Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Swietłana Aleksijewicz
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010
tłumaczenie: Jerzy Czech

Czy jest ktoś, kto jeszcze nie wie, o czym jest ta książka? Nawet, jeśli jej nie czytał, to każdy chyba musiał o niej słyszeć. I dobrze, bo zasługuje na to, jak mało która. Złożona z fragmentów kobiecych wspomnień, z fragmentów kobiecego życia pokazuje wojnę od strony, od jakiej jeszcze jej nie opisywano. Wojna to męska rzecz, tak się przynajmniej przyjęło i funkcjonowało w powszechnej świadomości jeszcze do niedawna. Współcześnie kobiety służą w wielu armiach świata, w Izraelu służba wojskowa kobiet jest obowiązkowa. Ale dawniej, choćby w II Wojnie Światowej? Niby wiemy, że i kobiety wtedy walczyły, ale wiedza o tym przechodziła tak trochę bokiem. Wspominało się heroizm mężczyzn, ich przeżycia i poświęcenie. Dopiero Swietłana Aleksijewicz pokazała ją od kobiecej strony, inną niż ta, którą znamy z historii, literatury i filmów. Napisała ją, bo
„Wszystko, co wiemy o wojnie, powiedział nam „męski głos”. Wszyscy tkwimy w niewoli „męskich” wyobrażeń i „męskich” doznań wojennych. (…) Kobiety milczą”1
Aleksijewicz postanowiła przerwać to milczenie i opowiedzieć światu wojnę taką, jaką kobiety wspominają tylko w domu albo w gronie przyjaciółek z frontu, a nie wtedy, gdy mówią oficjalnie, publicznie, gdy „dostosowują się do męskiego szablonu”2
Zbierała przez lata wspomnienia żołnierek i partyzantek. Początkowo szukała tych, które walczyły, później zgłaszały się same, jedna przekazywała wiadomość drugiej i wiele chciało opowiedzieć, co tam przeszły, choć nie wszystkie. Niektóre nawet po latach wolały milczeć. Z tych, które mówiły, mało która nie płakała. Także we wspomnieniach często mówiły o łzach, ale jeszcze częściej o mamie. Mama – jak była dumna, albo jak zabraniała, gdy zgłaszały się na wojnę, jak za nią tęskniły. To chyba najczęściej pojawiający się motyw. Dużo wspominają też o przyziemnych sprawach, o codziennych trudach wynikających choćby z tego, że armia zupełnie nie była przygotowana na żołnierki. Dostawały za duże buty w męskich rozmiarach, męską bieliznę, przez cztery lata nie zakładały sukienki, tylko spodnie i spodnie. A one miały po osiemnaście, dziewiętnaście lat i chciały być piękne, mimo grozy, mimo wojny. W okopach, w ziemiance, w polowym szpitalu albo na okręcie: niezależnie od tego, gdzie przyszło im walczyć.

Kobieta na wojnie kojarzy się zazwyczaj z sanitariuszką, telegrafistką, łączniczką. A przecież służyły we wszystkich formacjach, od lotnictwa, poprzez piechotę, kawalerię, wojska zmotoryzowane i pancerne. Były nawet w marynarce, chociaż marynarze uważali ponoć, że kobieta i kot na pokładzie przynoszą pecha. Walczyły też na tyłach wroga, w partyzantce i podziemiu. Aleksijewicz postarała się wybrać fragmenty ich wspomnień tak, by nie pominąć żadnej formacji i pokazać ową rozmaitość kobiecych wojennych doświadczeń, w dużej mierze determinowanych tym, gdzie przyszło im służyć i w jaki sposób były zaangażowane w walkę. Jednak
„O czymkolwiek mówią kobiety, stale obecna jest u nich jedna myśl: wojna to przede wszystkim morderstwo, a poza tym – ciężka praca. No i także zwyczajne życie: śpiewały, zakochiwały się, kręciły papiloty...”3
Rozmówczynie Aleksijewicz wspominają uczuciami i emocjami, zapachami, kolorami. Zapach i kolor krwi prześladował je jeszcze długo po wojnie, niektóre zawsze już unikały czerwonego koloru, nie były w stanie oprawiać kurzego białego mięsa, zbyt podobnego do ludzkiego, tyle bolesnych wspomnień przywoływało. Cierpienie jest w tych wspomnieniach wszechobecne, nie tylko ludzkie, ale cierpienie całego świata sponiewieranego wojną, całej natury: zwierząt, roślin. Za to bohaterstwo występuje tam jakby mimochodem, uboczny skutek tego, co i tak trzeba było zrobić: wyciągnąć spod ostrzału rannego, zabić wroga.

Nie o wszystkim jednak chcą opowiadać, choć minęło już tyle czasu. Niektóre tematy nadal są tabu, pojawiają się w wyznaniach jednej, może dwóch. Nie ze wstydu, a przynajmniej nie wyłącznie. Wtedy o pewnych sprawach nie rozmawiało się, a jednak po latach potrafią mówić, jak radziły sobie ze sprawami wynikającymi z fizjologii płci: z menstruacją, gdy waty brakuje nawet dla rannych, z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, gdy wokół sami mężczyźni. Tylko o miłości fizycznej milczą. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę przyjęcie, z jakim spotkały się po wojnie. Wracających z wojny mężczyzn witano jako bohaterów, „frontowe” kobiety często traktowane były z pogardą, inne kobiety uważały je za dziwki, mężczyźni nie chcieli ich za żony. Wiele uwielbianych na wojnie „siostrzyczek” po zwycięstwie pozostało samotne, choć na wojnie marzyły o zamążpójściu i rodzeniu dzieci, w tamtych czasach to był sens i cel życia kobiety, w sowieckiej Rosji najważniejszy zaraz po obronie ojczyzny. Przyjęcie, z jakim się spotkały, musiało boleć, a zachowanie mężczyzn, z którymi walczyły ramię w ramię, pewnie bolało w dwójnasób, jak najgorsza zdrada.
Ale oprócz tego, co osobiste, intymne, są też rzeczy, o których nie wypada im mówić inaczej aniżeli jest to oficjalnie przyjęte, albo nadal boją się to robić. Nie można mówić źle o towarzyszach broni, Stalinie ani polityce ówczesnych władz. W ich historiach nawet najsurowszy dowódca był taki dla dobra podkomendnych, żołnierze nie rabowali niczego we wsiach, za to ludność cywilna dobrowolnie i z odruchu serca oddawała ostatnie ziarna zboża, a niemieckich jeńców leczono na równi ze swoimi i dzielono się z nimi chlebem.
Autorka jednak na wstępie przygotowała nas na to, że nie wszystko powinniśmy brać dosłownie, że nieraz trzeba czytać między wierszami, z dystansem do opowieści:
„Wspomnienia nie są namiętnym, czy też beznamiętnym przekazem rzeczywistości, która zniknęła, ale powtórnymi narodzinami przeszłości, czas zaczyna wówczas biec z powrotem. Są przede wszystkim twórczością. Opowiadając, ludzie tworzą, piszą swoje życie. Czasem piszą „na nowo” albo coś „dopisują”. Tutaj trzeba uważać. Mieć się na baczności. Ale też każdy fałsz stopniowo sam się unicestwia, nie wytrzymuje sąsiedztwa obnażonej prawdy.”4
Czasami czuje się, że pojawia się fałszywa nuta, ale prawda przeważa, zwłaszcza tam, gdzie wojna opowiadana jest „po kobiecemu”, zwykłymi słowami, nie gazetowymi, bo takich rzeczy nie da się zmyślić, zresztą po co to robić: tego wszystkiego o codziennym koszmarze, zimnie, brudzie i pracy ponad siły, o przypięciu fiołków do bagnetu i i marzeniach, żeby wreszcie ubrać się w sukienkę,...

