej, można oczekiwać, że i jego losy będą niezwykłe. Nic bardziej mylnego, bohater Naipaula jest nieudacznikiem, jego życie jest nijakie, upływa pozostawione przypadkowi, a efekty nielicznych prób odmiany losu są po prostu żałosne. Urodzony w ubogiej rodzinie robotnika na plantacji trzciny w Trynidadzie, po tragicznej śmierci ojca, Mohun zdany jest na łaskę bogatych krewnych. Gdy dorasta i próbuje się usamodzielnić, wplątuje się w niechciane małżeństwo z jedną z licznych córek rodziny Tulsich. Zbyt biedny, aby wyprowadzić się z żoną do własnego domu, zamieszkuje w Domu pod Hanumantem wraz z całym klanem Tulsich, w którym matriarchalne rządy sprawuje teściowa. Nigdy jednak nie udaje mu się przystosować do zwyczajów panujących w rodzinie żony, wciąż marzy o własnym domu. Nie potrafi zapewnić bytu żonie ani kolejno pojawiającym się na świecie dzieciom, muszą więc znosić poniżenie i dominację Tulsich. Biswas na upokorzenia reaguje drwinami z członków rodziny i pogardą, czasem jawną, najczęściej jednak demonstrowaną tylko przed żoną. Kilka prób buntu kończy się powrotem do Tulsich. Aż wreszcie nadchodzi przełom. Postawiony w sytuacji bez wyjścia Biswas kupuje dom, na który właściwie go nie stać. Marzenie wreszcie się spełnia, ale to spełnienie okazuje się tak samo żałosne, jak całe życie Mohuna Biswasa. 


Historia ta jest okazją do pokazania zmieniających się przez pół wieku warunków życia i zwyczajów w społeczności hinduskiej na Trynidadzie. Nie ma tu wielkich, spektakularnych zwrotów akcji, zaskakujących przypadków, czas biegnie powoli swoim rytmem, tak jak akcja powieści. Jednak mimo to (a może właśnie dlatego) książka jest bardzo prawdziwa, bohaterowie przedstawieni wyjątkowo wiarygodnie, a fikcyjne wydarzenia doskonale oddają rzeczywistość.

„Motywy znane z takich dzieł, jak Masażysta cudotwórca, Wybory w Elwirze i Nasza ulica, tu znajdują najpełniejszy i najdoskonalszy wyraz artystyczny. Powieść, opisująca życie człowieka od narodzin aż do śmierci, odznacza się rozmachem właściwym dziełom wielkich mistrzów i z pewnością zasługuje na miejsce wśród najznakomitszych dokonań prozy XX wieku.”2.
Nie sposób nie zgodzić się z tą opinią. Obiektywnie muszę przyznać, że powieść jest wybitna i gdybym oceniała ją z pozycji zawodowego recenzenta, musiałabym wystawić najwyższą notę. Ja jednak jestem zwykłą czytelniczką i dlatego mogę pozwolić sobie na subiektywną ocenę, odmienną od tej powyżej, podyktowaną emocjami w trakcie i po lekturze. Niewykluczone, że wpływ na to ma również wiedza na temat osoby pisarza i jego prywatnego życia, którego kulisy ujawnił w jednym z wywiadów. Doceniam wielkość tej książki, ale nie odebrałam jej tak dobrze, aby ocenić na maksimum. 

Nie urzekła mnie historia pana Biswasa, w którym widziałam przede wszystkim nieudacznika i egoistę. Ta pogarda wobec ludzi opiekujących się jego dziećmi, którym on nie był w stanie zapewnić utrzymania, to niczym nie uzasadnione poczucie wyższości. Stawiający się w sprawach małych, nie miał odwagi podejmować decyzji i bronić swego zdania w tych istotnych, wpływających na zwroty w życiu. I choć to takie prawdziwe, takie ludzkie, choć spotykamy się z takimi postawami na co dzień, a pewnie i nam samym zdarzają się takie zachowania, to u książkowych głównych bohaterów nie chcemy (ja przynajmniej nie chcę) takich cech. Utożsamiamy się przecież z nimi, oczekujemy więc postaw heroicznych, nonkonformistycznych i z takimi wolimy obcować podczas lektury. 


