Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 marca 2014

Bractwo Bang Bang

Greg Marinovich & João Silva
Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012
tłumaczenie: Wojciech Jagielski
 okładka: Paweł Szczepanik
e-book

Kim są ludzie, którzy pchają się tam, skąd dobiegają strzały, tam, skąd każdy normalny, niezaangażowany bezpośrednio człowiek powinien jak najprędzej zwiewać, jeśli nie chce oberwać jakąś zabłąkaną kulą? Fotoreporterów, którzy dla dobrego zdjęcia nie wahali się podjąć każdego, nawet śmiertelnego ryzyka, w RPA nazwano Bractwem Bang Bang:
Postawmy sprawę jasno – nigdy czegoś takiego nie było, nigdy nie było takiego bractwa. I nigdy nie było też tak, że tylko my czterej byliśmy członkami tej swoistej sekty kultu światłoczułych. Było nas kilkunastu, którzy relacjonowaliśmy zamieszki trwające od uwolnienia Nelsona Mandeli z więzienia aż do pierwszych, w pełni wolnych wyborów.
Oficjalnie nie istniało, ale nieformalnie wszyscy je uznawali, tak jak uznawali, że trzon Bractwa stanowią Ken Oosterbroek, Kevin Carter, Greg Marinovich i João Silva. To o nich przede wszystkim opowiada wspólna książka Silvy i Marinowicha. Gdy powstawała, Oosterbroek i Carter nie żyli, Oosterbroek zginął jeszcze przed wyborami w 1994 roku, podczas zamieszek w Thokozie, Carter popełnił samobójstwo kilka miesięcy później. Marinowich zaliczył w tamtym czasie kilka poważnych postrzałów, z których wygrzebał się niemal cudem. Jego podatność na obrywanie w różnych strzelaninach była niemal legendarna, a fotoreporterzy podzielili się na tych, którzy uważali, że należy trzymać się od niego jak najdalej, gdyż przyciąga kule i na tych, co twierdzili, że przy nim najbezpieczniej, bo jeśli pocisk ma kogoś trafić, to trafi jego. Silva, choć nie stronił od ryzyka może nawet bardziej od pozostałych, on, który na rowerze przemierzał ulice townshipów, by być na miejscu, gdy zacznie się dziać coś godnego sfotografowania, długo uchodził cało, niedraśnięty nawet. Limit szczęścia wyczerpał mu się dopiero w 2010 roku w Afganistanie, gdzie wszedł na minę. Przeżył, ale wybuch urwał mu obie nogi i poszarpał korpus. Ranny, Silva robił jeszcze zdjęcia.

Niesamowici ludzie. O tym, skąd się wzięli, co robili, dlaczego to robili i jaką cenę przyszło im za to płacić autorzy książki opowiadają słowami Marinowicha. Zasadnicza część, ta w jego narracji, poprzedzona jest świetnymi przedmowami Wojciecha Jagielskiego i Desmonda M. Tutu – byłego arcybiskupa Kapsztadu oraz prologiem obydwu autorów, a zakończona zdjęciami członków Bractwa. To one wzmacniają tekst i pozwalają lepiej zrozumieć, na co się narażali i w co pakowali ci czterej dla udokumentowania, jak z bliska, z samego środka wyglądają takie konflikty. Robert Capa uważany za guru korespondentów wojennych mawiał ponoć, że jeśli zdjęcie nie jest dostatecznie dobre, to znaczy, że fotoreporter nie podszedł wystarczająco blisko. A ich zdjęcia były dobre, najlepsze, doceniane i wielokrotnie nagradzane.

