Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2014

Operacja „Kustosz”

Jolanta Maria Kaleta
Wydawnictwo Psychoskok, Konin 2013
e-book

W ubiegłym roku, w kilkumiesięcznym zaledwie odstępie czasu ukazały się dwie sensacyjno-przygodowe książki o poszukiwaniach zagrabionego przez Niemców podczas II wojny i do dziś nie odnalezionego Portretu młodzieńca pędzla Rafaela. Pierwsza, bo już w styczniu, była Jolanta Maria Kaleta ze swoją Operacją „Kustosz”, nieco ponad pół roku później wyszedł Bezcenny Zygmunta Miłoszewskiego. Obie łączy sensacyjna fabuła i przedmiot poszukiwań, a jednak tylko ta druga święciła triumfy na listach bestsellerów. O Operacji „Kustosz” nie można wprawdzie powiedzieć, że przeszła całkiem niezauważona, jeśli wziąć pod uwagę kilka blogów, na których o niej napisano, jednak daleko jej do popularności Bezcennego. Nazwiska autorów bez wątpienia mają w tym swój udział, bo przy supersławnym Zygmuncie Miłoszewskim autorka Operacji „Kustosz” jest niemal anonimowa, choć ma na koncie chyba ze dwa razy więcej książek. Ale czy tylko o nazwisko chodzi? Czego jeszcze brakło Operacji „Kustosz”, aby bić rekordy popularności? Moim zdaniem: rozmachu. 
 
Zygmunt Miłoszewski nie żałował sobie pisząc Bezcennego, niczym nie ograniczał literackiej wyobraźni, niejednokrotnie przekraczając granice prawdopodobieństwa, nawet jak na fikcję literacką. Jego książka może się podobać, albo nie, jednak nie można mu odmówić fantazji godnej Dana Browna. Przy jego bohaterach o niemal nadprzyrodzonych cechach, przy pościgach samochodowych na zamarzniętym Bałtyku, zaangażowaniu „górki” politycznej, zamieszaniu w sprawę światowych potęg i spiskach na skalę międzynarodową powieść Jolanty Marii Kalety wypada skromniutko, siermiężnie wręcz. A przecież i w niej nie brak zdeterminowanych poszukiwaczy o nietypowych umiejętnościach, szemranych marszandów, niebezpiecznych scen z użyciem przemocy i wykorzystywania układów z władzą. 
 
Autorka po krótkim, acz interesującym wprowadzeniu, mającym przybliżyć czytelnikowi okoliczności, w jakich Portret młodzieńca pod koniec wojny opuścił Wawel, przenosi akcję powieści do roku 1989, czasu przemian społeczno-politycznych i upadku starego systemu. Od tej chwili cała rzecz dzieje się głównie na Śląsku. 
Wiktor, dziennikarz lokalnej gazety pasjonujący się losami zaginionych w wojennej zawierusze skarbów polskiej kultury, wreszcie dostaje paszport, którego dotąd regularnie mu odmawiano, bo nie chciał podpisać „lojalki”. Teraz może wyjechać do Niemiec, gdzie wiedzie trop najcenniejszego z nieodzyskanych przez Polskę obrazów. 
Równolegle do poszukiwań skarbów przystępuje esbek Zbyszek, zajmujący się tym dotychczas zawodowo, ale obecnie planuje szukać prywatnie, na własne konto. Głównie interesuje go „złoto Wrocławia”, ale obrazem, zwłaszcza Rafaelem, też by nie pogardził. 
Tych dwóch ludzi niemal wszystko dzieli, z metodami i motywacjami na czele, a łączy jedynie para wspólnych znajomych. Marina i Kuba są małżeństwem od kilkunastu lat, a ich związek właśnie przechodzi kryzys. Ona – urzędniczka we wrocławskim archiwum, całe popołudnia i wieczory przesiaduje w domu, ślęcząc nad przyniesionymi z pracy pilnymi sprawami i czekając na męża z obiadem, on – prywatny detektyw i były wojskowy szyfrant, od domowych obiadów woli alkohol i panienki. Jedyne, co jeszcze pozostało małżonkom, to wspólna pasja, bo oboje są z zamiłowania grotołazami. Wszystkie te okoliczności, cechy i umiejętności bohaterów będą miały istotne znaczenie w dalszej fazie powieści, choć do odnalezienia Portretu młodzieńca się nie przyczynią i dalej będzie czego szukać, ale już w Bezcennym :)

