Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2015

Śmierć czerwonej bohaterki

Qiu Xiaolong

Wydawnictwo AMBER, Warszawa 2007

tłumaczenie: Sławomir Kędzierski



W natłoku kryminałów skandynawskich, angielskich i amerykańskich oraz przy wciąż rosnącej popularności polskich giną książki autorów z innych krajów. A szkoda, bo i tam przyszła moda na szerokie tło społeczno-obyczajowe w powieści sensacyjnej. I o ile zbrodnie i ich motywy pozostają w zasadzie jednakowe niezależnie od miejsca i czasu, to sceneria wydarzeń potrafi bardzo różnić się w zależności od tego, gdzie i kiedy rozgrywa się akcja powieści. Czasem bywa bardzo dla nas egzotyczna, jak w przypadku książki Qiu Xiaolonga, jedynego chyba chińskiego autora kryminałów przetłumaczonych na polski. 



Qiu Xiaolong urodził się i do 1988 roku mieszkał w Chinach. Mimo że doceniany i nagradzany w ojczyźnie, po wydarzeniach na Placu Tian'anmen postanowił pozostać w USA. Pisze po angielsku, a na polski przetłumaczone zostały na razie dwie jego książki i mam nadzieję, że będą następne.    


Śmierć czerwonej bohaterki jest pierwszą z cyklu o starszym inspektorze Chenie Cao, poecie duchem, ale z zawodu policjancie, bo tak zdecydowała partia. Toteż gdy w maju 1990 roku w szanghajskim kanale odnalezione zostają zwłoki nagiej, prawdopodobnie zgwałconej przed śmiercią młodej kobiety, śledztwo obejmuje nie kto inny właśnie, jak Chen Cao i kierowana przez niego sekcja spraw specjalnych Wydziału Zabójstw Komendy Policji w Szanghaju, Początkowo tożsamość kobiety nie jest znana, lecz gdy po kilku dniach udaje się ustalić, że ofiara to Guan Hongying, narodowa bohaterka pracy, znana w całym kraju – w działania sekcji wkracza wielka polityka i zaczynają ingerować partyjni towarzysze. W trakcie śledztwa wychodzą na jaw powiązania ofiary z osobami zbliżonymi do najwyższych kręgów władzy, z tak zwanymi ND – nomenklaturowymi dziećmi, nienawidzonymi przez zwykłych Chińczyków za przywileje, z jakich korzystają dzięki pozycji swoich wysoko postawionych w partii rodziców, wujków i teściów. Ujawnienie udziału takich ludzi w zbrodni, i to zbrodni dokonanej na narodowej bohaterce mogłoby bardzo negatywnie odbić się na wizerunku partii w społeczeństwie. Pomimo otrzymywanych z różnych stron sygnałów, a nawet nacisków partyjnych dygnitarzy Chen Cao nie zamierza jednak zaniechać dochodzenia, choć wydaje się, że lepiej rozumie racje przemawiające za zamknięciem sprawy, niż powody własnego uporu:
 









„Po latach zmarnowanych na walki polityczne Chiny wreszcie energicznie przeprowadzały reformy gospodarcze. Przy dwucyfrowym wzroście produktu narodowego brutto ludziom zaczynało się żyć coraz lepiej. Pojawiały się też zalążki demokracji. W tym historycznym momencie „stabilizacja polityczna” - popularne określenie po tragicznym lecie 1989 roku – stanowiła wstępny warunek dalszego rozwoju. W takiej sytuacji niekwestionowana władza partii mogła być ważniejsza niż kiedykolwiek.

Śledztwo musiało więc zostać zawieszone, aby nie narażać na szwank politycznego autorytetu partii i stabilizacji politycznej.

A co z ofiarą?

Cóż, życie Guan także było podporządkowane interesowi partii. Wydawało się więc logiczne, że umarła też w interesie partii. A zatuszowanie sprawy byłoby również korzystne dla samej Guan – jej obraz bohaterki pracy pozostałby nieskalany.

To nie pierwszy i pewnie nie ostatni przypadek, kiedy oficer policji musi przerwać śledztwo. Niewiele osób domyśli się prawdziwych powodów. O co więc chodzi?

W najgorszym przypadku o utratę twarzy. A przy okazji, być może, o uratowanie własnej skóry.

Nie tylko sekretarz partii Li dziwił się uporowi starszego inspektora Cena.

On sam, zasypiając, zadał sobie pytanie: po co?”1
 
Tablica na dworcu. Jak widać, łatwo się zorientować, o której odchodzi nasz pociąg :)

W Szanghaju też wszędzie łatwo trafić. Zwłaszcza samochodem :)
  Skąd my to znamy? Iluż to bohaterów znanych nam powieści sensacyjnych musi borykać się z podobnymi problemami. No, może nie mają takich ideologicznych rozterek, jak starszy inspektor Chen, ale niejeden z nich stawał przed podobnym dylematem, czy warto ryzykować własną karierę albo nawet życie w imię dochodzenia prawdy. No i oczywiście zamiast wszechmocnej partii kłody pod nogi rzucali im niegodziwi, skorumpowani politycy. niemoralni przedstawiciele wielkiego biznesu czy wreszcie zwykli bandyci, tyle że potężni. Poza tym wszystko inne jest takie samo, łącznie z motywami zbrodni – starymi jak świat. To powoduje, że oferowana nam przez Qiu Xiaolonga intryga nie jest zbyt oryginalna. Za to cała jej otoczka już tak, i to bardzo.







