Alina
Fernández
Wydawnictwo „Czytelnik”,
Warszawa 1999
256 stron
Opublikowana
w Polsce w 1999 roku przez „Czytelnika” fabularyzowana
autobiografia nieślubnej córki Fidela dotychczas nie została
wydana na Kubie i nie dziwi to z pewnością nikogo, kto książkę
czytał, albo choćby o niej słyszał. Daleko jej bowiem do laurki,
jaką wystawiłaby kochająca córka dobremu ojcu, a jeśli nie ojcu,
to przynajmniej dobremu człowiekowi.
Takiego
obrazu wielkiego przywódcy władze kubańskie nie mogą pokazać
swojemu społeczeństwu, choć nie ulega wątpliwości, iż Alina
Fernández nie jest
obiektywna w tym, co pisze. To zgorzkniała kobieta, która wini ojca
za swoje trudne dzieciństwo i nieudane życie. Jednak nawet biorąc
poprawkę na to, że jej wspomnienia są relacją opuszczonego,
pozbawionego ojcowskiej miłości dziecka, poznajemy Fidela z nie
najlepszej prywatnej i nieoficjalnej strony. A choć (i chwała jej
za to) nie przekracza pewnych założonych sobie granic prywatności
ojca (przynajmniej nie do tego stopnia, jak oczekiwały tego tabloidy
proponujące jej współpracę tabloidy), Alina nie oszczędza go,
gdy idzie o pretensje o to, jakim był ojcem, przyjacielem, partnerem
dla jej matki, wreszcie wodzem narodu. W żadnej z tych ról Fidel
nie jest postacią kryształową. Z jej książki wyłania się obraz
mężczyzny, który nie dba o byt materialny swojej rodziny, ale
także przywódcy, który w rzeczywistości ma dość słabe pojęcie
o tym, czego pragną i z jakimi trudnościami na co dzień borykają
się Kubańczycy pod jego rządami. Fidel widziany oczami córki to
despota dla swoich bliskich i dla obywateli Kuby, posługujący się
służbami bezpieczeństwa do przeprowadzania swej woli tak w
rodzinie, jak w kraju, bezwzględny wobec wszystkich, nawet swoich
najwierniejszych rewolucyjnych towarzyszy.
 |
Koszary Moncado |
Czasami krytyka wydaje się
nawet za daleko posunięta, bo na podstawie opisywanych zdarzeń
obiektywny czytelnik sformułuje jednak przychylniejsze oceny, niż
ona to robiParadoksalnie
niektóre fragmenty książki, które mają zaświadczać negatywnie
o Fidelu jako ojcu, przemawiają za nim, jako człowieku idei. Alina
opisuje taki epizod, gdy ojciec daje jej, wtedy samotnej matce,
kilkadziesiąt peso wystarczających raptem na zapłacenie części
rachunku za prąd, tłumacząc się, że nie może dać więcej, bo
musi mieć coś dla Fidelita (najstarszego syna), który właśnie
wraca z Moskwy. I druga, gdy częstuje ją swoim przysmakiem:
pieczonymi ziarnami dyni, prosząc, by wzięła jedynie trochę, bo
dostał tylko jedną puszkę. Dla Aliny to przykład na to, jak mało
troskliwym był ojcem. Może tak, przecież korzystając ze swojej
pozycji mógł miec wszystko. Ale tego nie wykorzystywał. I to też
jest świadectwo tego, w jaki sposób sprawował dyktaturę.
Daleka
jestem od apologizowania Castro, ale to, co można powiedzieć o nim
złego, jest oczywiste, dlatego ograniczę się do pozytywów. A i
takie warto dostrzec. Oceniając warunki życia na Kubie starajmy się
pamiętać, że nie mamy do czynienia z europejskim poziomem życia.
