Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skandynawia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skandynawia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Wiedźmy

Helene Uri
Wydawnictwo Pi, Warszawa 2014
tłumaczenie: Anna Marciniakówna
projekt okładki: Artur Gosiewski
e-book


Wiedźmy. Ich organizacyjne stroje – czarne peleryny – były gotowe długo przedtem, zanim kobiety dowiedziały się o swoim istnieniu. Cztery przeciętne przedstawicielki norweskiej klasy średniej, w wieku też średnim (tak koło czterdziestki-pięćdziesiątki) spotykają się na kursie językowym. Nie bardzo do siebie pasują, a mimo to stworzą zgraną drużynę, bo tak im było pisane. Połączył je wspólny cel: zemsta na mężczyznach. Nie na tych, którzy kobiet nienawidzą, nimi niech zajmuje się kto inny. One chcą zająć się ukaraniem mężczyzn za postępki o mniejszej wadze, wymykające się klasyfikacji prawnej, ale nacechowane poczuciem wyższości i pogardą dla kobiet. Każda z nich doświadczyła tej pogardy w różnej postaci, przeważnie lekceważącego traktowania z powodu płci, niezależnie od umiejętności i wiedzy, ale jest wśród nich także ofiara o wiele gorszego postępowania mężczyzny. Postanawiają dać nauczkę swoim gnębicielom, postraszyć ośmieszyć, udowodnić, że są dla nich przynajmniej równorzędnymi przeciwniczkami. I na początku tak jest, ale im głębiej w powieść, tym poważniejsze i dotkliwsze są krzywdy, które wiedźmy postanawiają pomścić.

Na stronie wydawnictwa przeczytałam, że Helene Uri jest nie tylko jedną z najlepiej ocenianych przez norweskich krytyków pisarką, ale także profesorem językoznawstwa, członkinią Norwegian Academy for Language and Literature oraz Norwegian Language Council, oraz że zasiada w jury Nordic Council’s Literature Prize. To dlatego oczekiwałam powieści na poziomie co najmniej literatury środka. 
Okazało się jednak, że Wiedźmy to opowiastka dość naiwna tak pod względem fabuły, jak i stylu. Nawet magia towarzysząca poczynaniom bohaterek jest nieco toporna i nie ma w sobie uroku tajemniczości i klimatu charakteryzujących norweskie powieści obyczajowe. Ot, proste i łatwe w odbiorze, (za)mocno jednoznaczne czytadło na poprawę samopoczucia. Ale jest pewna istotna różnica między książką Helene Uri, a powieściami z innych krajów (w tym polskimi) z tej kategorii. 
 
Różnica zawiera się w tematyce. Mimo, iż nie jestem specjalną znawczynią ani też fanką powieści z kategorii określanej jako literatura kobieca, niemniej jednak przytrafiło mi się kilka takich przeczytać, o innych słyszeć, jeszcze inne – obejrzeć zekranizowane. I w tych co bardziej popularnych widzę wspólny mianownik, pewien schemat. Po rozmaitych perypetiach i zawirowaniach losu główna bohaterka odnajduje szczęście i spełnienie w ramionach właściwego mężczyzny. 
Powieść Helene Uri jest pod tym względem inna. Zakładam, że jest reprezentatywna dla swojego gatunku w Skandynawii, a to oznacza, że tamtejsze czytelniczki oczekują od literatury popularnej innego rodzaju satysfakcji, niż my. Dowodzi, jak mocno zakorzenione jest w nich poczucie równouprawnienia, jak silna jest samoświadomość i potrzeba egzekwowania swoich praw, skoro nawet w prostych, służących rozrywce powieściach finalny sukces bohaterki polega na wywalczeniu równej mężczyźnie pozycji w społeczeństwie, a nie na spotkaniu miłości, jak to ma miejsce u nas. 
Warto sięgnąć po Wiedźmy Helene Uri właśnie dla porównania, jak odmiennie pokazywane są potrzeby kobiet w literaturze kobiecej skandynawskiej i naszej.

sobota, 26 lipca 2014

Trzy skandynawskie kryminały ze śniegiem w tytule

Lekka forma, mroczna sceneria, mroźna aura – czy może być lepsza lektura na upalne wakacje niż skandynawskie kryminały? Owszem, może: polskie kryminały. 
Zanim jednak nabrałam co do tego pewności, przeczytałam co nieco tych pierwszych. Muszę teraz pozbierać jakoś te z ostatnich miesięcy i podsumować, bo ich fabuła topnieje mi w pamięci, jak śnieg, który mają w tytułach. Nie ma co rozpisywać się o każdym z osobna, aż tyle nie mam o nich do napisania, żeby poświęcać każdemu osobną notkę, więc będzie trzy w jednym.
 

Smilla w labiryntach śniegu
Peter Høeg
Świat Książki, Warszawa 1996
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
projekt okładki: Michał Sosnowski

Jak zwykle w skandynawskich kryminałach dużo tu obyczajówki. Wprawdzie wątek sensacyjny jest cały czas obecny, ma w książce bardzo silną pozycję, a do tego jest w miarę oryginalny, jednak tym, co bardziej przykuwa uwagę, są bardzo interesujące i raczej mało nam znane relacje społeczne między Duńczykami i Grenlandczykami.
Osią opowieści jest wątek tajemniczej śmierci małego Grenlandczyka i prywatne śledztwo prowadzone przez jego sąsiadkę, tytułową Smillę. Malec zginął w wyniku upadku z dachu kopenhaskiego budynku, co policja uznała za nieszczęśliwy wypadek. Jedynie Smilla upiera się, że do tej śmierci ktoś się przyczynił, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że cierpiący na lęk wysokości dzieciak dobrowolnie wszedł na dach, co więcej – że podszedł do jego krawędzi. Smilla postanawia dojść prawdy na własną rękę.
Akcja toczy się w Kopenhadze i na Grenlandii, na morzu i lądolodzie, w teraźniejszości, ale korzeniami sięga przeszłości. Wydarzenia towarzyszące wyjaśnieniu kryminalnej zagadki, ale też postać tytułowej bohaterki, pół Dunki, pół Grenlandki stają się okazją do ukazania współczesnego stylu życia i problemów Grenlandczyków. Polskiego czytelnika, dla którego Dania wydaje się być wzorcem tolerancji i równych praw dla wszystkich, zaskoczyć może, że Grenlandczycy traktowani są jak obywatele drugiej kategorii.
Szeroko zarysowana warstwa społeczno-obyczajowa nie jest niczym nowym w skandynawskich kryminałach, można nawet powiedzieć, że jest ich znakiem rozpoznawczym i dodatnią cechą. Ale w tej książce została nadzwyczajnie rozwinięta z pozytywnym skutkiem, do tego stopnia, że śmiało można by zaklasyfikować ją do powieści obyczajowych z wątkiem sensacyjnym, a nie stricte kryminałów.
Jedyne, co mi w Smilli w labiryntach śniegu wadziło, to styl. Prawie każde, nawet mało istotne wydarzenie, posunięcie, zjawisko poprzedzone było uogólnieniem i od niego dopiero autor przechodził do detalu. Początkowo nawet mi się to podobało, ale po pewnym czasie zaczęło nużyć, chwilami nawet drażnić, jako że na dłuższą metę dawało efekt domorosłego filozofowania i pompatyczności. To jednak drobiazg w zastawieniu z oryginalną zagadką i jeszcze oryginalniejszą scenerią, jaką oferuje powieść.