Qiu Xiaolong wiele miejsca poświęca w książce na ukazanie społeczności Szanghaju. Akcja Śmierci czerwonej bohaterki rozgrywa się wiosną 1990 roku, czyli krótko po tym, jak autor opuścił Chiny. Nic w tym kraju nie zdążyło się więc zmienić na tyle, aby nie znał tego z autopsji. Wie, że pisze nie na chiński rynek, ale dla Europejczyków, a więc jego target to ludzie raczej nie mający pojęcia, jak żyli na co dzień jego rodacy. Dla Chińczyków jego książka byłaby może przegadana, roztyta o niepotrzebne fragmenty, o oczywiste oczywistości, jak np. te:

„Przewodniczący Mao popierał liczne rodziny, przyznając im nawet dodatki żywnościowe i darmowe przedszkola. Katastrofalne skutki tej polityki nie dały na siebie długo czekać. Dwu-, a nawet trzypokoleniowe rodziny tłoczyły się w jednym pokoju na dwunastu metrach kwadratowych. Wkrótce kwestia mieszkaniowa stała się problemem ludowych jednostek pracowniczych - fabryk, przedsiębiorstw, szkół, szpitali czy komendy policji – którym władze miejskie corocznie przydzielały określoną liczbę lokali. Do zakładu pracy należała decyzja, kto z zatrudnionych otrzyma mieszkanie”2

 

 
„Komitet mieszkańców uchodził za komórkę miejscowego komisariatu policji i częściowo, choć nieoficjalnie, działał pod jego nadzorem. Organizacja była odpowiedzialna za wszystko, co działo się poza zakładami pracy – urządzała cotygodniowe szkolenia polityczne, kontrolowała liczbę mieszkańców, prowadziła ośrodki dziennej opieki, rozprowadzała kartki żywnościowe, przydzielała limity urodzeń, rozstrzygała sąsiedzkie i rodzinne spory. A co najważniejsze, bacznie obserwowała wszystko, co dzieje się w okolicy. Komitet był upoważniony do składania meldunków o każdej osobie, które potem załączano jako poufne do dokumentacji policyjnej.”3


„Od przejścia na emeryturę Stary Myśliwy służył w patrolu sąsiedzkim. Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy prywatny handel wciąż uważano za działalność nielegalną albo przynajmniej „kapitalistyczną” , według partyjnej terminologii, ojciec Yu wziął na siebie odpowiedzialność za ideologiczną czystość państwowego rynku. Wkrótce jednak rynek prywatny stał się legalny i nawet uznany za niezbędne uzupełnienie socjalistycznego handlu. Rząd nie wtrącał się już do prywatnych interesów, pod warunkiem że biznesmeni płacili podatki, ale stary gliniarz wciąż patrolował rynek. Tylko po to, aby cieszyć się poczuciem, że jest przydatny dla socjalistycznego systemu.”4



 
Herbaciarnia w Starym Mieście, jedno z miejsc akcji książki
Ale dla nas to kopalnia wiedzy o zmianach zachodzących tam w mentalności społecznej i w polityce, a także o codzienności w wielkim chińskim mieście i o warunkach życia przeciętnego szanghajczyka. Zmiany następują naprawdę szybko, jednak nie tak szybko, aby książka zdążyła do dziś się zdezaktualizować. U Qiu Xiaolonga odnalazłam wiele z tego, co opowiadali przewodnicy i co sama widziałam, a przecież byłam w Szanghaju kilkanaście lat później, bo w 2009 roku i na mgnienie oka raptem. Obok kilka zdjęć z tamtej wycieczki.
  



O Wielkim Murze Qiu nie wspomina, ale chyba też już wtedy był :)
Z czystym sumieniem mogę rekomendować Śmierć czerwonej bohaterki wszystkim, którzy zamiast reportażu wolą kryminał, ale przy okazji chcieliby liznąć trochę (prawie) dzisiejszych Chin. Autor zgrabnie wplótł w zwykły kryminał opisy codziennego bytowania oraz pokazał - zupełnie odmienny od naszego - sposób myślenia zarówno jednostki, jak też całego społeczeństwa, nie pomijając przy tym zmian, jakie w nim zachodzą. I dlatego warto sięgnąć po jego książkę nie tylko jako po kryminał, ale przede wszystkim jako po opowieść o współczesnych Chińczykach.




1Str. 252-253

2Str. 14

3Str. 104


4Str. 158-159

poniedziałek, 27 października 2014

Pochłaniacz

Katarzyna Bonda
Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2014
projekt okładki: Paweł Panczakiewicz
e-book

Pochłaniacz to jedna z najgłośniejszych polskich premier w swoim gatunku w ostatnich miesiącach. Każdy, kto interesuje się kryminałem, bez wątpienia słyszał o tej książce, a większość zapewne już ją przeczytała. Katarzyna Bonda ma już na swoim koncie kilka książek o tematyce kryminalnej, w tym reportażową Polskie morderczynie i cykl powieściowy o policyjnym profilerze Hubercie Meyerze. Prawdziwy rozgłos przyniósł jej jednak dopiero pierwszy kryminał z nowego cyklu, pierwsza część tetralogii Cztery żywioły Saszy Załuskiej
 
Sasza Załuska podobnie jak poprzedni bohater Bondy, jest policyjnym profilerem (a raczej profilerką). Wykształcona zagranicą wraca po latach do rodzinnego Trójmiasta i zostaje konsultantką policyjnego zespołu zajmującego się wyjaśnieniem zabójstwa piosenkarza, gwiazdy jednego przeboju sprzed lat. Jej teoria, że zbrodnia może mieć związek z przeszłością ofiary nie znajduje uznania w oczach zespołu dochodzeniowego, podobnie jak całość nowomodnych psychologicznych metod typowania sprawców przestępstw. O wiele bardziej w ten trop skłonny jest wierzyć czytelnik, bowiem nie bez powodu kilkadziesiąt pierwszych stron książki zajmuje opowieść o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat, o bliźniakach Wojtku i Marcinie oraz ich wuju kalece, który trząsł wówczas całym trójmiejskim światkiem podziemnym. A także o tragedii, która się wówczas rozegrała niszcząc życie wielu ludzi. 
Czy rzeczywiście i w jakim stopniu przeszłość odcisnęła piętno na współczesnych wydarzeniach, można przekonać się już pod koniec Pochłaniacza. Za to na wyjaśnienie niektórych tajemnic wiążących się z przeszłością głównej bohaterki przyjdzie czytelnikowi poczekać do kolejnych powieści cyklu. A jest tych tajemnic niemało, bo Sasza Załuska to kobieta dotkliwie doświadczona przez życie, nie wolna od nałogów, o skomplikowanym życiorysie, mająca pogmatwane relacje rodzinne i zawodowe. Jednym słowem bohaterka godna swoich odpowiedników z najmroczniejszych kryminalnych serii.