Kuba to zupełnie inny region świata. W krajach Ameryki Łacińskiej,
nawet w tych bogatych, nie ma powszechnej służby zdrowia, nie ma
powszechnej oświaty, a głodne dzieci żebrzą na ulicach wyciągając
ręce do elity w wypasionych brykach. A Fidel dał swojemu narodowi
dostęp do oświaty i szpitali, dał każdemu po równo ryżu i
prądu. Wyszło wprawdzie żałośnie, nędznie, ale książka Aliny
Fernández jest
potwierdzeniem tego, że w przeciwieństwie do wielu dyktatorów, nie
tylko iberoamerykańskich, wierzył w swoją ideę. Nawet jego brak
troski o materialny byt córki świadczy o jego przekonaniu, że
Kubańczycy mają to, co niezbędne do życia, że jego bliscy mogą
żyć tak, jak reszta narodu. Może kiedyś okaże się, że Castro
pod względem okradania narodu nie był lepszy od innych dyktatorów,
na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby miał miliardy dolarów
gdzieś na kajmańskich kontach, i z książki Anity też to nie
wynika. Luksus w wydaniu kubańskim, zastrzeżony dla elit
politycznych, to basen w ogródku, przez który reszta ulicy
cierpiała na braki wody, zaś przerwy w dostawie prądu jednakowo
dotykały wszystkich mieszkańców uprzywilejowanej dzielnicy, jak i
tych Kubańczyków, którzy mieszkali w pozostałych dzielnicach.
*
Polskie
wydanie książki nie odniosło sukcesu, wystarczy spojrzeć na
liczbę i wysokość ocen na Lubimy
czytać
i B-netce.
Znałam te notowania, gdy rozpoczynałam lekturę i początkowo
wydawały mi się w pełni uzasadnione, bo styl, w jakim napisano tę
książkę, jest okropny. Nie wiem, czy to „zasługa” autorki,
czy jakiegoś anonimowego „autora-ducha”, ale czytało się
fatalnie. Przebiłam się jednak przez pierwsze kilkanaście stron
nadętego grafomaństwa i kilkadziesiąt następnych utrzymanych w
narracji zarozumiałego bobaska. Dalej albo było lepiej, albo
przywykłam, w każdym razie forma przestała już odciągać uwagę
od treści. Książka ma swoje plusy, trzeba tylko oceniać ją pod
kątem tego, co Alina Fernández
ma do opowiedzenia o swoim ojcu, a nie tego, jak to robi. Nie jest to
może dobra literatura, dobra proza, ale to książka z rodzaju
takich, w których treść należy stawiać ponad formę. Być może
dla kogoś, kto zupełnie nie ma pojęcia o ostatnich pięćdziesięciu
- sześćdziesięciu latach historii wyspy książka miejscami będzie
wręcz nieczytelna, jednak dla osób interesujących się Fidelem i
kubańskim komunizmem Mój
ojciec Fidel
to ciekawe dopełnienie wizerunku dyktatora i efektów jego dokonań,
widzianych oczami członka najbliższej rodziny.
Najciekawsza
byłaby zapewne dla samych mieszkańców Kuby, ale nie jest im
niestety dane ją poznać. I dlatego ponawiam apel; może ktoś wie,
skąd zdobyć elektroniczną wersję hiszpańskojęzycznej Alina.
Memorias de la hija rebelde de Fidel Castro. Jeśli
tak, bardzo proszę o kontakt.
Obawiam się, ze styl mnie odrzuci. Jakoś nie czuję się przekonana do tej książki, mimo że zapewne znajdują się w niej wartościowe i intrygujące fragmenty.
OdpowiedzUsuńNie zachęcam, bo szkoda czasu, aby czytać ją dla niej samej. Wg mnie literacko nie ma nic do zaoferowania, więc czytałam tylko dla pogłębienia wiedzy o Kubie. Pisząc tego posta miałam nawet zamiar zacytować fragment dla przykładu, jakim stylem się zaczyna, ale później się rozmyśliłam, bo przepisywanie czegoś takiego, to marnowanie czasu.
UsuńFidel zabrał Kubańczykom wolność, wolność pod każdym względem.)
