Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa i Środkowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa i Środkowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 sierpnia 2013

Tequila oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

Hugh Thomson
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
287 stron

 
Zdaje się, że do dziś modne jest wśród młodzieży ze Stanów i Europy Zachodniej, a i u nas też pojawia się taki trend, aby przed rozpoczęciem studiów powłóczyć się przez rok po świecie, zaznać swobody, poszaleć, posmakować życia samodzielnego, niby już na własny rachunek, bez opiekuńczej ręki rodziców, ale jeszcze beztroskiego, nieodpowiedzialnego.
Tak właśnie postąpił Hugh Thomson, a dla Meksykanów Hugo (bo – jak twierdzi autor – Hugh jest nie do wymówienia dla osób hiszpańskojęzycznych) – zrobił sobie przerwę w nauce i wyruszył do Meksyku, tyle, że było to ponad 30 lat temu, w 1979 roku. Miał trochę pieniędzy, ale nawet przy różnicy w sile nabywczej dolara i peso nie tyle, by mógł przeżyć rok nie troszcząc się o kasę. Na szczęście już na początku podróży, w samolocie ktoś podpowiedział mu rewelacyjny pomysł na dobry zarobek: trzeba kupić w Stanach duże auto i przeprowadzić je przez dwie granice do Ameryki Centralnej unikając płacenia cła i podatku, a w Gwatemali albo Belize można sprzedać je z niezłym zyskiem. Hugo idzie za tą radą, kupuje starego oldsmobila i bez tablic rejestracyjnych i prawa jazdy rusza przez cały Meksyk, starając się unikać głównych dróg i dużych miast. Po wielu miesiącach i perypetiach dociera do celu, gdzie na niego i jego oldsmobila czeka niezbyt miła niespodzianka.

Pierwsza część to właśnie relacja z tej podróży własnym samochodem przez drogi i bezdroża Meksyku, przetykana wstawkami na temat historii kraju, literatury i muzyki. Wspaniale napisana, spontaniczna i awanturnicza opowieść drogi, tchnąca niefrasobliwością przynależną młodości i pasującą do młodości. W drugiej części, kontynuacji podróży podjętej po trzydziestu latach, atmosfera jest już zupełnie inna. Nie ma tego beztroskiego, bezpośredniego dziewiętnastolatka, który wszędzie zachowywał się jak u siebie, wszędzie znajdował przyjaciół i pomocną dłoń (no, chyba, że trafiał na jakąś pięść). Zamiast niego jest pięćdziesięciolatek, któremu właśnie rozpadł się długoletni związek i który przyjechał do Belize szukać... No właśnie, czego? Przeszłości? Młodości? A może tej beztroski? Ale tamto Belize już nie istnieje, w jednym zmieniło się na lepsze, w innym na gorsze, tak jak młody Hugo zmienił się w podstarzałego Hugh'a. Wprawdzie ten teraźniejszy bardzo się stara postępować spontanicznie, „iść na żywioł”, ale czytelnik nie ma już tego poczucia, że za chwilę wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego, bo cały czas towarzyszy mu wrażenie, że gdzieś tam za uszami bohatera jest asekuracja, nabyta z wiekiem ostrożność i pełne konto pozwalające w razie czego wydobyć się z kłopotów. I choćby nie wiem jak się starał, to nie będzie już tamtym Hugo, a co najwyżej starym przebierańcem, silącym się na młodzieńczy luz. Nie ma nastoletniego Hugo, nie ma ludzi, których poznał podczas pierwszej wyprawy, nawet niebezpiecznie jest już gdzie indziej, niż wtedy. Niezmienne pozostały jedynie stare amerykańskie samochody i jeszcze starsze azteckie świątynie.

Świetna książka, niby podróżniczo-reportażowa, niby łotrzykowska, po części autobiografia, napisana lekko i naturalnie. Obie części powstały chyba w tym samym czasie, niedawno, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że część pierwsza w dużej mierze opierała się na notatkach prowadzonych przed laty na bieżąco, może nawet tylko zredagowanych ostatnio. I choć współcześnie, gdy autor wyrusza w swoją sentymentalną podróż, niewiele już zostało ze świata, który uwiecznił w swoich zapiskach, jednak to, co przetrwało plus odrobina wyobraźni pozwalają czytelnikowi przenieść się w przeszłość: azteckie piramidy – w czasy prekolumbijskie, a dawny dziennik i nowa droga, ale biegnąca tą samą trasą – w czas nieporównywalnie nam bliższy, lecz też już nie istniejący.
Przemijanie kojarzy się raczej smutno, ale nie u Thomsona. Owszem, jest tu nieco nostalgii, jest poczucie, że coś odeszło na zawsze, że „to se ne vrati”, jednak ogólnie książka utrzymana jest w optymistycznym, niefrasobliwym nastroju. Takim, w jakim chyba wszyscy chcielibyśmy przeżywać wakacyjne podróże, te zwykłe, te sentymentalne i nawet te tylko na papierze.

niedziela, 16 czerwca 2013

Inés, pani mej duszy

Isabel Allende
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. Warszawa 2008
399 stron