Jako powieść mająca dostarczyć rozrywki Pochłaniacz sprawdza się znakomicie. Trafiłam na opinie, że książka jest zbyt obszerna i można byłoby ją odchudzić. Pewnie wycięcie niektórych opisów i scen możliwe byłoby bez straty dla sensu opowieści, ale i w obecnym kształcie powieść jest przyjemna w czytaniu i wciągająca. A jej długość wydaje się doskonale odzwierciedlać naturę samej Katarzyny Bondy – kto słyszał choć jeden wywiad autorki, ten wie, o czym mowa. 

Czytałam więc Pochłaniacz z przyjemnością, tak jak z przyjemnością słucham wywiadów z autorką. Bonda przebojowa niewątpliwie jest i wie, jak wypromować swoją książkę. A przynajmniej teraz wie, bo z poprzednimi tak nie było. Może gdyby wokół Sprawy Niny Frank zrobić taki „dym” jak wokół Pochłaniacza, to już kilka lat temu uznalibyśmy, że królową polskiego kryminału jest Katarzyna Bonda. Ale czy tak jest rzeczywiście, czy to tylko dobry PR?
Pochłaniacz ma niewątpliwie sporo plusów. Główna bohaterka potrafi zaintrygować, inne kobiece postaci również warte są uwagi, pomysł na zbrodnię interesujący, a pozostawienie kilku otwartych wątków skłania czytelnika do oczekiwania na kontynuację.
Najciekawszy i najbardziej wciągający jest jednak obraz przestępczego świata i powiązań z policją na początku kształtowania się nowego systemu politycznego, kryminalne początki legalnych teraz biznesów i uwikłanie w mafijne interesy z powodu rodzinnych powiązań. 
I szkoda, że autorka nie poszła tym tropem, bo była szansa na polskich Chłopców z ferajny. Wybrała jednak inny model, stawiając na (nienowe w polskiej literaturze kryminalnej) budowanie mitu policyjnego profilera, A skutek?

Co z tego, że Sasza Załuska ma angielską „maturę i kursa niektóre”, skoro do rozwiązania kryminalnej zagadki wystarcza intuicja, którą równie dobrze, co profilerkę, można byłoby obdarzyć woźną w szkole ofiary sprzed lat albo parkingowego przed klubem, w którym współcześnie doszło do zbrodni. W Pochłaniaczu nader skąpo o profilowaniu sprawców. Wprawdzie osmologia jest jasno i kompleksowo przedstawiona, jak przystało na tę część Czterech żywiołów..., która dotyczy powietrza, jednak nie wyczerpuje to, a właściwie nawet nie uzasadnia udziału profilera w prowadzeniu dochodzenia. Jestem właśnie po lekturze „Polskiego psychopaty” i moim zdaniem Czubaj daleko lepiej przedstawił, na czym polega i na czym opiera się ta praca. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że zasady profilowania rozwinięte zostaną w następnych tomach Żywiołów.
A jak już mowa o samym wyjaśnieniu okoliczności jednej ze zbrodni, to i ono nieco kuleje, jeśli policzyć czas trwania ciąży i zestawić z wyglądem ciężarnej kobiety. A przecież w kryminale takie elementy powinny składać się idealnie niczym doskonałe jakościowo puzzle.

A jednak Pochłaniacz zbiera chyba wyłącznie pozytywne recenzje. Nie wykluczam, że nie poznałam się na geniuszu tej powieści. Długo zastanawiałam się, czy na pewno nie dostrzegę w Pochłaniaczu genialnej historii, a w Katarzynie Bondzie królowej polskiego kryminału. Przebojowość i osobisty urok pani Bondy każe trzy razy pomyśleć, zanim powie się pół słowa krytyki o jej książce. W końcu zostałam jednak przy tym, że entuzjastyczny odbiór powieści jest efektem PR-owego wysiłku autorki, która odhacza na FB każdą pozytywną opinię i promuje Pochłaniacz przy każdej okazji, a wspierają ją w tym wydawnictwo i koledzy „po piórze”.
W dzisiejszych czasach nie wystarczy bowiem napisać książkę, trzeba jeszcze zrobić jej odpowiednią reklamę. W przypadku Pochłaniacza to się powiodło. Polscy pisarze powinni brać przykład z pani Katarzyny Bondy, zamiast ubolewać, iż nikt nie czyta ich książek. Katarzyna Bonda na pewno nie będzie miała powodu do narzekania, że ludzie nie kupują kolejnych części Czterech żywiołów Saszy Załuskiej. Także ja, mimo wytykania niedoskonałości pierwszej, czekam na następną z cyklu.

środa, 15 października 2014

Gniew


Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014

projekt okładki: Jerzy Skakun

e-book



Bezkompromisowy stróż sprawiedliwości, sarkastyczny cynik i król sztywniaków w jednym, czyli prokurator Teodor Szacki wraca w trzeciej odsłonie walki z patologią. W Uwikłaniu zmagał się z wszechwładzą byłych esbeków, w Ziarnie prawdy tropił antysemitów, a w Gniewie przyszło mu zmierzyć się ze zjawiskiem przemocy wobec kobiet, tej domowej w szczególności.


