Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Persja Turcja i kraje arabskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Persja Turcja i kraje arabskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Ofiara Polikseny

Marta Guzowska

Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012



Lubię kryminały, nie powiem, ale wcześniej stawiałam raczej na zagraniczne. Ostatnio jednak trafiałam na bardzo dobre polskie książki z tego gatunku, także autorstwa pisarzy wcale nie najbardziej popularnych, jak Krajewski na przykład. No więc idąc za ciosem wzięłam z biblioteki Ofiarę Polikseny – debiut Marty Guzowskiej, zdobywczyni tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru. Nie ukrywam, że nawet nominacje do tej nagrody są dla mnie zachętą, a co dopiero pierwsze miejsce. 
W dodatku zapowiadało się naprawdę ciekawie, bo akcja rozgrywa się w środowisku archeologów, na wykopaliskach Troi. Sceneria może nie najbardziej oryginalna z możliwych (pojawiła się już przecież chociażby w kryminałach Agathy Christie), ale na pewno barwna i nie pozbawiona pewnej nutki egzotyki. Poza tym autorka ma wiedzę zarówno teoretyczną, jak i praktyczną na temat środowiska archeologów, należy więc przyjąć, że ukazuje to środowisko takie, jakim jest w rzeczywistości. Nie jest to wprawdzie obraz zbyt pochlebny, za to najciekawszy element jej powieści. 


Guzowska obala mit wielkiej przygody archeologicznej, mit zawodu, w który wpisane są sukces i sława. To, co dla zwykłego zjadacza chleba kojarzy się z romantyczną przygodą w egzotycznym kraju, w rzeczywistości jest mozolnym grzebaniem się w piachu, monotonnym katalogowaniem skorup niewiele nowego wnoszących do istniejącej już wiedzy, użeraniem się o granty na prowadzenie prac wykopaliskowych. Sama robota nudnawa, słabo płatna, w upale i brudzie, warunki bytowe prowizoryczne. Za to szanse na odkrycia na miarę Schliemanna czy Cartera są niemal żadne, a pomniejsze, choćby nawet znaczące, mogą przynieść archeologowi sławę tylko wtedy, gdy zainteresują się nimi media. 


Taką szansą powieściowej ekipy archeologów na zdobycie uwagi mediów staje się odkrycie na wykopaliskach w Troi szkieletu kobiety. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że szkielet należy do mitycznej Polikseny, branki Achillesa. Ale nim archeolodzy zdołają potwierdzić lub obalić tę tezę, wydarza się tragedia, która powoduje definitywne przerwanie prac. Na ołtarzu sprzed tysięcy lat odnalezione zostaje ciało dziewczyny z ekipy, z poderżniętym gardłem. Wygląda, jakby ktoś całkiem współcześnie złożył bogom ludzką ofiarę. Makabryczne znalezisko staje się argumentem służącym tureckim władzom do cofnięcia pozwolenia na kontynuowanie wykopalisk.

Za to odnalezieniem sprawcy nikt specjalnie się nie przejmuje. Policyjnego dochodzenia w powieści nie ma prawie w ogóle, członkowie ekipy też niespecjalnie są zainteresowani tym, co przydarzyło się ich koleżance, skupieni na własnych problemach. Jedynie antropolog, profesor Mario Ybl nie odpuszcza, choć początkowo wydaje się, że z całej ekipy jest ostatnim, któremu będzie zależało, by wyjaśnić, co zaszło naprawdę. 
To on jest narratorem opowieści i zarazem najbardziej wyrazistą postacią, choć nie mogę powiedzieć, że niebanalną. Niezależny, nieco cyniczny, ciągle pijany, swoim aroganckim zachowaniem zraża wszystkich wokół, jednym słowem nic nowego dla stałych czytelników kryminałów, jeśli chodzi o postać głównego bohatera.

Profesor Ybl nie jest atutem książki, ale i nie jest minusem. To jednak osobnik tego typu, że mając go na odległość, można czuć do niego sympatię i kibicować mu. Typ faceta, który w książce i na ekranie kobietom może się podobać, ale w prawdziwym życiu powinny unikać takich jak ognia; romantyczny macho, stanowczy, pewny siebie, samotnik trochę z wyboru, trochę z przeznaczenia. O jego pociągu do alkoholu już wspomniałam wyżej. W dodatku cierpiący na nyktofobię – paniczny lęk przed ciemnością (jedyna cecha, której dotychczas nie spotkałam u innych powieściowych detektywów). W sumie postać głównego bohatera jakoś tam się broni.