Anioły śniegu
James Thompson
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer
projekt graficzny okładki: Małgorzata Cedo-Foniok

James Thompson jest Amerykaninem, ale od kilkunastu lat mieszka w Finlandii ożeniony z rodowitą Finką i pisze według wzorców skandynawskich, nie mam więc wątpliwości, jaką narodowość przypisać jego powieści. A jest to pierwsza powieść z udziałem detektywa Kariego Vaary, policjanta z turystycznej mieściny w Laponii. Po kilku latach pracy w helsińskiej policji Vaara wrócił do rodzinnego miasteczka i objął dowodzenie miejscowym posterunkiem. Trwa właśnie noc polarna, zbliża się Boże Narodzenie, a do miasteczka zjechały tłumy turystów, gdy w pobliżu farmy reniferów znalezione zostają okrutnie okaleczone zwłoki pochodzącej z Somalii modelki. W ciemnościach i spośród licznych podejrzanych Vaara musi wyłonić mordercę, to dla niego sprawa honorowa. Zadanie jest tym trudniejsze, że podejrzenia padają a to na prominentne osobistości, a to na osoby w ten czy inny sposób związane z detektywem. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze problemy rodzinne Vaary i braki kadrowe w związku ze świątecznymi urlopami kilku jego podwładnych. A charyzmatyczny ojciec ofiary domaga się błyskawicznych efektów.
Thompson, choć Amerykanin, zbudował ciekawe tło społeczno-obyczajowe, pokazując fińską prowincję w sposób, w jaki – przypuszczam – sam ją postrzega. Godne uwagi było dla mnie, jak równo traktowani byli podejrzani niezależnie od ich statusu społecznego i majątkowego, a jednocześnie – jak daleko sięga władza policji, która może obywatela zatrzymać w areszcie przy naprawdę nikłych dowodach, zupełnie jakby to państwo policyjne było, a nie jedna z lepiej funkcjonujących demokracji. Poza tym innych zaskoczeń nie było. Opowieść poprowadzona na całkiem przyzwoitym poziomie, ale nic poza tym. Ot, zgrabnie obudowany podstawowy szablon, sprawdzony z powodzeniem w niejednym skandynawskim kryminale.


Dziewczyna ze śniegiem we włosach
Ninni Schulman
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
tłumaczenie: Ewa Chmielewska-Tomczak

Tu mamy do czynienia z debiutem wschodzącej gwiazdy szwedzkiego kryminału, jak zapewnia wydawca, i jeszcze: „Powieść została uznana przez krytykę za przykład najlepszej tradycji skandynawskiego kryminału”. Zgoda, ale  pod warunkiem, że przez tradycję rozumiemy powtarzalność i sztampę.
Dziennikarka po trudnym rozwodzie przeprowadza się wraz z kilkuletnią córką ze Sztokholmu do swojego rodzinnego miasteczka i podejmuje pracę w lokalnej gazecie. W międzyczasie w sylwestrową noc znika nastolatka z tak zwanego dobrego (przynajmniej na pozór) domu, a kilka dni później w położonej w lesie nad pobliskim jeziorem chacie letniskowej odnalezione zostają zwłoki młodej dziewczyny. Dziennikarka oczywiście podejmuje swoje śledztwo.
Powieść zbudowana chyba metodą nakładania jednej kalki na drugą. Oprócz dziennikarki borykającej się z traumą po przegranym małżeństwie jest jeszcze samotny policjant z kłopotami rodzinnymi mającymi swe źródło w przeszłości i policjantka drżąca o córkę – rówieśniczkę zaginionej. Jest też odgrzewana miłość z przedmałżeńskich czasów jako remedium na małżeńską porażkę głównej bohaterki. Jest handel kobietami, oczywiście dziewczynami z Europy Wschodniej, są męscy szowiniści przykładnie ukarani na końcu. Jednym słowem – zlepek chwytliwych stereotypów, ale zlepek zrobiony naprawdę sprawnie, bezbolesny w czytaniu. Idealna powieść do zabicia plażowej nudy, ale nic poza tym.
*
To tyle na temat z założenia doskonałej skandynawskiej powieści sensacyjnej. Może dawniej tak było, że każdy skandynawski kryminał zachwycał, każdy nowy autor był odkryciem na miarę Mankella. I ja wielu z nich wysoko oceniam, mam też swoich ulubionych, jak Theorin chociażby. Ale ostatnio coraz częściej ci nowi „mistrzowie” i te „królowe” są sprawnymi, ale raczej mało odkrywczymi literackimi rzemieślnikami. jakby źródełko się już wyczerpało i wydawcy zaczęli sięgać po drugi autorski sort. Ich książki nie są oczywiście poniżej akceptowalnego poziomu, ale daleko im do tych, które wyrobiły markę.
A tymczasem u nas od kilku lat gatunek rozkwita całą pełnią niebanalnych pomysłów, oryginalnych miejsc i czasów akcji oraz fascynujących głównych bohaterów. W moim rankingu skandynawski kryminał zdecydowanie spadł już z piedestału, a jego miejsce zajęła twórczość rodzimych pisarzy. I cieszę się, że jest nas coraz liczniejsze grono – czytelników, którzy z chęcią sięgają po polskie książki sensacyjne.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Zło

Jan Guillou
Wydawnictwo W.A,B. Warszawa 2005
tłumaczenie: Anna Marciniakówna

Piętnastoletni Erik zostaje wydalony ze sztokholmskiej szkoły za przemoc fizyczną i przewodzenie złodziejskiej grupie. Opuszcza mury szkolne z wilczym biletem, ścigany słowami dyrektora „Ty jesteś samym złem i takich jak ty trzeba unicestwić!”1. Czy rzeczywiście jest samym złem? Czy taka jest jego natura? A może takim uczyniły go warunki zewnętrzne? Dyrektor nie ma pojęcia o tym, co dla czytelnika nie jest tajemnicą. My od pierwszej strony wiemy, jak wygląda codzienność Erika, od lat systematycznie bitego przez sadystycznego ojca.
„Gdy Erik płakał, a jednocześnie miotał się i próbował unikać ciosów, ojciec podniecał się jeszcze bardziej, bił mocniej i przestawał liczyć razy. Albo przerywał na jakiś czas i rozwlekle tłumaczył, że musi dołożyć jeszcze dziesięć uderzeń, by wzmocnić skuteczność kary.”2
Chłopak nauczył się więc znosić ból, zapanować nad nim. A domowe upokorzenia Erik rekompensował sobie w szkole, gdzie przemoc nauczycieli wobec uczniów i między uczniami była też na porządku dziennym. Wytrzymałość w połączeniu z umiejętnością zadawania ciosów i niepospolitą inteligencją, pozwalającą przewidywać posunięcia przeciwników i obracać je na swoją korzyść, uczyniła z niego niekwestionowanego przywódcę. Ale za tę wysoką pozycję w rówieśniczej grupie przyszło mu zapłacić wyrzuceniem ze szkoły – cenę bardzo wysoką, bo „Ten, kto nie może skończyć liceum, nie będzie też mógł zostać studentem, a ten, kto nie skończy studiów, będzie miał zmarnowane życie.”3
Wtedy z pomocą przyszła mu matka. Dzięki jej staraniom Erik trafił do prywatnej szkoły z internatem w Stjãrnsbergu, sto kilometrów od Sztokholmu. Musiał obiecać, że przez dwa lata, które miał tam spędzić, odbuduje opinię i zdobędzie dość punktów, aby później przyjęto go do publicznego liceum, bo na opłacenie dłuższej edukacji w prywatnej szkole matki nie było stać. A sobie obiecał, że koniec z przemocą, raz na zawsze, że jest teraz nowym, innym Erikiem.