Pomimo zarzutów, jakie mam do Operacji Kustosz”, zacznę od stwierdzenia, że czytało mi się tę książkę bardzo przyjemnie. Naiwna do bólu, postaci czarno-białe, dobre albo złe i to w starym, babcinym stylu: jak wierna żona, to wiernością bezapelacyjną, jak esbek, to bez żadnego kręgosłupa moralnego, nie tylko polityczna szuja, ale też zbok i gwałciciel, itd., itp. Miałam wrażenia, jakby mentalnie książka adresowana była dla nastolatków, taki Pan Samochodzik, tyle tylko, że „z momentami”. Normalnie takie książki raczej mnie wkurzają, ale tym razem nie, o dziwo. Może przekroczony został w niej pewien próg naiwności, po którym zamiast wkurzać, powieść rozbraja. A jednak nie na tyle przekroczony, aby przerysowania uznać za zamierzone, obliczone na osiągniecie efektów specjalnych, jak w powieściach w stylu Kodu Leonarda albo Indiany Jonesa. Może gdyby autorka odważyła się posunąć dalej w przekraczaniu granic możliwego, to i z Operacji „Kustosz” wyszedłby bestseller przynajmniej na skalę krajową. A tak to otrzymujemy całkiem przyjemny nawet, ale dość przeciętny „zabijacz czasu” z elementami sensacji, wzbogaconej nieco wiedzą z dziedziny poszukiwania zaginionych dzieł sztuki. 
Tak, zdecydowanie rozmach, a nie nazwisko autora jest tą cechą, która wpływa na różnicę w odbiorze przeze mnie Bezcennego i Operacji „Kustosz”.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

piątek, 23 sierpnia 2013

Tequila oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

Hugh Thomson
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
287 stron

 
Zdaje się, że do dziś modne jest wśród młodzieży ze Stanów i Europy Zachodniej, a i u nas też pojawia się taki trend, aby przed rozpoczęciem studiów powłóczyć się przez rok po świecie, zaznać swobody, poszaleć, posmakować życia samodzielnego, niby już na własny rachunek, bez opiekuńczej ręki rodziców, ale jeszcze beztroskiego, nieodpowiedzialnego.
Tak właśnie postąpił Hugh Thomson, a dla Meksykanów Hugo (bo – jak twierdzi autor – Hugh jest nie do wymówienia dla osób hiszpańskojęzycznych) – zrobił sobie przerwę w nauce i wyruszył do Meksyku, tyle, że było to ponad 30 lat temu, w 1979 roku. Miał trochę pieniędzy, ale nawet przy różnicy w sile nabywczej dolara i peso nie tyle, by mógł przeżyć rok nie troszcząc się o kasę. Na szczęście już na początku podróży, w samolocie ktoś podpowiedział mu rewelacyjny pomysł na dobry zarobek: trzeba kupić w Stanach duże auto i przeprowadzić je przez dwie granice do Ameryki Centralnej unikając płacenia cła i podatku, a w Gwatemali albo Belize można sprzedać je z niezłym zyskiem. Hugo idzie za tą radą, kupuje starego oldsmobila i bez tablic rejestracyjnych i prawa jazdy rusza przez cały Meksyk, starając się unikać głównych dróg i dużych miast. Po wielu miesiącach i perypetiach dociera do celu, gdzie na niego i jego oldsmobila czeka niezbyt miła niespodzianka.