Po perypetiach w Warszawie i Sandomierzu nie tyle los, co wybór własny rzuca Szackiego do Olsztyna, miasta pełnego jezior i lokalnych patriotów o dracznych nazwiskach, miasta mgły, czerwonych świateł i ulicznych korków. Wreszcie miasta, w którym peerelowskie oraz bardziej już współczesne architektoniczne koszmarki sąsiadują z solidnymi poniemieckimi budynkami (kolejne miasto, które nie pokocha Miłoszewskiego). Początkowy entuzjazm Szackiego, że zamieszka na pięknej Warmii, po dwóch latach mocno wystygł. Zachwyt urodą warmińskiej ziemi zastąpiła irytacja indolencją lokalnej władzy, nowa partnerka zaczyna już trochę powszednieć, a początkowa radość z przyjazdu ukochanej córki zamienia się w ciągły lęk przed kolejną utarczką tych dwóch kobiet jego życia o czas i uwagę, jakie poświęca każdej z nich. Zawodowo też nie jest lepiej. Łapanie drobnych złodziejaszków, gwałcicieli czy nawet zabójców, co zadźgali nożem kompana od flaszki, nie zaspokaja ambicji naszego szeryfa. Szackiemu marzy się jakieś spektakularne postępowanie, skomplikowana zbrodnia i solidna łamigłówka jak w Warszawie albo Sandomierzu. Wkrótce już te marzenia mają się spełnić, ale jakże przewrotnie. 
 

Zaczyna się od „odfajkowywania Niemca”, czyli znalezienia starego szkieletu w poniemieckim bunkrze. Wojenna przeszłość warmińskiej metropolii sprawia, że takie znaleziska nikogo nie dziwią i nie budzą czujności. Jedynie dawne warszawskie przyzwyczajenia Szackiego powodują, że zamiast odesłać nieboszczyka opiece społecznej, aby urządziła pochówek na koszt podatnika, przekazuje go Uniwersytetowi Medycznemu na cele dydaktyczne. A tam demoniczny profesor Frankenstein dokonuje szokującego odkrycia, że właściciel starego szkieletu zmarł nie dawniej niż przed tygodniem. Szacki ma więc wreszcie swoją wymarzoną trudną sprawę. Nie przypuszcza jednak, że to i kilka innych przypadkowych i z pozoru nieistotnych wydarzeń zapoczątkują lawinę, która wywróci do góry nogami jego spokojne życie, a on pozna, czym jest prawdziwy strach.



Miłoszewski w kolejnych częściach trylogii o białowłosym prokuratorze bierze na warsztat zło, jakie istnieje obok nas, zło, z którym obcujemy na co dzień. Zło bezkarne, bo zwykli ludzie i instytucje wolą udawać, że go nie widzą, niż coś zrobić. Czy nasze społeczeństwo naprawdę jest takie, jak je portretuje Miłoszewski? Pokazane w Uwikłaniu społeczne tolerowanie esbeckich układów i wpływów byłych uboli na władze różnego szczebla nie może się podobać, ale też rodzi pytanie o skalę zjawiska i o to, ile w tym prawdy, a ile literackiej fikcji i teorii spiskowych. Akceptacja czy nawet tylko obojętność wobec antysemickich zachowań (Ziarno prawdy) oburza i skłania do refleksji, tu już nie ma miejsca na wątpliwości, czy tak jest naprawdę, bo wystarczy spojrzeć na napisy na murach, ale można jeszcze mieć nadzieję, że więcej w tym antysemityzmie pozerstwa niż spersonalizowanej nienawiści. Ale przemoc domowa (i nie tylko domowa) wobec kobiet i dzieci, generalnie wobec słabszych, to nie fikcja. To zjawisko na pewno istniejące i nie dające się wykorzenić nawet w krajach najbardziej zaawansowanych w poszanowaniu praw człowieka. Jakie jest jej podłoże, jakie uwarunkowania: nabyte czy genetyczne? Autor stawia w Gniewie to pytanie, ale odpowiedzi na razie nie ma ani on, ani żadna z nauk społecznych czy biologicznych. 
 

Przemoc w rodzinie to jedna z gorszych patologii, jakie mogą dotknąć społeczeństwo i jednostkę, a zatem nigdy dość o niej mówić, aby uzmysławiać ludziom, jakie to zło i że nie można pozostawać wobec niego obojętnym. Chwała więc Miłoszewskiemu, iż postanowił przypomnieć czytelnikom, że i część polskich, w statystycznej większości katolickich rodzin nie jest wolna od tej ohydy. Pokazał mechanizmy charakterystyczne dla tego zjawiska, wytknął sąsiedzką obojętność i bezwład instytucji powołanych do pomocy ofiarom. I jeśli choć w jednym przypadku ktoś uwrażliwiony jego powieścią przyjdzie z pomocą ofierze domowego kata, to będzie znaczyło, że było warto powieść tę popełnić. Nawet jeśli nie dorównuje oryginalnością swoim poprzedniczkom. A nie dorównuje.


O ile w dwóch pierwszych powieściach autor zajmował się zjawiskami nieprzegadanymi jeszcze w literaturze kryminalnej, w dodatku ich specyficzną polską odmianą, o tyle w trzeciej zabrał się za ulubiony i sztandarowy temat Szwedów, Norwegów czy Duńczyków, przepracowany przez nich na wszystkie strony. Temat w każdym wariancie znany polskiemu czytelnikowi, który – jak wiadomo – niczego nie ceni tak, jak skandynawskie kryminały. Na szczęście nie uraczył nas skandynawską kalką. Co najwyżej zgrabnym (bardzo zgrabnym) patchworkiem uszytym z podrasowanych do polskiej rzeczywistości kawałków. Ze ściegiem tak misternym, że prawie nie widać szwów. Inaczej mówiąc, niby wszystko już skądś znamy, ale całość to nówka. 
 