W efekcie antypatia do głównego bohatera spowodowała, że ciężko mi się czytało tę powieść. A przecież napisana jest świetnym, bardzo przyjaznym czytelnikowi stylem, wspaniale i wyraziście ukazuje szeroką panoramę losów Hindusów mieszkających na Trynidadzie, przemiany zachodzące w ich stylu życia, w obyczajach, rozpad więzi łączących ich z tradycjami i religią przodków. W relacjach Biswasa z rodziną Tulsich często dopatrywałam się też alegorii zachowań członków postkolonialnej społeczności wobec dawnych kolonialistów, wzlotów i upadków przy budowaniu nowej, niezależnej państwowości, trudnych prób usamodzielnienia się.


Niezależnie więc od subiektywnej oceny powieści przyznaję, że jest to wielka literatura, warta polecenia innym i godna miejsca wśród wybitnych dzieł XX wieku.


1Przytaczam za Wikipedią z hasła Vidiadhar Surajprasad Naipaul
2Z noty wydawcy na okładce

środa, 8 grudnia 2010

Cesarzowa


Pearl S. Buck
Bellona, Warszawa 2005
575 stron

Ocena 4,5/6

Powieść Cesarzowa napisana została w 1956 roku, czyli prawie dwadzieścia lat po otrzymaniu przez Pearl S. Buck nagrody Nobla. Bohaterka powieści jest postacią historyczną, żyła w latach 1835 - 1908 i w praktyce władała Chinami od 1861 roku aż do swej śmierci. Książka nie jest biografią cesarzowej, ale została mocno osadzona w realiach epoki i napisana z uwzględnieniem wydarzeń i faktów historycznych. Pearl S. Buck przedstawiła nam cesarzową tak, jak ją sobie wyobrażała, dała jej wymyślone przez siebie cechy, myśli, uczucia, ale można przypuszczać, że stworzyła obraz bliski rzeczywistemu, bo nie pisała przecież o sprawach jej obcych. Autorka wychowywała się bowiem w Chinach w czasie, gdy rządziła nimi jeszcze Tz'u Si i zapewne wiele słyszała o swojej bohaterce.
zdjęcie 1

zdjęcie 2
Uwaga! Poniżej dość dokładnie streszczam powieść, bowiem historia Cesarzowej Orchidei to losy postaci historycznej, uważam więc, że nie ujawniam tu żadnej tajemnicy, jeśli jednak ktoś zamierza przeczytać tę książkę, a nie wie nic o Ts'u Si, niech lepiej ograniczy się do krótszej wersji streszczenia, umieszczonej na blogu Projekt Nobliści.