Ale wróćmy do ceny, jaką płacili, aby je zrobić. Składało się na nią nie tylko ciągłe ryzyko, ale też nieustanny stres, popaprane życie rodzinne, ucieczka w alkohol albo i narkotyki. Presja psychiczna okazywała się czasem nie do udźwignięcia. W książce doskonale to pokazano. Nie brak w niej scen obrazujących dylemat, co pierwsze, co ważniejsze – zdjęcie czy udzielenie pomocy ofiarom. Na ile fotoreporter jest uczestnikiem, a nie jedynie obserwatorem wydarzeń, a na ile ma moralny obowiązek ingerować w dokumentowaną rzeczywistość. Czytelnik wielokrotnie stawia sobie to pytanie, ale i bohaterowie książki nie są od niego wolni:
João twierdził stanowczo, że przyjdzie nam zapłacić za to, co robimy. Bardzo rzadko mówiliśmy na ten temat. Kevin upierał się, że w żadnym wypadku i coraz bardziej się irytował.
– Kara? Żeby była kara, musi być grzech!
– Musi być kara za to, co czasem robimy! – upierał się João.
– Chcesz powiedzieć, że to, co robimy, to grzech? – zapytał Kevin.
João nie potrafił na to odpowiedzieć, ale czuł, że spotka nas jakaś forma kary za to, że przyglądamy się przez wizjery, jak ludzie się zabijają, i nie robimy nic prócz zdjęć.”
Jak na ironię, to właśnie Kevina dotknął ten problem najbardziej. Po Pulitzerze za zdjęcie dziecka i sępa (KLIK) zewsząd atakowano go, co zrobił, aby pomóc wygłodzonej dziewczynce. Kevin nie zrobił nic, nie wiedział, co stało się z dzieckiem, odszedł. Na nic nie zdały się wyjaśnienia, że scena rozegrała się nie dalej niż sto metrów od punktu wydawania żywności, jego bezczynność została potępiona. Nie wiadomo, w jakim stopniu powodem tego, co sobie zrobił były narkotyki, alkohol, nieudane życie osobiste, a na ile poczucie zaszczucia, może wyrzuty sumienia, ale z pewnością sytuacja z Sudanu nie pozostała bez wpływu na to, że popełnił samobójstwo.

Już same tylko historie tych czterech i osnute na nich rozważania o sensie i celu pracy fotoreporterów wojennych, ich roli na miejscu tragicznych niejednokrotnie wydarzeń, ich moralnej odpowiedzialności za wybory między robieniem zdjęć, a niesieniem pomocy wystarczyłyby, abym uznała tę książkę za świetną. A przecież to nie wszystko, co godnie w niej uwagi. 
 
Oprócz opowieści o losach własnych i przyjaciół, kolegów po fachu Marinovich prosto i jasno przedstawia przebieg konfliktu poprzedzającego ostateczny upadek systemu segregacji w RPA. Dostajemy obraz schyłkowego okresu apartheidu widziany nie z perspektywy czasu i przestrzeni przez historyków czy politologów, ale taki, jaki był udziałem człowieka, który znalazł się wtedy w samym oku cyklonu. Normalnie, wyraziście i zrozumiale dla laika pokazane są Wojny Hotelowe między zwolennikami zuluskiej Inkathy i Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) Nelsona Mandeli i udział białego rządu w eskalacji konfliktów plemiennych za pośrednictwem tzw. Trzeciej Siły, do której istnienia długo nie chciano się przyznać. Wstrząsające są losy mieszkańców townshipów, których bojówkarze uznawali za przynależnych do wrogiego obozu, wstrząsające metody stosowane przez zwaśnione strony: okrucieństwo, lincze, podpalanie żywcem. Nikt z ciemnoskórych nie mógł być pewny dnia ani godziny niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu był zaangażowany w walkę.
Pokazanie tamtych wydarzeń od strony zwykłych ludzi nie tylko przemawia do wyobraźni, ale też lepiej i na dłużej zapada w pamięć i pozwala zrozumieć, co się tam tak naprawdę działo. 
Wprawdzie nie była to dla mnie całkiem nowa wiedza, o ostatnich latach południowoafrykańskiego apartheidu może niewiele, ale jednak co nieco już wcześniej czytałam, ale sądzę, że nawet dla kogoś, kto nigdy jeszcze nie zetknął się z historią tamtego miejsca i tamtych lat, opowieść Marinovicha i Silvy będzie zrozumiała. A nawet radziłabym od niej właśnie zaczynać.