Znamy też, ale z zafascynowaniem czytamy, że gdy prawo nie równa się sprawiedliwość, znajdują się ludzie gotowi to prawo złamać. Czasem przez zaniechanie, jak we wcześniejszych częściach trylogii o Szackim, a czasem przez działanie. I tu kolejny moralny problem, jaki Gniew każe czytelnikowi rozstrzygnąć we własnym sumieniu. Czy zwykły człowiek władny jest zastąpić struktury państwowe? Czy sprawiedliwość wymierzana wbrew zasadom prawa zawsze jest sprawiedliwością? A co, jeśli jest tylko odwetem, który pociąga za sobą krzywdę niewinnych? Ten aspekt powieści Miłoszewskiego zmusza do zastanowienia, że system państwowy nie jest doskonały, ale czy jest coś lepszego i czy samodzielne wymierzenie kary rzeczywiście będzie sprawiedliwsze.



Gniew to powieść świetnie napisana oraz,  jak to u Miłoszewskiego, nie pozwalająca się oderwać i wywołująca wkurzenie, gdy organizm domaga się swoich praw z powodu pustego żołądka albo pełnego pęcherza. Nie bacząc jednak na przeszkody, jakie stwarza otoczenie i własny organizm, docieramy do finału. I tu zaskoczenie, rozczarowanie, żal? 
Nie wierzyłam, gdy Miłoszewski zapowiadał, że kończy cykl o Teodorze Szackim, którego zna cała Polska, i ta z powieściowych kart i ta rzeczywista. W końcu to na nim wypłynął na jedno z czołowych, jeśli nie na pierwsze miejsce polskich „kryminalistów”. Nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja, a ten cykl to złota kura właśnie. Sprzedaje się, ekranizuje, idzie zagranicą. Teraz jednak, gdy jestem po lekturze Gniewu, nie bardzo widzę, jak mógłby go kontynuować i nie chodzi bynajmniej o to, że przyjęliśmy, iż ten cykl to trylogia.

Szkoda, i to wielka. Powieści kryminalne Miłoszewskiego są bardzo dobre. Dwie pierwsze dostały Nagrodę Wielkiego Kalibru, trzeciej wróżę co najmniej nominację do najbliższej edycji konkursu, a i zwycięstwo by mnie nie zdziwiło (ani nie rozczarowało). 
 

A może na skutek usilnych próśb czytelników Szacki wróci? Historia literatury kryminalnej zna nie takie cuda i może doczekamy się w tym aspekcie naszego polskiego Arthura Conan Doyle'a, Ale po zakończeniu Gniewu mam wrażenie, że Miłoszewski ma raczej ambicję zaistnienia jako autor literatury z półki o wiele wyższej niż kryminały. Wyższej nawet, niż klasyka tego gatunku.

czwartek, 9 października 2014

Uwikłanie

Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007

Uwikłanie to pierwsza część trylogii o prokuratorze Teodorze Szackim i pierwszy kryminał Miłoszewskiego, bardzo dobrze przyjęty przez krytykę i czytelników. Później było Ziarno prawdy, a teraz do księgarń wchodzi Gniew – ostatnia powieść z tym samym bohaterem.

*
Premiera Gniewu niby dopiero 22 października, ale jedna z sieci księgarskich handluje e-bookiem już od zeszłej środy, a od tej oferuje też papierowe wydanie. Inne księgarnie na razie mają zaledwie fragmenty, jednak tak to bywa, gdy nie należy się do właściwej paczki. Normalna praktyka, na przykład e-book tegorocznego laureata NIKE też na razie można nabyć tylko w jednej księgarni i dziwnym trafem promocja skończyła się zaraz po ogłoszeniu wyników, a bez promocji cena wyższa niż za papier. Modzelewskiego więc sobie odpuściłam, czekam aż stanieje, ale Gniew kupiłam już pierwszego dnia. Wcale nie dlatego, że jestem fanką Szackiego albo Miłoszewskiego, tylko pod domowym naciskiem. Codziennie słyszę, że znowu kupuję książkę, choć w czytnikach i na półkach góry nieprzeczytanych, więc jak padło hasło „Kupuj”, to jak mam to odbierać?; tylko jako nacisk, presję wywieraną na moje niezłomne postanowienie wstrzemięźliwości zakupowej. Co było robić, musiałam się ugiąć i od 1 października jestem dumną posiadaczką trzeciej części dokonań Szackiego. Mąż już przeczytał, minę ma tajemniczą, co nie znaczy, że zachwyconą, ale pocieszam się, że nasze książkowe upodobania często się rozmijają.