Cesarzowa pochodziła z rodziny mandżurskiej, poznajemy ją, gdy jako piękna i pełna wdzięku siedemnastolatka mieszka w domu wuja, dokąd wraz z matką i młodszym rodzeństwem trafiła po śmierci ojca. Mając perspektywę wyjścia za mąż za kuzyna wybiera inny los. Przyjmuje imię Jehonala, które jest jednocześnie nazwiskiem jej mandżurskiego rodu. Dokłada starań, aby zostać wybraną na jedną z konkubin cesarza i osiąga cel. 
zdjęcie 3
To jednak dopiero początek, bo jako onkubina mogła umrzeć w zapomnieniu, nigdy nawet nie wezwana przez cesarza. Zaskarbia sobie przychylność cesarskiej matki i eunuchów, trzęsących Zakazanym Miastem. W dniu, w którym ją wybrano na konkubinę, jej kuzynka Sakota wybrana zostaje na cesarską małżonkę. Sakota nie przypada jednak do gustu cesarzowi, a gdy zachodzi w ciążę, cesarz odsuwa ja od siebie. Tymczasem zabiegi Jehonali przynoszą skutek i zajmuje miejsce Sakoty w cesarskim łożu. Cesarz nie jest jednak mężczyzną, o jakim może marzyć młoda dziewczyna. Zepsuty i rozpuszczony przez dwór, a jednocześnie odstręczający fizycznie i schorowany, zamiast miłości i pożądania, wzbudza w dziewczynie wstręt. Jest jednak za późno, aby się wycofać - kobieta, która raz weszła do Zakazanego Miasta, już nie może go opuścić. 
zdjęcie 4
Pozostaje więc konkubiną, a zarazem faworytą cesarza. Gdy rodzi następcę tronu, jedynego syna cesarza, zostaje wyniesiona do rangi równej cesarskiej małżonce i otrzymuje imię Tz'u Si, zostaje Cesarzową Zachodniego Pałacu. Jej wpływ na cesarza jest tak duży, że staje się jego doradczynią w sprawach państwowych. A sprawy te nie stoją najlepiej, dynastia jest słaba, kolejne wojny opiumowe osłabiają ją jeszcze bardziej. Tz'u Si jest zagorzałą przeciwniczką ustępstw i wpuszczania „barbarzyńców” do kraju. Za jej namową cesarz, zamiast układać się z cudzoziemcami, podejmuje walkę. Trzecia wojna opiumowa kończy się dla niego sromotną klęską, dwór musi uciekać z Pekinu, do którego zbliżają się sprzymierzone wojska europejskich mocarstw, paląc i niszcząc wszystko po drodze. Tz'u Si szczególnie dotkliwie odczuwa zniszczenie Pałacu Letniego, który sobie upodobała. 