Tę książkę trzeba przeczytać, a już szczególnie powinny to zrobić kobiety - w imię kobiecej solidarności i jako rekompensata za to, co spotkało te wspaniałe żołnierki po wojnie, po zwycięstwie, z którego tak się cieszyły, a gdy wreszcie je wywalczyły, zabrakło dla nich szacunku i miejsca w pamięci rodaków. Swietłana Aleksijewicz swoją książką przywraca należne im miejsce w panteonie bohaterów.

1s. 9
2s. 9.
3s. 17.
4s. 10-11.

niedziela, 13 października 2013

Nocowała ongi chmurka złota

Anatolij Pristawkin
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990
tłumaczenie: Eugeniusz Piotr Melech

Cóż to za tytuł - pomyślałam sobie, gdy pierwszy raz zetknęłam się z tą książką – zupełnie jak z wierszyka dla dzieci Marii Konopnickiej, i może ktoś uzna mnie za ignorantkę. Założę się jednak, że nieliczni tylko rozpoznają w tym tytule cytat z wiersza Głaz Michaiła Lermontowa i to w tłumaczeniu Leo Belmonta, bo w przekładzie Juliana Tuwima brzmi już inaczej. Ten wiersz i galopujący jeździec na dzikim koniu na tle strzelistych śnieżnych szczytów – obrazek z paczki papierosów Kazbek, to jedyne, co bliźniakom Saszce i Kolce Kużmionyszom kojarzy się z Kaukazem. Dobrze się kojarzy. W ich marzeniach Kaukaz to:
„Góry tak wielkie, jak ich dom, a pomiędzy nimi wszędzie pełno krajalni chleba. I żadna z nich nie jest zamknięta. I nie trzeba kopać, wystarczy wejść, zważyć sobie i jeść. A jak tylko się stamtąd wyjdzie, tuż obok jest następna krajalnia, i też bez kłódki. A wszyscy ludzie w czerkieskach, wąsaci, weseli. Patrzą, jak Saszka zajada z apetytem, uśmiechają się, poklepują go po ramieniu. „Jakszy” - powiadają. Czy jakoś w tym rodzaju. A sens tego jest taki: „Zjedz jeszcze, bo dużo mamy tutaj krajalni chleba.”1
Krajalnia chleba dla tych sierot wojennych z domu dziecka w podmoskiewskim Tomilinie to sanktuarium, największy skarbiec, Sezam pełen najbardziej upragnionego dobra. Tak pożądanego, że ryzykują podkop, by się do niej dostać. Plan kończy się fiaskiem, a Kuźmionysze, bojąc się, że się wyda, kto próbował dostać się do krajalni, postanawiają ratować się ucieczką, a dokładniej - zgłaszają się na ochotnika do domu dziecka na Kaukazie właśnie. Jakże odmienna od ich marzeń okaże się ta wyidealizowana kraina, a ludzie jakże inni od tych wesołych, życzliwych, których bliźniaki widziały w wyobraźni. I nic w tym dziwnego, w końcu Czeczeni nie mają za co kochać Rosjan.
W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, gdy Niemcy zajęli Kaukaz, niektóre grupy Czeczenów i Inguszów poszły na współpracę z nimi, upatrując w tym szansę na odzyskanie niepodległości. W odwecie Stalin nakazał likwidację Czeczeńsko-Inguskiej ASRR i zastosował zbiorową odpowiedzialność wobec ludności cywilnej, wysiedlając (prawie) wszystkich do Kazachstanu i na Syberię. Na ich miejsce wysyłano rosyjskich osadników, w tym również sieroty, których pełno było w rosyjskich domach dziecka. To jednym z takich transportów bracia Kuźmionysze dotarli na Kaukaz. 
Pierwsze zetknięcie bliźniaków z rdzenną ludnością nastąpiło już po drodze, na jednej ze stacji, gdzie mijały się pociągi: ten z rosyjskimi dziećmi jadący w kierunku Czeczenii i ten, którym wywożono całe czeczeńskie rodziny. Opis tego drugiego jest wstrząsający, jako żywo przypomina znane nam skądinąd opisy wywózki Żydów do obozów koncentracyjnych. Jednak to, co zarówno dla czytelnika, jak i dla każdego dorosłego uczestnika tamtych wydarzeń jest oczywiste, zupełnie inaczej wygląda w oczach jedenastolatków. Chłopcy długo pozostają nieświadomi tego, co się wokół nich naprawdę dzieje. Widzą żyzne pola obsiane kukurydzą i owocujące sady. Dziwią ich opuszczone wsie, brak dymu z kominów nielicznych chat zamieszkałych przez rosyjskich kołchoźników, żyjących w strachu przed śmiercią, która może nadejść z gór. Chłopcy nie wiedzą, że gdzieś w tych pięknych widocznych na horyzoncie górach ukrywają się Czeczeni, którzy uniknęli wywózki, że nocami schodzą do doliny, że palą i zabijają w okrutny sposób. Dowiedzą się w okolicznościach dramatyczniejszych, niż wszystko, co ich dotąd spotkało, a przecież w swoim krótkim życiu doświadczyli już wiele zła.

Napisana czterdzieści lat po tych wydarzeniach Nocowała ongi chmurka złota w dużym stopniu oparta jest na biografii jej autora. Autentyczność opisywanych w książce wydarzeń podkreśla narracja, miejscami przechodząca z trzeciej w pierwszą osobę. Podkręca to atmosferę powieści, i tak już napiętą przez zabieg zestawienia uświadamianej sobie przez nas cały czas grozy sytuacji, w jakiej znaleźli się nasi bohaterowie, z ich dziecięcym jeszcze oglądem świata. Bo choć Kuźmionysze musieli nauczyć kraść i kłamać, by przetrwać bez opieki dorosłych, to jednak w wielu sprawach pozostali dziećmi, szukającymi matczynej miłości i mimo wszystko ufnie patrzącymi w przyszłość. Ich świat (do czasu) jest prosty i pogodny.

Nocowała ongi chmurka złota, to początkowo pogodna opowieść o dwóch sympatycznych urwisach, którzy mimo trudnych czasów i okoliczności, zdają się świetnie sobie radzić. Później następują wydarzenia, do których nie przygotowuje nawet wcześniej uświadamiany, wyczuwalny przez czytelnikowi klimat czającego się niebezpieczeństwa. Całość daje efekt mocnej, wstrząsającej książki o wyrazistej antywojennej wymowie. Obrazy ludzi poranionych przez wojnę, fizycznie i psychicznie, los osieroconych dzieci, głodnych, spragnionych miłości i troski rodzicielskiej, muszą przemówić do wyobraźni każdego. Ale najlepiej bezsens wojny oddają słowa Kolki, zwierzającego się Saszce, co powiedziałby Czeczeńcowi, gdyby go spotkał – słowa niby dziecięco naiwne, ale jakże celne:
„Słuchaj, Czeczeniec, ślepy jesteś? Nie widzisz, że ani ja, ani Saszka nie chcemy walczyć z tobą? Przywieźli nas, żebyśmy tutaj mieszkali, no to mieszkamy, a poza tym i tak byśmy stąd wyjechali. (…) Jeśli zaczniesz zabijać żołnierzy, ten sposób wszyscy zginiecie – i ty, i oni. A czy nie byłoby lepiej, żebyś sam żył, żaby oni żyli, i żebyśmy z Saszką również żyli? Czy nie można tak zrobić, żeby nikt nikomu nie przeszkadzał i żeby wszyscy ludzie byli żywi (...)?”2
Wydaje się to takie proste. Niestety, dorośli nie zawsze myślą w ten sposób.

