Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka z biblioteki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka z biblioteki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Sucha biała pora

André Brink
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1989
tłumaczenie: Tomasz Wyżyński

Niedawno pisałam tu o książce świetnej południowoafrykańskiej pisarki Nadine Gordimer, a dziś powieść kolejnego wybitnego pisarza z RPA. I znów dowodząca, jak silnie polityczny ustrój tego kraju odcisnął się na losach zwykłych ludzi, a jednocześnie rzecz uniwersalna i ponadczasowa. Powieść dotykająca odpowiedzialności jednostki za to, czym jest człowieczeństwo.
„Ludzkość. Normalnie oznacza to tyle, co miłosierdzie, współczucie, dobroć, uczciwość. On jest taki ludzki. A może trzeba poszukać zupełnie innego zestawu synonimów: okrucieństwo, wyzysk, przemoc, bezprawie?”1
Bohater Suchej białej pory dojrzewał pięćdziesiąt lat do zadania sobie tego pytania. Ben du Toit długo wierzył, że społeczeństwo, w którym żyje, opiera się na porządku, logice i sprawiedliwości. Pewnie wierzyłby w to do końca życia, gdyby nie tragiczne wydarzenia, które rozegrały się tuż pod jego bokiem i obok których nie potrafił przejść obojętnie. Zapoczątkowało je zniknięcie nastoletniego Jonathana, syna czarnego woźnego z johannesburskiego liceum, w którym Ben był nauczycielem, aresztowanego podczas zamieszek ulicznych w Soweto. Już wtedy Ben angażuje się w pomoc rodzinie chłopaka, którego znał od dziecka. Po tym, gdy najpierw Jonathan, a później woźny Gordon (który za dużo pytał o śmierć syna) wracają z aresztu w trumnach, Ben wciąż ufa, że sprawa się wyjaśni, a zabójcy zostaną ukarani (bo nie wątpi, że przynajmniej w przypadku Gordona w areszcie doszło do zbrodni i prób jej zatuszowania). Dopiero wyrok sądu pozbawia go złudzeń i sprawia, że du Toit zaczyna rozumieć, iż sam musi dowieść prawdy. To wtedy po raz pierwszy stawia pytanie o zależność między działaniami jednostki a znaczeniem słowa „ludzkość”.
„Jestem Ben du Toit. Jestem t u t a j. Nie ma tu nikogo prócz mnie. Musi więc być coś, co mogę zrobić tylko ja – nie dlatego, że to ważne czy potrzebne, ale dlatego, że mogę to zrobić tylko ja. Powinienem to zrobić, bo jestem Benem du Toitem, bo nikt inny na świecie nie jest Benem du Toitem.”2
Decyzja o kontynuacji prywatnego śledztwa odmieni jego życie i narazi na konsekwencje, przed którymi w totalitarnym systemie nie ochroni go nawet kolor skóry. Czy była słuszna? Na to autor ma odpowiedź. Ale na pytanie o to, czy było warto, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Sucha biała pora ukończona została w 1979 roku. Inspirowana była autentycznymi wydarzeniami, a wiele pojawiających się w niej postaci ma swój pierwowzór i odpowiednik wśród współczesnych autorowi osób, a nawet osobistości życia politycznego. Nic dziwnego, że w ojczyźnie autora od razu znalazła się na indeksie pozycji zakazanych, podobnie zresztą, jak i wcześniejsze książki Brinka. Przewidując jednak taki obrót wydarzeń, postarał się on, aby powieść dotarła do czytelników jeszcze przed zakazem cenzury. Wydał ją w prywatnym wydawnictwie, dzięki czemu pierwszego nakładu władzom już nie udało się skonfiskować. Ostatecznie książkę z indeksu skreślono pod pozorem, że jest tak słaba, iż nie będzie cieszyła się zainteresowaniem. Tymczasem powieść ukazała się w wersji anglojęzycznej w tłumaczeniu autorskim (Brink pisał przeważnie w afrikaans) i rok później przyniosła autorowi prestiżową nagrodę Martina Luthera Kinga.3
 
Od wydania Suchej białej pory minęło więc już kilkadziesiąt lat i sytuacja polityczna w RPA uległa diametralnej zmianie. W dodatku demaskatorska warstwa powieści od początku nie mogła być tak wymowna dla przeciętnego zagranicznego czytelnika, jak w ojczyźnie autora, a dziś tym bardziej polski czytelnik nie rozszyfruje ukrytych pod powieściowymi postaciami znanych publicznie w RPA osób. Jednakże uniwersalne i zawsze aktualne będzie przesłanie powieści zawarte w cytowanych tu już słowach Bena du Toita.

Ta książka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Jedna z dwóch najlepszych, jakie zdarzyło mi się w tym roku przeczytać. Taka, co to porusza sumienie i zmusza do refleksji nad odpowiedzialnością jednostki za moralne oblicze społeczeństwa i ludzkości w ogóle. U nas wydana chyba tylko raz i później nie wznawiana, ale jeśli nie czytaliście, to warto jej poszukać w bibliotekach albo antykwariatach, bo zapewniam, że czas jej poświęcony spożytkujecie lepiej niż na czytanie kolejnego hitu jednego sezonu.