Ekskluzywna placówka w Stjãrnsbergu, w której stawiano na wyniki w nauce i sporcie, gdzie nauczyciele nie stosowali kar cielesnych, a dyscyplinę wśród uczniów utrzymywano poprzez koleżeńskie samowychowanie, zdawała się idealnym miejscem, w którym łatwo przyjdzie dotrzymanie obu obietnic. Szybko jednak okazało się, jak złudne było to pierwsze wrażenie. Owo koleżeńskie samowychowanie okazało się bowiem niczym innym, jak okrutną „falą”, niczym z najgorszych snów rekruta. Pod pozorem dawania przykładu młodszym uczniom przez ich starszych kolegów kryło się znęcanie i upokarzanie słabszych, stokroć gorsze niż w dotychczasowej szkole, bo tolerowane przez kadrę nauczycielską i usankcjonowane przez szkolny regulamin.
Erik staje więc przed dylematem: dotrzymać danych matce i sobie obietnic, czy jeszcze ten jeden, ostatni raz uciec się do użycia przemocy. Ale jeśli złamie postanowienie, czy będzie to naprawdę ostatni raz? A może jak u uzależnionych, zawsze będzie sięgał po tę wymówkę? Pytanie to do końca pozostaje bez odpowiedzi, musimy znaleźć ją sami.

Spodziewałam się, że to będzie dobra książka. Szukałam jej od chwili, gdy (zupełnie przypadkiem) obejrzałam jej ekranizację z 2003 roku - film Mikaela Håfströma pod tym samym tytułem. Jednak książka przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Co decyduje o poziomie powieści? Dlaczego uważamy jakąś książkę za ponadprzeciętną, wartościową a nawet wybitną? Na naszą ocenę bez wątpienia ma wpływ styl literacki, nowatorstwo językowe, odkrywczość w opisywaniu uczuć i zjawisk. Zło nie wyróżnia się pod żadnym z tych względów. Powieść napisana prosto, klasycznie, chronologicznie, bez metafor i ukrytych znaczeń. A i sam temat nie stanowi novum w literaturze, zjawisko przemocy i tak zwanej „fali” w zamkniętych grupach opisywano już wielokrotnie. A jednak powieść Gillou zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Dawno już żadna lektura nie obudziła u mnie takich emocji, nie wciągnęła mnie nie tyle w wir wydarzeń, ile w psychologię opowieści. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że to, z czym walczy Erik, czyli chęć sięgnięcia do przemocy, stało się i moim udziałem, gdy w duchu podżegałam go do złego. Nie ma co się wywnętrzać, co poczułam, gdy uświadomiłam sobie, jak niskie instynkty wzięły nade mną górę. Ale jednocześnie przyszło uznanie dla autora, że potrafił tak pokierować wrażeniami czytelnika, aby ten na własnej skórze doświadczył, z jakim demonem walczy powieściowy bohater. To właśnie jest dla mnie wyznacznikiem dobrej powieści.

O tym, że powieść do łagodnych nie należy, można wnioskować już ze streszczenia. Sporo w niej drastycznych scen bójek, opisów złamanych nosów, sposobów zadawania bólu i poniewierania ludzką godnością. Z tego powodu dla osób wrażliwych Zło może okazać się lekturą trudną do przebrnięcia. 

Czy Guillou mógł sobie te opisy darować? Być może. Nie wykluczone, że dałoby się osiągnąć taki sam efekt za pomocą innych środków wyrazu. Można za to wysnuć przypuszczenie graniczące z pewnością, że przedstawił je w sposób niezakłamany, realny, podobnie jak przemyślenia i dylematy głównego bohatera. Uważa się bowiem powszechnie, a dostępne informacje o życiu autora zdają się to potwierdzać, że Zło ma cechy powieści autobiograficznej. Wprawdzie bardziej zbieżny z losami Jana Guillou jest scenariusz filmowy (choćby dlatego, że w filmie ojciec-sadysta jest ojczymem), ale uznajmy, że pewne rozbieżności to licentia poetica, do której pisarz ma prawo, zwłaszcza że nie on nazywa powieść autobiograficzną.

A skoro już jestem przy filmie, to zachęcam do obejrzenia go, jeżeli nie macie czasu na przeczytanie książki albo jest dla Was niedostępna. Za pierwszym razem wydał mi się na tyle dobry, że, jak już wspomniałam wyżej, skłoniło mnie to do szukania książki. Po lekturze obejrzałam go ponownie, chyba tylko po to, aby się przekonać, że daleko mu do literackiego pierwowzoru. Powieść jest o wiele mocniejsza. Owszem – jest drastyczniejsza, przy niej ekranizacja to opowiastka o urwisach niemalże, ale przy tym jest bogatsza o analizę, czym jest przemoc. Ona „tkwi w głowach ludzi, a nie, jak ci się być może wydaje, w zaciśniętych pięściach”4 I gdy raz po nią sięgniesz, spirala zaczyna się nakręcać, a wtedy trudno uwolnić się z zaklętego kręgu, z pokusy sięgania po nią raz jeszcze, i raz jeszcze...


1Str. 69
2Str. 6
3Str. 70

4Str 147

piątek, 31 maja 2013

Przystupa

Grażyna Plebanek
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007
400 stron


Długo wahałam się, czy pisać o Przystupie, bo swego czasu przewinęła się przez tyle blogów, że każdy, kto szuka informacji o niej, znajdzie ich pod dostatkiem. Jednak książka nie daje mi spokoju, mimo że od jej przeczytania minęło już już chyba pół roku. Poza tym te notki na blogu są moim swoistym pamiętnikiem przeczytanych książek i tego, co mi z tego czytania zostało.

W nocie wydawcy podano, że Przystupa to powieść łotrzykowska, i pewnie przy odrobinie dobrej woli dałoby się tę klasyfikację obronić, bo powieść posiada nieco cech charakteryzujących ten gatunek, jednak bez uwagi wydawcy nigdy nie rozważałabym książki w takich kategoriach. Pewnie dlatego, że bohater powieści łotrzykowskiej intuicyjnie i nieodparcie kojarzy się z cwaniakiem, kimś przebiegłym i zadziornym, czyli przeciwieństwem naszej bohaterki.