1s.18

2s. 214.

sobota, 20 października 2012

Katarzyna II caryca Rosji: Romans historyczny

Eugeniusz Zabel
Dom Wydawniczy TOTUS, Warszawa 1992
214 stron

Caryca Katarzyna Wielka to jedna z najpotężniejszych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych postaci kobiecych w historii nowożytnej. Do dziś opinie o niej są podzielone, i to zarówno te dotyczące sposobu dojścia przez nią do władzy i tego, jak tę władzę sprawowała. Dla jednych Katarzyna II to mecenaska myśli oświeceniowej i szerzycielka postępu, monarchini - choć z urodzenia Niemka - w pełni oddana swojej nowej ojczyźnie Rosji. Dla innych to bezwzględna imperatorowa, która doszła do tronu dzięki politycznemu morderstwu, a i później nie wahała się przed sięganiem po krwawe metody rozprawiania się z politycznymi przeciwnikami. 
 
Historii panowania Katarzyny II pikanterii dodaje też jej życie prywatne, a ściślej mówiąc – miłosne. Jej rozpasana seksualność obrosła już legendami, nie zawsze prawdziwymi, ale też nie tak zupełnie bezpodstawnymi; to za jej czasów faworytyzm stał się instytucją państwową, a urzędowe stanowisko „osobistego adiutanta Jej Cesarskiej Mości”, potocznie zwanego „wriemieńszczykiem” (od rosyjskiego: wriemia – czas) obsadzane było oficjalnie i piastowało je kolejno dziesięciu faworytów, z których kilku doszło do wysokich godności i posiadało faktyczną potężną władzę, zaś wszyscy potężnie się na tej funkcji wzbogacili. Niemniej jednak i w tej dziedzinie zwolennicy Katarzyny znajdują argumenty mające nadać ludzką twarz owemu wyuzdanemu stylowi życia cesarzowej i przedstawiają ją jako dziewczynę nieszczęśliwą w zaaranżowanym, dynastycznym małżeństwie, przez całe życie spragnioną i poszukującą miłości. 
 
Ta mieszkanka sensacji w życiu publicznym i prywatnym władczyni powoduje, że Katarzyna II jest wdzięcznym obiektem zarówno dla biografów, jak i powieściopisarzy, dość wspomnieć dwie tegoroczne nowości wydawnictwa Znak: powieść Ewy Stachniak i biografię Roberta K. Massie. 
 
To właśnie oferta Znaku zainspirowała mnie, żeby sięgnąć po mojego prywatnego półkownika, czyli Katarzynę II carycę Rosji - romans historyczny Eugeniusza Zabela. Nowość to nie jest i wcale nie dlatego, że tyle lat stała na mojej półce, iż niemal do niej przyrosła, ale dlatego, że napisana została kilkadziesiąt lat temu, a przetłumaczona na polski w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Pomimo czasu, jaki upłynął od jej napisania, nie miałam jednak wrażenia, aby „trąciła myszką”. I to właściwie jedyna dobra rzecz, jaka mogę powiedzieć o tej książce.

Akcja powieści rozpoczyna się w dniu, gdy na zamek w miasteczku Zerbst przybywa kurier z listem od cesarzowej Elżbiety, a kończy zaledwie czternaście lat przed śmiercią Katarzyny Wielkiej. Na początku poznajemy dziewczynę dojrzałą jak na swój wiek, pragnącą zostać monarchinią wielkiego kraju i dążącą do tego w sposób świadomy, a jednocześnie jak najbardziej godny. Zabel starał się przedstawić Katarzynę w jak najkorzystniejszym świetle, wskazując zawsze prawe i szlachetne motywy jej nie zawsze godziwych postępków. Nie przejmował się przy tym zbytnio regułami obowiązującymi historyków i opisał życie swojej bohaterki niespecjalnie przejmując się prawdą historyczną, a skupiając się bardziej na wydarzeniach i interpretacjach atrakcyjnych dla czytelnika powieści, a nie biografii. Z drugiej zaś strony, chcąc pokazać przekrojowo całe życie cesarzowej, a nie ograniczyć się wyłącznie do jednego z jej romansów, nie mógł uczynić wątkiem głównym miłosnych perypetii swojej bohaterki. W efekcie powstała jakaś efemeryda, która nie jest ani książką historyczną, ani romansem, a podtytuł „romans historyczny” wydaje się być nadużyciem. Całość ratuje dopisany przez tłumacza prof. Tadeusza Dropiowskiego ostatni rozdział i właściwie to żałowałam, że nie napisał on całej tej książki od nowa.

Jeśli miałabym komuś polecać tę książkę, to na pewno nie osobom, które nic albo niewiele wiedzą o Katarzynie II, ale raczej tym, którzy niejedno już o niej przeczytali i są zafascynowani tą niebanalną, nietuzinkową kobietą; dla takich osób książka może stanowić uzupełniającą ich wiedzę ciekawostkę, napisaną przez przychylnego cesarzowej rodaka, a nawet więcej - krewnego, który twierdził, że miał dostęp do jej pamiętnika, prowadzonego ponoć do czasu objęcia przez nią tronu i w ostatniej chwili ocalonego od spalenia (co znalazło swoje odzwierciedlenie w powieści).

środa, 25 lipca 2012

Złowroga pętla


Aleksandra Marinina
W.A.B., Warszawa 2012
wydanie w serii Polityki „Lato z kryminałem 2012”
351 stron

W Złowrogiej pętli Marinina łączy kilka z pozoru niczym nie związanych spraw: szantażowania spokojnej rodziny adopcyjnej, pozorowanej na samobójstwo śmierci człowieka, który ujawnił szantażyście tajemnicę tej adopcji oraz dziwne zniknięcie z milicyjnego komisariatu teczek w czterech innych, zupełnie niezależnych od siebie śledztwach. Jeśli ktoś potrafi wykryć związek między tymi sprawami, to osobą tą może być jedynie nadworna analityczka milicyjna Marininy, major Anastazja Kamieńska. Jej fachowość i nadzwyczajny zmysł logicznego myślenia i kojarzenia faktów i tym razem nie zawodzi, a nawet więcej, bo pozwala odkryć niepokojącą mapę wzrostu przestępczości we wschodniej dzielnicy Moskwy: wzmożona fala przestępstw układa się na planie miasta w złowrogą pętlę. A to oznacza, że pani major musi zająć się nie tylko rozwiązaniem spraw w oficjalnym śledztwie, ale jeszcze nadprogramowo ustalić przyczynę dziwnego zjawiska, które właśnie zaobserwowała. Tymczasem wokół Kamieńskiej atmosfera zaczyna się zagęszczać, weszła w paradę siłom na tyle potężnym, że zaczyna grozić jej śmiertelne niebezpieczeństwo.