Cesarz umiera poza Pekinem, w Zimowym Pałacu, o władzę po nim walczą dwie przeciwstawne frakcje, zwycięża Tz'u Si i jej sprzymierzeńcy. Cesarzowa Matka (taki tytuł teraz jej przysługuje jako matce następcy tronu) wspólnie z Cesarzową Wdową Sakotą obejmują regencję w imieniu pięcioletniego następcy tronu, ale faktyczną władzę sprawuje wyłącznie Tz'u Si. Rozprawia się krwawo w konkurentami do schedy po cesarzu, ale dla ratowania Smoczego Tronu i ciągłości dynastii Qing podpisuje upokarzający traktat z cudzoziemcami. Chiny zmuszone są do daleko idących ustępstw wobec cudzoziemców, pozwolić im na osiedlanie się na swoim terytorium, na handel, na szerzenie chrześcijaństwa.
Wojna z Anglią i Francją zostaje zażegnana, ale w kraju trwa nadal powstanie tajpingów. Gdy wreszcie z pomocą europejskich dowódców powstanie zostaje stłumione, wybucha wojna z Japończykami, zakończona kolejnym niekorzystnym dla Chin traktatem. Nastają lata względnego pokoju, ale konieczność tolerowania cudzoziemców na terytorium Chin jest dla konserwatywnej cesarzowej bardzo dotkliwa. Niechętna jakimkolwiek zmianom nadchodzącym z Zachodu, zarówno obyczajowym, jak i technicznym, Tz'u Si latami prowadzi politykę przeciwną kontaktom dyplomatycznym z Europą i otwarciu cesarstwa na świat.
 Po objęciu tronu przez syna Tz'u Si domaga się od niego podporządkowania i realizowania wytyczonej przez nią linii postępowania. Postanawia odbudować Letni Pałac, idą na to ogromne pieniądze, które były przeznaczone na rozbudowę armii, przede wszystkim floty, co w przyszłości okaże się zgubne dla Chin. Próby usamodzielnienia się cesarza i prowadzenia polityki odmiennej od przekonań matki nie udają się, cesarz krótko po objęciu tronu umiera na czarną ospę. Po jego przedwczesnej śmierci Tz'u Si osadza na tronie swojego siostrzeńca i znów ona i Sakota zostają regentkami. Po dojściu siostrzeńca do pełnoletności formalnie oddaje mu władzę, lecz niezadowolona z jego otwarcia na Europę, z jego skłonności do wprowadzania cudzoziemskich nowinek i wynalazków, z pomocą wiernych jej dworzan i eunuchów dokonuje przewrotu pałacowego, w efekcie czego siostrzeniec, choć formalnie nadal cesarz, staje się jej więźniem. Od tego czasu aż do śmierci rządzi już niepodzielnie.
Potajemnie popiera Pod koniec XIX wieku w Chinach wybuchło powstanie bokserów, wymierzone przeciw osiadłym cudzoziemcom i chińskim chrześcijanom. Cesarzowa potajemnie popiera rebeliantów, pochwala na krwawe rzezie, dokonywane na cudzoziemcach i chrześcijanach. Znów musi jednak uciekać z Pekinu, ogarniętego wojenną zawieruchą, aby ratować życie i tron.
Po stłumieniu powstania przez cudzoziemskie wojska, wyparłszy się poparcia dla bokserów, zmienia swoją politykę wobec zachodnich mocarstw i nawiązuje stosunki dyplomatyczne z zagranicznymi przedstawicielstwami, co umożliwia jej powrót na pekiński tron. Zaczyna reformować kraj. Wydaje się, że otworzyła się na świat, nie wiadomo jednak, czy była to zmiana przekonań, czy postawa wymuszona sytuacją polityczną.
Z powieści wyłania się obraz kobiety bezwzględnej i okrutnej, ale sprawiedliwej i wyznającej tradycyjne wartości, żądnej władzy nie dla siebie i samego rządzenia, ale dla utrzymania dynastii mandżurskiej, ocalenia Tronu Smoka. Autorka pokazuje nam kobietę, która sięgnęła po najwyższe cesarskie zaszczyty, ale zapłaciła za to bardzo wysoką cenę, wyższą, niż musiałby zapłacić jakikolwiek mężczyzna na jej miejscu. Dla spełnienia swoich marzeń o potędze zrezygnowała z prawdziwej i jedynej miłości, czuła się samotna, nie ufała nikomu, miała chwile zwątpienia i poczucie przegranego życia. To jednocześnie kobieta kochająca piękno, obdarzona wieloma talentami, kochana przez swój lud. Trudno mi ocenić, na ile prawdziwy jest taki obraz. Jestem przekonana, że cesarzowa musiała być kobietą silną i bezwzględną, aby w męskim świecie osiągnąć tak wysoką pozycję. Podejrzewam jednak, że tę drugą, łagodną stronę jej natury autorka stworzyła pod wpływem wychowania w rodzinie misjonarzy i czasów, w jakich żyła, że nie potrafiła lub nie chciała uczynić ze swej bohaterki kobiety całkowicie pozbawionej dobroci, władczej i stanowczej, nie potrzebującej oparcia w żadnym mężczyźnie. W powieści pojawiają się też wątki, które są może wyłącznie literacką fikcją, choć niewykluczone, że zostały oparte na plotkach, które mogły przetrwać do czasów, gdy wychowywana w Chinach Pearl Buck miała możność zetknąć się z nimi i wykorzystać je w swojej książce.
Jednakże nawet przy wątpliwościach co do prawdziwości niektórych opisanych w książce wydarzeń uważam, że możemy dzięki niej poznać dziewiętnastowieczną historię Chin, spojrzeć na tamte czasy i na Europę oczami spadkobierców prastarej kultury, dumnych z dokonań swoich przodków i wiernych ich tradycji i pamięci, ludzi, dla których inne narody były po prostu barbarzyńcami, nie mającymi do zaoferowania nic wartościowego. Możemy zobaczyć, jak przez konserwatyzm władców i zamknięcie na zmieniającą się rzeczywistość upada potęga budowana przez tysiąclecia, bo rządzący Chinami nie chcieli uznać, że świat jest szerszy niż niebo nad ich cesarstwem, a gdy to wreszcie zrozumieli, było już za późno. I choć chwilami powieść mi się dłużyła, wydawała się przeciągana, a niektóre szczegóły uważałam za zbędne, to jednak jest ona jak najbardziej warta przeczytania i polecenia innym.