Inés, pani mej duszy należy do obecnego w literaturze od dawien dawna i zawsze chyba popularnego wśród czytelników nurtu powieści historycznej. Sama chętnie czytuję książki z tego gatunku, choć zdecydowanie wolę takie, których akcja w całości osadzona jest w przeszłości, aniżeli modny i dość licznie reprezentowany ostatnimi laty miszmasz historii z teraźniejszością. Powieść pani Allende należy to tych pierwszych, a dodatkowym plusem jest dla mnie pewna unikatowość historycznego tła, na którym rozgrywa się akcja Inés..., bo nigdy wcześniej nie czytałam żadnej fabularnej książki o chilijskiej konkwiście. Przyznaję zresztą, że nie czytałam również żadnej naukowej poświęconej tej tematyce, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile Isabel Allende wierna jest realiom epoki i wydarzeń, które opisuje, ale sama autorka zapewnia, że napisanie powieści poprzedziła czteroletnimi studiami materiałów źródłowych z tego i o tym okresie, co pozwala wierzyć, że powieść nie zawiera przekłamań co do głównych i podstawowych faktów z przeszłości.
Prawdziwe w tej powieści są postaci głównych bohaterów; tytułowa Inés Suárez i Pedro de Valdivii, ale przez jej karty przewija się też wielu bohaterów drugiego i trzeciego planu, którzy żyli naprawdę, mieli swój udział w kolonizowaniu Ameryki Południowej i zakładali współcześnie istniejące na tym kontynencie kraje, jak chociażby konkwistadorzy Peru bracia Pizarrowie, dwukrotny gubernator Chile Rodrigo de Quiroga, pierwszy biskup Chile Rodrigo Gonzales Marmolejo i wielu innych (również indiańscy wodzowie, np. Michimalonco). Udokumentowanych w historycznych źródłach jest też wiele wydarzeń, opisanych w książce, np. to, że jako pierwszy na terytorium dzisiejszego Chile zapuścił się Diego de Almagro, albo to, jak zaraz na początku istnienia Santiago atak tysięcy Indian Mapuczów odparty został przez garstkę hiszpańskich obrońców. Wśród nich była też Inés, a w powieści odegrała nawet kluczową rolę w tej bitwie. Zanim jednak do tego doszło, musiała przebyć daleka drogę tak w sensie dosłownym, jak i w przenośni.
Urodziła się na początku XVI wieku w hiszpańskiej prowincji Extremadura. Była zwykłą szwaczką i pewnie nikt by o niej nigdy nie usłyszał, gdyby nie postanowiła odszukać męża, pewnego żądnego przygód awanturnika, który krótko po ślubie wyruszył na podbój Nowego Świata. Po długiej i niebezpiecznej dla samotnej kobiety podróży dotarła aż do Peru, tylko po to, by dowiedzieć się, że jest wdową. W społeczności liczącej niewiele białych kobiet sytuacja młodej jeszcze i ładnej Inés była o wiele lepsza, niżeli w wiernej klasowym podziałom. Została kochanką hidalga, człowieka szlachetnie urodzonego, dzielnego żołnierza i zwycięskiego dowódcy wysoko cenionego przez samego Pizarra - Pedra de Valdivii. Niewykluczone, że zostałaby nawet jego żoną, gdyby nie to, iż dzielny konkwistador na starym kontynencie pozostawił prawowitą małżonkę, co po latach okazało się mieć kluczowe znaczenie dla związku Inés i Pedra. Jednak nim to nastąpiło, Inés przez wiele lat dzieliła życie z Valdivią, towarzysząc mu w najtrudniejszych nawet momentach, których nie brakowało podczas podbojów nieznanych terytoriów. Valdivia wystarał się o pozwolenie na jej udział w wyprawie na tereny późniejszego Chile. Tak zaczęła się droga tej prostej dziewczyny z ludu do zdobycia zaszczytów, bogactwa i znamienitej pozycji wśród obywateli Santiago, a także trwałego miejsca w historii Chile, choć życie, jakie przez długie lata przyszło jej wieść nie było ani wygodne, ani bezpieczne. Walka o przetrwanie na nieprzyjaznym terytorium, ciężka praca fizyczna, choroby, głód, nieustanne zagrożenie tak ze strony Indian, jak i egzotycznej, nieoswojonej przez Europejczyków przyrody to codzienność kolonizatorów, jaką bardzo obrazowo przedstawia autorka powieści. I choć obrazy te są oczywiście fikcją stworzoną przez panią Allende, to łatwo uwierzyć, że życie owych ludzi musiało wyglądać tak właśnie, jak ona to opisuje.
Isabel Allende nie ogranicza się do nakreślenia li tylko brawurowych przygód zdobywców nowych ziem, do wydarzeń tworzących historię, do potyczek i bitew. Nie zapomina, że w okresach pomiędzy tymi bitwami toczyło się codzienne, choć nie zwykłe życie. To, co można odtworzyć na podstawie starych kronik i zapisów sprowadza się głównie do walk stoczonych z zaciekle broniącymi swej ziemi Indianami. Ale hiszpańscy kolonizatorzy walczyli na jeszcze jednym froncie, co najmniej równie niebezpiecznym i pochłaniającym liczne ofiary, bo na froncie przetrwania na dziewiczych, obcych ich cywilizacji terenach. Musieli coś jeść, w coś się ubrać, gdzieś mieszkać, musieli współistnieć z ludźmi tak odmiennymi od siebie, jak towarzyszący w wyprawie tysiące peruwiańskich Indian, zabranych jako służący i „mięso armatnie” (Hiszpanów było przecież raptem od kilkunastu do kilkudziesięciu w zależności od tego, o jakim okresie wyprawy mówimy, a jedyną białą kobietą przez całe lata była tylko Inés). Allende dba o ukazanie szczegółów, o uświadomienie czytelnikowi, jak trudno jest zdobyć żywność dla tysięcy ludzi, gdy nie można liczyć na żadne dostawy z zewnątrz, a uprawa pól i polowanie odbywają się w ciągłym zagrożeniu ze strony wojowniczych miejscowych plemion. Ale też pokazuje, jak przenikały się zwyczaje i wiedza najeźdźców i tubylców, jak pod wpływem okoliczności albo z rozsądku uczyli się współżyć i że okresy wojen przeplatały się z okresami współistnienia i wspomagania się.

Czytając jakąkolwiek powieść historyczną staram się zawsze pamiętać, że autora obowiązują całkiem inne reguły, niż historyka. Fabuła takiej powieści nie musi trzymać się kurczowo prawdy historycznej, a jej twórca ma prawo nie tylko do daleko posuniętej swobody w interpretacji, ale nawet do konfabulacji na temat udokumentowanych źródłowo wydarzeń, osób i ich postaw oraz motywacji. A zatem, choć Inés, pani mej duszy opowiada w szczegółach o początkach Chile, wiele z tego, co zawiera, to fantazja autorki. Sądzę jednak, że czytelnik, który w kwestii chilijskiej konkwisty będzie takim laikiem jak ja, może bez ryzyka wytworzenia sobie fałszywego obrazu wypełnić miejsce białej plamy w wiedzy. A przypuszczam, że większość Polaków wie coś niecoś, mniej lub więcej, że Cortez to Meksyk, Francisco Pizarro to Peru, ale cała reszta historii podboju południowoamerykańskiego kontynentu jest nieznana. Ktoś powie, że takie luki w wiedzy powinno się uzupełniać czytając książki naukowe, ewentualnie te popularyzujące historię. Pewnie tak, ale o ileż atrakcyjniejsze jest pochłanianie fabuły obfitującej w przygody i oferującej bohaterów mających uczucia, myśli i codzienność, aniżeli przebijanie się przez choćby nie wiem jak dobrze udokumentowane, ale suche fakty. Myślę, że przeciętnemu czytelnikowi informacje zawarte w książce Isabel Allende wystarczą, a jeśli nie, jeśli po lekturze Inés, pani mej duszy będzie czuł niedosyt sprawdzonej wiedzy, to zawsze przecież może sięgnąć do szacownych, naukowo uznanych opracowań. Tak, czy inaczej, przeczytawszy tę książkę zawsze już zapamięta, że konkwistadorem Chile był Pedro de Valdivia, a wśród nielicznych Hiszpanów, którzy tam dotarli jako pierwsi i założyli stolicę Santiago była też kobieta – Hiszpanka Inés Suárez.
Muszę powiedzieć, że nie bardzo odpowiadało mi, iż główna bohaterka myśli i zachowuje się w sposób typowy może dla współczesnych Europejek, ale zupełnie niezgodny z moim wyobrażeniem o miejscu i możliwościach kobiet w tamtym czasie. Cechy, które posiada Inés, nie były niemożliwe, ale nieprawdopodobne wydaje się nagromadzenie ich w jednej osobie, to trochę tak, jak z kapitanem Klossem ze Stawki większej niż życie: wszystko to mogło zdarzyć się naprawdę, ale nie jednej osobie. Allende stworzyła heroinę tak doskonałą, że aż nierealną, Z drugiej jednak strony doceniam, że autorka zadbała o przedstawienie prozy codziennego życia, że podkreśliła to, o czym nie pamiętamy, poznając suche fakty z historii, że użyczyła nam swojej wyobraźni, abyśmy uświadomili sobie, że zdobywanie nowych lądów, to nie tylko pokonanie tych, którzy tam wcześniej mieszkali, ale jeszcze utrzymanie zdobytych ziem, wytrwanie, przeżycie i zbudowanie czegoś nowego. A to wcale nie jest łatwe, może nawet trudniejsze, niż sam podbój.
No właśnie, podbój. Po lekturze Inés, pani mej duszy nieco inaczej spojrzałam na podbój południowoamerykańskiego kontynentu. Polityczna poprawność ostatniego okresu promuje obraz okrutnych hiszpańskich konkwistadorów i przyjaznych, pokojowo nastawionych inkaskich tubylców. I choć czujemy, że to duże uproszczenie, powieść Isabel Allende (w końcu potomkini zarówno tych pierwszych, jak i tych drugich) dodatkowo uświadamia nam, że ani Inkowie, ani Mapucze nie byli aniołami, że ludzie myśleli i postępowali inaczej, że świat był wtedy inny i należy o tym pamiętać oceniając postępowanie tych, którym przyszło żyć w czasach tak odmiennych niż nasze.