Pierwsza część to właśnie relacja z tej podróży własnym samochodem przez drogi i bezdroża Meksyku, przetykana wstawkami na temat historii kraju, literatury i muzyki. Wspaniale napisana, spontaniczna i awanturnicza opowieść drogi, tchnąca niefrasobliwością przynależną młodości i pasującą do młodości. W drugiej części, kontynuacji podróży podjętej po trzydziestu latach, atmosfera jest już zupełnie inna. Nie ma tego beztroskiego, bezpośredniego dziewiętnastolatka, który wszędzie zachowywał się jak u siebie, wszędzie znajdował przyjaciół i pomocną dłoń (no, chyba, że trafiał na jakąś pięść). Zamiast niego jest pięćdziesięciolatek, któremu właśnie rozpadł się długoletni związek i który przyjechał do Belize szukać... No właśnie, czego? Przeszłości? Młodości? A może tej beztroski? Ale tamto Belize już nie istnieje, w jednym zmieniło się na lepsze, w innym na gorsze, tak jak młody Hugo zmienił się w podstarzałego Hugh'a. Wprawdzie ten teraźniejszy bardzo się stara postępować spontanicznie, „iść na żywioł”, ale czytelnik nie ma już tego poczucia, że za chwilę wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego, bo cały czas towarzyszy mu wrażenie, że gdzieś tam za uszami bohatera jest asekuracja, nabyta z wiekiem ostrożność i pełne konto pozwalające w razie czego wydobyć się z kłopotów. I choćby nie wiem jak się starał, to nie będzie już tamtym Hugo, a co najwyżej starym przebierańcem, silącym się na młodzieńczy luz. Nie ma nastoletniego Hugo, nie ma ludzi, których poznał podczas pierwszej wyprawy, nawet niebezpiecznie jest już gdzie indziej, niż wtedy. Niezmienne pozostały jedynie stare amerykańskie samochody i jeszcze starsze azteckie świątynie.

Świetna książka, niby podróżniczo-reportażowa, niby łotrzykowska, po części autobiografia, napisana lekko i naturalnie. Obie części powstały chyba w tym samym czasie, niedawno, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że część pierwsza w dużej mierze opierała się na notatkach prowadzonych przed laty na bieżąco, może nawet tylko zredagowanych ostatnio. I choć współcześnie, gdy autor wyrusza w swoją sentymentalną podróż, niewiele już zostało ze świata, który uwiecznił w swoich zapiskach, jednak to, co przetrwało plus odrobina wyobraźni pozwalają czytelnikowi przenieść się w przeszłość: azteckie piramidy – w czasy prekolumbijskie, a dawny dziennik i nowa droga, ale biegnąca tą samą trasą – w czas nieporównywalnie nam bliższy, lecz też już nie istniejący.
Przemijanie kojarzy się raczej smutno, ale nie u Thomsona. Owszem, jest tu nieco nostalgii, jest poczucie, że coś odeszło na zawsze, że „to se ne vrati”, jednak ogólnie książka utrzymana jest w optymistycznym, niefrasobliwym nastroju. Takim, w jakim chyba wszyscy chcielibyśmy przeżywać wakacyjne podróże, te zwykłe, te sentymentalne i nawet te tylko na papierze.

sobota, 16 lutego 2013

Templariusz

Paul Doherty
Wydawnictwo Bellona., Warszawa 2011
343 strony

Ten tytuł może być nieco mylący, przynajmniej dla mnie taki był. Sięgając po Templariusza oczekiwałam lekkiej, przygodowej powieści z rycerzem zakonnym w roli głównej, intryg, tajemnic z przeszłości, ukrytych skarbów itd. Wszystko to co prawda w książce jest, ale w wykonaniu, które raczej nie usatysfakcjonuje kogoś, kto tylko po to chciałby ją przeczytać. A jednak czytałam ją z dużym zainteresowaniem, bo choć powieściopisarzem Doherty wydał mi się miernym, to znawcą opisywanego okresu i popularyzatorem historii naprawdę dobrym.

Okres opisywany w Templariuszu, to czasy pierwszej wyprawy krzyżowej, od orędzia papieża Urbana II z 1096 roku, wzywającego do świętej wojny przeciw innowiercom do odbicia Jerozolimy z rąk Turków1 w 1099 roku. Hugon de Payens i Gotfryd z St. Omer są wśród rycerzy, książąt, możnowładców, którzy podejmują wyzwanie. Wraz z nimi na krucjatę wyruszają setki, tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci; jedni powodowani nadzieją wiecznego zbawienia, inni – zwabieni opowieściami o bajecznych bogactwach Ziemi Świętej, żądzą przygody lub po prostu uciekający przed nędzą i głodem panującymi w Europie. Jest też wśród nich wielu ludzi o podejrzanej przeszłości, o nędznym morale, liczących na darowanie win w zamian za udział w krucjacie. Idą z różnych zakątków chrześcijańskiej Europy w kierunku Konstantynopola, a stamtąd połączona już stutysięczna Armia Boga wyruszyła przez stepy Anatolii ku Jerozolimie.