Natomiast prawie wszystkie inne osoby występujące w powieści są zupełnie nieźle skonstruowane i interesująco różnorodne. Od tych pierwszoplanowych jak archeolożka Pola czy kierownik wykopalisk Frank , do całkiem drugorzędnych, jak studenci na praktykach albo miejscowi Turcy. 


Na plus książki trzeba też zaliczyć ciekawe opisy z dziedziny kryminalistyki, dotyczące czy to procesu rozkładu, czy rekonstrukcji twarzy na bazie czaszki. Dla kogoś, kto jeszcze tego nie wie na przykład z filmowych cykli o zagadkach kryminalnych NY, LA albo Miami, mogą stanowić źródło wiedzy całkiem przydatne przy oglądaniu albo czytaniu następnych kryminałów. Przekazane zostały normalnym, zrozumiałym dla zwykłego śmiertelnika językiem, nie tracąc przy tym waloru informacji opartych o naukową wiedzę.


Mimo to w moim prywatnym konkursie na kryminał roku Ofiara Polikseny nie przeszłaby nawet eliminacji. Przede wszystkim motyw, jak wiadomo – rzecz najważniejsza w kryminale. Cui prodest scelus, is fecit – ten popełnił zbrodnię, komu przynosi korzyść. A w Ofierze Polikseny motyw mnie zupełnie nie przekonał, mocno naciągany jak dla mnie. Uzasadniłabym, ale musiałabym zdradzić istotne informacje, co byłoby z kolei zbrodnią wobec przyszłych czytelników książki, więc poprzestanę na stwierdzeniu, że w motyw nie uwierzyłam. 


Dialogi też niezbyt mi się podobały. Nie wszystkie, ale miejscami były zupełnie nienaturalne. Ludzie tak ze sobą nie rozmawiają. Głównie odnosi się to do dialogów między Polą a Mariem, ale i w innych miejscach trafiały się drętwiaki.


Poza tym powieść jest przegadana. Choćby powtarzające się uwagi o tyłkach, tyłeczkach, pupach prawie wszystkich żeńskich postaci, o zdobywaniu i piciu piwa, a przede wszystkim ciągłe wzmianki o upale i jego skutkach. Autorka na końcu dziękuje redaktorowi (przepraszam, nie podam nazwiska redaktora, oddałam już książkę), który hołdował zasadzie, że czasem mniej znaczy więcej, czy coś w tym rodzaju. Skoro tak, i skoro powycinał nadmiar, to nie chcę myśleć, ile niepotrzebności byłoby w powieści bez jego ingerencji. Pewnie miały tworzyć klimat, ale takie sprawy załatwia się inaczej. Albo się umie i wtedy wystarczy kilka słów, żeby czytelnik cały czas czuł, jakby tam był, albo się nie umie i wtedy nie pomoże pisanie na każdej stronie o poceniu się, bo i tak czytając pozostajemy we własnych fotelach, a lektura niepotrzebnie się dłuży. W przypadku tej książki miałam do czynienia z drugą sytuacją. 
Narzekam na dłużyzny w książce, a mnie właśnie kończy się druga strona i osiągnęłam poziom przegadania, który ganię u autorki  :-)  Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie, że pisuję całkowicie amatorsko i żaden redaktor nie skoryguje mi tekstu. Jeszcze tylko ostatnia uwaga i finito.


Ofiara Polikseny zdobyła Nagrodę Wielkiego Kalibru. Nie wiem dlaczego, jak dla mnie to ciut ponadprzeciętny kryminał nawet jeśli brać poprawkę na debiut. Czytałam kilka o niebo lepszych (na przykład debiutanckie Morderstwo na mokradłach Saszy Hady). 
Ale znaleźli się tacy, którym książka pani Marty Guzowskiej podobała się wyjątkowo, i OK. Ja do nich nie należę, możliwe, że mam niekonwencjonalny gust. A Wy, jeśli jesteście fanami kryminałów, najlepiej sami sprawdźcie, czy książka zasłużyła na tytuł kryminału roku.  


I już naprawdę ostatnie zdanie: Janina Paradowska (której opinie bardzo sobie cenię, zwłaszcza te dotyczące sfery politycznej) w tym samym konkursie Wielkiego Kalibru indywidualną nagrodę od siebie dała PM Nowakowi za Ani żadnej rzeczy.... To o czymś świadczy, nieprawdaż?