Książka nie jest wielką literaturą, ale czasami nawet przeciętna powieść może stanowić impuls do zweryfikowania swojego spojrzenia na pewne sprawy, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy wystarczająco dobrych podstaw, by wypracować sobie własny niezależny pogląd i obracamy się wśród powszechnie obowiązujących schematów. W moim przypadku tak właśnie było z Inés, pani mej duszy. Nie uważam jej za dzieło, nie uważam za cudo, bez odkrycia którego moje życie byłoby uboższe albo niepełne, ale cieszę się, że ją przeczytałam, bo na jakiś (mimo, że niespecjalnie istotny w moim życiu) fragment rzeczywistości spojrzałam inaczej, niż dotychczas. A przecież temu między innymi powinno służyć czytanie książek.

niedziela, 10 marca 2013

Mój ojciec Fidel

Alina Fernández
Wydawnictwo „Czytelnik”, Warszawa 1999
256 stron

Opublikowana w Polsce w 1999 roku przez „Czytelnika” fabularyzowana autobiografia nieślubnej córki Fidela dotychczas nie została wydana na Kubie i nie dziwi to z pewnością nikogo, kto książkę czytał, albo choćby o niej słyszał. Daleko jej bowiem do laurki, jaką wystawiłaby kochająca córka dobremu ojcu, a jeśli nie ojcu, to przynajmniej dobremu człowiekowi.
Takiego obrazu wielkiego przywódcy władze kubańskie nie mogą pokazać swojemu społeczeństwu, choć nie ulega wątpliwości, iż Alina Fernández nie jest obiektywna w tym, co pisze. To zgorzkniała kobieta, która wini ojca za swoje trudne dzieciństwo i nieudane życie. Jednak nawet biorąc poprawkę na to, że jej wspomnienia są relacją opuszczonego, pozbawionego ojcowskiej miłości dziecka, poznajemy Fidela z nie najlepszej prywatnej i nieoficjalnej strony. A choć (i chwała jej za to) nie przekracza pewnych założonych sobie granic prywatności ojca (przynajmniej nie do tego stopnia, jak oczekiwały tego tabloidy proponujące jej współpracę tabloidy), Alina nie oszczędza go, gdy idzie o pretensje o to, jakim był ojcem, przyjacielem, partnerem dla jej matki, wreszcie wodzem narodu. W żadnej z tych ról Fidel nie jest postacią kryształową. Z jej książki wyłania się obraz mężczyzny, który nie dba o byt materialny swojej rodziny, ale także przywódcy, który w rzeczywistości ma dość słabe pojęcie o tym, czego pragną i z jakimi trudnościami na co dzień borykają się Kubańczycy pod jego rządami. Fidel widziany oczami córki to despota dla swoich bliskich i dla obywateli Kuby, posługujący się służbami bezpieczeństwa do przeprowadzania swej woli tak w rodzinie, jak w kraju, bezwzględny wobec wszystkich, nawet swoich najwierniejszych rewolucyjnych towarzyszy. 
Koszary Moncado
Czasami krytyka wydaje się nawet za daleko posunięta, bo na podstawie opisywanych zdarzeń obiektywny czytelnik sformułuje jednak przychylniejsze oceny, niż ona to robiParadoksalnie niektóre fragmenty książki, które mają zaświadczać negatywnie o Fidelu jako ojcu, przemawiają za nim, jako człowieku idei. Alina opisuje taki epizod, gdy ojciec daje jej, wtedy samotnej matce, kilkadziesiąt peso wystarczających raptem na zapłacenie części rachunku za prąd, tłumacząc się, że nie może dać więcej, bo musi mieć coś dla Fidelita (najstarszego syna), który właśnie wraca z Moskwy. I druga, gdy częstuje ją swoim przysmakiem: pieczonymi ziarnami dyni, prosząc, by wzięła jedynie trochę, bo dostał tylko jedną puszkę. Dla Aliny to przykład na to, jak mało troskliwym był ojcem. Może tak, przecież korzystając ze swojej pozycji mógł miec wszystko. Ale tego nie wykorzystywał. I to też jest świadectwo tego, w jaki sposób sprawował dyktaturę.

Daleka jestem od apologizowania Castro, ale to, co można powiedzieć o nim złego, jest oczywiste, dlatego ograniczę się do pozytywów. A i takie warto dostrzec. Oceniając warunki życia na Kubie starajmy się pamiętać, że nie mamy do czynienia z europejskim poziomem życia. Kuba to zupełnie inny region świata. W krajach Ameryki Łacińskiej, nawet w tych bogatych, nie ma powszechnej służby zdrowia, nie ma powszechnej oświaty, a głodne dzieci żebrzą na ulicach wyciągając ręce do elity w wypasionych brykach. A Fidel dał swojemu narodowi dostęp do oświaty i szpitali, dał każdemu po równo ryżu i prądu. Wyszło wprawdzie żałośnie, nędznie, ale książka Aliny Fernández jest potwierdzeniem tego, że w przeciwieństwie do wielu dyktatorów, nie tylko iberoamerykańskich, wierzył w swoją ideę. Nawet jego brak troski o materialny byt córki świadczy o jego przekonaniu, że Kubańczycy mają to, co niezbędne do życia, że jego bliscy mogą żyć tak, jak reszta narodu. Może kiedyś okaże się, że Castro pod względem okradania narodu nie był lepszy od innych dyktatorów, na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby miał miliardy dolarów gdzieś na kajmańskich kontach, i z książki Anity też to nie wynika. Luksus w wydaniu kubańskim, zastrzeżony dla elit politycznych, to basen w ogródku, przez który reszta ulicy cierpiała na braki wody, zaś przerwy w dostawie prądu jednakowo dotykały wszystkich mieszkańców uprzywilejowanej dzielnicy, jak i tych Kubańczyków, którzy mieszkali w pozostałych dzielnicach.



*



Polskie wydanie książki nie odniosło sukcesu, wystarczy spojrzeć na liczbę i wysokość ocen na Lubimy czytać i B-netce. Znałam te notowania, gdy rozpoczynałam lekturę i początkowo wydawały mi się w pełni uzasadnione, bo styl, w jakim napisano tę książkę, jest okropny. Nie wiem, czy to „zasługa” autorki, czy jakiegoś anonimowego „autora-ducha”, ale czytało się fatalnie. Przebiłam się jednak przez pierwsze kilkanaście stron nadętego grafomaństwa i kilkadziesiąt następnych utrzymanych w narracji zarozumiałego bobaska. Dalej albo było lepiej, albo przywykłam, w każdym razie forma przestała już odciągać uwagę od treści. Książka ma swoje plusy, trzeba tylko oceniać ją pod kątem tego, co Alina Fernández ma do opowiedzenia o swoim ojcu, a nie tego, jak to robi. Nie jest to może dobra literatura, dobra proza, ale to książka z rodzaju takich, w których treść należy stawiać ponad formę. Być może dla kogoś, kto zupełnie nie ma pojęcia o ostatnich pięćdziesięciu - sześćdziesięciu latach historii wyspy książka miejscami będzie wręcz nieczytelna, jednak dla osób interesujących się Fidelem i kubańskim komunizmem Mój ojciec Fidel to ciekawe dopełnienie wizerunku dyktatora i efektów jego dokonań, widzianych oczami członka najbliższej rodziny.

