środa, 21 września 2011

Zielone piekło

Raymond Maufrais
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1982
303 strony

Ocena 6/6

Dałam 6, ale tylko dlatego, że skala mi się skończyła. Ta książka jest niesamowita, wyjątkowa. Skończyłam ją czytać miesiąc temu, zwlekałam z napisaniem tej notki, żeby złapać dystans, ale i tak nie do końca ochłonęłam, gdy wracam do niej myślami, nadal szarpią mną emocje.

Na Zielone piekło składa się opis dwóch wypraw Raymonda Maufrais – do Mato Grosso i do Gujany. Pierwszą opisał po powrocie, z drugiej już nigdy nie wrócił, to opublikowany po drobnych cięciach dziennik podróży, który Maufrais prowadził systematycznie dzień po dniu. Notatki odnaleziono na miejscu jego ostatniego (?) obozu, ich autora – nigdy.
Raymond Maufrais

Na pierwszą wyprawę Maufrais wyruszył w 1946 roku mając dziewiętnaście lat. Był zupełnym nowicjuszem, nie znał dżungli, a swoje wyobrażenia o dziczy budował na opowieściach o Tarzanie. Według metryki był właściwie jeszcze chłopcem, ale miał już za sobą doświadczenia walki we francuskiej partyzantce. W pogoni za przygodą i marzeniami z czasów harcerskich obozów po wojnie pojechał do Brazylii. Bez pieniędzy, wpływowych przyjaciół i z nikłą znajomością portugalskiego długo pukał do różnych drzwi, zanim załapał się na ekspedycję Urzędu Ochrony Indian. Celem było dotarcie na terytorium Indian Szawantów, plemienia wyjątkowo wrogo nastawionego do wszelkich obcych. Pierwsze wyzwanie czekało go zaraz na początku drogi. Sam musiał dojechać do Leopoldiny – mieściny, z której wyruszała ekspedycja, położonej w głębi dżungli o trzy tysiące kilometrów od Rio de Janeiro.
Mapa wyprawy do Mato Grosso
Część drogi przeleciał samolotem, ale spory odcinek przez bezdroża musiał przebyć rozklekotaną ciężarówką, wyposażony tylko w niezbędne rzeczy – hamak, moskitierę i ubranie na grzbiecie, jedyny biały w towarzystwie złożonym głównie z podejrzanych typów uciekających przed więzieniem. Ten etap dla większości z nas byłby już wyzwaniem i przygodą życia, ale dla niego to dopiero początek. Ta pierwsza wyprawa była jego chrztem bojowym i lekcją przeżycia w puszczy. W relacji z podróży znalazły się potem opowieści o poszukiwaczach diamentów, o tygodniach spędzonych w indiańskiej wiosce, przeprawie pirogą i konno przez dżunglę i sawannę i w końcu o zetknięciu z Szawantami, z którego członkowie ekspedycji cudem uszli z życiem. Napisał o tym książkę, ale nie sprzedawała się, niestety.