*
Tymczasem ja, zamiast rzucić się na świeżutką nowość, zdecydowałam się nadrobić zaległe Uwikłanie. Jakoś tak wyszło, że nie zabrałam się za nie od razu. Później był film, który co prawda oceniano dużo gorzej niż książkę, głównie z powodu zmian w stosunku do pierwowzoru, ale zmiany dotyczyły głównej postaci i miejsca akcji, a nie samej zbrodni i osoby sprawcy. Tak więc przed Ziarnem prawdy zbyt świeżo miałam w pamięci całą tę kryminalną intrygę z części pierwszej. Za to teraz pomyślałam, że Uwikłanie swoje odczekało i czas już na nie. W końcu powieść okrzyknięto jednym z najlepszych polskich kryminałów, a w 2008 roku nagrodzono Nagrodą Wielkiego Kalibru. Jest tak znana, że większość z Was z pewnością wie, o co w niej chodzi, ale tak dla przypomnienia:
Prokurator Szacki prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa, do którego doszło w poklasztornym budynku w śródmieściu Warszawy. Ofiara to warszawski przedsiębiorca, który w przeddzień zbrodni uczestniczył w jednym z tzw. ustawień – terapii metodą Hellingera. Najogólniej mówiąc teoria Hellingera sprowadza się do twierdzenia, że każdy człowiek uwikłany jest nie tylko w swoje własne życie, ale też w doświadczenia i uczucia swoich przodków, a metoda terapeutyczna polega na tym, że zupełnie obce pacjentowi osoby wcielają się w jego bliskich i dzielą się tym, co wówczas czują. Aby odkryć, kto jest zabójcą, Szacki musi odpowiedzieć na pytanie, czy motyw tkwi w przeszłości denata, a uczestnicy sesji wczuli się w bliskich ofiary tak bardzo, że ktoś z nich posunął się do zabicia całkiem obcego sobie człowieka, czy może zbrodni dokonał ktoś spoza ich grona. A niezależnie od prowadzonego śledztwa musi zdecydować, na ile on sam da się uwikłać w to, co dzieje się w teraźniejszości.




Z jednej strony Uwikłanie ma cechy jak najbardziej współczesnego kryminału, czyli solidnie zarysowane tło społeczne, odniesienia do rzeczywistych wydarzeń, wykorzystanie współczesnych teorii naukowych, z drugiej zaś nie idzie w powielanie znanych i sprawdzonych schematów. Wystarczy przywołać postać prokuratora Szackiego.
Główny bohater Miłoszewskiego różni się od typowych detektywów z kryminałów. Dosyć przeciętny (jeśli nie liczyć siwizny) facet po trzydziestce, żonaty i dzieciaty. Może trochę za wcześnie wszedł w kryzys wieku średniego. Jak prawdziwy urzędnik preferuje wzywanie świadków do swojego biura, zamiast uganiać się za nimi po mieście. Taki ktoś to nie tylko przeciwieństwo stereotypowego bohatera sensacyjnych powieści, ale przede wszystkim postać bliższa prawdziwemu obrazowi rzeczywistego prokuratora. W Ziarnie prawdy Szacki ma już niestety więcej cech najczęściej spotykanego bohatera tego gatunku. Jednak kierunek, w którym poszło jego życie, ma też swoją zaletę – daje czytelnikowi wizję tego, jak ci wszyscy z innych książek mogli zaczynać zanim doszli do punktu, w którym spotykamy ich po raz pierwszy.

Nie bez powodu książka zebrała doskonałe recenzje i spotkała się z powszechnym uznaniem czytelników. Uwikłanie ma wszystkie atuty dobrej powieści kryminalnej: interesującego głównego bohatera, dość wartką akcję, nietypową scenerię i okoliczności zbrodni, ciekawy motyw i rzetelne zakotwiczenie w realiach czasu, w jakim osadzone są wydarzenia. Ważna jest tu dbałość Miłoszewskiego o szczegóły, co nie o każdym autorze kryminałów można powiedzieć. W dodatku nastrój książki świetnie wpisuje się w emocje społeczne, w powszechne przekonanie o bezwzględności i wszechmocy starych ubeków oraz że mają haki na każdego, kto coś w tym kraju znaczy albo znaczyć może, a przede wszystkim w przekonanie o tym, że prawo nie zawsze idzie w parze ze zwykłym, ludzkim poczuciem sprawiedliwości.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wiatr

Marcin Ciszewski
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2014

Trzecia część „pogodowego” cyklu Marcina Ciszewskiego o dzielnym policjancie Jakubie Tyszkiewiczu1, to wprawdzie nie arcydzieło literatury sensacyjnej, ale prawie, prawie. No, może przesadzam, ale już w stwierdzeniu, że to bardzo, ale to bardzo przyzwoity kawałek sensacyjno-rozrywkowej prozy, przesady nie ma ani odrobiny. Oczywiście – rzecz gustu, ale ja tu w opisach swoim się kieruję, i choć mój gust nie preferuje książek akcji, tylko raczej takie, gdzie króluje dedukcja, to Wiatr złapał mnie w swój wir i trzymał do ostatniej strony, z krótką przerwą na sen. A wszystko za sprawą niewiarygodnej właściwie intrygi, w jaką przypadkiem wplątało się małżeństwo Tyszkiewiczów i ich przyjaciel Krzeptowski.

Tyszkiewiczowie za namową przyjaciela postanawiają powitać Nowy Rok na Kasprowym Wierchu, w towarzystwie kilku nieznanych im wcześniej osób. Krzeptowski załatwił wynajęcie schroniska na imprezę i transport na górę, bo przy takiej sile wiatru, jak tego sylwestrowego wieczoru, tylko jego koligacjom rodzinnym grupa zawdzięczała, że obsługa kolejki linowej nagięła nieco przepisy i zawiozła imprezowiczów na szczyt, gdzie zostali odcięci (wydawałoby się) od świata do czasu, aż wichura odpuści.
Tymczasem z Warszawy wyrusza grupa pościgowa za zdrajcą, którego trzeba pilnie unieszkodliwić, i jest to sprawa najwyższej wagi dla obronności kraju. No a gdzie mógł ukryć się obiekt pościgu, jak nie wśród osób, które wybrały się na Kasprowy, tym samym ściągając na nie wielkie niebezpieczeństwo, bo specgrupa nie może zostawiać świadków. Na szczęście Tyszkiewicz i Krzeptowski to nie bezbronne owieczki, z którymi można sobie łatwo poradzić. Oni nie należą do tych, którzy dadzą się „zlikwidować” bez walki. Więcej nie ma co zdradzać, wystarczy jeszcze tylko powiedzieć, że „będzie się działo” i bez ofiar się nie obejdzie.