Najciekawsza byłaby zapewne dla samych mieszkańców Kuby, ale nie jest im niestety dane ją poznać. I dlatego ponawiam apel; może ktoś wie, skąd zdobyć elektroniczną wersję hiszpańskojęzycznej Alina. Memorias de la hija rebelde de Fidel Castro. Jeśli tak, bardzo proszę o kontakt.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Cuba libre; Notatki z Hawany

Yoani  Sánchez
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
223 strony

Czego można dowiedzieć się o kraju i jego mieszkańcach podczas dwutygodniowej wycieczki? Bardzo, bardzo niewiele. Można zwiedzić najważniejsze zabytki, uzupełnić wiedzę o historii, zobaczyć trochę przyrody, miast, budynków, ulic. Ale tego, co myślą i czym żyją na co dzień mieszkający tam ludzie, nie dowiemy się nawet wtedy, gdy uda nam się z nimi porozmawiać. Aby naprawdę poznać codzienność kraju, trzeba by samemu tam zamieszkać, na długie lata i nie w hotelach, ale w warunkach takich, jakie mają ci ludzie. Czyli rzecz niewykonalna nie tylko dla zwykłych wycieczkowiczów, ale nawet dla większości podróżników, którzy jeżdżą poznawać świat. Wszystko, co uda im się zobaczyć, przeżyć, doświadczyć, to tylko namiastka, powierzchnia prawdziwego życia w odwiedzanym kraju. Jednak w przypadku Kuby można znaleźć się bliżej tego prawdziwego życia dzięki książce Cuba libre Yoani Sánchez i jej blogowi Generation Y. Cuba libre to wybór (niechronologiczny) wpisów na tym blogu. Książka obejmuje okres od założenia blogu w kwietniu 2007 roku do (bodajże) lutego 2009 roku, ale Yoani Sánchez prowadzi go nadal. Jest tłumaczony na kilkanaście języków, również na polski. Znajdziecie go tutaj (po polsku) i tutaj (wersja oryginalna).
Yoani Sánchez to absolwentka filologii hiszpańskiej na uniwersytecie w Hawanie. Na krótko wyjechała z Kuby, mieszkała w Szwajcarii, mogła tam zostać, ale wróciła na Wyspę. Decyzja o powrocie jest niezrozumiała dla nikogo, nawet dla niej samej. We wstępie do książki napisała:

„Nie wiem, co mnie popchnęło do spakowania walizek, „zrujnowania przyszłości” mojego syna i powrotu do miejsca, z którego prawie wszyscy chcą uciec. (…) Od jakiegoś czasu słyszałam głosik powtarzający: ”Uciekłaś, udało im się ciebie pozbyć”. Wielu z nas po jakimś czasie przyglądania się Wyspie z daleka zaczyna myśleć, że można wrócić i coś zmienić. To ułuda, która szybko mija, kiedy oficer straży granicznej patrzy na ciebie i pyta: „Po co przyjeżdżasz na Kubę?”. W tej chwili zdajesz sobie sprawę z tego, że wprawdzie dopiero co przyjechałaś, ale najlepiej byłoby natychmiast wyjechać.”1

Jednak nie wyjechała, zamieszkała w rodzinnym mieszkaniu w ministerialnej dzielnicy Hawany i zaczęła prowadzić blog, na którym opisuje codzienność życia Kubańczyków, ale i swoje refleksje, wrażenia, przemyślenia na temat tego, jak owa codzienność wygląda, na temat oczekiwań, nadziei i rozczarowań rodaków. Ktoś, kto nie ma pojęcia o kubańskich realiach, powie pewnie, że to nic wielkiego, ze takich blogów są na świecie setki tysięcy. Ludzie piszą w nich to, co im palce na klawiaturę przyniosą. Ale to jednak jest Kuba. Tam jest inaczej, tam internet nie jest powszechnie dostępny, a to, co robi Yoani, nie jest po myśli kubańskich władz. Od początku więc ryzykuje, naraża się rządzącym i wzbudza nieufność u zwykłych ludzi; jedni mają ją za agentkę Ameryki, inni – za prowokatorkę wystawioną przez reżim Castro. Była już aresztowana i pobita przez kubańskie służby, była obiektem krytyki samego Fidela, odwróciło się od niej wielu przyjaciół i znajomych. Za swoje dokonania Yoani Sánchez wyróżniona została wieloma nagrodami dziennikarskimi oraz w 2008 roku umieszczona została przez amerykański tygodnik „Time” na liście stu najbardziej wpływowych osób na świecie. Sama o sobie mówi, że nie jest jakąś bohaterką i pisanie Generation Y jest najodważniejszą rzeczą, jaką w życiu zrobiła, to ani represje władzy ani ostracyzm otoczenia nie odwiodły jej od kontynuowania bloga. Dlaczego robi to, co robi? Częściowo wyjaśnia to we wpisie z 1.02.2009 roku.


Kubańska rzeczywistość, jaka wyłania się ze stronic książki (dodam, że również to, co sama miałam możność zobaczyć na Kubie) w pewnym stopniu przypomina to, jak wyglądała Polska w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, tylko pomnożone po wielekroć. Nędzne pensje, pieniądze niemal bez wartości, reglamentowane towary, sprzedawane na książeczkę (w Polsce – kartki), ale często i tak niedostępne, trzeba na nie „polować”, jak „rzucą”. Dualizm pieniądza; wiele produktów niezbędnych do normalnego życia dostępne jest tylko za peso wymienialne (u nas były bony peweksowskie, niektórzy pewnie jeszcze pamiętają) w państwowych sklepach (takie nasze Peweksy, tylko tam jest ich o wiele więcej), albo na czarnym rynku. Zarabia się w peso kubańskim, a za wiele niezbędnych do życia produktów trzeba płacić w wymienialnym. Kto nie ma wspomagającej finansowo rodziny zagranicą, musi kombinować: brać łapówki, „pożyczać” to, co produkuje zakład pracy. To na Kubie nie jest nawet społecznie naganne, to po prostu normalka.