Tytułowa Przystupa (imię?, nazwisko?), to prosta dziewczyna po zawodówce, która jak wiele dziewczyn przed nią i po niej, porzuca swoją rodzinną wieś, gdzie czeka ją (w najlepszym razie?) zamążpójście za lokalnego pijaczynę. Gnana jakimś wewnętrznym przymusem wyrusza do stolicy. Tam przypadkiem trafia „na służbę” do domu Gwiazdy, a później do Szwecji, do domów kolejnych Polek na emigracji, którym „powiodło się”, i w końcu – do rodowitej Szwedki. Na ogół niewidoczna dla swoich pracodawców, a jeśli już zauważana, to jako punkt odniesienia dla budowania ich poczucia wyższości. Zazwyczaj milcząca, Przystupa obserwuje, ale nie ocenia, jest jak oko ukrytej kamery (porównanie takie przewija się w wielu opiniach o książce, przytaczam je za innymi, bo wydaje mi się szczególnie celne). Czytelnik może więc poznać i sam ocenić to, co w tych domach absolutnie nie ma być widziane na zewnątrz, czyli skrzętnie skrywane brudy, frustracje, fałsz i obłudę. Dzięki temu zabiegowi niezauważeni jak Przystupa, mamy szansę przyjrzeć się, jak wygląda u nowobogackich w stolicy czy u szwedzkiej Polonii prawdziwe życie, to, które nigdy nie ma ujrzeć światła dziennego, a które – czasem za bezwiednym przyczynieniem się naszej tytułowej Przystupy – wypływa jednak na powierzchnię w formie skandalu.

O samej Przystupie, niby głównej postaci, która towarzyszy czytelnikowi przez wszystkie strony powieści, nie dowiadujemy się jednak więcej, niż o pozostałych występujących w powieści kobietach, „paniach” w sprzątanych przez nią domach. Bardziej niż główną bohaterką, jest ogniwem spajającym historie tych kobiet. Jednak ta prosta, ale samodzielna i niezależna od nikogo dziewczyna jest zarazem doskonałym kontrastem dla portretów pozostałych kobiet, odmalowanych w powieści, czy to pierwszo- czy drugoplanowych.

Co zwróciło moją uwagę jako cecha wspólna w opowieściach o tych kobietach, to dobrowolne uzależnienie się bohaterek poszczególnych historii od posiadania swojego mężczyzny, najgorszego choćby, ale faceta. Przewijające się przez powieść Polki: Gwiazda, poddająca się wszystkim pomysłom swego męża-menedżera, gotowa go opuścić, pod warunkiem, że będzie mogła odejść do innego mężczyzny, Hyra – współczesna Dulska, homoseksualna lekarka dla pozoru trwająca w małżeństwie, pani Słaba godząca się na fizyczną i psychiczną przemoc ze strony „swojego” Fina, ale i kobiety z drugiego planu, które spokojnie mogłyby funkcjonować bez facetów. Takie kobiety i ich wybory nie stanowią specjalnego zaskoczenia, takie postawy możemy zaobserwować w otaczającej rzeczywistości. Ale o Szwedkach, tych rdzennych, miałam inne wyobrażenie .Jednak i one podporządkowują swój świat mężczyźnie, drżą, aby nie odszedł do innej, tak przynajmniej wygląda życie rodzinne przeciętnych Szwedów w Przystupie, a że autorka spędziła w tym kraju trochę czasu, muszę brać pod uwagę, że wie, o czym pisze. Nie ma chyba kraju bardziej przyjaznego równouprawnieniu kobiet, i to nie tylko formalnie, ale również w płaszczyźnie społecznej, w społecznym abstrahowaniu od płci przy ocenie wartości człowieka. Tymczasem powieść Grażyny Plebanek kompletnie burzy tę wizję, pokazując, że nawet Szwedki, obywatelki kobiecego Eldorado, definiują się przez pryzmat mężczyzny, do którego przynależą, że boją się utraty „męskiego ramienia”, że on odejdzie do młodszej, atrakcyjniejszej, a wtedy one staną się nikim.

I dlatego Przystupa - pozornie „czytadło” z wyższej półki – jest dla mnie książką o tyle ważną, że (o ile zechcemy poświęcić jej ciut refleksji) zmusza do zastanowienia, w jakim stopniu same kobiety tworzą świat opresyjny dla swojej płci. Ile czasu musi minąć i czy w ogóle to nastąpi, że w społecznym odbiorze przestaniemy definiować się poprzez towarzyszy życiowych płci męskiej. My, Europejki, albo szerzej – kobiety z cywilizacji zachodniej – chętnie ubolewamy nad losem muzułmanek, definiowanych przez swoich ojców, mężów, braci. Ale czy my same jesteśmy mentalnie wolne od takiego myślenia?

W Przystupie jedyną naprawdę od początku do końca wolną od budowania swojej wartości przez pryzmat posiadania mężczyzny nie jest wyzwolona Szwedka, ale prosta, chłopska córka z polskiej prowincji. Jednak Przystupa ma zaledwie dwadzieścia lat i otwarte pozostaje pytanie, w którą stronę pójdzie. I w którą stronę pójdą kobiety z następnych pokoleń? Czy będą potrafiły zbudować prawdziwie równouprawniony płciowo świat? Mam taką nadzieję, choć gdy słyszę posła Pawłowicz (kobietę, jeśliby ktoś nie wiedział, ale nie życzącą sobie, by nazywać ją posłanką), ogarnia mnie zwątpienie. W kwestii równouprawnienia kobiet wciąż powracają do mnie znamienne słowa prof. Magdaleny Środy, że nic nie jest dane raz na zawsze. Słowa prawdziwe, gdy patrzeć na to, co zaszło w Iraku, ale przeciwwagą była dla mnie zawsze wtedy Szwecja. Po przeczytaniu Przystupy te słowa wydają mi się bardziej realne niż kiedykolwiek.

I dlatego sugeruję, zwłaszcza czytelniczkom, aby nie traktowały powierzchownie Przystupy, aby nie poprzestały na przyswojeniu kilku obrazków „Polonii na obczyźnie”. Myślę, że w świetle tej lektury warto zastanowić się też nad tym, jakie są dalekosiężne skutki tego, czy my, kobiety, potrafimy nie dyskryminować i obiektywnie oceniać wartość tych z nas, które decydują się być w pełni niezależne od facetów.





*

P.S Wprowadziłam moderowanie komentarzy, ale nie ze względu na ujawnione w powyższym wpisie poglądy i zamiar przesiewania opinii przeciwnych. Po prostu ostatnio mam zalew komentarzy zawierających reklamy różnych produktów.
Mam nadzieję, że to sytuacja przejściowa i obiecuję, że gdy tylko przestaną pojawiać się wpisy ze stron komercyjnych, zmienię ustawienia dotyczące komentarzy.