Zdjęcia 1 i 4 są z Zakazanego Miasta, pozostałe - z Pałacu Letniego



czwartek, 25 listopada 2010

Zgłoszenie do Projektu Nobliści

Jakiś czas temu zgłosiłam się do Projektu Nobliści.
Wprawdzie dotychczas zdarzało mi się czytać książki pisarzy nagrodzonych Noblem, ale udział w wyzwaniu jest dodatkową motywacją do poznania twórczości uznanej – bądź co bądź przez prestiżowe grono noblowskiego jury – za szczególnie wartościową i godną wyróżnienia. Nie uważam oczywiście, że wyroki szwedzkiej akademii należy przyjmować bezkrytycznie i z góry zakładać, że książki noblistów muszą nam się podobać, a o motywach przyznawania nagrody corocznie wiele mówi się i pisze. Jednak jest to pewien wstępny odsiew – większa jest szansa, że trafimy na coś, co warto przeczytać, niż gdy z półki bibliotecznej wyciągamy przypadkową książkę nieznanego autora. A jeśli do tego dodamy autorów z giełdy poprzedzającej corocznie przyznanie Nobla, to mamy już całkiem przyzwoity pakiecik nazwisk, których można poszukać w bibliotekach i księgarniach. Od jakiegoś czasu przy wyborze książki coraz częściej biorę pod uwagę przyznanie nagrody autorowi lub jego konkretnej książce i chociaż zdarzały mi się rozczarowania, to jednak w ogólnym rozrachunku metoda się sprawdza. Nie mówię oczywiście tylko o Noblu, ale również o innych nagrodach.
A wracając do mojego zgłoszenia w |wyzwaniu, to dotychczas czytałam przynajmniej po jednej powieści następujących noblistów:
  1. Henryk Sienkiewicz Quo vadis, W pustyni i w puszczy, Krzyżacy, nowelki
  2. Rudyard Kipling Księga dżungli
  3. Knut Hamsun Głód
  4. Władysław Reymont Chłopi
  5. Sigrid Undset Olaf, syn Auduna
  6. Pär Lagerkvist Zło (zbiór trzech nowel: Kat, Karzeł, Mariamne)
  7. Ernest Hemingway Stary człowiek i morze, Komu bije dzwon
  8. Albert Camus Obcy, Dżuma, Upadek,
  9. Jean-Paul Sartre Mdłości,
  10. Heinrich Böll Utracona cześć Katarzyny Bloom,
  11. Saul Bellow Henderson król deszczu,
  12. Isaak Bashevis Singer Sztukmistrz z Lublina,
  13. Gabriel Garcá Márquez Sto lat samotności, Opowieść o moich smutnych dziwkach,
  14. William Golding Władca much, Spadkobiercy,
  15. Toni Morrison Umiłowana,
  16. José Saramago Miasto ślepców,
  17. J.M. Coetzee Hańba,
  18. Elfriede Jelinek Pożądanie,
  19. Orhan Pamuk Nazywam się czerwień,
  20. Doris Lessing Trawa śpiewa,
  21. Jean-Marie G. le Clézio Afrykanin,
  22. Mario Vargas Llosa Miasto i psy, Ciotka Julia i skryba,
Cel udziału w wyzwaniu? Tak, jak napisałam wyżej – motywacja. Chcę przeczytać przynajmniej po jednej powieści powojennych noblistów i przekonać się sama, jak pisali i czy podoba mi się ich styl. Natomiast z poezją jestem trochę na bakier, nie czuję jej, więc odpuszczę sobie wiersze, planuję jedynie nadrobić zaległości z poezji Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...