 
Ten opis codziennego bytowania Kubańczyków to jedno, ale oprócz niego wiele jest o paradoksach i bzdurach, obnażania zakłamania najwyższych władz i nadgorliwości tych, którzy ich decyzje realizują. W tych fragmentach autorka książki jawi się jako naiwna idealistka, wierząca, że wprowadzenie demokracji może zaradzić wszelkiemu złu i niesprawiedliwości. W tej części książka też nasuwa skojarzenia z naszą przeszłością. Też wtedy wierzyliśmy, że wystarczy zmienić ustrój, aby zapanowały w kraju powszechna wolność, szczęśliwość i dostatek (czytaj: luzik dla każdego, jednorodzinny dom z ogrodem, dobrze płatna praca, paszport z opcją wyjazdu gdzie się chce i wypasione konto w banku), a sprawdził się z tego tylko paszport i bonus – pyskowanie w internecie. Czytając te fragmenty książki myślałam, że inaczej by one wyglądały, gdyby autorka te kilka lat poza Kuba przemieszkała nie w Szwajcarii, ale w Polsce, albo jakimś innym kraju z dawnych demoludów 





transport publiczny

Dodaj napis
Ale zobaczymy, czy sprawdzi się wiara Yoani Sánchez w wolność i lepszą przyszłość dla wszystkich mieszkańców Kuby. Kraj jest niewątpliwie w okresie istotnych przemian polityczno-społeczno-gospodarczych. Reżim Castro w końcu odpuści, jeśli nie z powodów zmian ideologii, to z naturalnych przyczyn (nic nie wskazuje na to, że starcy rządzący krajem przygotowali sobie następców). Pytanie tylko, w jakim kierunku pójdą. Trzeba życzyć im, aby ruszyli optymalną dla siebie drogą. Może wybiorą model chiński, a może dołączą do krajów swojego regionu. Co by nie mówić, to dziś na Kubie nie ma rzeszy głodnych dzieci, a opieka medyczna (pomimo korupcji), dostęp do wykształcenia (w tym wyższego) i minimum egzystencjalnego są zagwarantowane dla wszystkich, inaczej niż w pozostałych krajach latynoamerykańskich. Demokratyzacja raju oznacza też konieczność rozwiązania kwestii własności kubańskich imigrantów, uciekinierów porewolucyjnych i tych z drugiej wielkiej fali w okresie periodo especial2. Ci, którzy zamieszkali w ich mieszkaniach i domach, obawiają się, że poprzedni mieszkańcy wrócą i upomną się o swój dobytek. Jednak o tych obawach dowiedziałam się już na wycieczce, a nie z książki Yoani Sánchez, gdzie o tym problemie się nie wspomina. 



prywatna pizzeria - te beczki to piece do wypieku pizzy
Cuba libre to książka na pewno warta przeczytania dla osób, które chciałyby zorientować się, jak wygląda kubańska rzeczywistość od środka, widziana oczami mieszkanki tego kraju, choć nie wolna od subiektywnych ocen osoby, której obecna pozycja społeczna i intelektualna oraz nadzieje na miejsce, jakie mogłaby zająć w przyszłości w pełni demokratycznym kraju, znacznie odbiegają od przeciętnej na Wyspie. 


Billboardy z hasłami rewolucyjnymi są wszędzie
 

1s. 21.


2Okres specjalny – okres kryzysu ekonomicznego, który zaczął się na Kubie po upadku Związku Radzieckiego i rozwiązaniu RWPG.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Marzenie Celta


Mario Vargas Llosa
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
436 stron


Tematem pierwszej po Noblu książki Maria Vargasa Llosy są dzieje Rogera Casementa, bardzo kontrowersyjnej niegdyś, a i obecnie niejednoznacznie ocenianej postaci w historii Irlandii.
 
Patriotyczny wizjoner , czy zdrajca ojczyzny? Bohater narodowy, czy nacjonalistyczny fanatyk? Bezkompromisowy obrońca praw człowieka, czy hipokryta wykorzystujący swoją pozycję i przewagę ekonomiczną nad zależnymi od niego ludźmi do zaspokojenia własnych popędów? Autor nie daje jednoznacznych odpowiedzi, i choć wzbogaca historyczne fakty swoją interpretacją zdarzeń, choć wyposaża swojego bohatera w myśli i uczucia, których nie może udokumentować w sposób przyjęty dla typowej biografii, to jednak pozostawia czytelnikowi szeroki margines dla własnych poglądów i ocen. Marzenie Celta na pewno nie jest klasyczną biografią, niemniej jednak dostarcza czytelnikowi wystarczająco dużo wiarygodnych danych po temu, aby poznać Rogera Casementa i wyrobić sobie własny osąd na jego temat, a przy okazji poznać coś, o czym dotąd większość z nas niewiele wiedziała, jak choćby dramat afrykańskich ludów pod kolonialnymi rządami belgijskiego Leopolda II, czy indiańskich plemion na peruwiańskich terenach amazońskiej dżungli, ale też historię bliższej nam geograficznie Irlandii i walkę Irlandczyków o niepodległość.

*

Mario Vargas Llosa rozpoczyna swą opowieść od 1916 roku, gdy jego tytułowy bohater przebywa już w celi śmierci za zdradę Wielkiej Brytanii, by za chwilę powrócić do początków, do urodzin Rogera Casementa w Dublinie, w protestanckiej i probrytyjskiej rodzinie irlandzkiej. Autor stopniowo wprowadza czytelnika w zawiłe koleje losu Casementa, prowadzące od ofiarnej pracy dla brytyjskiego imperium do silnego osobistego zaangażowania się w walkę o odzyskanie przez Irlandię niepodległości spod brytyjskiej dominacji. Opowieść o tym przeplatana jest scenami z ostatnich dni Casementa w celi więziennej, wypełnionych oczekiwaniem i nadzieją na ułaskawienie, ale i wątpliwościami: nie co do słuszności celu, lecz obranych środków mających prowadzić do wyzwolenia ojczyzny spod obcego jarzma.

Zanim Roger Casement trafił do celi śmierci, przebył długą drogę, zaczynając jako oddany pracownik, najpierw kampanii handlowych, a następnie brytyjskiej służby dyplomatycznej. Jego udziałem był ogromny, niekwestionowany wkład w ujawnienie prawdziwego, bestialskiego oblicza kolonializmu w belgijskim Kongu, a później równie, jak nie bardziej jeszcze, okrutnych praktyk stosowanych wobec Indian w Putumayo na pograniczu Peru i Kolumbii przez notowaną na angielskiej giełdzie spółkę Peruvian Amazon Company.