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

sobota, 16 lutego 2013

Templariusz

Paul Doherty
Wydawnictwo Bellona., Warszawa 2011
343 strony

Ten tytuł może być nieco mylący, przynajmniej dla mnie taki był. Sięgając po Templariusza oczekiwałam lekkiej, przygodowej powieści z rycerzem zakonnym w roli głównej, intryg, tajemnic z przeszłości, ukrytych skarbów itd. Wszystko to co prawda w książce jest, ale w wykonaniu, które raczej nie usatysfakcjonuje kogoś, kto tylko po to chciałby ją przeczytać. A jednak czytałam ją z dużym zainteresowaniem, bo choć powieściopisarzem Doherty wydał mi się miernym, to znawcą opisywanego okresu i popularyzatorem historii naprawdę dobrym.

Okres opisywany w Templariuszu, to czasy pierwszej wyprawy krzyżowej, od orędzia papieża Urbana II z 1096 roku, wzywającego do świętej wojny przeciw innowiercom do odbicia Jerozolimy z rąk Turków1 w 1099 roku. Hugon de Payens i Gotfryd z St. Omer są wśród rycerzy, książąt, możnowładców, którzy podejmują wyzwanie. Wraz z nimi na krucjatę wyruszają setki, tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci; jedni powodowani nadzieją wiecznego zbawienia, inni – zwabieni opowieściami o bajecznych bogactwach Ziemi Świętej, żądzą przygody lub po prostu uciekający przed nędzą i głodem panującymi w Europie. Jest też wśród nich wielu ludzi o podejrzanej przeszłości, o nędznym morale, liczących na darowanie win w zamian za udział w krucjacie. Idą z różnych zakątków chrześcijańskiej Europy w kierunku Konstantynopola, a stamtąd połączona już stutysięczna Armia Boga wyruszyła przez stepy Anatolii ku Jerozolimie.

Tytułowy Templariusz to Hugon de Payens, to on i jego przyjaciel Gotfryd stanowili trzon Bractwa ubogich Rycerzy Świątyni (później: Bractwa Portalu Świątyni). Obaj są postaciami historycznymi, założycielami Zakonu Templariuszy, lub – jak kto woli – Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. W powieści Dohertego główna bohaterka jest jednak Eleonora de Payens, siostra Hugona, która wraz z nim bierze udział w krucjacie. To wokół niej osnuta jest cała fabuła, z jej pozycji (mimo, że nie narratorki) czytelnik poznaje kolejne odsłony działań tureckiego szpiega w szeregach Armii Boga i kilku tajemnic, jakie kryją ważniejsi i mniej istotni bohaterowie powieści. Również z jej punktu widzenia widzimy, jak naprawdę wyglądała wojna, która z założenia była wojną w imieniu miłosiernego Boga chrześcijan. 

I o ile w samej fabule, w budowaniu napięcia, w zdolności zaangażowania czytelnika w losy swoich powieściowych bohaterów Doherty nie jest najlepszy, o tyle w scenach zbiorowych, ogólnych, w opisach – po prostu błyszczy. Te obrazy są plastyczne, trafiające do wyobraźni i robiące wrażenie. Wędrówka armii złożonej z dziesiątek tysięcy ludzi musiała wyglądać tak, jak on to opisuje. I tak wyglądała, w posłowiu autor powołuje się na źródła, z których korzystał. A bynajmniej nie jest to obrazek łagodnej procesji, jaka pojawia się w głowie ucznia idący na lekcje historii prosto z lekcji religii. Boży wojownicy zostawiali po sobie spustoszone krainy, spalone miasta. Wśród uczestników krucjaty od początku nie brakowało ludzi o wątpliwej moralności, zdolnych do najpodlejszych czynów. Ale i inni, ci przyzwoici tracili morale w obliczu doświadczeń, jakim zostali poddani. Zamiast obiecywanej bożej łaski, zamiast krain mlekiem i miodem płynących dostali wędrówkę na przemian w dojmującym zimnie i piekącym upale, głód, brud, choroby, przegrane walki lub zwycięstwa okupione okrutną śmiercią towarzyszy. Wynikająca z tego utrata nadziei w sens wyprawy wpływała demoralizująco na uczestników krucjaty. I wtedy chrześcijańskie wartości nie znaczyły już nic, dobrzy chrześcijanie zamieniali się w jeźdźców apokalipsy. Szlak, którym przeszli, znaczyły mordy, gwałty, rabunki.