Po Ukradzionym śnie to drugi kryminał Marininy, jaki przeczytałam. Tamten niezbyt mi się podobał, ale wiedząc, jaką popularnością cieszy się autorka, chciałam dać i jej i sobie drugą szansę. Nadal jednak nie przekonałam się do jej sposobu pisania. Tym razem intryga wprawdzie jest nieźle pomyślana, poprowadzona tak, aby do wykrycia sprawcy doszło drogą dedukcji, a przy tym wskazówki do tego prowadzące obudowane są sensacyjną fabułą. Powieść mogłaby naprawdę trzymać czytelnika w napięciu, gdyby nie to, że jest zdecydowanie przegadana. W pełnym skupieniu się na warstwie kryminalnej przeszkadzały mi niestety łopatologiczne dialogi i płaskie postaci. Bohaterowie zupełnie jak z czasów sowieckiej propagandy, czyli paskudni złoczyńcy bez skrupułów i dobrzy milicjanci, którzy zarywają noce, żeby ochronić lud pracujący przed zakusami zła. Takim stylem pisano kryminały socjalistyczne. A ten powstał przecież już w połowie lat dziewięćdziesiątych, w scenerii Moskwy po pieriestrojce, a brzmi jakby był jeszcze z poprzedniej epoki. No, może poza jednym ogniwem, którego na pewno by w socjalistycznych kryminałach nie było, ale nie ma co o nim dokładniej pisać, bo to by mogło zdradzać rozwiązanie, a i tak, moim zdaniem, nie ratuje jakości ogólnej wymowy powieści. 
 
Jeśli pozostałe książki Marininy też są takie, to doprawdy nie wiem, jakim cudem mogą być bestsellerami. Złowrogą pętlę przeczytać owszem można, zwłaszcza w okresie wakacyjnego rozluźnienia (a i cena przystępna), ale zachwycać się nie ma czym.

środa, 16 maja 2012

Na Górnej Masłowce


Dina Rubina
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A., Warszawa 2006
172 strony


W moskiewskiej dzielnicy artystów na Górnej Masłowce ma swoją pracownię uznana niegdyś rzeźbiarka, przyjaciółka takich sław, jak Achmatowa, Modigliani, Wertyński. Dziś artystka ma dobrze po dziewięćdziesiątce i jest już nieco zapomniana, wciąż jednak otaczają ją młodzi, niespełnieni i nieodkryci jeszcze przez świat twórcy, wielbiący jej talent i mniej lub bardziej cierpliwie znoszący despotyzm staruszki. Wszyscy oni klepią biedę, jak przystało na prawdziwych artystów. Jest w tym gronie malarz Matwiej, który nigdy jeszcze nie sprzedał żadnego obrazu, choć według Anny Borysowny jest on prawdziwym geniuszem, jest jego żona Nina – tłumaczka z hiszpańskiego i kilka innych jeszcze, drugoplanowych postaci. 
Główną postacią jest jednak, obok Anny Borysowny, dobrze zapowiadający się niegdyś reżyser Pietia Awdiejewicz. Obecnie Pietia jest czterdziestolatkiem mieszkającym kątem u Anny Borysowny, jej opiekunem, fanatycznym niemal miłośnikiem porządku i kierownikiem amatorskiego teatrzyku zakładowego w piekarni. Wszelkie jego próby znalezienia lepszego i bardziej prestiżowego zajęcia niezmiennie kończą się fiaskiem, za co wini swoją protektorkę. Anna Borysowna ma bowiem nie tylko despotyczny charakter, ale i zwyczaj ciągłego ingerowania w cudze życie, a przy tym zawsze i z każdym jest do bólu szczera. Zawsze taka była, wobec rodziny i obcych, nawet w latach stalinowskiego terroru potrafiła nie liczyć się ze słowami, aż dziw, że przeżyła tamte czasy. Przeżyła też jedyną córkę, z wnukiem nie utrzymuje kontaktów, teraz jej bliskimi są tylko ci młodzi ludzie odwiedzajacy jej pracownię, a najbliższym – Pietia. 
Osią powieści są relacje i zależności między tymi dwojgiem. Mężczyzna zdaje się jej nienawidzić, a jednocześnie troszczy się o nią jak nikt inny. Ona z kolei zachowuje się tak, jakby mało jej było własnego, długiego i intensywnego życia, zawłaszcza jeszcze życie Pietii, decyduje za niego o wszystkim, steruje nim, jak chce. Ten miota się, próbuje uciekać, a jednocześnie nie potrafi się od niej uwolnić. Do czasu, gdy los zdecyduje za niego.
Na Górnej Masłowce to dziwna książka. Odebrałam ją jako powieść o pasji i głodzie życia, o nienasyceniu nim. A także o zawładnięciu cudzym życiem do tego stopnia, że ten ktoś nie jest już w stanie decydować o sobie. Ale tak do końca wcale nie jestem tego pewna.

środa, 28 marca 2012

Tamten świat

Nina Katerli
Wydawnictwo CIBET, Warszawa 2001
291 stron

Ocena 5/6

Niewiele jest u nas książek takich, jak ta, prosto i zwyczajnie napisanych powieści o rosyjskiej codzienności po upadku Związku Radzieckiego. Jedną z takich książek jest Tamten świat. Tytuł jest wieloznaczny, równie dobrze może kojarzyć się z zaświatami, minionymi czasami sowieckimi albo relacją wielkie miasto – prowincja, bo do tego wszystkiego nawiązuje współczesna obyczajowa powieść Niny Katerli. 
 

W dniu pięćdziesiątych szóstych urodzin Nadzieżda Czernych robi bilans dotychczasowego życia i perspektyw na przyszłość. I postanawia za rok umrzeć. Właśnie straciła pracę (szczęście w nieszczęściu, że mogła przejść na emeryturę), męża nigdy nie miała, z córką nie znajduje wspólnego języka, ta wyprowadziła się i żyje własnym życiem. Nadzieżda nie chce zestarzeć się w samotności ani być ciężarem dla innych, zdana na łaskę tych, co będą musieli się nią zająć. Woli odejść w chwili, którą sama wybierze. Ale wcześniej chce dać sobie jeszcze jeden pełny rok na załatwienie wszystkich zaległych spraw. Ta decyzja o zaplanowanej śmierci jest katalizatorem, który wyzwoli zmiany, na jakie z pewnością nie zdecydowałaby się, gdyby nie samobójcze plany na bliską, jakby nie było, przyszłość. Zmiany, które tak wpłyną na jej życie, że po roku postawią pod znakiem zapytania sens odebrania sobie życia.


Między Moskwą a Petersburgiem
Jeśliby streścić jedynie fabułę, wyszłoby na to, że powieść jest zwykłym czytadłem. Ma wiele elementów typowych dla czytadeł: oddane przyjaciółki, ludzie niosący bezinteresowną pomoc i przyjaźń, szczęśliwe zrządzenia losu. A jednak w porównaniu z przeciętnym przedstawicielem gatunku Tamten świat nawet pod względem fabuły stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Opowiedziana historyjka jest lepsza, niż zazwyczaj w takich książkach, nie jest nachalna, nie wszystko kończy się ni stąd, ni zowąd obowiązkowym happy endem. I przynajmniej nie denerwowała mnie naiwnością i infantylnością (no, może w niektórych momentach), jak zawsze, gdy – niepomna wcześniejszych doświadczeń – sięgam po coś wyjątkowo lekkiego. Może dlatego, że bardziej niż na akcji książki, skupiałam się na występujących w niej postaciach i na tle obyczajowym.

Zarówno pomysł na bohaterki powieści, jak i sceneria, w jakiej rozgrywają się wydarzenia, są naprawdę interesujące. Nadieżda i jej dwie przyjaciółki Luba i Wiera to kobiety ponad pięćdziesięcioletnie, a właściwie – prawie sześćdziesięcioletnie. Niewiele jest książek o paniach w takim wieku, filmów zresztą też. Tak, jakby po ukończeniu pewnej liczby lat przestawały istnieć, stawały się niewidzialne. Jeśli już występują gdzieś, to na drugim planie, jako wredne teściowe, albo dobre lub złe babcie. Ich problemy, troski, dylematy nie interesują ani pisarzy, ani scenarzystów. Aż dziwne, bo przecież właśnie one stanowią znaczącą grupę w targecie dla twórców seriali i lekkich powieści obyczajowych.  
 