W 2010 roku miał premierę film nakręcony na kanwie tej książki (polski tytuł Bractwo Pif Paf). Widziałam, dobry, choć książka lepsza, ale zazwyczaj tak jest.

http://reportaziliteraturafaktu.blogspot.com/

wtorek, 13 listopada 2012

Ta piękna mitomanka: O Izabeli Czajce-Stachowicz

Paulina Sołowianiuk
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2011
255 stron

Wyobrażam sobie, że pisanie biografii osoby, która dawno już nie żyje, to spore wyzwanie dla autora. Odtwarzanie i składanie w całość czyjejś przeszłości z tego, co po sobie zostawił, musi być mozolną robotą. Zwłaszcza, gdy brakuje informacji o całych latach, a te, które pozostały są niepełne lub co gorsza wzajemnie sprzeczne, wykluczające się.
Paulina Sołowianiuk nie miała łatwego zadania, bo nie dość, że o wielu latach z życia Izabeli Czajki-Stachowicz nie zachowały się żadne materiały, które mogłyby posłużyć za źródło wiedzy, to w dodatku część z tych, do których autorce udało się dotrzeć, zawiera informacje wzajemnie sprzeczne, wykluczające się. Dodatkowym utrudnieniem musiała być skłonność Czajki do konfabulacji, zmyśleń, wyolbrzymień, przez co zarówno jej twórczość, mająca bezsprzecznie cechy autobiograficzne, jak i wspomnienia tych, co Czajkę znali, nie mogły być odbierane przez biografkę za pewnik, ale musiały zostać poddane krytycznej analizie. Uwzględniając trudności, na jakie napotkała Paulina Sołowianiuk, trzeba przyznać, że poradziła sobie całkiem nieźle i na miarę tego, co było możliwe, sprostała wyzwaniu.

Kim właściwie była Izabela Czajka-Stachowicz i czym zasłużyła sobie na dwie pełne, książkowe biografie1
 
Urodziła się prawdopodobnie w 1898, natomiast miejsce urodzenia jest dziś właściwie niemożliwe do ustalenia, ona sama wymieniała trzy różne; Mińsk Mazowiecki, Warszawę i Sosnowiec. Pochodziła z majętnej rodziny spolszczonych Żydów, zaliczanych do klasy burżuazyjnej. Jej ojciec, Wilhelm Szwarc był cenionym inżynierem metalurgiem, przyrodnim bratankiem żydowskiego myśliciela, erudyty, zwolennika asymilacji i europeizacji Żydów – Izuchera Szwarca. Zachowane źródła zdają się wskazywać na niezbyt dobre relacje Beli z matką i silny związek uczuciowy z ojcem, któremu zawdzięczała wychowanie na kobietę niezależną, przebojową, wyemancypowaną.
Izabela Szwarc odebrała staranne wykształcenie, studiowała na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego u takich sław, jak Tadeusz Kotarbiński czy Władysław Tatarkiewicz oraz na uniwersytecie w Berlinie. W młodości (ale i również później) sympatyzowała z ruchem socjalistycznym, choć oficjalnie nie należała do partii socjalistycznej. Pierwsze małżeństwo zawarła właśnie z socjalistą Aleksandrem Hertzem, wyszła za niego wbrew woli rodziców (zwłaszcza ojca). Po latach Bela opisała poznanie Hertza w Królu węży i salamandrze, a okres małżeństwa z nim w Małżeństwie po raz pierwszy. Decyzja o ślubie nie okazała się szczęśliwa dla żadnego z małżonków, związek rozpadł się po kilku latach.  
W 1925 roku w Paryżu Bela ponownie wyszła za mąż, za wziętego architekta Jerzego Gelbarda. Drugie małżeństwo oparte było na wzajemnej tolerancji i daleko posuniętej swobodzie małżonków; oboje miewali liczne romanse, a nawet długoletnie pozamałżeńskie związki, co nie przeszkadzało im pozostawać w przyjaźni, a Beli – korzystać w sposób nieograniczony z pieniędzy męża.