PS. W 1989 roku książka została zekranizowana; Bena du Toita zagrał Donald Sutherland, a występujący w drugoplanowej roli Marlon Brando został za tę rolę nominowany do Oscara, Złotego Globu i BAFTY. 


1Str. 165.
2Str. 166.

3Podaję na podstawie posłowia tłumacza

piątek, 5 czerwca 2015

Śmierć czerwonej bohaterki

Qiu Xiaolong

Wydawnictwo AMBER, Warszawa 2007

tłumaczenie: Sławomir Kędzierski



W natłoku kryminałów skandynawskich, angielskich i amerykańskich oraz przy wciąż rosnącej popularności polskich giną książki autorów z innych krajów. A szkoda, bo i tam przyszła moda na szerokie tło społeczno-obyczajowe w powieści sensacyjnej. I o ile zbrodnie i ich motywy pozostają w zasadzie jednakowe niezależnie od miejsca i czasu, to sceneria wydarzeń potrafi bardzo różnić się w zależności od tego, gdzie i kiedy rozgrywa się akcja powieści. Czasem bywa bardzo dla nas egzotyczna, jak w przypadku książki Qiu Xiaolonga, jedynego chyba chińskiego autora kryminałów przetłumaczonych na polski. 



Qiu Xiaolong urodził się i do 1988 roku mieszkał w Chinach. Mimo że doceniany i nagradzany w ojczyźnie, po wydarzeniach na Placu Tian'anmen postanowił pozostać w USA. Pisze po angielsku, a na polski przetłumaczone zostały na razie dwie jego książki i mam nadzieję, że będą następne.    


Śmierć czerwonej bohaterki jest pierwszą z cyklu o starszym inspektorze Chenie Cao, poecie duchem, ale z zawodu policjancie, bo tak zdecydowała partia. Toteż gdy w maju 1990 roku w szanghajskim kanale odnalezione zostają zwłoki nagiej, prawdopodobnie zgwałconej przed śmiercią młodej kobiety, śledztwo obejmuje nie kto inny właśnie, jak Chen Cao i kierowana przez niego sekcja spraw specjalnych Wydziału Zabójstw Komendy Policji w Szanghaju, Początkowo tożsamość kobiety nie jest znana, lecz gdy po kilku dniach udaje się ustalić, że ofiara to Guan Hongying, narodowa bohaterka pracy, znana w całym kraju – w działania sekcji wkracza wielka polityka i zaczynają ingerować partyjni towarzysze. W trakcie śledztwa wychodzą na jaw powiązania ofiary z osobami zbliżonymi do najwyższych kręgów władzy, z tak zwanymi ND – nomenklaturowymi dziećmi, nienawidzonymi przez zwykłych Chińczyków za przywileje, z jakich korzystają dzięki pozycji swoich wysoko postawionych w partii rodziców, wujków i teściów. Ujawnienie udziału takich ludzi w zbrodni, i to zbrodni dokonanej na narodowej bohaterce mogłoby bardzo negatywnie odbić się na wizerunku partii w społeczeństwie. Pomimo otrzymywanych z różnych stron sygnałów, a nawet nacisków partyjnych dygnitarzy Chen Cao nie zamierza jednak zaniechać dochodzenia, choć wydaje się, że lepiej rozumie racje przemawiające za zamknięciem sprawy, niż powody własnego uporu:
 









„Po latach zmarnowanych na walki polityczne Chiny wreszcie energicznie przeprowadzały reformy gospodarcze. Przy dwucyfrowym wzroście produktu narodowego brutto ludziom zaczynało się żyć coraz lepiej. Pojawiały się też zalążki demokracji. W tym historycznym momencie „stabilizacja polityczna” - popularne określenie po tragicznym lecie 1989 roku – stanowiła wstępny warunek dalszego rozwoju. W takiej sytuacji niekwestionowana władza partii mogła być ważniejsza niż kiedykolwiek.

Śledztwo musiało więc zostać zawieszone, aby nie narażać na szwank politycznego autorytetu partii i stabilizacji politycznej.

A co z ofiarą?

Cóż, życie Guan także było podporządkowane interesowi partii. Wydawało się więc logiczne, że umarła też w interesie partii. A zatuszowanie sprawy byłoby również korzystne dla samej Guan – jej obraz bohaterki pracy pozostałby nieskalany.

To nie pierwszy i pewnie nie ostatni przypadek, kiedy oficer policji musi przerwać śledztwo. Niewiele osób domyśli się prawdziwych powodów. O co więc chodzi?

W najgorszym przypadku o utratę twarzy. A przy okazji, być może, o uratowanie własnej skóry.

Nie tylko sekretarz partii Li dziwił się uporowi starszego inspektora Cena.