Tytułowy Templariusz to Hugon de Payens, to on i jego przyjaciel Gotfryd stanowili trzon Bractwa ubogich Rycerzy Świątyni (później: Bractwa Portalu Świątyni). Obaj są postaciami historycznymi, założycielami Zakonu Templariuszy, lub – jak kto woli – Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. W powieści Dohertego główna bohaterka jest jednak Eleonora de Payens, siostra Hugona, która wraz z nim bierze udział w krucjacie. To wokół niej osnuta jest cała fabuła, z jej pozycji (mimo, że nie narratorki) czytelnik poznaje kolejne odsłony działań tureckiego szpiega w szeregach Armii Boga i kilku tajemnic, jakie kryją ważniejsi i mniej istotni bohaterowie powieści. Również z jej punktu widzenia widzimy, jak naprawdę wyglądała wojna, która z założenia była wojną w imieniu miłosiernego Boga chrześcijan. 

I o ile w samej fabule, w budowaniu napięcia, w zdolności zaangażowania czytelnika w losy swoich powieściowych bohaterów Doherty nie jest najlepszy, o tyle w scenach zbiorowych, ogólnych, w opisach – po prostu błyszczy. Te obrazy są plastyczne, trafiające do wyobraźni i robiące wrażenie. Wędrówka armii złożonej z dziesiątek tysięcy ludzi musiała wyglądać tak, jak on to opisuje. I tak wyglądała, w posłowiu autor powołuje się na źródła, z których korzystał. A bynajmniej nie jest to obrazek łagodnej procesji, jaka pojawia się w głowie ucznia idący na lekcje historii prosto z lekcji religii. Boży wojownicy zostawiali po sobie spustoszone krainy, spalone miasta. Wśród uczestników krucjaty od początku nie brakowało ludzi o wątpliwej moralności, zdolnych do najpodlejszych czynów. Ale i inni, ci przyzwoici tracili morale w obliczu doświadczeń, jakim zostali poddani. Zamiast obiecywanej bożej łaski, zamiast krain mlekiem i miodem płynących dostali wędrówkę na przemian w dojmującym zimnie i piekącym upale, głód, brud, choroby, przegrane walki lub zwycięstwa okupione okrutną śmiercią towarzyszy. Wynikająca z tego utrata nadziei w sens wyprawy wpływała demoralizująco na uczestników krucjaty. I wtedy chrześcijańskie wartości nie znaczyły już nic, dobrzy chrześcijanie zamieniali się w jeźdźców apokalipsy. Szlak, którym przeszli, znaczyły mordy, gwałty, rabunki.

Uważam, że źle się stało, iż Templariusz marketingowo zasugerowany został jako książka o indywidualnych losach jej bohaterów, trafiając w ten sposób do czytelnika oczekującego czego innego, niż książka oferuje. Fabuła jest tu raczej przeciętna, dialogi nieco sztuczne, a bohaterowie potraktowani dość powierzchownie. Może autorowi brakło lekkości pióra i umiejętności budowania napięcia, a może po prostu tę warstwę powieści traktował po macoszemu, bo miała służyć tylko jako pretekst do ogólnej opowieści o pierwszej krucjacie. W każdym razie jako powieść przygodowa niezbyt się sprawdza, jest natomiast dobrą, napisaną w przystępnej i popularyzatorskiej formie książką historyczną. Książką odpowiednią dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak w rzeczywistości musiały wyglądać wyprawy krzyżowe, lecz nużą ich naukowe, a nawet popularnonaukowe opracowania. 
 
1Autor celowo utrzymał „podstawowy podział pomiędzy dwoma pozostającymi w konflikcie w czasach średniowiecznych kręgami kulturowymi. W świecie islamu słowo „Frank” opisuje każdego człowieka Zachodu. Z drugiej strony , większość Europejczyków, nie zdając sobie sprawy z istnienia różnych odłamów islamu, używa na ogół określeń „Turek” lub „Saracen” w odniesieniu do swych wrogów.” (ze wstępu Od Autora, s.9-10).

niedziela, 30 grudnia 2012

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy

Sergiusz Piasecki
Świat Książki, Warszawa 1994
445 stron


Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy wydany został po raz pierwszy w 1937 roku. Książka błyskawicznie zdobyła ogromną popularność i doczekała się nie tylko wielu wydań po polsku, ale też przekładów na inne języki. Przed wojną, w ciągu dwóch lat, wydano ją czterokrotnie w kraju i przetłumaczono na angielski, czeski, duński i szwedzki, a w 1938 roku Akademia Szwedzka rozpatrywała ponoć kandydaturę Piaseckiego do nagrody Nobla. Po wojnie Kochanek… przetłumaczony został na kolejne języki, m.in. na francuski, włoski, niemiecki, w Polsce jednak aż do 1989 roku twórczość Piaseckiego dostępna była tylko w drugim obiegu z uwagi na nieprzejednaną wrogość Piaseckiego do bolszewizmu.