Przed wojną Izabela Gelbard była raczej kimś w rodzaju ówczesnej celebrytki, niż osobą znaną z własnej twórczości, była takim żeńskim odpowiednikiem Franciszka Fiszera (choć na skromniejszą skalę i w innym stylu), z którym zresztą łączyła ją wieloletnia zażyłość. W młodości brylowała wśród artystycznej bohemy na paryskim Montparnassie i w warszawskich kawiarniach, w których lubili spotykać się znani artyści; skamandryci, kwadryganci i wielu, wielu innych. Była ich muzą, przyjaciółką i kochanką, ich mecenaską i opiekunką, Helą Bertz z Pożegnania jesieni Witkacego, panną Leopard ze Wspólnego pokoju Uniłowskiego. 
 
W 1937 roku debiutowała wydaną pod pseudonimem Iza Bell skromną książeczką Moja podróż: Szlakiem Południa, stanowiącą „relację” z podróży odbytej SM Batory w jego pierwszym rejsie i już wtedy zaserwowała czytelnikom próbkę stylu, któremu pozostała wierna we wszystkich swoich książkach:
„Fantazmaty, mające za matkę jej zawsze galopem pędzącą wyobraźnię, spozierały na czytelników z każdego niemal akapitu. Iza Bell kazała wierzyć odbiorcom, że w Hiszpanii spotkała się z Don Kichotem, a w Maroku została kochanką sułtana. Książka nie była rzecz jasna pozycją głośną, nawet wielu przyjaciół Izabeli nie zapoznało się z jej treścią. Ale Gelbardowa odniosła swego rodzaju sukces: już nie była wyłącznie bohaterką cudzych powieści – stała się również bohaterką swej własnej baśni.”2
Ten szczęśliwy dla niej okres przerwała okupacja. Wojenne losy Izabeli nie są jednoznaczne i do końca znane. Wprawdzie część tego czasu ona sama opisała w książce Ocalił mnie kowal, jednak inne źródła wskazują na to, że nie jest to opowieść wierna, co zresztą charakterystyczne dla całej jej twórczości, zarówno powieściowej, jak i publicystycznej. Pewne jest, że przebywała w getcie, że prowadziła w nim elitarną literacką kawiarnię oraz, że z niego uciekła i przez lata okupacji ukrywała się pod nazwiskiem Czajka, które po wojnie stało się jej literackim pseudonimem. Trafiła ponoć do ludowej partyzantki, później została porucznikiem Milicji Obywatelskiej. Pomagała w poszukiwaniach skarbów kultury wywiezionych przez okupanta. Nawiązane w okresie „milicyjnej kariery” kontakty zaowocowały możliwościami wstawiania się za ludźmi aresztowanymi i prześladowanymi przez UB; w tej dziedzinie wykazywała się wielką odwagą, czasami wręcz brawurą. 
 