On sam, zasypiając, zadał sobie pytanie: po co?”1
 
Tablica na dworcu. Jak widać, łatwo się zorientować, o której odchodzi nasz pociąg :)

W Szanghaju też wszędzie łatwo trafić. Zwłaszcza samochodem :)
  Skąd my to znamy? Iluż to bohaterów znanych nam powieści sensacyjnych musi borykać się z podobnymi problemami. No, może nie mają takich ideologicznych rozterek, jak starszy inspektor Chen, ale niejeden z nich stawał przed podobnym dylematem, czy warto ryzykować własną karierę albo nawet życie w imię dochodzenia prawdy. No i oczywiście zamiast wszechmocnej partii kłody pod nogi rzucali im niegodziwi, skorumpowani politycy. niemoralni przedstawiciele wielkiego biznesu czy wreszcie zwykli bandyci, tyle że potężni. Poza tym wszystko inne jest takie samo, łącznie z motywami zbrodni – starymi jak świat. To powoduje, że oferowana nam przez Qiu Xiaolonga intryga nie jest zbyt oryginalna. Za to cała jej otoczka już tak, i to bardzo.







Qiu Xiaolong wiele miejsca poświęca w książce na ukazanie społeczności Szanghaju. Akcja Śmierci czerwonej bohaterki rozgrywa się wiosną 1990 roku, czyli krótko po tym, jak autor opuścił Chiny. Nic w tym kraju nie zdążyło się więc zmienić na tyle, aby nie znał tego z autopsji. Wie, że pisze nie na chiński rynek, ale dla Europejczyków, a więc jego target to ludzie raczej nie mający pojęcia, jak żyli na co dzień jego rodacy. Dla Chińczyków jego książka byłaby może przegadana, roztyta o niepotrzebne fragmenty, o oczywiste oczywistości, jak np. te:

„Przewodniczący Mao popierał liczne rodziny, przyznając im nawet dodatki żywnościowe i darmowe przedszkola. Katastrofalne skutki tej polityki nie dały na siebie długo czekać. Dwu-, a nawet trzypokoleniowe rodziny tłoczyły się w jednym pokoju na dwunastu metrach kwadratowych. Wkrótce kwestia mieszkaniowa stała się problemem ludowych jednostek pracowniczych - fabryk, przedsiębiorstw, szkół, szpitali czy komendy policji – którym władze miejskie corocznie przydzielały określoną liczbę lokali. Do zakładu pracy należała decyzja, kto z zatrudnionych otrzyma mieszkanie”2

 

 
„Komitet mieszkańców uchodził za komórkę miejscowego komisariatu policji i częściowo, choć nieoficjalnie, działał pod jego nadzorem. Organizacja była odpowiedzialna za wszystko, co działo się poza zakładami pracy – urządzała cotygodniowe szkolenia polityczne, kontrolowała liczbę mieszkańców, prowadziła ośrodki dziennej opieki, rozprowadzała kartki żywnościowe, przydzielała limity urodzeń, rozstrzygała sąsiedzkie i rodzinne spory. A co najważniejsze, bacznie obserwowała wszystko, co dzieje się w okolicy. Komitet był upoważniony do składania meldunków o każdej osobie, które potem załączano jako poufne do dokumentacji policyjnej.”3


„Od przejścia na emeryturę Stary Myśliwy służył w patrolu sąsiedzkim. Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy prywatny handel wciąż uważano za działalność nielegalną albo przynajmniej „kapitalistyczną” , według partyjnej terminologii, ojciec Yu wziął na siebie odpowiedzialność za ideologiczną czystość państwowego rynku. Wkrótce jednak rynek prywatny stał się legalny i nawet uznany za niezbędne uzupełnienie socjalistycznego handlu. Rząd nie wtrącał się już do prywatnych interesów, pod warunkiem że biznesmeni płacili podatki, ale stary gliniarz wciąż patrolował rynek. Tylko po to, aby cieszyć się poczuciem, że jest przydatny dla socjalistycznego systemu.”4



 
Herbaciarnia w Starym Mieście, jedno z miejsc akcji książki
Ale dla nas to kopalnia wiedzy o zmianach zachodzących tam w mentalności społecznej i w polityce, a także o codzienności w wielkim chińskim mieście i o warunkach życia przeciętnego szanghajczyka. Zmiany następują naprawdę szybko, jednak nie tak szybko, aby książka zdążyła do dziś się zdezaktualizować. U Qiu Xiaolonga odnalazłam wiele z tego, co opowiadali przewodnicy i co sama widziałam, a przecież byłam w Szanghaju kilkanaście lat później, bo w 2009 roku i na mgnienie oka raptem. Obok kilka zdjęć z tamtej wycieczki.
  



O Wielkim Murze Qiu nie wspomina, ale chyba też już wtedy był :)
Z czystym sumieniem mogę rekomendować Śmierć czerwonej bohaterki wszystkim, którzy zamiast reportażu wolą kryminał, ale przy okazji chcieliby liznąć trochę (prawie) dzisiejszych Chin. Autor zgrabnie wplótł w zwykły kryminał opisy codziennego bytowania oraz pokazał - zupełnie odmienny od naszego - sposób myślenia zarówno jednostki, jak też całego społeczeństwa, nie pomijając przy tym zmian, jakie w nim zachodzą. I dlatego warto sięgnąć po jego książkę nie tylko jako po kryminał, ale przede wszystkim jako po opowieść o współczesnych Chińczykach.