Petersburg
W Tamtym świecie kobiety stojące u schyłku pracy zawodowej i „świeże” emerytki są postaciami pierwszoplanowymi. Nina Katerli wzięła na warsztat ich sprawy codzienne i opisała, jak sobie radzą w okresie przemian ustrojowych. Pokazała, że ich życie nie wygląda „różowo”. Młodość dawno minęła i to w zupełnie innych czasach i warunkach, a teraz są odstawiane na boczny tor. Jedne z pokorą przyjmują swój los i odchodzą na emeryturę, gorzknieją, chorują, z sentymentem wspominają dawne życie i tamten miniony świat. Inne z lepszym lub gorszym skutkiem starają się przystosować. To o tych drugich przede wszystkim jest powieść Katerli. W prowincjonalnym Mokszyńsku Wiera, dyrektorka technikum krawieckiego stara się uratować finanse szkoły otwierając pracownię krawiecką szyjącą na zamówienie, „Kobyła” Tamara prowadzi prywatną aptekę z lekami za drogimi dla mieszkańców, więc dorabia na handlu narkotykami, dawna partyjna aktywistka Wala Cariewa stara się utrzymać wśród „demokratycznej” władzy miasteczka.

 

Demonstracja na Placu Czerwonym
  Największym plusem powieści jest jednak tło opisywanej historii. Na przykładzie Petersburga (na prowincji nadal nazywanego Leningradem) i małego miasteczka Mokszyńsk leżącego gdzieś wśród lasów, kilkadziesiąt kilometrów od najbliższej stacji kolejowej autorka kreśli obraz dnia powszedniego w wielkich miastach i mieścinkach Rosji z lat dziewięćdziesiątych. Obserwujemy zachodzące przemiany i ich skutki. Kraj się zmienia, ale nie we wszystkim na lepsze. Z jednej strony jest więcej wolności, ludzie nie boją się mówić, co myślą. Z drugiej są bankrutujące zakłady, upadające instytucje kultury, „mrówki” handlujące na targach tureckimi i chińskimi ciuchami oraz niewypłacane miesiącami pensje. Różnice majątkowe są coraz bardziej widoczne, nowi „ruscy” zaczynają opływać w dostatki, a ci nieprzedsiębiorczy z dnia na dzień ubożeją, właściwie nie wiadomo, z czego żyją. Coraz powszechniejsze są różnorakie patologie: bezkarni bandyci, cwaniacy bogacący się na ludzkiej naiwności, liczni bezdomni, skorumpowana policja i takaż służba zdrowia. Widząc, w jakim kierunku zmienia się kraj wielu ludzi zapomniało o uciążliwościach dawnego życia i teraz z rozrzewnieniem wspominają rządy władzy radzieckiej.  

Polscy czytelnicy, którzy pamiętają Polskę z tamtego okresu, bez trudu dostrzegą wiele podobieństw. No, może u nas te negatywne zjawiska nie przybrały aż takich rozmiarów, jak w Rosji. I wódki chyba piło się trochę mniej, bo tam pojawia się przy każdej okazji, właściwie bez alkoholu nic się nie odbywa, nawet spotkanie matki z córką.

Artystycznie książka nie jest żadnym szczególnym osiągnięciem, żadnych alegorii, symboliki, ukrytych znaczeń, nie to, co u modnych i wybitnych pisarzy, o których się mówi na literackich salonach. Ot, takie zwykłe pisanie. A jednak uważam, że warta jest przeczytania właśnie dla tej prosto opisanej, pospolitej rosyjskiej codzienności, widzianej oczami rodowitej Rosjanki. Ninie Katerli udało się w Tamtym świecie bardzo wiarygodnie i naturalnie, tak jakby mimochodem, ukazać postsowiecką Rosję. 
 ___________
 PS. Zdjęcia  pochodzą z mojej wycieczki do Rosji w 2004 roku (robione jeszcze zwykłym,  niecyfrowym aparatem, stąd ich jakość). 

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dzienniki kołymskie

Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
319 stron

Ocena 6/6

Zaraz na wstępie powiem, że bardzo lubię sposób opisywania świata przez JH-B. Wszystko mi w jego reportażach pasuje: strona świata, sposób traktowania ludzi, o których pisze i wreszcie język, jakiego używa. Zachwyca mnie, że potrafi zbratać się z każdym, naciągnąć na zwierzenia i wyłuskać interesujące historie tam, gdzie kto inny widziałby tylko pospolitość. A przecież w każdym człowieku jest coś niezwykłego, choć czasami trzeba umieć to z niego wydobyć. I dla mnie Pan Jacek Hugo-Bader jest mistrzem w opisywaniu nie krajów, nie zjawisk ani problemów (choć i to znajdziemy w jego książkach), ale ludzi właśnie, tych zwyczajnych, spotykanych po drodze, typowych-nietypowych „ruskich”.

W 2010 roku Jacek Hugo-Bader wybrał się na Kołymę. Jego celem było:
„zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI.”1
Trasa podróży wiedzie z Magadanu do Jakucka. Początkowo miało być motocyklem, ale nie wyszło. Zamiast tego jest autostop – ciężarówki, osobowe, czasami pieszo, byle do przodu, bo czas goni, bo zimą przestają kursować promy przez rzeki.

Kołyma, wiadomo z czym się kojarzy. Jej ponurą sławę świat poznał dzięki książkom Aleksandra Sołżenicyna, Anne Applebaum, Warłama Szłamowa. Jacek Hugo-Bader nie zamierza pisać o przeszłości, ale przecież w takim miejscu nie sposób uciec od wspominania tamtych czasów, od tragizmu kołymskich obozów śmierci, które tylko tym różniły się od hitlerowskich, że pieców nie było. To porównanie, za które Warłam Szałamow, więzień gułagu i autor Opowiadań kołymskich, dostał dodatkowe dziesięć lat odsiadki. Jego opowiadania towarzyszą Hugo-Baderowi w podróży, powołuje się na nie i w dziennik wplata ich fragmenty. I choć celem nie jest wyprawa w przeszłość, ale teraźniejszość, nie byłby prawdziwym reporterem, żeby nie pójść do tych, co jeszcze żyją i pamiętają tamte czasy, bo może to już ostatni moment, żeby dowiedzieć się, co przeżyli, co było ich udziałem.

Po kilku dniach spędzonych w Magadanie z ulgą opuszcza to
„Dziwne, zahibernowane przez morderczy kołymski klimat sowieckie ponuractwo, (…) którego już w Rosji prawie nie ma. Ludzie wkurzeni, opryskliwi, ponurzy, smutni i ledwo odwarkujący na każde pytanie. A poproś o co! Jacy potwornie nieszczęśliwi. Nawet młodzi to mają.”2
i rusza na Trasę, w kierunku Jakucka. Na Trasie ludzie są już inni, życzliwi, serdeczni:
„Każde spotkanie z człowiekiem na Trasie to teraz czysta przyjemność, a przydrożne bary po prostu uwielbiam. (…) Mogę godzinami w nich siedzieć i gapić się na te zwyczajne, prawdziwe, szczere gęby, na ludzi tajgi w panterkach, na szoferaków z upapranymi smarem łapami (techniczny brud to nie brud – mówią), pokręconych przez reumatyzm poszukiwaczy złota.”3

A więc gapi się, słucha i zbiera ich historie, czasem prawdziwe, czasem zmyślone, bo  to taki syndrom paputczika4opowiadanie może mieć dwie postaci. Przypadkowemu człowiekowi spotkanemu po drodze albo szczerze opowiada się o swoim życiu, o wszystkim, co wstydliwe, co boli, czego nie powie się nawet bliskim, a obcemu tak, bo nie ma strachu, że nieznajomy zdradzi tajemnice. Ale można i zupełnie odwrotnie, można nazmyślać, co się tylko chce, marzyć i fantazjować, bo obcy nie ma szans, żeby wytknąć kłamstwo. Inna sprawa, że jednemu przypadkowemu człowiekowi się opowiada, a innemu nie. Jackowi Hugo-Baderowi opowiadają.