OdpowiedzUsuńOwszem i nikt tego nie neguje. Tyle tylko, że sprowadzanie tego do krótkiego hasła „zabrał im wolność” w domyśle oznacza, że zrobił narodowi najgorszą rzecz, jaką mógł. Tymczasem to wszystko nie jest takie czarno-białe. W wielu krajach Ameryki Łacińskiej ludzie mają wolność, tylko że głodują, nie mają za co posłać dzieci do szkoły i nie mają na lekarza. To na Kubie jest najniższa umieralność noworodków w całym regionie Ameryki Łacińskiej. Ciekawe, skąd taka popularność Chaveza, bo chyba nie z braku wiedzy Wenezuelczyków, jak jest na Kubie? A u nas ilu rodaków tęskni za czasami PRL-u, gdy wszyscy mieli mniej więcej po równo i zapewnioną pracę? I mają gdzieś, że nie było wolności, że opozycja siedziała w więzieniach, a paszport dostawali nieliczni. Tak samo jest z Kubańczykami, nie dla wszystkich najważniejsza jest wolność, a wręcz odwrotnie: wielu boi się zmian, choćby tego, że wrócą ci, którzy uciekli z wyspy i upomną się o zwrot majątków, zwłaszcza mieszkań, w których dziś mieszka już ktoś inny. Tylko że takich głosów nie chcemy za bardzo słuchać, przyjmując z góry, że to głosy ludzi reżimu, a nie zwykłych Kubańczyków.
UsuńNie pochwalam Castro, ale uważam po prostu, że w obliczu powszechnego poglądu o tym, jakim jest tyranem, należy też dostrzegać te elementy, które wyróżniają go pozytywnie spośród innych dyktatorów, co też zabrali swoim społeczeństwom wolność, ale w zamian nie dali nic, dbając tylko o swoje konta (weźmy choćby przysłowiowe już dyktatury afrykańskie).
To prawda w Ameryce Łacińskiej zawsze byli jacyś dyktatorzy - gorsi, lepsi, i ludność tych krajów doświadczała i dzisiaj doświadcza nędzy, ale Fidel był dyktatorem komunistycznym.
UsuńA do czego doprowadził komunizm to wiemy.
A poza tym musisz wiedzieć, że Kubę jako przyczółek komunizmu w Ameryce utrzymywał cały blok socjalistyczny.)
Nie wiem, czy piszesz poważnie, czy mnie wkręcasz :)
UsuńNo ale dobrze, przyjmę, że Twój komentarz jest serio. Otóż wiem, jaki charakter ma dyktatura kubańska oraz ile pomocy dostawała Kuba od ZSRR i co to był periodo especial.
Tylko co to zmienia? Spróbuj przekonać tym argumentem o komunizmie Polaków tęskniących za PRL-em.
Jeszcze raz napiszę, że nie usprawiedliwiam i nie rozgrzeszam, tylko staram się uczciwie dostrzegać pewne zjawiska, mając na uwadze, że nie wszyscy ludzie chcą tego samego i nie dla wszystkich to samo jest najważniejsze. Po prostu w sytuacji, gdy nie można mieć jednego i drugiego, wielu ludzi wybierze miskę jedzenia niż wolność.
Nie wkręcam Cię. Chciałam się tylko chyba po przegadywać.
UsuńAle już dalej nie będę ciągnąć tematu a za PRL mimo, że nie jest mojej rodzinie łatwo nie tęsknię.)
Dobrej niedzieli.)
Zapraszam po odbiór wyróżnienia na mojego bloga :).
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za wyróżnienie i bardzo przepraszam, że nie przyłączę się do zabawy, ale naprawdę mam bardzo ograniczoną ilość czasu, który mogę poświęcić na internetową aktywność, co zresztą widać po częstotliwości zamieszczanych na tym blogu postów.
UsuńDziękuję za urocze życzenia i za pamięć. Dzięki nim moje serce tak właśnie się poczuło :) Nie wiem, jak u Was, ale u mnie za oknem pół metra śniegu.
OdpowiedzUsuń