poniedziałek, 10 września 2012

Krzyk pod wodą

Jeanette Øbro Gerlow, Ole Tornbjerg

Wydawnictwo Insignis Media, Kraków 2012
406 stron

Pół Dunka, pół Angielka Katrine Wraa jest policyjnym psychologiem. Po nieporozumieniach z angielską szefową wraca na „stare śmieci” do Danii, w której dorastała i z której uciekła tuż po skończeniu liceum, po traumatycznym wydarzeniu, o czym nie mogę więcej napisać, jako że objęte jest tajemnicą niemal do ostatnich stron powieści. 
Teraz, mając trzydzieści kilka lat i spore doświadczenie w profilowaniu zarówno sylwetek sprawców, jak i ofiar, dostaje propozycję pracy w duńskiej policji. Zaczyna nietypowo, bo zamiast poznać kolegów na posterunku, w biurze, od razu musi zgłosić się na miejscu zbrodni. 
Ofiarą jest powszechnie lubiany i ceniony lekarz położnik, zadźgany we własnym domowym ogrodzie. Policji udaje się szybko ustalić, że zamordowany nie miał wrogów poza imigrantem z Czeczenii, obwiniającym lekarza o śmierć żony. Wszystko wydaje się wskazywać na niego, jako mordercę. Wszystko, z wyjątkiem profilu psychologicznego, naszkicowanego przez Katrine Wraa. Wydział dochodzeniowy duńskiej policji jest podzielony na tych, co uważają, że mają sprawcę i na tych (w tym Jensa Høgha - nowego partnera naszej Katrine), co do czasu uzyskania niezbitych dowodów winy Czeczena sprawdzają inne hipotezy. Czytelnik, stopniowo zapoznawany z tym, co miało miejsce w przeszłości (ciekawy zabieg pisarski z wyodrębnieniem dawnych zdarzeń kursywą), również ma poważne wątpliwości, czy wyjaśnienie zbrodni jest tak proste i oczywiste, jak sądzą niektórzy policjanci.

Krzyk pod wodą to całkiem udany debiut pisarski duńskiej pary Jeanette Øbro Gerlow i Ole Tornbjerg, może bez fajerwerków, ale zupełnie przyzwoity kryminał. Dobrze się czyta, ma wartką akcję, trzyma w napięciu. Wprawdzie dość szybko trafnie wytypowałam mordercę, a wyżej jednak cenię sobie te kryminały, w których autorowi udało się do ostatnich stron mylić trop (oczywiście pod warunkiem, że rozwiązanie zagadki okazało się logiczne i nie wyskoczyło na koniec, jak królik z kapelusza), jednak intryga poprowadzona jest tak, że do kilkudziesięciu stron przed końcem nie mogłam być pewna swojego typowania i dopuszczałam inną możliwość jej rozwiązania. Nie jestem też fanką zakończeń, w których dochodzi do fizycznej potyczki między śledczymi a mordercą (co tutaj ma miejsce), jednak wnioskując z ilości tego rodzaju zakończeń, jest to finał pożądany przez wielu czytelników kryminałów. Jednakże, biorąc pod uwagę, że autorzy wyposażyli powieść w ów charakterystyczny dla skandynawskich kryminałów mroczno-zimny klimat, a jednocześnie wprowadzili pewien element świeżości, łamiąc typowe dla tej powieści schematy dotyczące głównego bohatera (nie do końca policjant, jak u Mankela albo Nesbø, ale też nie zupełnie postronna osoba jak np. u Läckberg), można uznać Krzyk pod wodą za nie wybitną wprawdzie i nie odkrywczą, całkiem ciekawą i nietuzinkową pozycję w skandynawskiej literaturze kryminalnej.

piątek, 11 maja 2012

Grobowa cisza

Arnaldur Indriðason
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
324 strony


Kolejny tom z islandzkiego cyklu o Erlendurze Sveinssonie oznacza oczywiście dalszy ciąg opowieści o jego kłopotach rodzinnych, tutaj ocierających się wręcz o tragedię. Poza tym Indriðason bierze „na tapetę” następny społeczny problem, W bagnie były to przemoc seksualna i pornobiznes, w Grobowej ciszy przyszła kolej na przemoc domową. A co do samej zbrodni, czyli nieodłącznego elementu gatunku, do jakiego zaliczono Grobową ciszę, jest trochę tak, jak zwykle w kryminale, czyli znajduje się nieboszczyk, a trochę inaczej, iż zazwyczaj, bo właściwie nie wiadomo, czy znaleziony trup to ofiara morderstwa. 

Zaczyna się od tego, że na dziecięcym urodzinowym przyjęciu student medycyny, który przyszedł odebrać brata, zauważa, jak siostrzyczka jubilata bawi się dziwną zabawką. Przedmiot ten przy bliższych oględzinach okazuje się kawałkiem ludzkiego żebra. To prowadzi do odkrycia na pobliskim placu budowy anonimowego grobu sprzed pięćdziesięciu, może nawet siedemdziesięciu lat. Trudno to ustalić, bo aby nie utracić ewentualnych dowodów, wydobycie ciała policja zleca ekipie archeologów, a ci nie spieszą się, nie ma przecież po co, skoro ten, kogo mają odkopać, nie żyje już od dziesięcioleci. 
Na razie nic więc nie wiadomo o ofierze, nawet tego, czy była kobietą, czy mężczyzną, nie mówiąc już o tym, że nieznana jest przyczyna jej śmierci. Niemniej jednak Erlendur i dwójka jego współpracowników, znanych już czytelnikom cyklu z powieści W bagnie, prowadzą śledztwo. Nie mając wielu punktów zahaczenia, przede wszystkim starają się ustalić, kto z okolicy w tamtych czasach zaginął. 
 
Podobnie jak w poprzedniej książce, tak i tu zbrodnia (jeśli w ogóle była to zbrodnia, ale tego nie mogę oczywiście zdradzić) nie jest najważniejsza. Jest tylko przyczynkiem do pokazania patologii, od których nie jest wolne ani islandzkie, ani żadne inne społeczeństwo. Równolegle do współczesnych wydarzeń Indriðason opowiada historię sprzed lat o rodzinie, w której panuje przemoc domowa. Miły dla ludzi z zewnątrz mąż-ojciec-ojczym w domu zamienia się w bestię, znęcającą się fizycznie i psychicznie nad bliskimi.
Ten wątek jest w Grobowej ciszy wstrząsający, ale i bardzo dobrze poprowadzony. Autor pokazał, jak rodzi się i hoduje zależność między oprawcą i jego ofiarami, jak życie w ciągłym strachu przed tym, co w każdej chwili i bez wyraźnego powodu może nastąpić, paraliżuje ofiary i odziera je z poczucia własnej godności. Wstyd i niewiara w to, że ktoś zechce pomóc, skutecznie powstrzymuje je przed ujawnieniem dramatu rozgrywającego się w domowym zaciszu. Bezkarności sprawcy sprzyja też nastawienie otoczenia wyznającego zasadę, że nie należy ingerować w „sprawy rodzinne”. Pastor, policja, sąsiedzi – nikt nie przyszedł bitej kobiecie z pomocą. 
Problem przemocy domowej nie zna granic terytorialnych ani czasowych. Współcześnie słyszy się i u nas o takich dramatach i takich reakcjach na nie. Ale co innego słyszeć o tym, a co innego zobaczyć. Trzeba przyznać Indriðasonowi, że potrafił opisać to tak, iz czytelnik musi poczuć się, jakby był świadkiem owych zdarzeń, potrafił wczuć się w psychikę ofiar i wyjaśnić przyczyny ich, zdawać by się mogło – irracjonalnych, zachowań. A wprowadzając epizod z narkomanką, do której trafia Erlandur szukający po melinach swojej uzależnionej od narkotyków córki, autor pokazał, że problem ten nadal jest w Islandii aktualny.