Uważam, że źle się stało, iż Templariusz marketingowo zasugerowany został jako książka o indywidualnych losach jej bohaterów, trafiając w ten sposób do czytelnika oczekującego czego innego, niż książka oferuje. Fabuła jest tu raczej przeciętna, dialogi nieco sztuczne, a bohaterowie potraktowani dość powierzchownie. Może autorowi brakło lekkości pióra i umiejętności budowania napięcia, a może po prostu tę warstwę powieści traktował po macoszemu, bo miała służyć tylko jako pretekst do ogólnej opowieści o pierwszej krucjacie. W każdym razie jako powieść przygodowa niezbyt się sprawdza, jest natomiast dobrą, napisaną w przystępnej i popularyzatorskiej formie książką historyczną. Książką odpowiednią dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak w rzeczywistości musiały wyglądać wyprawy krzyżowe, lecz nużą ich naukowe, a nawet popularnonaukowe opracowania. 
 
1Autor celowo utrzymał „podstawowy podział pomiędzy dwoma pozostającymi w konflikcie w czasach średniowiecznych kręgami kulturowymi. W świecie islamu słowo „Frank” opisuje każdego człowieka Zachodu. Z drugiej strony , większość Europejczyków, nie zdając sobie sprawy z istnienia różnych odłamów islamu, używa na ogół określeń „Turek” lub „Saracen” w odniesieniu do swych wrogów.” (ze wstępu Od Autora, s.9-10).

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dłoń pełna gwiazd

Rafik Schami
Wydawnictwo WAM, Kraków 2011
202 strony

Ocena 6/6

Wspaniała książka, pełna pięknych, mądrych zdań i przypowieści, czasem wzruszających, czasem zabawnych lub pouczających, jak w zbiorach baśni wschodu. Tyle, że główny wątek, który spaja wszystko w całość, baśnią nie jest, a wręcz przeciwnie, to bardzo realny i miejscami dramatyczny zapis wydarzeń z życia pewnego wrażliwego chłopca w kraju rządzonym przez dyktaturę. 
 
Główną postacią Dłoni pełnej gwiazd jest nastoletni syn piekarza z Damaszku. Narracja powieści poprowadzona została w formie jego pamiętnika, pisanego przez trzy i pół roku. Wrażliwy, utalentowany poetycko dzieciak ma jedno marzenie: chce zostać dziennikarzem. Ale wszystko wskazuje na to, że zostanie piekarzem, tak jak jego ojciec, któremu czasem musi pomagać w piekarni. Wkrótce nadejdzie taki dzień, gdy będzie musiał rzucić szkołę, żeby codziennie pracować z ojcem. I nie tylko zmuszony będzie zrezygnować ze wspaniałych planów na przyszłość, by pomóc w utrzymaniu rodziny, podobny los czeka też jego przyjaciela i innych chłopców z sąsiedztwa:
„Bieda zabija nasze marzenia, jeszcze zanim domarzymy je do końca”1
Na razie jednak może się uczyć, bawić i układać wiersze. Początki pamiętnika to świadectwo szczęśliwego dzieciństwa, upływającego wśród kochającej rodziny i dobrych przyjaciół z sąsiedztwa. Dzieciństwa, które nie jest wolne od trosk, ale nie są to problemy, które przerastałyby nastolatka. Jako wnikliwy obserwator dostrzega wprawdzie więcej i odbiera to bardziej wrażliwie, niż jego rówieśnicy, jednak te obserwacje nie wykraczają poza bezpieczny krąg najbliższego otoczenia: podwórka wspólnego dla kilku rodzin, ulicy w starym Damaszku, przy której stoi jego dom, szkoły mieszczącej się w niedalekiej odległości i kościoła, do którego uczęszcza jego rodzina (są chrześcijanami). W pamiętniku odnotowuje wydarzenia z życia okolicznych mieszkańców, swoje refleksje na ich temat, zasłyszane (nieraz bardzo barwne) opowieści. Zwłaszcza jego najlepszy przyjaciel, stary wujek Salim, jest niewyczerpalną kopalnią niesamowitych i zazwyczaj niewiarygodnych, ale pasjonujących historii. Ten urodzony łgarz doskonale wie, jak uprawiać sztukę opowiadania:
„Opowiadacz musi być cichy, a im jest cichszy, tym jest mądrzejszy. (…) Kiepskim opowiadaczem jest ten, który śmieje się ze swoich dowcipów, zanim jeszcze dojdą do końca.”2
Zresztą tematów do zapisania w pamiętniku mu nie brakuje. Niektóre zabawne, z życia jego szkolnych i podwórkowych kolegów. Inne poważne, zawierające uniwersalne prawdy o życiu, a przy tym urzekająco podane z perspektywy i słowami czternastolatka, jak historie o wariacie i jego oswojonym wróblu. Ogólnie jednak pogodne, bo okoliczna społeczność, wielonarodowościowa, wielokulturowa i różnorodna pod względem religijnym, to ludzie wzajemnie sobie życzliwi, wspierający się i żyjący zgodnie. Chyba jedynym, który nie pasuje to tego obrazu, jest ojciec ukochanej naszego pamiętnikarza. Śliczna Nadia z domu naprzeciwko jest bowiem córką tajnego szpicla, choć nie tak tajnego, żeby o jego pracy nie wiedziała cała ulica. 
 