I takimi zasłyszanymi historiami – bardziej lub mniej zaskakującymi, prawdopodobnymi, albo i nie - najeżony jest dziennik z podróży JH-B po Kołymie. Tyle, że aby je usłyszeć, trzeba równo pić, prawie codziennie i prawie z każdym, bo bez wódki nie będzie rozmowy, nie będzie tych fascynujących opowieści. Jak choćby ta o córce Jeżowa, kata Rosji, czy ta o Wołodii zwanym „Dziadem”. O Juriju, co ma dwie żony, po jednej na każdym końcu trasy. O młodziutkiej żonie Andrieja, zabitej przez szamana, bo nie dorosła to tego, żeby o nim film robić i o towarzyszce Ninie, jak pierwszy raz piła spirytus. Albo o krzyżowcu Wołodii, którego przed śmiercią na nieznaną lekarzom chorobę uratowało stawianie krzyży na cmentarzach zeków.
Krzyżowiec Władimir to jeden z nielicznych mieszkańców Kołymy, który chce wiedzieć i pamiętać, co się tu działo przed laty. Większość nie chce – dla nas, Polaków, to dziwne i trudno zrozumiale podejście:
„Jak miejscowi mogą nie wiedzieć, gdzie coś takiego było?! Dlaczego ich to kompletnie nie obchodzi? Dlaczego tego nie chronią? (…) O tym powinni uczyć w tutejszych szkołach, bo na Kołymie każda szkoła jest koło jakiegoś byłego obozu. Tam siedzieli i umierali niewinni ludzie, ich dziadkowie, a tuż za łagrowym pogorzeliskiem ogródki działkowe pompejczyków, mieszkańców Miaundży.”5
Gdzieś tam, w opowieściach o zamrożonych osadach, o ludziach, którzy dziś mieszkają na Kołymie, bo albo gdzie indziej nie potrafią, albo nie mają innego wyjścia, może i można doszukać się jakiegoś wytłumaczenia, jakiejś logiki tego niepamiętania, a przynajmniej próbować zrozumieć, że oni wolą żyć jeśli nie przyszłością, to przynajmniej dniem dzisiejszym, a nie zmorami dawnych lat. Może w tym niepamiętaniu, w tej niewiedzy, ucieczce od przeszłości w świat czarów, szamanów i nieprawdopodobnych, zmyślonych historii jest odpowiedź na pytanie, z którym Jacek Hugo -Bader wyruszał na Kołymę: Jak żyć na tym wielkim cmentarzu?

*

Głośno ostatnio jest o tej książce, i dużo wpisów krytycznych, że nieścisłości, że błędy. Nie będę udawać, że tego nie czytałam. Czytałam i wypowiem się na temat krytykantów. Korektorzy się znaleźli. A to, że kilometry się nie zgadzają, a to, że rzeka w Chandydze inaczej się nazywa. Jeśli nawet tak jest, to co z tego? Jak ktoś ma takie nastawienie, to powinien encyklopedię czytać, a nie reportaże. 
Jak biorę reportaż społeczny, to nie ma dla mnie znaczenia, czy droga miała 2025, czy 2069 km, bo ja tam chcę o człowieku poczytać. I nad kilometrami to się tylko prześlizguję; ważne, że daleko było. A tak naprawdę interesuje mnie, że szoferak Jura, co tę trasę pokonuje, wierzy, że spotkał szatuna, i że Sasza musiał swojego wiernego psa w przepaść spuścić, bo do wyboru było skazać go na śmierć głodową, albo że babuszka, co zgubiła się na jagodach, dopiero drugiego dnia wyszła na teren, z którego mogła zadzwonić,ale na niej nie robiło to wrażenia, a ja bym umarła ze strachu. Czytam, żeby się przekonać, jak ich zwykłe życie różni się od mojego zwykłego życia. A że niektóre opowieści wydają się nieprawdopodobne, to cóż to za zarzut do autora. Odwrotnie – to zaleta. JH-B nie jest świadkiem tych wszystkich nieprawdopodobnych wydarzeń, on tylko wysłuchuje cudzych opowieści. 
Ileż zaufania trzeba zyskać u przypadkowego znajomego, żeby takie rzeczy usłyszeć. Moja babcia opowiadała mi kiedyś, że widziała ducha. Weszła do chałupy, a duch stał przy piecu w izbie. Opowiadała tę historię tylko bliskim, ale jakoś tak mam wrażenie, że i Hugo-Baderowi by to opowiedziała, gdyby się spotkali, bo on by to potrafił uszanować. A krytykanci mogliby się najwyżej dowiedzieć, ile metrów było od drzwi do pieca i pewnie tylko to by ich interesowało, bo piec jest, a duchów nie ma, tylko że o babci nic by im nie mówiło.
 Opisuję tę historię po to, żeby podkreślić, że w spotkaniach z drugim człowiekiem nie tylko to jest ważne, co istnieje naprawdę, ale też, albo nawet bardziej to, w co ten człowiek wierzy, bo to go bardziej definiuje i określa. A JH-B umie słuchać i szanuje opowiadacza nawet gdy wie, że historia jest z księżyca. I dlatego tak bardzo lubię jego reportaże.

Pamiętam, jak czekałam na kolejne relacje JH-B z trasy, publikowane na stronie GW, później na reportaże w Dużym Formacie. Przez to nawet książka trochę straciła, bo nie miała takiej świeżości, odkrywczości, jak wtedy, gdybym nie czytała wcześniej fragmentów. Ale przecież to nie wada książki, że autor zechciał wcześniej, przed jej wydaniem podzielić się z nami tym, co przeżył. Odwrotnie, tę relację „na żywo” w GW należy zaliczyć JH-B na plus, i to wielki.

Jedną wadę książka jednak ma, a są nią czarno-białe zdjęcia. Nie rozumiem, dlaczego nie dali kolorowych, przecież nawet w korespondencji publikowanej na stronie zdjęcia były kolorowe. A choćby z tego powodu cena była kilka złotych wyższa, to i tak Dzienniki na pewno świetnie by się sprzedawały. Szkoda, że zdecydowano inaczej.

Ale i tak książka jest super. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to niech jak najszybciej nadrobi to niedopatrzenie :). Za to ja muszę jak najszybciej nadrobić swoje – już zamówiłam w bibliotece Opowiadania kołymskie Szałamowa, na razie ktoś je wypożyczył, oby jak najszybciej skończył, bo już nie mogę się doczekać.

1s. 22.
2s. 50.
3s. 118.
4Paputczik – towarzysz podróży, człowiek z którym jest ci po drodze, nie tylko dosłownie, ale też w przenośni.
5s. 213.

piątek, 5 sierpnia 2011

Generation „P”

Wiktor Pielewin
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002
318 stron

Ocena 3,5/6

Na ile rzeczywisty jest świat, w którym istniejemy, czy nasze byty są samodzielne, czy ktoś je kreuje i kieruje nimi. Takie pytania są chyba tak stare, jak ludzka myśl. Pielewin przenosi te wątpliwości na bliską nam, ale dość nową w postsocjalistycznych krajach płaszczyznę kreowania świata przez reklamę. 
 