Urodzony w rodzinie irlandzkiej Roger Casement początkowo nie miał żadnych zadatków na bojownika o niepodległość Irlandii, za to już w dzieciństwie fascynowały go opowieści o podróżach. Realizując swoje najwcześniejsze pasje, jako dwudziestolatek wyjechał do Afryki, wtedy pełen jeszcze ideałów i wiary w cywilizacyjną misję białego człowieka. Podczas kilkuletniego pobytu na Czarnym Lądzie przekonał się, że owa „misja” to całkowita fikcja, za którą kryje się okrutna rzeczywistość; nieludzkie traktowanie tubylczych plemion, przemoc, tortury, okaleczenia i gwałty, to były codzienne praktyki na plantacjach kauczukowych w prywatnym imperium króla Leopolda II na terenach belgijskiego Konga. Porzucił więc pracę dla spółek zajmujących się pozyskiwaniem kauczuku, jednak z Afryką i Kongiem się nie rozstał: wyruszył bowiem wzdłuż rzeki Kongo, aby jako brytyjski konsul zwizytować plantacje kauczuku i sporządzić sprawozdanie dla Foreign Office.
Efektem kilkumiesięcznej podróży wzdłuż rzeki Kongo był raport o sytuacji tubylców w Kongo, który wstrząsnął władzami i opinią publiczną Wielkiej Brytanii, a jemu samemu przyniósł sławę i powszechne poważanie, ale także nasilenie się różnych dolegliwości (tropikalnych i nie tylko), nabytych już wcześniej w afrykańskiej dżungli. Dla podratowania zdrowia powrócił więc do ojczystej Irlandii i wtedy po raz pierwszy los zetknął go z irlandzkimi patriotami marzącymi o wyzwoleniu spod brytyjskiej dominacji. Wtedy właśnie ich marzenia stały się także jego udziałem, owym Marzeniem Celta, jak tytułowy poemat, który stworzył.
I choć już wówczas powziął wątpliwości co do słuszności swojej służby dla Korony Brytyjskiej, to jednak podjął się kolejnego zadania jako brytyjski dyplomata: wyruszył do Iquitos w Peru i dalej do Putumayo w amazońskiej dżungli, stając na czele komisji badającej doniesienia miejscowego dziennikarza o bezprawiu, jakiego dopuszczają się wobec tubylczej ludności władze i pracownicy Peruvian Amazon Company. Misja zakończyła się sukcesem pomimo niebezpieczeństw nie tylko ze względu na klimat, zabójczy przy stanie zdrowia Casementa, ale przede wszystkim grożących ze strony gotowych na wszystko nadzorców pracujących dla spółki. Raport ujawnił ogrom potworności i okrucieństw, jakich dopuszczali się wobec Indian pracownicy spółki, przy milczącej zgodzie władz i mieszkańców Iquitos. Było to jednakże ostatnie zadanie, jakie Casement wykonywał dla brytyjskiej dyplomacji. Obserwując losy Indian coraz częściej i silniej odczuwał niedolę swoich rodaków pod brytyjskim panowaniem. Po powrocie z Peru odszedł na emeryturę, by całkiem poświęcić się sprawie teraz dla niego najważniejszej: walce o niepodległość swojej celtyckiej ojczyzny. W krótkim czasie stał się jedną z głównych postaci ruchu na rzecz wyzwolenia Irlandii.
Irlandzcy patrioci, zgodni co do celu, byli jednak podzieleni co do metod, jakimi należy do tego celu dążyć. Jedni uważali, że drogą pokojowych rozmów można uzyskać dla Irlandii osobny parlament oraz samodzielność administracyjną i gospodarczą. Inni wierzyli, że jedynie wybuch zbrojnego powstania przywróci ich ojczyźnie niezależność. Casement, skłaniając się ku tym drugim, był jednak przekonany, że bez pomocy z zewnątrz powstanie skazane będzie na klęskę. Wykorzystując sytuację polityczną w Europie, po wybuchu I wojny światowej osobiście silnie zaangażował się w organizowanie zbrojnej pomocy dla powstania ze strony Niemiec. Jego próby sformowania irlandzkich brygad spośród wziętych do niemieckiej niewoli irlandzkich żołnierzy spotkały się jednak z pogardą rodaków, nie chcących walczyć u boku wczorajszego wroga, a próba dostarczenia niemieckiej broni dla uczestników Powstania Wielkanocnego skończyła się totalnym fiaskiem. Zdradzony przez tych, którym bezgraniczne ufał, uznany za zdrajcę przez tych, których wspierał, został pojmany przez Brytyjczyków i sądzony jako zdrajca ojczyzny. Droga, którą obrał, zamiast do zwycięstwa i niepodległej Irlandii, zaprowadziła go na szubienicę.
Jednak Brytyjczykom nie dość było napiętnowania go jako zdrajcy. Do prasy dotarły przecieki o homoseksualizmie Rogera Casementa, ujawnionym na podstawie jego własnych, prowadzonych latami dzienników, przejętych przez brytyjskie służby. Jest początek dwudziestego wieku, odmienne preferencje seksualne, to powód skandalu i niechęci większy jeszcze niż zdrada. Taka sensacja obyczajowa powoduje, że od Rogera Casementa odwracają się nawet ci, którzy nie podzielają wprawdzie jego metod walki, ale gotowi byliby je zrozumieć, pozostają tylko nieliczni, najwierniejsi. I choć do dziś nie ujawniono owych sławetnych dzienników, i nie wiadomo, czy istniały (a jeśli tak, to co zawierały), to jednak doniesienia o jego homoseksualizmie niewątpliwie miały wpływ na decyzję w sprawie odmowy ułaskawienia, a później, już w niepodległej, katolickiej Irlandii, na skazanie go na zapomnienie, zamiast wyniesienia na piedestał jako bohatera i bojownika o niepodległość.

*

Notkę tę napisałam po dwóch miesiącach od przeczytania książki. I całe szczęście, bo gdybym pisała ją zaraz po skończeniu lektury, byłaby całkiem inna. Sięgając po Marzenie Celta spodziewałam się czegoś zgoła innego. Dotychczas czytałam dwie powieści szanownego Noblisty: Miasto i psy oraz Ciotkę Julię i skrybę. Nie wiem więc, czy styl Maria Vargasa Llosy zmienił się już dawno, czy dopiero w pierwszej powieści napisanej po nagrodzie, ale ten z wcześniejszych książek podobał mi się bardziej. I nadal go wolę, jednak sama treść Marzenia Celta zyskiwała wraz z upływem kolejnych dni od skończenia lektury. Może dlatego, że rozciągając w czasie napisanie recenzji więcej myślałam o książce, a może po prostu (i to wyjaśnienie wolę) pewne książki dojrzewają w nas w miarę upływu czasu dzielącego od przeczytania. 
 
Pod pretekstem przedstawienia biografii Rogera Casementa autor zahacza o wiele kwestii, mniej lub bardziej dziś kontrowersyjnych, daje asumpt do rozmaitych rozważań. Współcześnie nikt, kto godzien jest miana człowieka, nie ma już wątpliwości, że ówczesne traktowanie podbitych plemion Afryki czy Ameryki Południowej zasługuje na potępienie, a zatem w tej dziedzinie książka co najwyżej dostarcza wiedzy na temat tego, jak wyglądała „cywilizacyjna misja” białych na skolonizowanych terenach. 
 
Homoseksualna orientacja bohatera Marzenia Celta także nie wywoła już emocji u większości. Dziś już nie kładzie się cieniem na humanitaryzmie Casementa, a Irlandczycy mogą być dumni, że w epoce kolonializmu ich naród wydał z siebie człowieka tak szlachetnego, wrażliwego na cierpienia podbitych, zdominowanych ludów, prekursora w walce o prawa człowieka. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć o tym, jak Mario Vargas Llosa potraktował doniesienia z (jakoby) dzienników Rogera Casementa, Autor postawił bowiem na to, że większość zapisków jego bohatera nie odnosi się do rzeczywistych zdarzeń, ale że to tylko produkty wyobraźni Casementa. Moim zdaniem Mario Vargas Llosa bardzo sprytnie, a zarazem przyzwoicie uporał się z koniecznością odniesienia się do tej części wiedzy o osobie swojego bohatera, który nie jest przecież postacią fikcyjną. Pamiętajmy, że do dziś nie wiadomo, czy osobiste zapiski Casementa nie zostały spreparowane w celu zdyskredytowania go. I choć obecnie homoseksualizm nie miałby znaczenia dla oceny jego postępowania, to jednak gdyby zapiski dotyczące jego seksualnych relacji z całkowicie zależnymi od niego chłopcami okazały się prawdziwe, kładłyby się cieniem na jego nieskazitelnej postawie człowieka brzydzącego się wykorzystywaniem słabszych i sytuacji zależności, w jakiej się znaleźli. Z tego względu zastosowany w powieści wybieg nie kwestionowania istnienia dzienników, ale też sprowadzenia ich do zapisów wizji i erotycznych fantazji bohatera wydaje mi się nadzwyczaj trafny i godny.