Tak więc trzy lata później, gdy szykował się do samotnej eskapady przez dżunglę Gujany Francuskiej w góry Tumuc-Humac, znów był bez pieniędzy. Znów więc wyruszał nie doposażony, jak należy. Zamiast skupić się całkowicie na pokonaniu trudów podróży, wciąż musiał zmagać się z kłopotami finansowymi. Już na początku uziemiło go to na wiele tygodni, ruszył z pokaźnym opóźnieniem, co zmniejszało szanse powodzenia ze względu na zmieniająca się porę roku, ale i dlatego, że oczekiwanie osłabiało jego hart ducha. Tak więc brak pieniędzy odbił się nie tylko na bagażu, ale również na sposobie i czasie podróżowania, a w ostatecznym rozrachunku stał się niestety podstawową przyczyną niepowodzenia. Choć i bez tego nie dawano Maufrais żadnych szans.
trasa drugiej wyprawy
Ta druga wyprawa to było po prostu czyste szaleństwo, tak mu mówili wszyscy, którzy poznali amazońską dżunglę. Ale on do końca wierzył, że się uda. I chociaż każdy kolejny etap był trudniejszy od poprzedniego, nie zamierzał zmienić pierwotnego planu trasy. Tym razem nie był członkiem żadnej ekspedycji, miał swój własny, samotny plan podróży, tylko on i kundelek Boby. Początkowo załapał się na jedną z dwóch piróg, później płynął sam, póki nie spotkał indiańskiej rodziny, która zapuściła się na bezludzie, żeby łowić. „Płynął” to za dużo powiedziane, bo droga składała się głównie z wodospadów, które trzeba było pokonywać pod prąd rzeki. Gdy dalsza podróż rzeką stała się już niemożliwa, a Indianie zawrócili, dalej podążył pieszo, sam z Bobym przez pierwotną puszczę. Pokonywał po dwa, trzy kilometry dziennie, obciążony ładunkiem, wyczerpany, osłabiony gorączką i dyzenterią, jednak nie zrezygnował z marzeń. I do końca wierzył, że zrealizuje swój plan. Notatki urywają się nad rzeką Tamouri, to tam odnaleziono ślady jego biwaku. Ojciec szukał go po Amazonii przez dwanaście lat, nie trafił na nic, nie znalazł ani jego szczątków, ani żadnego śladu, że Raymond przeżył.

Opisując to wszystko, nie zdradzam żadnej tajemnicy, w nowszym wydaniu można o tym przeczytać we wstępie, poza tym o losach wyprawy Maufrais można dowiedzieć się z internetu. I nie na tym polega czar tej książki, że w napięciu czekamy na zakończenie. Wręcz przeciwnie – od początku wiedziałam, jaki był finał tej wyprawy i to jeszcze potęgowało moje emocje. Czytać dziennik tego niezłomnego człowieka, do końca przekonanego, że osiągnie cel i wiedzieć, jak będzie naprawdę – to coś niesamowitego.

Już pierwsza część o Mato Grosso robi wrażenie, ale przy drugiej nawet ekscytujące podróże Cejrowskiego wydają się równie ekstremalne i imponujące jak „objazdówka” z biurem turystycznym przy wyprawie backpackerskiej. Pamiętajmy, jest koniec lat czterdziestych, nie ma telefonów satelitarnych, leków ani obecnego wysoko specjalistycznego sprzętu turystycznego. A dżungla nie jest przyjazna żadnemu człowiekowi, nawet takiemu, który się w niej urodził i wychował, a co dopiero niedoświadczonemu białemu. To naprawdę zielone piekło. Jednak Maufrais nie skarży się, a przynajmniej niewiele, opisuje po prostu to, czego doświadcza od tropikalnej przyrody; upał i wilgotność, chmary wszechobecnych komarów i innego robactwa, przeszkody z bagien i spróchniałych powalonych drzew, mroczną roślinność, przez którą ścieżkę trzeba wycinać maczetą. Spotkania z wężami i piraniami, początkowo oznaczające tylko niebezpieczeństwo, w końcowym etapie stają się pożądane, bo są szansą na jedzenie, a tego wciąż mu brakuje, wody zresztą często również. Gdy podróżował z ludźmi, jadał codziennie, kilka garści maniokowej mąki, trochę suszonego mięsa, początkowo nawet nie spleśniałego. Później był już zdany tylko na siebie i na to, co upolował, a to nie zdarzało się codziennie, bywało, że kilka dni nic nie jadł. Ale najgorsza była samotność i tęsknota. Pisanie dziennika dodawało mu otuchy. Notatki pełne są miłości do rodziców, obaw, że ich zawiedzie, smutku, że naraził ich na cierpienie, zwłaszcza pod koniec, te ostatnie rozdziały czytało się najtrudniej. Wtedy, gdy siły go opuszczały, gdy czuł, jak z każdą chwilą maleją jego szanse, jednak do końca nie stracił nadziei.