Stopniowo, wraz z dorastaniem narratora, charakter zapisków zmienia się. Bezpieczny mały świat zaczyna przenikać się z tym obcym, zewnętrznym. W całej Syrii terror przybiera na sile wraz z każdą kolejną ekipą, dochodzącą do władzy w wyniku puczów, wstrząsających krajem co kilka lat lub miesięcy3. Dosięga też mieszkańców spokojnej uliczki. Zaczynają się aresztowania bez powodu, ludzie są więzieni, torturowani, z każdą zmianą władzy jest gorzej.
A może to chłopiec dorasta na tyle, aby dostrzec rzeczy, których dotychczas nie widział. Dostarczając pieczywo klientom ojca poznaje miasto i zyskuje nowych przyjaciół. Dojrzewa emocjonalnie i zaczyna rozumieć, jak dyktatorska władza niszczy życie zwykłych ludzi. Wspierany przez starego przyjaciela Salima i nowego znajomego, dziennikarza Habiba, odzyskuje wiarę w ziszczenie się swojego największego marzenia: wciąż chce 
„zostać dziennikarzem, szukać prawdy i sprawiać, żeby poznali ją wszyscy.”4
Jest jak ten czerwony kwiat z baśni, którą napisał. Kwiat
 „jest bardzo mały i próbuje wspiąć się na ogromny kamień, ponieważ nie wierzy, że świat kończy się na kamieniu. (…) Wdrapuje się i wdrapuje, przekracza kamień i widzi przed sobą szeroki świat. Igra ze słońcem i zakochuje się w księżycu, który opowiada mu różne historie. Potem nadchodzi wiatr i wdrapuje się na kwiat, kiedy ten chce przemknąć przez kamień. Przypochlebia się mu i prosi go, żeby się dopasował do kamienia jak bluszcz. (…)
Czerwony kwiat postanowił nie słuchać wiatru i sprzeciwić się jego zwodniczym propozycjom. Ten rozgniewał się , zamienił w wichurę i napadł na kwiat. Czerwony kwiat walczył, uderzając wicher swoimi kolcami, ale ten wyrwał go i rzucił na ziemię. Małe kwiatki były przerażone, a te, które też chciały się odważyć przejść przez kamień, stchórzyły. Niektóre kwiaty powiedziały „Ma za swoje, ten wiecznie ciekawski”. Ale czerwony kwiat cicho opisywał świat po drugiej stronie kamienia, opowiadał o księżycu i słońcu. Ponieważ dotąd wszystkie wiedziały tylko, że swiat składa się z mokrej ziemi i wielkiego kamienia, za którym jest trochę mroku. Kiedy kwiaty o tym usłyszały, zaczęły się wspinać. Niektóre odpadły, ale inne pięły się dalej. Od tego dnia już żaden kwiat nie został za kamieniem. Wspinały się, az zobaczyły słońce i mogły usłyszeć historie księżyca.”5
Urzekła mnie ta książka. W pewnym sensie to uniwersalna opowieść o przeciwstawieniu się tyranii, historia, która umiejscowiona jest w Syrii, ale właściwie mogłaby rozgrywać się wszędzie, gdzie dyktatura niszczy wolność i wpędza poddanych w nędzę. 
Autor nie odnosi się do żadnych ideologii politycznych, nie gloryfikuje jednych ani nie potępia innych, a nawet o nich nie wspomina. Mówi za to o dojrzewaniu do sprzeciwu wobec okrutnej władzy niezależnie od tego, jakiej przykrywki ta władza używa.  Ale też o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem. I robi to w sposób piękny, wrażliwy, miejscami metaforyczny, miejscami bardzo konkretny i dramatyczny. Ujmuje to w proste celne zdania, tak, że cytaty można by z niej czerpać całymi garściami. To właśnie z nimi i z wplecionymi w fabułę opowieściami kojarzy mi się tytuł: Dłoń pełna gwiazd.