1Str. 252-253

2Str. 14

3Str. 104


4Str. 158-159

niedziela, 24 sierpnia 2014

Bestie znikąd


Uzodinma Iweala
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007
tłumaczenie: Paweł Łopatka
projekt okładki: Thenjiwe Niki Nkosi
opracowanie graficzne: Marek Pawłowski


Bestie znikąd to utrzymana w narracji pierwszoosobowej historia dwunastolatka Agu, rozgrywająca się gdzieś, w bliżej nie sprecyzowanym regionie Afryki, Agu mając wybór między śmiercią i przyłączeniem się do antyrządowego oddziału zbrojnego wybiera to drugie. Konsekwencją takiego wyboru jest udział w okrucieństwach, jakich dopuszczają się towarzysze broni, bo odmowa równa się śmierci z ich rąk. Tylko że Agu mimo młodego wieku jest już na tyle ukształtowany moralnie, iż ma świadomość zła, w jakim uczestniczy. Wspomina wcześniejsze szczęśliwe lata, rodzinę, szkołę. Kiedyś był dobrym, posłusznym synem, lubianym kolegą, pilnym uczniem, marzył o zostaniu inżynierem albo lekarzem. Nie tak miało być, nie wybierał sobie takiego losu, ale aby przeżyć, posuwa się do czynów okrutnych. Kim więc jest dziś: bestią czy ofiarą?

*

Szacuje się, że liczba dzieci czynnie uczestniczących w działaniach wojennych w różnych regionach świata może sięgać nawet 300 tysięcy. Dzieci walczą po stronach rządowych i w oddziałach rebelianckich, dobrowolnie albo porywane i przymuszane. Tak dzieje się w Azji, Ameryce Południowej, ale najszerzej zjawisko to występuje obecnie w Afryce i dotyczy dzieci nawet młodszych niż dziesięcioletnie..Werbowanie, przymusowe wcielanie dzieci do wojska i zmuszanie ich do walki traktowane jest jak przestępstwo,skazano za nie już kilku afrykańskich przywódców, że wymienię choćby najsłynniejszych: Charlesa Taylora - byłego prezydenta Liberii i Thomasa Lubangę z Demokratycznej Republiki Konga, a na przywódcę Armii Bożego Oporu Josepha Kony'ego z Ugandy wystawiono międzynarodowy nakaz aresztowania. Jednak schwytanie i postawienie przed sądem, a później udowodnienie winy nie jest proste, bo – mówiąc w wielkim skrócie – sytuacja w targanych konfliktami regionach nie sprzyja ściganiu i sądzeniu lokalnych przywódców. Tak więc przymusowe wcielanie dzieci do oddziałów zbrojnych to nadal zjawisko występujące masowo, zwłaszcza w Afryce, gdzie w samej tylko Ugandzie liczbę „małych wojowników” określa się na 25-30 tysięcy.
Źródło
 I pewnie długo jeszcze tak będzie, bo w krajach, gdzie wojny toczone są od dawna, dzieci stanowią znaczący odsetek społeczności i gdy brakuje dorosłych mężczyzn, chętnie sięga się po nie dla uzupełnienia przerzedzonych oddziałów zbrojnych. A to, co staje się ich udziałem, mrozi krew w żyłach. Dzieci są dobrym materiałem na żołnierzy, łatwe do przyuczenia, zindoktrynowania, zastraszenia. Ich życie i utrzymanie jest tanie, a gdy zginą, łatwo je zastąpić porywając następne. Nie wszystkie walczą z bronią w ręku. Niektóre są łącznikami, zwiadowcami, tragarzami, kucharzami, często – zwłaszcza dziewczynki – niewolnikami seksualnymi. Ale spora część bierze jednak czynny, aktywny udział w starciach zbrojnych, zostają sterowanymi przez dowódców oddziałów sprawcami okrutnych zbrodni, tortur, gwałtów, dopuszczają się czynów strasznych, wręcz bestialskich. Kim więc oni są: zbrodniarzami czy ofiarami?

W 2009 roku wydana została świetna książka-reportaż  Nocni wędrowcy o takich dzieciach autorstwa Wojciecha Jagielskiego. Jeśli nie czytaliście, to gorąco polecam. A jeśli temat Was zainteresuje, to nagrodzona wieloma prestiżowymi nagrodami debiutancka powieść amerykańskiego pisarza nigeryjskiego pochodzenia Uzodinmy Iweali stanowić może literacką kontynuację. W Nocnych wędrowcach problem odpowiedzialności i winy dzieci-żołnierzy został wprawdzie dość wyraźnie zaakcentowany, jednak w ujęciu zewnętrznym, natomiast Iweala pokusił się o ukazanie tego dylematu od wewnątrz,   od strony chłopca, który przeszedł przez piekło bycia „małym wojownikiem” i musi osądzić sam siebie, a to dwa zupełnie inne punkty odniesienia. I dlatego warto sięgnąć po obie te książki.