Wydanie z 2011 roku
Piękna książka, szczera i prawdziwa, bo pisana dla siebie, Maufrais nie liczył przecież, że ktoś znajdzie jego dziennik. Wierzył, że dojdzie do celu, a wtedy to on decydowałby, co z tych zapisków ujawnić. Stało się jednak inaczej. No cóż, zaryzykował i nie wygrał. Ale też nie przegrał tak zupełnie, jego legenda nadal żyje i porusza wyobraźnię, pewna jestem, że nie tylko moją.
Chciałam dać cytaty, ale jakbym zaczęła, to pewnie przepisałabym pół książki, najlepiej sami przeczytajcie całość.

Zielone piekło miało w Polsce kilka wydań. To, które ja miałam, nie jest niestety najlepsze, bez zdjęć (z Gujany się nie zachowały, ale z Mato Grosso owszem), bez żadnego wstępu ani posłowia. W księgarni widziałam natomiast wydanie Zysku i S-ki z tego roku, jest opatrzone przedmową, z której można dowiedzieć się sporo na temat autora i trochę na temat wypraw poszukiwawczych jego ojca, jest też kilka fotografii, więc jeśli zechcecie przeczytać tę książkę, do czego gorąco zachęcam każdego, to poszukajcie raczej tego wydania. Zazwyczaj polecam zasoby bibliotek, tym razem jednak robię wyjątek, bo w wypożyczalniach są starsze wydania, więc pewnie tegorocznego nie kupią, a jest naprawdę lepsze. Ja już złożyłam zamówienie na prezent gwiazdkowy, bo są takie książki, które chce się mieć na zawsze, chociaż już się czytało i Zielone piekło u mnie do takich należy.

13 komentarzy:

  1. Zastanawiam się, dlaczego ludzie robią interesy na czyjeś śmierci. Pisarz zaginął, prawdopodobnie gdy odnaleźli dzienniki to już był fakt. Sama książka mnie intryguje. Muszę ją zdobyć :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ mnie zachęciłaś :) Tajemnica, przygoda i nieszablonowy bohater.
    Nawet,gdy ta historia była wyssana z palca sięgnęłabym po nią :)
    Nie zaprzeczę jednak, że jej autentyczność kusi jeszcze mocniej :)
    Zamawiam na prezent dla mojej mamusi, która uwielbia podróże :)

    OdpowiedzUsuń
  3. pisanyinaczej
    Naprawdę uważasz, że wydanie tej książki, to robienie interesów na czyjejś śmierci? Dla mnie to oddanie hołdu autorowi, upamiętnienie go. Pamiętajmy, że z pierwszej wyprawy sam napisał książkę, i z tej drugiej też pewnie chciałby wydać, bo notatki miały posłużyć do artykułów w gazecie, on był dziennikarzem, pracował - jak dobrze pamiętam - dla jakiegoś pisma podróżniczego.

    biedronko
    Maufrais był postacią autentyczną, wierzę, że ten dziennik naprawdę został znaleziony, że nie była to jakaś straszliwa mistyfikacja.

    Muszę jeszcze dodać, że to nie jest lekka przygodowa książka, w stylu książek Pawlikowskiej czy Cejrowskiego. Ale przez to jest jeszcze bardziej wiarygodna i prawdziwa.
    Mam nadzieję, że spodoba się Twojej mamusi, a później i Ty się załapiesz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie lubię tego typu książek, więc mimo Twojej recenzji raczej jej nie przeczytam... Zapraszam Cię na mój blog z recenzjami książek!;) {centerbook.blog.onet.pl}