Po wojnie wyszła za mąż po raz trzeci (Jerzy Gelbard zginął w obozie w Majdanku). Wraz z mężem Władysławem Stachowiczem zamieszkała w Warszawie, odnowiła część dawnych przyjaźni z kręgów artystycznych (m.in. z Gałczyńskimi), podróżowała do rodziny i znajomych, którzy po wojnie odnaleźli się za granicą: do siostry we Francji, do kuzynów w Ameryce Południowej (odwiedziła tam m.in. Gombrowicza). Podróże te opisywała w charakterystyczny dla siebie, pełen konfabulacji sposób w „Przekroju”, gdzie miała stałą rubrykę.
Pod koniec lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych wydała kilka książek inspirowanych własną przeszłością, utrzymanych typowym dla niej stylu, którego próbkę dała już w debiucie z 37 roku. Powieści te były wątpliwej wartości literackiej, zarówno według krytyków, jak i według jej przyjaciół i osoby niewątpliwie jej przychylne. Ona sama dobrze zdawała sobie sprawę, że jej książkom daleko do arcydzieł:
„Czajka na piękne pisanie się nie siliła. Przy byle okazji wyrażała zdziwienie swoją popularnością, i nie była to chyba wyłącznie kokieteria. Możliwość pisania, dzielenia się z czytelnikami tworzonym przez siebie światem, kolorowym i magicznym miejscami, traktowała jako dar. Dzięki niemu i ona sama trwać mogła w lepszym, dalekim od siermiężności i powinności świecie. Ceną tego było fantazjowanie i skłonność do hiperbolizacji, które jako dominującą w jej pisarstwie metodę twórczą doskonale sparodiował Antoni Marianowicz w tekście pod tytułem Izabela Czajka – Byłam Rudolfem Valentino3
Pomimo owego „rozmachu”, z jakim opisywała rzeczywistość, a może właśnie dlatego zarówno powieści, jak i rubryka w „Przekroju” cieszyły się dużą poczytnością, która nie przekładała się jednak na pieniądze. Zachowały się jej pisane do ZLP prośby o zapomogi, które świadczą o tym, że nieustannie borykała się z kłopotami finansowymi, że brakowało jej na podstawowe wydatki: na jedzenie i mieszkanie.

Nadchodził rok 1968, a wraz z nim strach przed nasilającymi się nastrojami ksenofobicznymi, antysemickimi i powodowana nimi fala wyjazdów z kraju polskich Żydów. Czajka od dawna namawiana do osiedlenia się gdzieś zagranicą, powiedziała ponoć, że jest za stara, aby szukać sobie cmentarza poza krajem. Umarła w biedzie 11 grudnia 1969 roku.
Pozostało po niej kilka (do dziś czytywanych, a nawet niedawno wznowionych) książek i trochę publikacji w gazetach.
Dzięki książce Pauliny Sołowianiuk pozostało też po Izabeli Czajce-Stachowicz wspomnienie o nieprzeciętnej, żywiołowej, spontanicznej i pięknej kobiecie, która inspirowała największych artystów, która przez całe życie obracała się w świecie radosnym i beztroskim. A gdy otaczająca ją rzeczywistość nie przystawała do oczekiwań, zastępowała ją pogodnym i szczęśliwym światem, tworzonym w wyobraźni. Nie chciała pamiętać tego, co było złe, podłe, upokarzające, nie chciała wracać do traumy czasu okupacji, wolała stworzyć w to miejsce swój własny, wymyślony, cudowny. To stąd zapewne brały się pełne zmyśleń i nieprawdopodobieństw, aż do naiwności, fabuły jej powieści, pełne niewiele wnoszącego słowotoku, „takiego ple-ple” (jak to nazwał Józef Hen) z jej osobistego życia. I choć ten sposób pisania przysporzył jej zapewne rzesze czytelników, to jednak nie wyniósł jej na literacki Olimp. Nawet dawniej, a tym bardziej dziś czytelnicy muszą podchodzić do jej pisarstwa z rezerwą. 
Tym większa zasługa Pauliny Sołowianiuk, bo napisana przez nią biografia pozwala nam zobaczyć na życie Czajki-Stachowicz w zupełnie innym świetle niż przez pryzmat jej własnej niby autobiograficznej twórczości.

1 Pierwsza biografia, to książka Krystyny Kolińskiej Szatańska księżniczka: Opowieść o Izabeli Czajce-Stachowicz 1992, Krajowa Agencja Wydawnicza
2Paulina Sołowianiuk, Ta piękna mitomanka: O Izabeli Czajce-Stachowicz, Warszawa 2011, s.106-107
3Tamże, s. 225.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...