A w necie o dzieciach-żołnierzach można poczytać na przykład tutaj:

sobota, 26 lipca 2014

Trzy skandynawskie kryminały ze śniegiem w tytule

Lekka forma, mroczna sceneria, mroźna aura – czy może być lepsza lektura na upalne wakacje niż skandynawskie kryminały? Owszem, może: polskie kryminały. 
Zanim jednak nabrałam co do tego pewności, przeczytałam co nieco tych pierwszych. Muszę teraz pozbierać jakoś te z ostatnich miesięcy i podsumować, bo ich fabuła topnieje mi w pamięci, jak śnieg, który mają w tytułach. Nie ma co rozpisywać się o każdym z osobna, aż tyle nie mam o nich do napisania, żeby poświęcać każdemu osobną notkę, więc będzie trzy w jednym.
 

Smilla w labiryntach śniegu
Peter Høeg
Świat Książki, Warszawa 1996
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
projekt okładki: Michał Sosnowski

Jak zwykle w skandynawskich kryminałach dużo tu obyczajówki. Wprawdzie wątek sensacyjny jest cały czas obecny, ma w książce bardzo silną pozycję, a do tego jest w miarę oryginalny, jednak tym, co bardziej przykuwa uwagę, są bardzo interesujące i raczej mało nam znane relacje społeczne między Duńczykami i Grenlandczykami.
Osią opowieści jest wątek tajemniczej śmierci małego Grenlandczyka i prywatne śledztwo prowadzone przez jego sąsiadkę, tytułową Smillę. Malec zginął w wyniku upadku z dachu kopenhaskiego budynku, co policja uznała za nieszczęśliwy wypadek. Jedynie Smilla upiera się, że do tej śmierci ktoś się przyczynił, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że cierpiący na lęk wysokości dzieciak dobrowolnie wszedł na dach, co więcej – że podszedł do jego krawędzi. Smilla postanawia dojść prawdy na własną rękę.
Akcja toczy się w Kopenhadze i na Grenlandii, na morzu i lądolodzie, w teraźniejszości, ale korzeniami sięga przeszłości. Wydarzenia towarzyszące wyjaśnieniu kryminalnej zagadki, ale też postać tytułowej bohaterki, pół Dunki, pół Grenlandki stają się okazją do ukazania współczesnego stylu życia i problemów Grenlandczyków. Polskiego czytelnika, dla którego Dania wydaje się być wzorcem tolerancji i równych praw dla wszystkich, zaskoczyć może, że Grenlandczycy traktowani są jak obywatele drugiej kategorii.
Szeroko zarysowana warstwa społeczno-obyczajowa nie jest niczym nowym w skandynawskich kryminałach, można nawet powiedzieć, że jest ich znakiem rozpoznawczym i dodatnią cechą. Ale w tej książce została nadzwyczajnie rozwinięta z pozytywnym skutkiem, do tego stopnia, że śmiało można by zaklasyfikować ją do powieści obyczajowych z wątkiem sensacyjnym, a nie stricte kryminałów.
Jedyne, co mi w Smilli w labiryntach śniegu wadziło, to styl. Prawie każde, nawet mało istotne wydarzenie, posunięcie, zjawisko poprzedzone było uogólnieniem i od niego dopiero autor przechodził do detalu. Początkowo nawet mi się to podobało, ale po pewnym czasie zaczęło nużyć, chwilami nawet drażnić, jako że na dłuższą metę dawało efekt domorosłego filozofowania i pompatyczności. To jednak drobiazg w zastawieniu z oryginalną zagadką i jeszcze oryginalniejszą scenerią, jaką oferuje powieść.


Anioły śniegu
James Thompson
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer
projekt graficzny okładki: Małgorzata Cedo-Foniok

James Thompson jest Amerykaninem, ale od kilkunastu lat mieszka w Finlandii ożeniony z rodowitą Finką i pisze według wzorców skandynawskich, nie mam więc wątpliwości, jaką narodowość przypisać jego powieści. A jest to pierwsza powieść z udziałem detektywa Kariego Vaary, policjanta z turystycznej mieściny w Laponii. Po kilku latach pracy w helsińskiej policji Vaara wrócił do rodzinnego miasteczka i objął dowodzenie miejscowym posterunkiem. Trwa właśnie noc polarna, zbliża się Boże Narodzenie, a do miasteczka zjechały tłumy turystów, gdy w pobliżu farmy reniferów znalezione zostają okrutnie okaleczone zwłoki pochodzącej z Somalii modelki. W ciemnościach i spośród licznych podejrzanych Vaara musi wyłonić mordercę, to dla niego sprawa honorowa. Zadanie jest tym trudniejsze, że podejrzenia padają a to na prominentne osobistości, a to na osoby w ten czy inny sposób związane z detektywem. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze problemy rodzinne Vaary i braki kadrowe w związku ze świątecznymi urlopami kilku jego podwładnych. A charyzmatyczny ojciec ofiary domaga się błyskawicznych efektów.
Thompson, choć Amerykanin, zbudował ciekawe tło społeczno-obyczajowe, pokazując fińską prowincję w sposób, w jaki – przypuszczam – sam ją postrzega. Godne uwagi było dla mnie, jak równo traktowani byli podejrzani niezależnie od ich statusu społecznego i majątkowego, a jednocześnie – jak daleko sięga władza policji, która może obywatela zatrzymać w areszcie przy naprawdę nikłych dowodach, zupełnie jakby to państwo policyjne było, a nie jedna z lepiej funkcjonujących demokracji. Poza tym innych zaskoczeń nie było. Opowieść poprowadzona na całkiem przyzwoitym poziomie, ale nic poza tym. Ot, zgrabnie obudowany podstawowy szablon, sprawdzony z powodzeniem w niejednym skandynawskim kryminale.