    OdpowiedzUsuń
  5. Miravelle
    Dziękuję za zaproszenie. Skorzystałam i myślę, że generalnie czytamy innego rodzaju książki. Niemniej jednak będę nadal do Ciebie zaglądała i zapraszam do siebie. może z czasem przekonamy się nawzajem do swoich wyborów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z zapałem neofity :-) przeglądam Twojego bloga odkrywając miłe sercu rzeczy. Tytuł "Zielone piekło" ściśle rzecz biorąc odnosi się jedynie do wyprawy gujańskiej. Tylko relacja z niej była bowiem wydana w pierwszych polskich edycjach, mnie wpadło w ręce wydanie z 1966 r. tak że informacja w wikipedii, że relacje z obu wypraw zostały wydane przez Iskry pod tym zbiorczym tytułem w 1962 r. to pomyłka. Sięgnąłem też po edycję "Zysku" z 2011 r. - ma zdecydowaną przewagę choćby z powodu zamieszczenia wspomnień z obu wypraw ale też i przedstawienia losów rodziców Maufrais. Dwie wyprawy jedna zakończona niepowodzeniem druga zakończona tragedią. To mało budujący bilans niezależnie od determinacji i hartu ducha Raymonda. To ponure świadectwo tego, że rzeczywistość jednak zwycięża z młodzieńczą odwagą, uporem i wiarą, jeśli nawet nie zadufaniem, we własne siły. Masz na pewno rację, kiedy piszesz, że to piękna książka. Piękna i poruszająca, autentyczna bo choć początkowo pisana z myślą o rodzicach, z czasem widać że pisana jest dla samego siebie. To nie jakaś, kolejna książka podróżnicza ale opis zmagań z przyrodą i samym sobą w dążeniu do celu. Dopiero z czasem wie się, że niekiedy by osiągnąć cel czasem trzeba się cofnąć - Maufrais nigdy się tego nie dowiedział - szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pisząc, że na Zielone piekło składa się relacja z dwóch wypraw, miałam na myśli wydanie Iskier z 1982 roku, bo to właśnie czytałam (jest wymienione na wstępie). Niemniej jednak Twoja uwaga na temat pierwszych wydań jest istotna i może okazać się przydatna dla osób, które zechcą zajrzeć tu w przyszłości, więc dziękuję za tę wzmiankę.

    Nie odbierałam zacięcia Maufrais w tych kategoriach, że
    "To ponure świadectwo tego, że rzeczywistość jednak zwycięża z młodzieńczą odwagą, uporem i wiarą, jeśli nawet nie zadufaniem, we własne siły.".
    Co więcej - myślę, że taka nieracjonalna nieraz wiara we własne siły musi być cechą wielu podróżników (również tych starszych), którzy porywają się na coś, czego nikt przed nimi nie dokonał. Dzisiaj nie ma już takich odkrywców, bo i do odkrycia niewiele zostało, ale weźmy na przykład zdobywanie szczytów wciąż nowymi drogami. Jak wielkie ryzyko wpisane jest w takie przedsięwzięcie, a jednak podejmują je ludzie wcale już nie tacy młodzi. I jednym się udaje, a inni niestety zostają w górach na zawsze.

    Sama książka nadal pozostaje żywo w mojej pamięci, choć minęło już pół roku od czasu, gdy ją czytałam. Wciąż uważam, że to najlepsza rzecz w swoim gatunku, na jaką udało mi się natrafić. I mam już swój egzemplarz, znalazłam "pod choinką" - właśnie to wydanie Zysku z 2011.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jedno sprostowanie. W początkowej fazie feralnej wyprawy Raymondowi towarzyszyli nie Indianie, a Boszowie - gujańscy, czarnoskórzy potomkowie dawnych niewolników. W Gujanie Francuskiej do dzisiaj Indianie stanowią zdecydowaną mniejszość, a przeważa ludność czarnoskóra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście ludzie, z którymi podróżował na końcu, to nie Indianie tylko Boszowie. Słuszne sprostowanie, dziękuję.

      Usuń
  9. Pamiętam, że Pani od biologii w liceum polecała nam tę książkę. Dziękuję za przypomnienie o jej istnieniu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyłączam się do polecanki Pani od biologii. To naprawdę książka jedyna w swoim rodzaju, wszystkie te opowiastki naszych podróżników o dżungli, które czytałam, to przy niej jak wspomnienia ze spacerów w ogrodzie botanicznym.

      Usuń
  10. Dobrze napisane:) Nadchodzą upały, czytając książkę będę mogła się lepiej wczuć w tropikalny klimat;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka ma tę zaletę, że można wczuć się nie tylko w klimat. Słowo "piekło" w tytule doskonale oddaje to, co może czekać w dżungli przybysza z zewnątrz. Dla mnie to była wstrząsająca lektura, tym bardziej że przedmowa powoduje, iż książkę czyta się wiedząc już, jaki był finał drugiej wyprawy.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...