Właśnie przemoc domowa, a nie zbrodnia i szukanie zabójcy, jest głównym motywem kryminalnym tej powieści. Nie jest to książka skonstruowana według klasycznych zasad gatunku. Miłośnicy prowadzenia podczas lektury własnego śledztwa i lubiący mor typować kandydatów na mordercę mogą poczuć się nieusatysfakcjonowani. Ale jeśli czytało się poprzednią powieść z cyklu o Erlandurze, można było spodziewać, że i ta będzie miała podobny charakter. W bagnie też na pierwszym planie były patologiczne relacje społeczne, a zbrodnia trochę jakby w ich cieniu, jakby była tylko ich pochodną, nieuniknionym następstwem. 
 
Po tych dwóch powieściach mogę już stwierdzić, że Arnaldur Indriðason stworzył dobry i ciekawy cykl, wpisujący się w nowy i popularny ostatnio nurt w literaturze sensacyjnej, bardziej obyczajowy niż kryminalny.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Smuga krwi

Johan Theorin
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
455 stron

Ocena 5,5/6

„Prowadzi Vendelę w dół kamieniołomu i dalej, do pionowej ściany. Tam się pochyla i pokazuje czerwonawą warstwę biegnącą przez jasną skałę, tuż nad ziemią.
Dziewczynka przygląda się z bliska i widzi, że warstwę wypełniają czerwone grudy.
- Smuga krwi – wyjaśnia Henry, prostując plecy. - To wszystko, co zostało z bitwy między trollami a elfami... skamieniała krew. (…)
- Nadal się biją, tato?
- Nie, teraz chyba jest rozejm – odpowiada Henry. - Być może ustalili, że trolle będą się trzymać góry, poniżej krwawej warstwy, a elfy zostaną na równinie, aby nie musiały się spotykać. (…)
- Dlaczego były nieprzyjaciółmi? Trolle i elfy? Czemu się biły?
Henry tylko potrząsa głową.
- Kto wie... Pewnie uważały, że ci drudzy za bardzo się od nich różnią.”1
Kolejna, trzecia już książka Johana Theorina miała premierę kilkanaście dni temu. Nie ukrywam, że czekałam na nią. Dwie poprzednie bardzo mi się podobały (opisałam je jako jedne z pierwszych na tym blogu). Smugę krwi kupowałam więc już z odpowiednim nastawieniem, że i ona na pewno mi się spodoba, a to, jak wiadomo, zwiększa oczekiwania i może przynieść rozczarowanie w sposób zupełnie przez autora niezawiniony. Ale nie przyniosło, pomimo, że trzecia powieść Theorina znacznie bardziej niż poprzednie skupiona jest na warstwie obyczajowej. Wątek kryminalny jest tu właściwie drugoplanowy, z korzyścią dla książki, bo tym razem pomysł na główną kryminalną zagadkę nie wydał mi się szczególnie udany. Za to wszystkie pozostałe wątki jak najbardziej tak.

Do wyludnionej wczesną wiosną wioski, sąsiadującej z nieczynnym już kamieniołomem, przyjeżdżają ludzie, których przeszłość wiąże się z tym miejscem. Znany już czytelnikom Zmierzchu i Nocnej zamieci Gerlof Davidsson opuszcza dom opieki, chcąc dożyć swoich dni w domu, który zbudował dla siebie i żony kilkadziesiąt lat temu.
Pojawia się też Vendela, dziś kobieta około pięćdziesięcioletnia. Udało się jej przekonać męża, bogatego celebrytę do kupna działki i budowy domu w wiosce, kilka kilometrów od miejsca, w którym urodziła się i wychowała, ale przede wszystkim – blisko kamienia elfów, w które Vendela wierzy od dzieciństwa. Jej wiara jest tak silna, że nadal, jak wówczas, gdy była małą dziewczynką, zanosi im podarki i składa prośby o spełnienie życzeń.
No i sprowadza się Per Mörner, ojciec trzynastoletnich bliźniaków: Jaspera i Nilli. Dawniej spędzał na Olandii wakacje, gdy porzuconej przez męża matki nie było stać na nic innego. Teraz, po własnym rozwodzie, postanawia zamieszkać na Olandii w starym domu odziedziczonym po kuzynie. Swój czas stara się dzielić między Jaspera, wizyty w szpitalu u poważnie chorej córki i opiekę nad zniedołężniałym ojcem Jerrym, który na starość przypomniał sobie, że ma syna. To właśnie z ojcem i jego podejrzanymi interesami związany jest główny wątek kryminalny, który zaczyna się pożarem studia filmowego należącego do Jerrego.

Mam wrażenie, że Theorin z każdą kolejną książką przesuwa punkt ciężkości fabuły z elementów charakterystycznych dla kryminalnej intrygi w kierunku opowieści o dawnych i obecnych mieszkańcach Olandii. Różnorodne, ale zazwyczaj trudne i skomplikowane relacje między rodzicami i dziećmi wplecione zostają w mroczny klimat wyspy. którego Olandia nie zatraciła nawet teraz, gdy ze szwedzkiej prowincji, gdzie życie było ciężkie i surowe, zamienia się w letnie zaplecze dla mieszkańców wielkich miast. 
Theorin potrafi interesująco pokazać współczesne problemy przeciętnych Szwedów, przeplatając zwykłe ludzkie zachowania i emocje z elementami nadprzyrodzonymi, magicznymi, ale w finale znajdującymi całkowicie realne i sensowne wyjaśnienia. Świetny zabieg, doskonale podkręcający niesamowitą atmosferę powieści, a jednocześnie, po zakończeniu, nie pozostawiający czytelnika z uczuciem niedowierzania. I lepiej budujący napięcie, niż spektakularne akcje związane z kryminalnym wątkiem. 
Jednym słowem, olandzki klimat stworzony przez Theorina, to kwintesencja tego, za co lubię skandynawskie kryminały, nawet jeśli zbrodnia schodzi w nich na drugi plan.

1s. 49-50.

środa, 4 kwietnia 2012

Łowcy głów

Jo Nesbø
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011
220 stron

Ocena 4/6

Moja druga książka tego autora. Pierwszą była Czerwone gardło, a że naprawdę mi się podobała, więc Nesbø trafił na listę „do przeczytania”. Na podstawie zapowiedzi na okładce Łowców głów oczekiwałam czegoś w stylu Firmy Grishama, czyli spisku „biurowych” i schludnych zabójstw. Okazała się całkiem dobra, choć nie tak dobra, jak Czerwone gardło i inna w charakterze, niż się spodziewałam.

Roger Brown jest jednym z najlepszym w branży headhunterów, ma opinię człowieka stuprocentowo skutecznego, nie zdarzyło się jeszcze w jego piętnastoletniej karierze, aby zleceniodawca nie zatrudnił osoby, którą on zarekomendował. Pomimo renomy, jaką cieszy się w środowisku, uczciwe zarobki nie wystarczają mu na zapewnienie sobie i ukochanej żonie Dianie życia na odpowiednio wysokim poziomie. Ucieka się więc do przestępczych metod, aby dorobić – jest złodziejem dzieł sztuki. 
Pewnego dnia w jego życiu pojawia się niejaki Clas Greve, który wydaje się niemal idealny na stanowisko dyrektora administracyjnego dla jednego z klientów, firmy specjalizującej się w dostawach technologii GPS dla przemysłu obronnego w Europie. Szybko okazuje się, że upatrzony kandydat jest dobry nie tylko w tym fachu. Już podczas pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej przejmuje inicjatywę i wykazuje się tak doskonałą znajomością metod stosowanych dotychczas przez Browna, że ten musi przyznać się do porażki – z przesłuchującego stał się przesłuchiwanym. Jednakże w trakcie rozmowy Roger pozyskuje informację bardzo cenną z punktu widzenia swojego drugiego zajęcia: Greve jest właścicielem cennego obrazu Rubensa. Brown wie, że kradzież tego dzieła ustawiłaby go na całe życie. Pytanie tylko, czy tym razem okaże się lepszy od Greve'a.