Jego bohater Wawilen Tatarski robi dość nagłą i nieoczekiwaną karierę jako copywriter. Ten student Instytutu Literatury na wydziale przekładów z języków narodów Związku Radzieckiego miał zupełnie inny pomysł na życie.  
Tatarski wyobrażał sobie swoją przyszłość mniej więcej tak: w ciągu dnia – puste audytorium w instytucie, „rybka” z uzbeckiego czy kirgiskiego, która należy zrymować na jutro, a wieczorami – praca dla potomności.
Potem niepostrzeżenie nastąpiło pewne istotne dla jego przyszłości zjawisko. Związek Radziecki, który zaczęto modernizować i ulepszać (...) ulepszył się do do tego stopnia, że przestał istnieć (jeśli państwo jest w stanie popaść w nirwanę, był to akurat taki przypadek). W tej sytuacji o żadnych przekładach z języków narodów ZSRR nie mogło już być mowy.”1.
I wtedy odkrywa w sobie talent i powołanie do układania sloganów reklamowych, które najcelniej trafią w rosyjski target. W każdej sytuacji, w każdym miejscu znajduje inspiracje dla swoich pomysłów. Faszerowanie się grzybkami i wątpliwej jakości koką, popijanymi sporą ilością różnego sortu wódki, też jest mu w tym pomocne, gdy wizje mieszają się z rzeczywistością. Dostąpić najwyższego stopnia wtajemniczenia, wstąpić na zikkurat, oto jego przeznaczenie. 
 
Ale im dalej zapuszcza się w tajniki rządzące światem reklamy, tym więcej w nim podejrzeń, co jest realne, a co stworzone przez... No właśnie, przez kogo? Stopniowo przekonuje się, że tak naprawdę nie istnieje biznes, nie istnieje polityka, że wszystko jest złudzeniem, produktem reklamowym.
Generation „P” została napisana w 1999 roku, a więc krótko po uwolnieniu w Rosji (i nie tylko) gospodarki rynkowej. Rosyjskie społeczeństwo zachłysnęło się materialnymi dobrami i uległo konsumpcjonizmowi. Myślę, że wtedy powieść Pielewina miała walor świeżości, odkrywczości. Wskazywała na miałkość nowych wartości, na zatracenie narodowej idei gdzieś w powszechnej globalizacji i na przemianę z niewolnika epoki radzieckiej w niewolnika stanu posiadania. Ale od tamtej pory minęło trochę czasu i przerobiliśmy już te tematy. Czytając ją dziś nie znajduję w niej nic, co nie zostałoby wcześniej powiedziane, nie demaskuje niczego, co nie byłoby już obnażone i napiętnowane. I to wcale nie przez powieści, ale przez publiczna dyskusję przeniknęło do naszej świadomości (jeśli tylko na to pozwoliliśmy), jakim chłamem jest reklama, jak potrafi wytwarzać sztuczne potrzeby i budować naszą hierarchię wartości w oparciu o posiadane dobra. I bez przeczytania tej książki wiem, że
„zawsze reklamuje się nie rzeczy, ale zwykłe ludzkie szczęście. Zawsze pokazuje się jednakowo szczęśliwych ludzi, tyle że w różnych wypadkach to szczęście jest wywołane różnymi nabytkami. Dlatego też człowiek idzie do sklepu nie po rzeczy, ale po owo szczęście, a tego tam nie sprzedają.”2.
Podobno Pielewin jest jednym z najpopularniejszych rosyjskich pisarzy, tłumaczony jest na wiele języków. Jednak, bazując tylko na Generation „P”, nigdy bym go o to nie podejrzewała. Myślę, że przesłanie tej książki dziś już spowszedniało. Do tego całość przetykana rozmaitymi scenariuszami i sloganami reklamowymi, być może czytelnymi dla Rosjan, ale dla mnie nie zawsze, przez co miejscami książka wydawała mi się nużąca. 

Wprawdzie Pielewin wykazuje naprawdę dużą erudycję: wstawki, aluzje, nawiązania do literatury, nie tylko rosyjskiej, ale i światowej, do filozofii, do mitologii. Ponadto trzeba docenić sam pomysł, niewątpliwie odkrywczy w czasie, gdy książka powstawała, groteskową, nietuzinkową koncepcję świata i cięty (miejscami) dowcip. Ale mimo to Generation „P” nie zrobiła na mnie większego wrażenia.
 
Nie wiem, czy za kilka miesięcy zostanie mi jeszcze jakieś wspomnienie po tej lekturze. A co do innych książek autora, to może kiedyś... Ale chyba nieprędko. 
 
2s. 171.

sobota, 28 maja 2011

Trzydziesty piąty i później

Anatolij Rybakow
Państwowe Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1990
254 strony

Ocena 4/6

Książka jest kontynuacją i kolejnym tomem cyklu Dzieci Arbatu. Dalsze losy młodych ludzi z Arbatu Rybakow opowiada tutaj jednak jakby mimochodem, na drugim planie, w tle wielkiej polityki Stalina. To Stalin jest głównym bohaterem Trzydziestego piątego... i jemu poświęcone jest najwięcej miejsca.

Opętany żądzą władzy i podejrzliwością wobec wszystkich, nawet ludzi z najbliższego otoczenia, Stalin bezwzględnie i konsekwentnie postanawia dokonać rewolucji kadrowej i napisać nową wersję historii. Za najskuteczniejsze narzędzie w osiągnięciu tego celu uznaje zaprowadzenie powszechnego terroru. Nikt więc nie może czuć się bezpieczny, ani starzy bolszewicy, ani ludzie z jego najbliższego otoczenia i rodziny, ani nawet sprzątaczki na Kremlu. Nic nie chroni tego, kogo stalinowski aparat terroru uzna za wroga ludu, żadne deklaracje wierności i lojalności nie są wystarczające, gdy w głowie Stalina zrodzi się podejrzenie. Zagrożeni są przede wszystkim dawni opozycjoniści, teraz pokonani, zesłani do obozów, ale również wierni towarzysze partyjni. NKWD z sukcesem potrafi rozpracowywać nigdy nie istniejące spiski. Ludzie władzy, których Stalin uznał za zbyt mocnych, a więc zagrażających jego władzy, idą kolejno na śmierć. Tych nie zawsze można żałować, to często ludzie, którzy zaszli wysoko, bo stosowali metody, jakich później sami padli ofiarami. Ale i zwykły przeciętny człowiek nie może być pewny jutra. Nigdy nie wiadomo, czy nie zostanie uznany za wroga państwa radzieckiego, choćby za to, że słyszał dowcip i nie doniósł o tym. 
 
Wartością książki jest pokazanie mechanizmów, jakimi zaprowadzono rządy strachu.  Powszechna i wzajemna inwigilacja powodowała, że nikt nie tylko nie ważył się na krytykę czy na stawanie w obronie represjonowanych, ale wszyscy wręcz czuli się w obowiązku okazywać entuzjazm dla wszelkich poczynań władzy. Cały naród kochał więc wodza. Rybakow ;przedstawia nam Stalina, jako człowieka nie mającego złudzeń, skąd bierze się to uwielbienie, ale akceptującego i świadomie wywołującego taki stan rzeczy. 
 
Jednakże paradoksalnie sposób, jakim postanowił posłużyć się Rybakow, aby pokazać rodzący się terror, stanowi niestety minus powieści. Fikcja wciąż łączy się z historią i to ze szkodą dla fabuły, która staje się przez to mniej wciągająca niż w pierwszej części cyklu. Za dużo tu przemyśleń Stalina, za dużo nazwisk i polityki. Zwłaszcza, że czytelnik nie może mieć żadnej pewności i gwarancji, iż tak właśnie myślał i planował Stalin, jak opisuje Rybakow. Jeśli szukałabym wiedzy o Stalinie, wzięłabym biografię, a od powieści oczekiwałam czegoś innego.
 