Oceniając Ciszewskiego jedynie na podstawie Wiatru (bo innych jego książek jeszcze nie czytałam) zaryzykuję twierdzenie, że to kolejny polski autor literatury sensacyjno-kryminalnej, który w niczym nie ustępuje pisarzom zachodnim. Mamy tu wszystko, co podoba się zwolennikom tego gatunku, tyle że na polskim gruncie. Szlachetni główni bohaterowie o ponadprzeciętnych umiejętnościach i wytrzymałości, bezwzględni agenci i wszechmocni szefowie służb specjalnych, niemoralni politycy, super spec od internetu. Są piękne kobiety, a więc i wątki romansowo-miłosne. Jest nawet wymagająca analizy faktów zagadka, która z uczestników sylwestrowej zabawy to jednocześnie poszukiwany zdrajca (i czy faktycznie zdrajca?). No i przede wszystkim wartka akcja, z pościgami, bójkami, strzelaniną, a wszystko to w śnieżnej scenerii i przy ekstremalnych warunkach pogodowych, które potęgują zagrożenie. Wprawdzie początkowo tempo opowieści nie jest szczególnie wartkie, ale to czas na wprowadzenie czytelnika, który nie zna poprzednich części, na przedstawienie mu bohaterów i wzbudzenie sympatii do nich, aby nie było wątpliwości, komu kibicować na dalszym etapie powieści. Za to później wydarzenia mocno przyspieszają, by pod koniec przybrać nieprawdopodobną wręcz prędkość i wyhamować dopiero na ostatnich dosłownie stronicach, czyli tam, gdzie już na spokojnie wyjaśnione zostaje, o co tak naprawdę szła gra i jaka była jej stawka.

Szybkość akcji nie pozwala czytelnikowi na roztrząsanie nieprawdopodobieństwa całej historii. Nie ma czasu na zastanawianie się, czy istnieją ludzie, którzy potrafią to, co dla bohaterów powieści (i pozytywnych, i negatywnych) jest całkiem naturalne, albo czy możliwe, by agenci legalnych państwowych służb poważyli się na to, przed czym ci książkowi nie mają żadnych oporów, czy wreszcie możliwe jest takie spiętrzenie przypadków, jak tutaj. Ale – umówmy się – przecież nie o prawdopodobieństwo zdarzeń chodzi w tego typu powieściach, ale o emocje, o budowanie napięcia. A to się autorowi Wiatru udało.

Jednym słowem Wiatr to bardzo dobra w swoim gatunku książka, całkowicie spełniająca wymogi dla powieści sensacyjnej i mogąca w pełni usatysfakcjonować czytelnika pod warunkiem, że nie będzie doszukiwał się znanych mu polskich realiów i podobieństw do rzeczywistych osób i zdarzeń i z góry zaakceptuje określoną konwencję.

1Pozostałe części to Mróz (tom 1.) i Upał (tom 2.)


http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

sobota, 26 lipca 2014

Trzy skandynawskie kryminały ze śniegiem w tytule

Lekka forma, mroczna sceneria, mroźna aura – czy może być lepsza lektura na upalne wakacje niż skandynawskie kryminały? Owszem, może: polskie kryminały. 
Zanim jednak nabrałam co do tego pewności, przeczytałam co nieco tych pierwszych. Muszę teraz pozbierać jakoś te z ostatnich miesięcy i podsumować, bo ich fabuła topnieje mi w pamięci, jak śnieg, który mają w tytułach. Nie ma co rozpisywać się o każdym z osobna, aż tyle nie mam o nich do napisania, żeby poświęcać każdemu osobną notkę, więc będzie trzy w jednym.
 

Smilla w labiryntach śniegu
Peter Høeg
Świat Książki, Warszawa 1996
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
projekt okładki: Michał Sosnowski

Jak zwykle w skandynawskich kryminałach dużo tu obyczajówki. Wprawdzie wątek sensacyjny jest cały czas obecny, ma w książce bardzo silną pozycję, a do tego jest w miarę oryginalny, jednak tym, co bardziej przykuwa uwagę, są bardzo interesujące i raczej mało nam znane relacje społeczne między Duńczykami i Grenlandczykami.
Osią opowieści jest wątek tajemniczej śmierci małego Grenlandczyka i prywatne śledztwo prowadzone przez jego sąsiadkę, tytułową Smillę. Malec zginął w wyniku upadku z dachu kopenhaskiego budynku, co policja uznała za nieszczęśliwy wypadek. Jedynie Smilla upiera się, że do tej śmierci ktoś się przyczynił, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że cierpiący na lęk wysokości dzieciak dobrowolnie wszedł na dach, co więcej – że podszedł do jego krawędzi. Smilla postanawia dojść prawdy na własną rękę.
Akcja toczy się w Kopenhadze i na Grenlandii, na morzu i lądolodzie, w teraźniejszości, ale korzeniami sięga przeszłości. Wydarzenia towarzyszące wyjaśnieniu kryminalnej zagadki, ale też postać tytułowej bohaterki, pół Dunki, pół Grenlandki stają się okazją do ukazania współczesnego stylu życia i problemów Grenlandczyków. Polskiego czytelnika, dla którego Dania wydaje się być wzorcem tolerancji i równych praw dla wszystkich, zaskoczyć może, że Grenlandczycy traktowani są jak obywatele drugiej kategorii.
Szeroko zarysowana warstwa społeczno-obyczajowa nie jest niczym nowym w skandynawskich kryminałach, można nawet powiedzieć, że jest ich znakiem rozpoznawczym i dodatnią cechą. Ale w tej książce została nadzwyczajnie rozwinięta z pozytywnym skutkiem, do tego stopnia, że śmiało można by zaklasyfikować ją do powieści obyczajowych z wątkiem sensacyjnym, a nie stricte kryminałów.
Jedyne, co mi w Smilli w labiryntach śniegu wadziło, to styl. Prawie każde, nawet mało istotne wydarzenie, posunięcie, zjawisko poprzedzone było uogólnieniem i od niego dopiero autor przechodził do detalu. Początkowo nawet mi się to podobało, ale po pewnym czasie zaczęło nużyć, chwilami nawet drażnić, jako że na dłuższą metę dawało efekt domorosłego filozofowania i pompatyczności. To jednak drobiazg w zastawieniu z oryginalną zagadką i jeszcze oryginalniejszą scenerią, jaką oferuje powieść.