Z chwilą, gdy zapada decyzja o kradzieży obrazu Rubensa, akcja powieści nabiera niemalże zawrotnego tempa. Ciągłe zwroty akcji, zabójstwa, pościgi, w których ścigający i ścigany co chwila zamieniają się rolami. Coraz szerszy krąg podejrzanych powodujący, że nasz „bohater” nie wie, czy może jeszcze komuś ufać, a wraz z nim my powątpiewający, kto po czyjej stronie stoi. To wszystko powoduje, że książka trzyma w napięciu i przykuwa uwagę czytelnika. 
 
Spodziewałam się wprawdzie wysublimowanej intrygi, jaka kojarzy się z ludźmi ze środowiska „białych kołnierzyków”, a trafiłam na thriller miejscami tak obrzydliwy, że w moim prywatnym rankingu najbardziej odrażających scen w powieści sensacyjnej książka Jo Nesbø zajęła niekwestionowane pierwsze miejsce (scena w wychodku na farmie). Nie jestem zbytnio wrażliwa, ale nie jestem też zwolenniczką takich (szczegółowych) opisów. Uważam, że jest to epatowanie czytelnika paskudztwem w celu wywarcia większego wrażenia i odwrócenia jego uwagi od braków w logice zdarzeń. 
Trzeba jednak przyznać, że książka wciąga, a bieg wydarzeń angażuje do tego stopnia, że trudno zrobić sobie przerwę w czytaniu. Za to po skończeniu lepiej nie rozpamiętywać, po co się toto czytało, no ale to właściwie nie wada, tylko cecha wspólna dla wielu thrillerów. Skoro więc sięgnęłam po ten gatunek, to przecież nie będę czynić powieści zarzutu, że nie ma w niej literackiej głębi. 
 
Ogólnie rzecz biorąc, Łowców głów można spokojnie polecić osobom, które poszukują czegoś mocnego i nie wymagającego zbytniego umysłowego wysiłku, co w dodatku dobrze się czyta.

środa, 7 marca 2012

W bagnie

Arnaldur Indriðason
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
300 stron

Ocena 4,5/6

Początkowo wszystko zdaje się wskazywać, że to była zwykła pospolita islandzka zbrodnia. Siedemdziesięciolatek zamordowany w swoim mieszkaniu w Reykjaviku zginął od ciosu popielniczką. Policja szybko ustaliła, że w tym samym mniej więcej czasie, w pobliżu, do dwóch staruszek wtargnął dziwnie zachowujący się człowiek żądając pieniędzy, na szczęście dla nich został spłoszony i uciekł nie robiąc krzywdy żadnej z nich. Trop wydaje się więc oczywisty dla wszystkich, ale nie dla Erlandura Sveinssona. Doświadczonemu islandzkiemu policjantowi nie daje spokoju znaleziona w mieszkaniu zabitego kartka z napisem, którego treść my mamy poznać dopiero gdzieś tak w połowie powieści. A gdy jeszcze przypadkiem znajduje w biurku denata czarno-białe zdjęcie grobu czterolatki, zostawia innym poszukiwanie napastnika, który zaatakował staruszki, a sam rusza śladem zdjęcia. Zaprowadzi go ono w mroczną przeszłość, w istne bagno, aż do odkrycia nieszczęść sprzed kilkudziesięciu lat i skutków objawiających się w teraźniejszości. 
 
Wszystko w tej książce jest ponure i zgniłe, nawet jesienna islandzka pogoda, padający cały czas deszcz niby „biblijny potop w wydaniu kieszonkowym”1. Wstrętne są ciemne ludzkie sprawki, które po kolei odkrywa Erlander. A i on sam nie należy do najprzyjemniejszych: niechlujny, sterany życiem policjant, borykający się w własnymi prywatnymi problemami z dorosłymi dziećmi: córką narkomanką i synem pijakiem. Tytułowe „bagno” można odnieść właściwie do wszystkiego, bo i sam autor używa go wielokrotnie na określenie różnych sytuacji. 
Książka smutna i przygnębiająca, ale klimat ma. o nie znaczy, że jest to klimat specyficzny dla Islandii. Dla książek kryminalnych ze Skandynawii tak, ale nie dla krajów, właściwie mogłoby się to dziać wszędzie. Jedynym elementem determinującym miejsce akcji jest wątek tworzonej na Islandii bazy genetycznej narodu. 
 
W bagnie jest pierwszą książką Arnaldura Indriðasona, jaką czytałam, ale którymś z kolei skandynawskim kryminałem. I uważam, że pisarze z północy Europy są naprawdę wyjątkowo utalentowani (nie tylko w tym gatunku literackim). Indriðason to kolejny skandynawski autor kryminałów, który nie zawodzi, właśnie za sprawą umiejętnej budowy klimatu powieści. Natomiast sama intryga, a zwłaszcza jej zakończenie pozostawia nieco do życzenia, ja w oparciu o te same przesłanki wyjaśniłabym zagadkę inaczej. Co nie znaczy, że nie mogłam domyślić się, kto zabił, vo nie było to wcale takie trudne. Po prostu widziałam inną jeszcze, wydaje mi się, że ciekawszą opcję. 
 
Pomimo dość przewidywalnego zakończenia powieść trzyma w napięciu przez cały czas. A do tego autorowi udało się idealnie wyważyć proporcje między prowadzeniem dochodzenia, a życiem osobistym policjanta, tak aby to drugie nie zdominowało pierwszego.

1s. 118.

środa, 7 września 2011

Czerwone gardło

Jo Nesbø
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010
424 strony

Ocena 5/6

Ta notka będzie krótka, bo trudno jest wdawać się w dywagacje na temat kryminału z obawy, żeby nie zdradzić jakiegoś szczegółu, który może naprowadzić innych na trop i zepsuć im przyjemność czytania. 
 