Mimo to nie zniechęciłam się jeszcze do dalszych części Dzieci Arbatu. Może Strach będzie bliższy pierwszemu tomowi. Jak kiedyś znajdę w bibliotece i przeczytam, to opiszę dalej.

wtorek, 3 maja 2011

Dzieci Arbatu

Anatolij Rybakow
Państwowe Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1988
tomy I-II – łącznie 597 stron

Ocena 6/6


Dzieci Arbatu, pierwsza z czterech części cyklu pod tym samym tytułem (pozostałe, to Trzydziesty piąty i później, Strach, Proch i pył), długo czekała na swoje pierwsze wydanie. Napisana została długo po śmierci Stalina, w 1966 roku, ale wydano ją dopiero w 1987 i od razu stała się głośna nie tylko w ZSRR, ale i za granicą. 

Książka opowiada o losach kilkorga młodych ludzi w latach trzydziestych w Związku Radzieckim, zaś w historii młodego studenta i komsomolca Saszy Pankratowa można ponoć znaleźć elementy biografii autora. Oprócz fikcyjnych bohaterów pojawiają się w niej też postaci historyczne, ze Stalinem na czele, opętanym podejrzliwością, wykrywającym spiski tam, gdzie spiskowcy jeszcze nawet nie zdążyli o nich pomyśleć i piszącym własną wersję historii. I choć nie potrafię ocenić, na ile prawdziwie Rybakow oddał charaktery i motywy postępowania postaci historycznych, to dla mnie wypadają one bardzo wiarygodnie, zwłaszcza że oprócz postaci autor wkomponował w powieść również łatwo dające się sprawdzić fakty z przeszłości. Sposób, w jaki pokazał kulisy władzy, zakłamanie i metody propagandowe, wreszcie samego Stalina i jego motywy, wyjaśnia, dlaczego książka tak długo czekała na publikację. Jeszcze dziś są przecież w Rosji ludzie, którzy wierzą w dobroć Stalina i uznają go za wielkiego i szlachetnego przywódcę.
 
Wielość bohaterów występujących w książce daje czytelnikowi szeroki i przekrojowy obraz ówczesnego radzieckiego społeczeństwa. Cały korowód barwnych zróżnicowanych postaci, od skrajnych idealistów po wyrachowanych karierowiczów, a między nimi różne odcienie przeciętniaków, szaraków, jedni chcą przetrwać za wszelką cenę, inni mają granice, których nie przekroczą nawet dla ratowania życia. 
 
Osnową powieści są losy grupki młodych ludzi z Arbatu, rządowej ulicy w Moskwie, przy której wszyscy mieszkają. Sasza, Maksym, Lena, Jura, Nina i jej młodsza siostra Waria – to tylko niektórzy z arbackiej paczki, łączy ich dawna wspólna szkoła, podwórko, organizacja komsomolska. Poznajemy ich pod koniec trzydziestego trzeciego roku, gdy jeszcze z optymizmem patrzą w przyszłość, pełni nadziei i planów na urządzenie się w radzieckim społeczeństwie, w które wierzą bez zastrzeżeń. Mają około dwudziestki, studiują, pracują, piętnastoletnia Waria jeszcze się uczy. Na początku wydaje się, że są przyjaciółmi. Szybko jednak czytelnik przekonuje się, jak słabe i nietrwałe są łączące ich więzi, jak różnią się od siebie. Wchodzą właśnie w dorosłe życie i każde z nich obiera inną drogę, nie zawsze chwalebną. Czasy są, jakie są i młodzi muszą szybko dojrzeć, dokonywać wyborów, które zaważą nie tyko na ich przyszłości, ale również na losach bliskich lub nawet zupełnie obcych im ludzi. A niełatwo być przyzwoitym człowiekiem w kraju ogarniętym obsesją walki z wrogiem klasowym, w czasach rozpoczynającego się właśnie niewyobrażalnego terroru i wszechobecnej podejrzliwości. Nie każdy potrafi dla wierności zasadom moralnym wyrzec się kariery, wygodnego życia, albo wiary w jedyną słuszną linię partii i nowego boga – Stalina. 
 
Książka Rybakowa jest jedną z wielu, jakie Rosjanie napisali o tamtym strasznym i haniebnym okresie w dziejach ich ojczyzny, wszyscy znamy, choćby ze słyszenia, powieści o łagrach. Natomiast dopiero Dzieci Arbatu uświadomiły mi, że za Stalina stosowano zesłanie administracyjne, jak za cara. Może dla innych jest to oczywiste, ale moją wyobraźnię o stalinowskich czasach tak zdominowały historie o kołymskich obozach, że dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że i za władzy radzieckiej skazani nie zawsze trafiali do łagrów, że zsyłka nie musiała oznaczać obozu, ale przymusowy pobyt gdzieś na Syberii albo w innym w odległym i zapomnianym przez ludzi zakątku kraju. I że ten pobyt wyglądał tak samo, jak za carskich czasów, zesłaniec sam tam musiał się urządzić, znaleźć sobie mieszkanie, utrzymać się. Nie wolno mu było oddalać się poza granice rejonu, w który był zesłany, musiał stawiać się na wezwania władzy administracyjnej, ale na co dzień nikt go nie pilnował, mógł żyć i pracować, tak jak rdzenni mieszkańcy, i tylko do pracy w kołchozach zesłańców nie przyjmowano.

Drugie odkrycie dotyczy tego, jak wyglądało życie codzienne w stolicy. I znów obalone moje wyobrażenia, zbudowane w oparciu o filmy z czasów rewolucji i wojny. W Moskwie w latach trzydziestych tętniło życie towarzyskie i kulturalne, dostępne nie tylko dla ludzi władzy, ale dla wszystkich, którzy mieli na to pieniądze. Oprócz sklepów z towarami na kartki dla pospólstwa były sklepy dla wybranych, na talony, za dewizy. Kluby, restauracje, prywatne krawcowe, panienki prowadzające się z cudzoziemcami (nie tylko margines, ale i dziewczyny z tzw. dobrych domów, córki inteligencji), podziemny podejrzany światek, mający się doskonale i świetnie prosperujący pod rządami dyktatury ludu. I jeszcze swoboda obyczajowa dla wszystkich, powszechnie tolerowane faktyczne, niezalegalizowane małżeństwa. I to wszystko współistniejące z wszechobecną inwigilacją, gdy przyjęcie do byle pracy wiązało się z koniecznością wypełniania ankiety o sobie i rodzinie (swojej i współmałżonka) do entego pokolenia wstecz. 
 
Jednak to nie te obalone mity spowodowały, że tak wysoko oceniam Dzieci Arbatu, ale to, że dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak silnego wrażenia. Czytając ją na zmianę czułam przejęcie, wzruszenie, oburzenie. I to poczucie bezsilności, że nie ma sprawiedliwości, że nikt nie krzyczy „król jest nagi”, że ludzie bardziej boją się kary, odrzucenia, ostracyzmu, niż pragną prawdy. Ale czy dziś jest inaczej? Inne czasy, inny kraj, a zachowania ludzkie i motywacje, zarówno tych wielkich, jak i tych maluczkich, zawsze takie same, choć na inną skalę. Pod tym względem książka wciąż jest aktualna. 

I na pewno przeczytam następne części cyklu, tylko trochę ochłonę po tej.  
A na razie gorąco polecam Dzieci Arbatu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...