Najciekawszym natomiast aspektem powieści jest różnorodność ludzkich postaw w podejściu do kwestii niezależności własnej ojczyzny. Temat dominujący w ostatniej, irlandzkiej części, ale sygnalizowany już od początku, to według mnie główny i najważniejszy powód napisania tej książki. Wciąż aktualny i wzbudzający gorące emocje. Historia przygotowywania irlandzkiego Powstania Wielkanocnego i ostatnie lata życia Casementa posłużyły Mariowi Vargasowi Llosie do pokazania różnych poglądów na kwestie patriotyzmu, różnych postaw i wyborów Irlandczyków, ale to, co opisał, ma charakter uniwersalny. Odpowiedzi na pytania o dopuszczalne metody walki narodowowyzwoleńczej nadal dzielą nie tylko narody żyjące pod okupacją, ale i te, które dawno już odzyskały suwerenność, a teraz starają się uporać z własną historią. Wystarczy choćby wspomnieć dyskusję, jaka niedawno przetoczyła się w Polsce przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Jak daleko mogą posunąć się przywódcy, czy powinni poprzestać na pokojowych sposobach odzyskania niepodległości, czy nawet za cenę wykrwawienia się powstańców porwać ludzi do zbrojnej walki, a może powinni sprzymierzyć się z każdym, nawet z wrogiem, jeśli będzie to po drodze do osiągnięcia własnego celu. Irlandczycy do dziś jeszcze nie uporali się z moralną oceną swoich bohaterów, co pokazuje przykład Rogera Casementa, ale nie są jedynym narodem, który ma z tym problem.
 Z uwagi właśnie na tę aktualność, na podobieństwo do naszych własnych ojczystych dylematów ostatnia, trzecia część powieści wydała mi się najciekawsza, choć najtrudniejsza w czytaniu. Co nie znaczy, że dwie pierwsze części są słabe, bo absolutnie tak nie jest, Marzenie Celta to naprawdę literatura na wysokim poziomie, godna pióra Noblisty.


środa, 21 marca 2012

Podglądając Innego; Polscy trawelebryci w Ameryce Łacińskiej

Marcin Florian Gawrycki
Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011
206 stron

Ocena 6/6

Zacznę od tego, że książka napisana jest bardzo przystępnie i czyta się ją jak reportaż. To tak na początek, żeby zrównoważyć wzmiankę o wydawnictwie (Uniwersytet Warszawski) i nie odstraszyć potencjalnych czytelników informacją, że jest to pozycja popularnonaukowa, a jej autor – to doktor habilitowany, adiunkt w Instytucie Stosunków Międzynarodowych UW. Uważam bowiem, że tę książkę powinni przeczytać wszyscy, których interesuje, jak wygląda współczesne życie ludzi z innych stron świata, z innych kultur i egzotycznych dla nas miejsc na świecie. Niezależnie od tego, skąd czerpiemy swoją wiedzę: z własnych podróży, z filmów albo książek podróżniczych, czy z powieści traktujących o losach ludzi z krajów odmiennych od naszego – warto skonfrontować swoje poglądy na inne kultury z tym, co napisał Gawrycki o naszym postrzeganiu Innego. Gawrycki wysuwa bowiem tezę, że
„Konstruowanie naszych wyobrażeń na temat innych kultur ma u samego podłoża założenie europejskiej wyższości”1
i nadal nie pozbyliśmy się tego uczucia, odmawiamy Innemu podmiotowości, postrzegamy go przez pryzmat naszej, lepszej (według nas) kultury, przez co pewnych jego zachowań wręcz nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Nie zamierzamy go poznać i zrozumieć, ale obejrzeć, podejrzeć, porównać z nami i znaleźć potwierdzenie tego, co zakładamy już na wstępie – że to my jesteśmy lepsi, ważniejsi, bardziej cywilizowani i że to nam żyje się lepiej. A takie podejście na pewno nie prowadzi do zrozumienia i dialogu. Według Gawryckiego
„Turystyka nie prowadzi do żadnego poznania Innego, wręcz przeciwnie – stwarza jedynie pozory takiego poznania, które są jeszcze bardziej niebezpieczne; utwierdza nas to bowiem w słuszności głęboko tkwiących w naszych głowach stereotypów”2,
a podróżnicy wcale nie jadą do odległych zakątków świata, żeby je poznać, ale po to, aby umocnić i nas i siebie w przekonaniu, że tam jest tak, jak myśleliśmy, czyli egzotycznie, kolorowo, biednie, ale szczęśliwie. I ani oni, ani my nie chcemy wiedzieć, jak jest naprawdę, czym rzeczywiście żyją ci ludzie, nie chcemy dostrzegać ich podmiotowości ani sprawczości, ich potrzeb i starań, aby te potrzeby zaspokoić, a wolimy ograniczyć się do egzotyki i szukania potwierdzenia dla własnego poczucia wyższości.

Tezę tę Gawrycki udowadnia sięgając do przykładów z polskich filmów podróżniczych naszych najbardziej znanych trawelebrytów – Martyny Wojciechowskiej, Wojciecha Cejrowskiego i Roberta Makłowicza oraz Elżbiety Dzikowskiej i Tony'ego Halika3. Ze względu na swoją specjalizację skupia się na filmach o Ameryce Łacińskiej, ale jego uwagi i spostrzeżenia czytelnik bez trudu może przenieść na filmy i książki o innych kontynentach i krajach. Autor daje nam to zresztą do zrozumienia już na wstępie, rozpoczynając od dedykacji::
„Jarosławowi Kretowi,
w podziękowaniu, że nie nakręcił
żadnego filmu o Ameryce Łacińskiej,
dziękuję”4
Określenie trawelebryta nietrudno jest rozszyfrować nawet osobie, która zetknie się z nim po raz pierwszy, skojarzenie z celebrytami i podróżami samo się nasuwa. Nazwy tej autor używa za Barbarą Koturbasz5, która
„definiuje tego typu podróżnika w następujący sposób „Travelebrity to osoba, która z podróżowania uczyniła swój zawód i źródło dochodu, a za sprawą przekazywania swoich doświadczeń i opowieści za pomocą środków masowego przekazu stała się osobistością znaną i podziwianą ze względu na swoje wyprawy. Travelebrity to bohater – podróżnik, który ze względu na nową sytuację kulturową musiał przeistoczyć się w bohatera masowej wyobraźni i dostosować do panujących w magicznym świecie konsumpcji reguł gry. Travelebrity to ucieleśnienie wszystkich marzeń o podróżach, przygodach i egzotycznych krajach. Zastępuje nam dawnych bohaterów i dawnych podróżników snujących opowieść o swoich wyprawach. Oferuje poprzez swoje opowieści wirtualną eskapadę, po odbyciu której będzie się nam wydawało, że rzeczywiście byliśmy w egzotycznym miejscu” (Koturbasz 2009: 121).6
Tyle, że trawelebryta, aby nim pozostać, musi nadążyć za gustami masowego odbiorcy, a to znaczy, że zamiast opowiadać i pokazywać prawdę o świecie, po którym podróżuje, musi wpisać się w oczekiwania widza, musi dostarczyć egzotyki i inności, atrakcyjnego widowiska, aby zapewnić sobie odpowiednią oglądalność. Stąd w jego programach tak często pojawia się skłonność do egzotyzacji i uogólniania, do schlebiania gustom widzów poprzez utwierdzanie stereotypów, wygłaszanie „prawd obiektywnych” kosztem rzetelności i poszanowania podmiotowości Innego, a także kosztem rezygnacji z prezentowania rzeczywistego współczesnego obrazu odwiedzanych krajów i prawdziwych problemów żyjących w nich ludzi.
 