1s. 101.
2s. 160.
3Nie wiadomo, w jakich latach toczy się akcja powieści, w pamiętniku są tylko oznaczone tylko dni i miesiące. Można jednak pokusić się o ustalenie, kiedy dokładnie rzecz się dzieje, analizując zawarte w tekście informacje. Szacując tak z grubsza, przypuszczam, że to druga połowa lat sześćdziesiątych.
4s. 151.
5s. 180-182.

piątek, 5 listopada 2010

Zabójca z miasta moreli: Reportaże z Turcji

Witold Szabłowski
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010
208 stron

Ocena 4,5/6

Turcja dla większości z nas nie jest krajem całkiem nieznanym. Słyszeliśmy o Atatürku, kobietach w chustach, Alim Ağcy i honorowych zabójstwach, a także o tym, że Turcja stara się o przyjęcie do Unii Europejskiej. Jeździmy tam: większość turystycznie, niektórzy w interesach. Coś tam o Turcji wiemy, ale nie znamy jej dobrze, natomiast Witold Szabłowski – owszem, tak. Studiował w Stambule, pracował jako stażysta CNN Türk, przejechał całą Turcję. Widział to, czego nie zobaczymy jako turyści i dowiedział się o sprawach, o których mógł rozmawiać dzięki temu, że zna turecki. Zależało mi, żeby jak najszybciej przeczytać jego książkę, bo to, co reporter widzi i opisuje dziś, jutro już może być zupełnie inne.
I faktycznie reportaże opisują świeżutką, aktualną rzeczywistość, tyle tylko, że chyba jednak niepełną. A żebym była dobrze zrozumiana, chcę wyraźnie powiedzieć, że uważam je za naprawdę dobre. Wszystkie są ciekawe, opowiadają o nieznanych mi albo mało znanych dotychczas sprawach i zjawiskach. Rozumiem doskonale autora, że szuka tematów, które poruszą czytelnika, nie pozwolą mu pozostać obojętnym, pokażą świat odmienny od naszego. To jak najbardziej Szabłowskiemu się udało.Pierwszy raz na przykład usłyszałam o Nagıbie Hakimie Borzęckim, bardzo cenionym w Turcji poecie o polskich korzeniach, który przyjął polskie obywatelstwo, bo nie chcieli mu dać rosyjskiego, a w komunizm wierzył tak bardzo, że nawet to, co na własne oczy zobaczył w stalinowskim ZSRR, nie zachwiało jego wiary. Silne emocje wzbudziły we mnie reportaże o sytuacji tureckich kobiet i mentalności mężczyzn, którzy w specyficzny sposób pojmują honor. Obruszyłam się, gdy czytałam o uchodźcach, gardzących Zachodem i naszym stylem życia, ale nawet z narażeniem życia próbujących dostać się do Europy.
Wierzę oczywiście, że wszystkie te poruszające, bulwersujące historie są prawdziwe, jestem przekonana, że wielu Turków i Kurdów myśli tak, jak to pokazał Szabłowski. Jednak z jego reportaży wyłania się obraz zadętych ksenofobów, przekonanych o swojej wyższości nad innymi narodami. I tylko czasem gdzieś w tle mignie ktoś otwarty na rzeczywiste zmiany, a nie tylko na takie na pokaz dla Europy i Brukseli. Ale czy taki obraz jest reprezentatywny dla całego społeczeństwa?
Zanim sięgnęłam po tę książkę, słyszałam, że pokazuje ona Turcję rozdartą „między Wschodem a Zachodem, islamem a islamofobią, przesiąkniętej konserwatyzmem i ponowoczesnością, tęsknotą za Europą i eurosceptycyzmem.”1 Jednak ja zaraz po przeczytaniu tych reportaży odniosłam wrażenie, jakby Turcja tylko udawała przed Europą, że się zmienia, europeizuje, byleby dostać się do Unii, a później się zobaczy. Teraz, gdy piszę tę notkę, trochę ochłonęłam i myślę, że Turcja nie do końca jest taka, że autor pokazał zjawiska skrajne, bo takie właśnie budzą ciekawość. Wyobraziłam sobie, jak mógłby wyglądać zbiór reportaży z Polski. Czy ktoś pisałby o Polakach wyjeżdżających na długie weekendy i nie traktujących Niemców jak wrogów? Raczej znalazłyby się w nim reportaże o obrońcach krzyża przed pałacem prezydenckim, o liderze Samoobrony, pegeerach z filmu „Arizona” i młodzieży „czekającej na sobotę”2. Żyjąc w Polsce wiem, że byłyby to historie prawdziwe, nawet ciekawe, ale obrazujące tylko cząstkę naszej rzeczywistości, lecz co o Polsce pomyśleliby sobie np. Szwedzi, to już inna sprawa. Gdybym mieszkała kilka lat w Turcji, może nawet dałabym książce Szabłowskiego szóstkę, a tak – tylko cztery i pół, bo czuję niedosyt. Powtarzam, że rozumiem autora, chcącego opisać odmienności, tylko nie jestem pewna, czy wziął pod uwagę, że pisze dla Polaków, nie dla Turków i czy nie pominął tego, co po kilku latach pobytu w Turcji było dla niego tak oczywiste, że nie warte poświęcenia temu reportażu.
I jeszcze coś o stylu. Owszem świetny, tyle, że nie nowy. Mariusz Szczygieł stwierdził: „Witold Szabłowski pisze o Turcji tak, jak ja bym chciał pisać, gdybym znał się na Turcji.”3. I na pewno by tak pisał, bo gdybym nie wiedziała, że autorem reportaży jest Szabłowski, pomyślałabym, że Zabójca z miasta moreli  wyszedł spod tej samej ręki, co Gottland.