Dziewczyna ze śniegiem we włosach
Ninni Schulman
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
tłumaczenie: Ewa Chmielewska-Tomczak

Tu mamy do czynienia z debiutem wschodzącej gwiazdy szwedzkiego kryminału, jak zapewnia wydawca, i jeszcze: „Powieść została uznana przez krytykę za przykład najlepszej tradycji skandynawskiego kryminału”. Zgoda, ale  pod warunkiem, że przez tradycję rozumiemy powtarzalność i sztampę.
Dziennikarka po trudnym rozwodzie przeprowadza się wraz z kilkuletnią córką ze Sztokholmu do swojego rodzinnego miasteczka i podejmuje pracę w lokalnej gazecie. W międzyczasie w sylwestrową noc znika nastolatka z tak zwanego dobrego (przynajmniej na pozór) domu, a kilka dni później w położonej w lesie nad pobliskim jeziorem chacie letniskowej odnalezione zostają zwłoki młodej dziewczyny. Dziennikarka oczywiście podejmuje swoje śledztwo.
Powieść zbudowana chyba metodą nakładania jednej kalki na drugą. Oprócz dziennikarki borykającej się z traumą po przegranym małżeństwie jest jeszcze samotny policjant z kłopotami rodzinnymi mającymi swe źródło w przeszłości i policjantka drżąca o córkę – rówieśniczkę zaginionej. Jest też odgrzewana miłość z przedmałżeńskich czasów jako remedium na małżeńską porażkę głównej bohaterki. Jest handel kobietami, oczywiście dziewczynami z Europy Wschodniej, są męscy szowiniści przykładnie ukarani na końcu. Jednym słowem – zlepek chwytliwych stereotypów, ale zlepek zrobiony naprawdę sprawnie, bezbolesny w czytaniu. Idealna powieść do zabicia plażowej nudy, ale nic poza tym.
*
To tyle na temat z założenia doskonałej skandynawskiej powieści sensacyjnej. Może dawniej tak było, że każdy skandynawski kryminał zachwycał, każdy nowy autor był odkryciem na miarę Mankella. I ja wielu z nich wysoko oceniam, mam też swoich ulubionych, jak Theorin chociażby. Ale ostatnio coraz częściej ci nowi „mistrzowie” i te „królowe” są sprawnymi, ale raczej mało odkrywczymi literackimi rzemieślnikami. jakby źródełko się już wyczerpało i wydawcy zaczęli sięgać po drugi autorski sort. Ich książki nie są oczywiście poniżej akceptowalnego poziomu, ale daleko im do tych, które wyrobiły markę.
A tymczasem u nas od kilku lat gatunek rozkwita całą pełnią niebanalnych pomysłów, oryginalnych miejsc i czasów akcji oraz fascynujących głównych bohaterów. W moim rankingu skandynawski kryminał zdecydowanie spadł już z piedestału, a jego miejsce zajęła twórczość rodzimych pisarzy. I cieszę się, że jest nas coraz liczniejsze grono – czytelników, którzy z chęcią sięgają po polskie książki sensacyjne.

niedziela, 20 lipca 2014

Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
projekt okładki Mariusz Filipowicz


Po lekturze tego zbioru wiem już na pewno – lubię opowiadania. Nie wiem jeszcze, czy opowiadania Janusza Rudnickiego lubię jakoś szczególnie, po Śmierci czeskiego psa tak mi się wydaje, ale wolę zostawić sobie furtkę na ewentualny odwrót, bo na razie nie czytałam niczego więcej tego autora (felietony w gazecie przecież się nie liczą w tej lidze). Jeśli jednak inne jego zbiory są na tym samym poziomie, Rudnicki jak nic awansuje na mojego ulubionego (może nawet najulubieńszego) pisarza. Leży mi w tych opowiadaniach wszystko: styl, ogląd świata, swoisty humor i co tam jeszcze chcecie. Oczywiście, jak to ze zbiorami bywa, nie wszystkie zawarte w nim utwory podobały mi się jednakowo, to znaczy jedne podobały się bardzo, inne tylko(?) podobały. Ale nie było ani jednego takiego, które uznałabym za przeciętne, a co dopiero – liche.