Gawrycki demaskuje ten europocentryczny model postrzegania Innego, sowicie ilustrując swoje twierdzenia opisami scen z filmów wyżej wymienionych podróżników. W kolejnych rozdziałach rozprawia się z mitami pokutującymi na temat ludności Ameryki Łacińskiej. Wykazuje, jak chętnie i łatwo twórcy tych filmów esencjalizują i egzotyzują życie ludności tubylczej Ameryki. Nie unika też przytaczania scen świadczących o próbach wyjścia poza schematy, jednak tych pierwszych wątków jest w programach podróżniczych więcej i to ten przekaz utrwala się niestety w pamięci widza. I tak betonują się nasze poglądy na temat roli mężczyzn i kobiet, biedy, egzotycznego trybu życia „Indian”, wierzeń, medycyny...
Tymczasem rzeczywistość jest inna i o wiele bardziej złożona. Jednak aby to dostrzec, należałoby przyznać mieszkańcom Ameryki Łacińskiej podmiotowość, uznać sprawczość ich działań i nie przyrównywać wszystkiego do naszego własnego modelu życia. 
Czyż nie uważamy, że lepiej wiemy, jak poprawić los latynoamerykańskich kobiet?  W rozdziale Rozumiejąc macho, (nie)rozumiejąc hembra Gawrycki omawia, jak postrzegana jest w filmach ich sytuacja i bardzo celnie, moim zdaniem, stwierdza, że:
„Spośród czterech podmiotów dramatu: białego mężczyzny, białej kobiety, czarnego mężczyzny i czarnej kobiety tylko ta ostatnia w żaden sposób nie jest słyszalna, a wszyscy inni chcą mówić za nią i brać ją w swoją opiekę czy obronę, w efekcie de facto pozbawiając ją jej podmiotowości”7
A czy nie stygmatyzujemy Innych ukazując ich jako tych biednych, czy oni też się za takich uważają? Mówiąc o ich biedzie stawiamy ich w pozycji ludzi, których w najlepszym wypadku można uczynić obiektem litości, a w najgorszym – strachu lub pogardy, ale których rzadko traktuje się jak równych sobie i mających te same prawa, co my. A nie pamiętamy albo nie chcemy pamiętać, co leży u podstaw różnic w naszej i ich sytuacji materialnej ani zauważyć ich starań o zmianę tej sytuacji. A jeśli już, to widzimy tylko jedno rozwiązanie, jakie powinni przyjąć – naszą drogę rozwoju gospodarczego, odmawiając im prawa do poszukiwania własnej. W rozdziale Mieszkając z Innym Gawrycki twierdzi:
„Tak zwany Trzeci Świat de facto nie istniał i nie istnieje, choć sam termin był z pewnością i jest zresztą nadal, jednym z najczęściej używanych pojęć w stosunkach międzynarodowych. Nośność tej kategorii wynikała z tego, że poprzez proces szufladkowania stosunkowo łatwo można było dojść do przekonania, że trzecioświatowi Inni są podobni do siebie, tzn. mieszkańcy Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej być może różnią się kolorem skóry, ale trapią ich te same problemy polityczne i społeczno-gospodarcze, a Zachód wie, jak je rozwiązać.”8
Autor obnaża prawdziwe oblicze i trawelebrytów i nas, widzów, wymuszających swoimi oczekiwaniami taki, a nie inny sposób pokazywania mieszkańców Ameryki Łacińskiej,  rozprawiając się kolejno z wieloma stereotypami naszego myślenia. Poza dwoma wyżej juz wymienionymi zagadnieniami mówi o poszukiwaniach „dzikich Indian”, czarownikach i znachorach, a nawet o jedzeniu, egzotycznym, czasem obrzydliwym dla nas. Wykazuje, że nie rozumiemy i nie szanujemy inności Innego, nie chcemy przyznać mu prawa do bycia równym nam, zachowując się jak współczesne wcielenie dziewiętnastowiecznego kolonizatora. I tak naprawdę podróże przyczyniają się do takiego stanu rzeczy. A filmy podróżnicze kręcone przez trawelebrytów są pod tym względem jeszcze bardziej szkodliwe, bo:
„podglądanie Innego przez relacje podróżników jest często dokonywane jakby w krzywym zwierciadle. Programy polskich trawelebrytów oswajają nam inność, ale bynajmniej nie dążą do lepszego poznania Innego. Podróżnicy jadą do Ameryki Łacińskiej, by przywieźć nam obrazy tamtejszej inności. Widz wymaga od trawelebrytów, żeby ci odnaleźli „autentycznego” Innego, nie chce jednocześnie specjalnie słuchać o tym, że owa inność nieraz może mieć marginalne znaczenie i być może aż tak bardzo nie różnimy się od siebie.”9
Jeśli więc naprawdę chcemy dowiedzieć się, jak wygląda rzeczywistość w krajach odmiennych od naszego, a nie tylko bezmyślnie i bezrefleksyjnie łykać medialną papkę, powinniśmy cały czas pamiętać, jakie mechanizmy rządzą powstawaniem tego typu filmów. I dlatego książka Marcina Floriana Gawryckiego wydaje mi się tak cenną i ważną pozycją wśród lektur każdego czytelnika książek i widza filmów podróżniczych. 
Można zgodzić się z Gawryckim w całości, części, albo nie zgodzić w ogóle, ale przeczytać tę książkę naprawdę trzeba, bo ona zmusza do zastanowienia się nad tym, jak patrzymy na Innych.

Nie jest to niestety książka łatwo i powszechnie dostępna, nie sadzę, aby była w zwykłej bibliotece10, nawet kupić można ją nie w każdej internetowej księgarni (nie znalazłam jej w ofercie Empiku ani Merlina), ale warto zadać sobie trud, aby ją zdobyć. To pozycja, która może otworzyć oczy tym, którzy zbyt ufnie podchodzą do wizji Innego serwowanych nam przez sławnych podróżników, albo utwierdzić w przekonaniu tych, którzy w nie powątpiewają.


1s. 13.
2s. 118.
3Choć co do tej ostatniej dwójki zaznacza, że wymykają się nieco kategorii trawelebryty z uwagi na czas, w którym funkcjonowali, czyli jeszcze przed pojawieniem się celebrytów i dlatego trafniej jest nazywać ich ówczesnymi medialnymi autorytetami podróżniczymi. Jednak z racji swojej pozycji u widzów niewątpliwie przetarli szlaki i przyczynili się do wykreowania popularności i mody na współczesnego trawelebrytę.
4s. 5.
5 Barbara Koturbasz (2009), Multimedialne podróżopisarstwo, czyli narodziny travelebrity, „Panoptikum”, nr 8.
6s. 27.
7s. 81. Gawrycki za pośrednictwem S. Broeck sięga tu do twórczości czarnoskórej karaibskiej pisarki J.Kincaid.
8s. 144.
9s. 189.
10Dla osób z Łodzi i okolic dobra wiadomość – książka jest w BUL-e
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...