1Z noty wydawcy
2W październiku HBO wyemitowała film o wiejskiej młodzieży, która żyje z dnia na dzień, a jedyną rozrywkę i cel życia widzi w sobotniej dyskotece.
3Z okładki

środa, 27 października 2010

Krew kwiatów

Anita Amirrezvani
Wydawnictwo Cyklady, Warszawa 2007
444 strony

Ocena 5,5/6

Z pewną ostrożnością podchodzę do not zamieszczanych na okładkach przez wydawców. Nie napiszą przecież, że oto wydali odmóżdżającą sztampę albo zadęty bełkot. Muszą zachwalić towar. Przypuszczałam więc, że
„Porywająca, zmysłowa, niezwykła opowieść, osadzona w XVII-wiecznej Persji, ukazuje losy kobiety walczącej o swoją godność w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Krew kwiatów" rozwija się niczym wschodni kobierzec - przeplatana baśniami, realiami życia w haremie i cudownymi szczegółami na temat piękna wzorów i barw perskich dywanów.”
to również opinia mocno na wyrost. Ale pomyślałam, że książka będzie dobrą odmianą po kilku pod rząd powieściach o nędzy i zbrodniach w zimnym, mrocznym klimacie, jakie ostatnio czytałam. Jakże mile zostałam zaskoczona, gdy spodziewając się pospolitego czytadła napisanego według schematu o biednym Kopciuszku docenionym przez dzielnego księcia, trafiłam na piękną baśń z XVII Persji. Krew kwiatów jest jak historia z Baśni 1001 nocy, tyle że rozbudowana w samodzielną książkę i opowiedziana jak najbardziej współczesnym językiem.