Rudnicki buduje swoje opowiadania przy użyciu krótkich, treściwych zdań, zero zbędnych słów, nawet wulgarne (a niemało ich) są jak najbardziej na swoim miejscu, komponują się z literacką frazą, dodają realizmu i dosadności snutym opowieściom. Realizmu w warstwie językowej oczywiście, bo fabuła to przeważnie odrealniona jest przez autora jak najbardziej świadomie i celowo.
Historie, które Rudnicki opisuje, na pozór cudaczne, odjechane, surrealistyczne niektóre, w sumie jednak prawdziwe są aż do bólu. Inspiracją i punktem wyjścia do napisania niektórych opowiadań były (w przypadku Tekstów pierwszych) doniesienia prasowe o faktycznych wydarzeniach albo (w przypadku Tekstów drugich) biografie sławnych ludzi. Wokół rzeczywistych wydarzeń autor buduje swoją fikcję – nie fikcję, bo nawet to co zmyślone, jest prawdziwe. Facet ma niesamowity zmysł obserwacji ludzi i potrafi fenomenalnie ująć w słowa te swoje spostrzeżenia. Kapitalnie wychwytuje i wyciąga na światło dzienne różne cechy, zachowania, nawyki świadczące o człowieku. Takie, nad którymi normalnie się nie zastanawiamy, bo tak już spowszedniały, że nie smucą, nie gorszą, nie zawstydzają, choć powinny. W dodatku Rudnicki potrafił tak to napisać, że wiele scen wydaje się nam przezabawnych, choć przeżywane naprawdę już wcale zabawne nie są. Z powodu groteskowości opowiadanych historii, zawartego w nich purnonsensu w pierwszym odruchu śmiejemy się z bohaterów i spotykających ich sytuacji, ale po chwili pojawia się refleksja: „Z czego się śmiejecie? z siebie samych się śmiejecie!”. Za pozorną błahością nieistotnych migawek z codzienności kryje się głęboka prawda o naturze ludzkiej.

Opowiadania zawarte w zbiorze zostały podzielone na Teksty pierwsze i Teksty drugie. Ale nie podjęłabym się stanowczo określić, jakie było kryterium tego podziału. Statystycznie rzecz ujmując można by uznać, że te pierwsze to historie o Polaku-szaraku na obczyźnie czy w zetknięciu z innymi nacjami, obnażające nasze przywary i kompleksy. Drugie zaś to zmodyfikowane, specyficzne biografie sławnych ludzi, pokazujące, że jak odbrązowić geniusza, jak spojrzeć na niego nie przez pryzmat jego dzieła, ale codziennych uczynków, to niczym nie będzie różnił się od bohaterów z Tekstów pierwszych. Jednak granica między obiema częściami nie przebiega aż tak wyraźnie, w obydwu można wskazać utwory nie przystające do takiej klasyfikacji. A skoro trudno znaleźć wspólne mianowniki dla Tekstów pierwszych i Tekstów drugich, tym bardziej trudno dla całego zbioru. Jest wprawdzie coś, co w moim odczuciu łączy wszystkie opowiadania, a mianowicie jakaś taka samotność, wyobcowanie bohatera, jakby wszyscy oni (bohaterowie) istnieli wśród, ale jednocześnie zupełnie obok innych ludzi. Takie wrażenie miałam, może inni czytelnicy mają zupełnie inne. Mniejsza o to. Ważniejsze dla mnie jest, czy zgodzimy się co do opinii, że Rudnicki jest „najwybitniejszym żyjącym jeszcze pisarzem polskim”, jak to autoironicznie napisał w jednym z opowiadań. On pewnie sobie ironizuje, kryguje się albo prowokuje, ale ja uważam, że to naprawdę świetny pisarz, może faktycznie najlepszy, jakiego obecnie mamy. 

Pozostając w zachwycie nad opowiadaniami ze Śmierci czeskiego psa natrętnie namawiam wszystkich znajomych wokół, żeby ten zbiór przeczytali, bo warto, bo to współczesna polska proza z najwyższej półki. A ja sama zaopatrzyłam się już w dwa inne zbiory opowiadań Janusza Rudnickiego: Mękę kartoflaną i Trzy razy tak

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Matka

Sewer (właśc. Ignacy Maciejowski)
UNIVERSITAS, Kraków 2003
projekt okładki serii Ewa Gray