Pewien stary człowiek zamawia u neonazisty w Oslo nietypowy snajperski karabin. Na trop zamówienia wpada przypadkiem policjant Harry Hole. A że z powodu, o którym za długo by tu pisać, nie ma akurat nic lepszego do roboty, postanawia wyjaśnić, komu i po co potrzebna będzie taka broń. Przez ponad czterysta stron z napięciem śledzimy dwutorowo wydarzenia: jedne dzieją się współcześnie w Oslo, zahaczając lekko o RPA i Wiedeń, drugie miały miejsce wiele lat temu na niemiecko-rosyjskim froncie. Te drugie są okazją do przekazania interesującej i nieznanej nam szerzej wojennej historii Norwegii, co niewątpliwie jest wartością dodaną książki. Plus wzmiankowane zjawisko norweskiego neofaszyzmu, co jeszcze parę miesięcy temu mogłoby wydać się naciągane, ale po lipcowej masakrze na wyspie Utoya nikt już nie może mieć wątpliwości, że ono w Norwegii występuje i jak jest groźne.
Czytelnik od początku wie, kim jest człowiek poszukiwany przez Harrego, no może nie całkiem, ale i tak łatwo się tego domyślić. Wiadomo też, kto jest sprawcą kolejnych zabójstw, a jest ich kilka, zanim na końcu dojdzie do kulminacyjnej sceny. I każdy, początkujący nawet czytelnik kryminałów wie, że Harry Hole dojdzie w końcu prawdy. Jednak nie ujmuje to zupełnie tajemniczości powieści, bo punkt ciężkości przesunięty jest na to, co się stanie, jak i dlaczego. 
 
Książka oprócz zagadkowości i trzymania w napięciu ma jeszcze ten walor, że skłania do zastanowienia się nad racjami, które kierują mścicielem z przeszłości. Im lepiej poznajemy jego historię, tym bardziej z nim sympatyzujemy, ale czy rzeczywiście słusznie? No nie, więcej na temat motywów nie piszę, bo za dużo wygadam.

Ogólnie powieść dopracowana w szczegółach, a przynajmniej ja nie dopatrzyłam się żadnych nieścisłości w faktach i datach, a nie o każdym kryminale mogę to napisać. Intryga jest do przyjęcia i uwierzenia bez większych zgrzytów. 
I tylko jedna sprawa rzuca cień i w mojej ocenie obniża poziom książki. To ta schematyczna sytuacja życiowa detektywów ze skandynawskich kryminałów. Harry Hole naturalnie musi być samotnikiem i pijakiem, który ciągle pakuje się w kłopoty. I oczywiście musi zakochać się w trakcie powieści. Innym nieodzownym elementem skandynawskich powieści detektywistycznych jest powiązanie zbrodni z jakąś tajemnicą z przeszłości, im starszą, tym lepiej. Na szczęście tutaj nie jest to jedynie prosty wybieg autora, żeby wymyślić jakiś motyw, ale też okazja do ukazania czytelnikowi złożonej i kontrowersyjnej historii Norwegii w czasach II wojny światowej. I z tego powodu też warto zajrzeć do Czerwonego Gardła, nie tylko dla paru godzin emocji i sensacji, choć i tych książka dostarcza pod dostatkiem.

czwartek, 14 lipca 2011

Weź moją duszę

Yrsa Sigurðardóttir
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2011
382 strony

Ocena 4/6

Zaczyna się tak, że aż się serce ściska. Mężczyzna zabiera gdzieś czteroletnią Kristin samochodem, dziewczynka boi się go, nie ufa mu, w kieszeni ściska list, który mama kazała oddać komuś dorosłemu, ale pod żadnym pozorem nie mężczyźnie, który ją wiezie. Przyjeżdżają do domu Kristin, do opuszczonego gospodarstwa. Mężczyzna obiecuje małej, że spotka się tam z matką, ale na miejscu nie ma żywej duszy, choć Kristin wydaje się, że w jednym z okien widzi czyjąś twarz. Nie idą jednak do domu, kierują się w stronę zabudowań gospodarczych. My domyślamy się co będzie dalej, ona jeszcze nie, ale przeczuwa już coś strasznego. Niedaleko obory jest właz, mężczyzna otwiera go i każe dziecku zejść na dół.
Bała się ciemności, a to była zła dziura. Mama jej to mówiła. Dziewczynka spojrzała na mężczyznę i wiedziała już, że pójdzie do dziury czy tego chce, czy nie. (...) Zanim klapa się zatrzasnęła, usłyszała, jak mężczyzna mówi:
- Powodzenia. Pozdrowienia dla mamusi. I Boga. I pamiętaj o modlitwach.
Wszystko utonęło w czerni. Dziewczynka starała się złapać oddech, ale szloch jej to utrudniał.
Najbardziej żałowała tego, że koperta nie dotrze do właściwej osoby. Mocno zacisnęła powieki, bo kiedy wyobraziła sobie, że jest jasno, stawała się spokojniejsza. Może ktoś po nią przyjdzie, na pewno ten ktoś w oknie ją uratuje. Niech przyjdzie, niech przyjdzie, niech przyjdzie. Nie chciała już tu być. Zacisnęła piąstki:
Zamykam swoje oczy,
Litością byś otoczył,
Ochronił mnie w tę noc.
Anioła ześlij, Boże,
By czuwał nad mym łożem,
spokoju dał mi moc.”1
To wydarzyło się w lutym 1945 roku. 
Sześćdziesiąt jeden lat później tuż obok dawnego gospodarstwa stoi już nowy hotel. Właściciel urządził w nim ośrodek leczenia niekonwencjonalnymi metodami. Jednak w hotelu i okolicy straszy, więc właściciel chce wykazać, że kupiona działka ma wadę ukrytą. Ma pomóc mu w tym prawniczka Thora, z którą współpracował kupując teren. Wkrótce okazuje się, że na pobliskiej plaży popełniono okrutne morderstwo. Duchy są teraz niczym, żadnym problemem wobec faktu, że Jonas staje się głównym podejrzanym. Jedyna jego nadzieja w tym, że Thora znajdzie prawdziwego mordercę.

Prolog jest straszny, ale dalej nie jest już tak bardzo mrocznie, pomimo że w okolicy grasuje morderca i wkrótce dochodzi do kolejnej zbrodni, a i duchy nie odpuszczają. Intryga jest zawiła, ale dość solidnie i klasycznie zbudowana. Jest zamknięty krąg podejrzanych, wątki i ślady co i raz prowadzą do kogo innego, czytelnik nie jest nawet tak pewny niewinności Jonasa, jak jego prawniczka. W zasadzie kawał rzetelnego kryminału, choć wkradło się pisarce kilka drobnych nieścisłości w datach (a może to przeoczenia ze strony redakcji). No i błąd, na który jestem uczulona, bo nie po raz pierwszy się z nim stykam, choć nie wiem, czy w tej książce przytrafił się autorce, czy tłumaczowi: hetera to na pewno nie jędza, zołza, jak to wynika z kontekstu, w jakim użyto tego określenia, pewnie miało być – megiera. Ale to tak na marginesie, bo dla rozwoju wydarzeń nie ma to żadnego znaczenia.

Poza wątkiem małej Kristin książka nie zrobiła na mnie większego wrażenia pomimo sprawnie prowadzonej akcji i dobrze zakamuflowanego sprawcy. Ot, typowy skandynawski kryminał, jakich wiele napisano ostatnimi laty: prowincja, tym razem islandzka, mroczna tajemnica sprzed lat i całkiem współcześnie popełniona zbrodnia. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie pierwszy taki kryminał, ale po kilku następnych ten wydał mi się już pospolity, żeby nie powiedzieć – sztampa. Niemniej jednak przeczytać można, zwłaszcza jeśli szuka się czegoś niezobowiązującego na urlop. I cena (15 zł w markecie) też jeszcze do przyjęcia, z tym, że książka nie jest nowością, bo pierwsze polskie wydanie było w 2008 roku.

1s. 13-14.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...