Anioły śniegu
James Thompson
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer
projekt graficzny okładki: Małgorzata Cedo-Foniok

James Thompson jest Amerykaninem, ale od kilkunastu lat mieszka w Finlandii ożeniony z rodowitą Finką i pisze według wzorców skandynawskich, nie mam więc wątpliwości, jaką narodowość przypisać jego powieści. A jest to pierwsza powieść z udziałem detektywa Kariego Vaary, policjanta z turystycznej mieściny w Laponii. Po kilku latach pracy w helsińskiej policji Vaara wrócił do rodzinnego miasteczka i objął dowodzenie miejscowym posterunkiem. Trwa właśnie noc polarna, zbliża się Boże Narodzenie, a do miasteczka zjechały tłumy turystów, gdy w pobliżu farmy reniferów znalezione zostają okrutnie okaleczone zwłoki pochodzącej z Somalii modelki. W ciemnościach i spośród licznych podejrzanych Vaara musi wyłonić mordercę, to dla niego sprawa honorowa. Zadanie jest tym trudniejsze, że podejrzenia padają a to na prominentne osobistości, a to na osoby w ten czy inny sposób związane z detektywem. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze problemy rodzinne Vaary i braki kadrowe w związku ze świątecznymi urlopami kilku jego podwładnych. A charyzmatyczny ojciec ofiary domaga się błyskawicznych efektów.
Thompson, choć Amerykanin, zbudował ciekawe tło społeczno-obyczajowe, pokazując fińską prowincję w sposób, w jaki – przypuszczam – sam ją postrzega. Godne uwagi było dla mnie, jak równo traktowani byli podejrzani niezależnie od ich statusu społecznego i majątkowego, a jednocześnie – jak daleko sięga władza policji, która może obywatela zatrzymać w areszcie przy naprawdę nikłych dowodach, zupełnie jakby to państwo policyjne było, a nie jedna z lepiej funkcjonujących demokracji. Poza tym innych zaskoczeń nie było. Opowieść poprowadzona na całkiem przyzwoitym poziomie, ale nic poza tym. Ot, zgrabnie obudowany podstawowy szablon, sprawdzony z powodzeniem w niejednym skandynawskim kryminale.


Dziewczyna ze śniegiem we włosach
Ninni Schulman
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
tłumaczenie: Ewa Chmielewska-Tomczak

Tu mamy do czynienia z debiutem wschodzącej gwiazdy szwedzkiego kryminału, jak zapewnia wydawca, i jeszcze: „Powieść została uznana przez krytykę za przykład najlepszej tradycji skandynawskiego kryminału”. Zgoda, ale  pod warunkiem, że przez tradycję rozumiemy powtarzalność i sztampę.
Dziennikarka po trudnym rozwodzie przeprowadza się wraz z kilkuletnią córką ze Sztokholmu do swojego rodzinnego miasteczka i podejmuje pracę w lokalnej gazecie. W międzyczasie w sylwestrową noc znika nastolatka z tak zwanego dobrego (przynajmniej na pozór) domu, a kilka dni później w położonej w lesie nad pobliskim jeziorem chacie letniskowej odnalezione zostają zwłoki młodej dziewczyny. Dziennikarka oczywiście podejmuje swoje śledztwo.
Powieść zbudowana chyba metodą nakładania jednej kalki na drugą. Oprócz dziennikarki borykającej się z traumą po przegranym małżeństwie jest jeszcze samotny policjant z kłopotami rodzinnymi mającymi swe źródło w przeszłości i policjantka drżąca o córkę – rówieśniczkę zaginionej. Jest też odgrzewana miłość z przedmałżeńskich czasów jako remedium na małżeńską porażkę głównej bohaterki. Jest handel kobietami, oczywiście dziewczynami z Europy Wschodniej, są męscy szowiniści przykładnie ukarani na końcu. Jednym słowem – zlepek chwytliwych stereotypów, ale zlepek zrobiony naprawdę sprawnie, bezbolesny w czytaniu. Idealna powieść do zabicia plażowej nudy, ale nic poza tym.
*
To tyle na temat z założenia doskonałej skandynawskiej powieści sensacyjnej. Może dawniej tak było, że każdy skandynawski kryminał zachwycał, każdy nowy autor był odkryciem na miarę Mankella. I ja wielu z nich wysoko oceniam, mam też swoich ulubionych, jak Theorin chociażby. Ale ostatnio coraz częściej ci nowi „mistrzowie” i te „królowe” są sprawnymi, ale raczej mało odkrywczymi literackimi rzemieślnikami. jakby źródełko się już wyczerpało i wydawcy zaczęli sięgać po drugi autorski sort. Ich książki nie są oczywiście poniżej akceptowalnego poziomu, ale daleko im do tych, które wyrobiły markę.
A tymczasem u nas od kilku lat gatunek rozkwita całą pełnią niebanalnych pomysłów, oryginalnych miejsc i czasów akcji oraz fascynujących głównych bohaterów. W moim rankingu skandynawski kryminał zdecydowanie spadł już z piedestału, a jego miejsce zajęła twórczość rodzimych pisarzy. I cieszę się, że jest nas coraz liczniejsze grono – czytelników, którzy z chęcią sięgają po polskie książki sensacyjne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...