Kto dziś wie, kim był Sewer i kto jeszcze czytuje jego dzieła? No dobra, ja przeczytałam. Jedno – Matkę. Dzięki temu Wy już nie musicie. Chyba, że że naprawdę nie macie wyjścia, bo do pracy magisterskiej na przykład jest Wam to potrzebne.
.
Powieściopisarz, nowelista, dramaturg i krytyk literacki okresu przejściowego między pozytywizmem a Młodą Polską - Ignacy Maciejowski - dziś jest niemal całkiem zapomniany, jeśli nie liczyć polonistów literackich zawodowców.
Facet tworzył powieści realistyczne o tematyce współczesnej i powieści z kluczem. Do tych drugich zalicza się Matkę, w której pierwowzorem bohaterki była Katarzyna Smaciarzowa, matka Władysława Orkana. Zawarta w książce historia wg zapewnienia samego autora jest opowieścią „prawdziwą, nawet w najdrobniejszych szczegółach”, Powieścią tą Sewer zapewne zamierzał oddać hołd tym wszystkim matkom, które wbrew przeciwnościom, wbrew nastawieniu otoczenia, pchały swoje dzieci do wiedzy. Matkom bowiem, ich zacięciu i wyrzeczeniom, co najmniej połowa (wg szacunków autora) włościańskiej młodzieży w Galicji zawdzięczała wyższe niż elementarne wykształcenie.
Dobrych intencji Sewerowi odmówić nie można, ale wyszło, jak wyszło. Jakby Orkan był takim dobrym synem, jak Katarzyna Smaciarzowa matką, to może doczekałaby się kobiecina lepszego uwiecznienia w literaturze. Ale to nie syn opisał jej poświęcenie, wyrzeczenia i upór, żeby mógł się kształcić. Zrobił to Maciejowski, jego pierwszy literacki opiekun i przyjaciel.

Wzorowana na matce Władysława Orkana Magda Smerczyńska, góralka z Poręby Wielkiej, sama niepiśmienna (choć potrafiąca czytać teksty drukowane), z uporem i poświęceniem dąży do wyedukowania dwóch synów. Sama stara się zebrać niezbędne na to środki, kwoty niebotycznie wysokie nawet na potrzeby kształcenia jednego, a co dopiero dwojga dzieci. Intuicja podpowiada jej, że nie tylko starszy Antoś zasługuje na szansę, bo w młodszym Władku tkwi potencjał i też trzeba pchać go wyżej do szkół. Przeciwko sobie ma męża, księdza i całą wioskową społeczność. O ile ludzie rozumieją i akceptują edukowanie jednego syna z zamiarem wykierowania go na księdza, to jednak dwóch jest już nie do przyjęcia, to już przesada i objaw pychy. Ojciec chłopców choć z oporami, ale na kształcenie jednego się godzi, drugiego jednak upatruje sobie na dziedzica ubożuchnego rodzinnego dorobku, a jednocześnie na opiekuna i zabezpieczenie starości. Ostatecznie jednak ustępuje, trochę z powodu niezłomnej postawy żony, ale bardziej - podstępem wzięty, dzięki czemu nie tylko Antoś, ale i Władek trafia do krakowskiego gimnazjum.
Czas pokazał, po czyjej stronie była racja. Franciszek Ksawery Smaciarz, znany jako Władysław Orkan był jednym ze znaczniejszych twórców literackich, jakich wydało Podhale. Zyskał uznanie także wśród swoich; gdy w rok po śmierci przewożono trumnę z jego ciałem z Krakowa do Zakopanego, pociąg zatrzymywał się ponoć na każdej stacji i całe Podhale żegnało dumaca z Gorców.1

Ale nie o sukcesach literackich Orkana jest powieść Sewera. Ta skupia się na Katarzynie Smaciarzowej (powieściowej Magdzie Smerczyńskiej) i, jak przypuszczam, w założeniu ma być peanem pochwalnym na jej cześć. Wydaje się oczywiste i bezapelacyjne,, że kobieta tak wytrwale dążąca do zapewnienia dzieciom lepszej przyszłości musi być postrzegana jako godna szacunku, najwyższej pochwały i naśladowania. Tymczasem w powieści Sewera Smerczyńska to osoba pyszna, przekonana, że samego Boga ma po swojej stronie i do Najświętszej Panienki się przyrównująca. Bezwzględna w dążeniu do celu, zafiksowana na swojej idei i jej realizacji gotowa podporządkować życie, poświęcić zdrowie swoje i dobro reszty rodziny, nawet w obliczu przedwczesnej śmierci zaharowującego się męża nie zdobywa się na żadną refleksję nad sobą. Doprawdy trzeba mieć „literacki talent”, żeby do postaci teoretycznie podręcznikowo wręcz pozytywnej wzbudzić w czytelniku niechęć i to, jak sądzę, w sposób absolutnie niezamierzony. Nie lepiej poszło Sewerowi z innymi bohaterami pozytywnymi, Antosiem i Władkiem. Całe trio, z ich nieustannym przytulaniem się (na 140 stronach uściskali się chyba z 70 razy), z tym wzajemnym potakiwaniem sobie, zachwytami i cukierkową wręcz dobrocią, jest raczej śmieszne i wkurzające niż godne podziwu. Zamiast pochwały dążenia do zdobycia wykształcenia wyszła parodia.

Jeśli inne utwory Sewera są równie udane i pisane w tym samym stylu, to nie ma co żałować, że Ignacy Maciejowski zniknął w mrokach zapomnienia, a jego twórczość nadaje się dziś co najwyżej do wznowienia w serii Klasyki Mniej Znanej. Po co więc w ogóle to współcześnie wydawać? Może choćby po to, żebyśmy na własne oczy przekonali się, że i takie utwory kiedyś powstawały, ale próbę czasu przetrwały tylko najlepsze, i że nikt nie ukrywa przed nami żadnych arcydzieł rodzimej literatury.

1wg Wikipedii

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...