Najpierw nie było, a potem było. Przed Bogiem nie było nikogo.
- czyli dawno, dawno temu...
... za panowania Szacha Abbasa Wielkiego w biednej wiosce gdzieś między Szirazem a Isfahanem żyło sobie szczęśliwe małżeństwo. Mieli jedyną, długo wyczekiwaną córkę. Dziewczynka była najlepszą tkaczką dywanów w wiosce. Gdy skończyła czternaście lat, nadszedł czas, aby pomyśleć o znalezieniu jej męża. Rodzice zbierali posag, żeby wybrać córce dobrego, kochającego człowieka, który usłałby jej życie płatkami róż. I tutaj kończy się szczęśliwa bajka, a zaczyna pasmo nieszczęść.
Nagła śmierć ojca rodziny i bieda, którą rychło zaczęły odczuwać kobiety, zmusiła je do poszukiwania opieki u przyrodniego brata ojca. Tam poznały, jak gorzko smakuje łaskawy chleb. Ale tam też od stryja, bogatego podmajstrzego w warsztatach tkackich Szacha w Isfahanie, dziewczyna nauczyła się fachu projektowania i tkania dywanów, odkrywając swój talent i pasję jednocześnie. Tam dojrzała do tego, aby zawalczyć o swoje szczęście i honor, z dziewczątka marzącego o dobrym mężu, który zaopiekuje się nią i gromadką ich wspólnych dzieci, zmieniła się w dojrzałą i samodzielną kobietę. I choć poniosła surowe konsekwencje własnych błędów, choć zapłaciła wysoką cenę za sprzeciw wobec woli rodziny, uzyskała jednak niezależność, rzecz niespotykana niemalże w świecie, w którym kobieta pozbawiona męskiej opieki jest właściwie nikim.
Niezaprzeczalnym atutem powieści jest opis życia i obyczajów w ówczesnej Persji. Anita Amirrezvani pisała tę książkę dziewięć lat. Urodzona w Teheranie, obecnie mieszka w San Francisco, ale zbierając materiały do książki trzykrotnie odwiedziła Iran. Przestudiowała wiele publikacji o czasach i zwyczajach, które opisała. I przekazała tę wiedzę w bardzo przystępnej powieściowej formie. Poznajemy dosłownie i w przenośni „od kuchni” codzienne życie mieszkańców Isfahanu, domy bogaczy, dzielnice nędzy, bazar, piękno architektury. Zaglądamy do haremu i łaźni. Dowiadujemy się, jak duże znaczenie w tamtym świecie miały sztuka tkania dywanów i sztuka snucia opowieści. Książka przypomina też o czymś, o czym zazwyczaj zapominamy, albo nie uświadamiamy sobie tak wyraziście: że choć z naszego, europejskiego punktu widzenia, los muzułmańskich kobiet całkowicie poddanych woli mężczyzn jest nie do pozazdroszczenia, to jednak może być jeszcze gorzej, gdy mężczyzny nie ma albo nie jest zdolny zapewnić rodzinie utrzymania. Oprócz mężatek, które zawarły związek na całe życie są takie, które wyszły za mąż tylko na jakiś czas, określony w kontrakcie małżeńskim i po wygaśnięciu umowy zostają z niczym, zwłaszcza jeśli ze związku nie ma dzieci. Bohaterka Krwi kwiatów na żądanie rodziny zawiera sigheh na trzy miesiące z bogatym wdowcem i uczy się sztuki miłości, aby zadowolić małżonka i aby ten zechciał przedłużyć kontrakt. Łudzi się, że zostanie kiedyś jego stałą żoną, bo któż inny zechce ją po takim małżeństwie. Czasowe małżeństwo, mimo że legalne, jest jednak hańbiące dla kobiety, bo w rzeczywistości jest ukrytą formą prostytucji. Sigheh funkcjonuje w społeczeństwie perskim również współcześnie, może być zawarty na kilka miesięcy, na jedną noc a nawet na jedną godzinę. Pierwszy raz usłyszałam o nim kilka lat temu w emitowanym w telewizji filmie o prostytucji w Iranie, jako o sposobie ominięcia zakazu cudzołóstwa przez klientów korzystających z usług prostytutek.
Wciągająca fabuła, ciekawy opis obyczajów, oryginalne legendy perskie, którymi rozpoczynają się lub kończą poszczególne rozdziały, to jeszcze nie wszystkie walory powieści. Dla mnie ważne było przesłanie tej książki, że można i warto walczyć o spełnienie marzeń i godność, nawet jeśli osiągnięcie celu wydaje się tak trudne, jak w społeczeństwie XVII wiecznej Persji. I choć książka Anity Amirrezvani nie nadaje się dla bardzo młodych czytelniczek ze względu na zawartej w niej śmiałe sceny erotyczne, to morał płynący z Krwi kwiatów jak najbardziej tak. Bo w prawdziwym życiu żaden królewicz nie szuka Kopciuszka/kocmołuszka ani nie pokocha miłością czystą i bezinteresowną śpiącej królewny ze spleśniałego zamku, a biedni częściej są zabawką bogaczy niż ich przyjaciółmi. Jeśli chcemy, by kolejne pokolenia kobiet miały należyte poczucie własnej wartości, były asertywne i potrafiły zawalczyć o siebie, to powinniśmy zaczynać jod zreformowania bajek opowiadanych im w dzieciństwie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...