Kochanek... to pierwsza wydana, ale nie pierwsza napisana książka Piaseckiego. Dwie wcześniejsze zostały skonfiskowane przez cenzurę więzienną. Sergiusz Piasecki narodził się bowiem jako pisarz w więzieniu właśnie, gdy odbywał karę za napad. Jego biografia nie jest do końca i szczegółowo poznana i udokumentowana, ale nawet to, co o nim wiadomo, wystarczyłoby z pewnością na niejedną pasjonującą książkę, tak powikłane i niesamowite były koleje jego życia. On sam hojnie zresztą czerpał z własnych doświadczeń, tworząc kolejne powieści. Bywał i bohaterem i bandytą, współpracownikiem polskiego wywiadu, ale i grup przestępczych. W czasie okupacji był w AK szefem komórki wykonującej wyroki podziemnego trybunału, po wojnie przedostał się na zachód, gdzie pomimo popularności, jaką cieszyły się jego książki żył i umarł w biedzie.


W 1927 roku Piasecki został skazany na karę śmierci za bandytyzm na obszarze pogranicza i dwukrotnie ułaskawiony: raz zamieniono mu karę śmierci na 15 lat więzienia, drugi raz karę tę skrócono po wieloletnich staraniach nie tylko samego więźnia, ale też wydawców, pisarzy i ludzi kultury, m.in. Melchiora Wańkowicza. To Wańkowicz właśnie odkrył Piaseckiego jako pisarza. Literacka polszczyzna Piaseckiego pozostawiała sporo do życzenia (z czego sam zdawał sobie sprawę i dał temu wyraz w listach do Wańkowicza), jako że polskiego nauczył się dopiero jako dwudziestolatek, a i wtedy obracał się w środowiskach posługujących się groteskową mieszaniną różnych języków i gwar. Literacką polszczyznę szlifował dopiero w więzieniu, dzięki regularnie otrzymywanym i czytywanym „Wiadomościom Literackim”. Wańkowicz dostrzegł jednak w jego pisarstwie rzadko spotykany talent narracyjny, lekkość pióra i znajomość niewątpliwie atrakcyjnego dla czytelnika świata i życia tych kręgów społeczeństwa, w których przez lata obracał się i funkcjonował Piasecki. A to, co nawet sam autor uważał za przywarę, za mankament, czyli słaba znajomość literackiego języka polskiego, w rzeczywistości przyczyniła się do popularności Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy i była wartością dodaną powieści, bo często, zwłaszcza w dialogach, sięgał do gwary i języka mówionego, jakim posługiwali się mieszkańcy pogranicza. I choć wszystkie książki Sergiusza Piaseckiego powstały w oparciu o to, czego sam doświadczył i co znał z własnego życia, to jednak Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy właśnie stał się i pozostaje jego najpopularniejszą powieścią, mającą ów walor poznawczy środowiska w pewien sposób egzotycznego, wcześniej nie opisanego, nie mającego sobie równych nigdzie w literaturze.


W Kochanku... Sergiusz Piasecki opisał świat, jaki poznał, gdy na początku lat dwudziestych trudnił się przemytem między Polską, Litwą i Rosją sowiecką. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie przez Władka Łabrowicza – alter ego pisarza. Wałęsający się i klepiący biedę po zdemobilizowaniu po wojnie polsko-bolszewickiej Władek zostaje ściągnięty do przygranicznego Rakowa przez kolegę z wojska, jednego z lepszych maszynistów1 w miasteczku. Tak zaczyna się jego przemytnicza „kariera” i opowieść o pełnym niebezpieczeństw życiu na pograniczu, życiu przestępcy – wypełnionym niebezpiecznym, ale szybkim i dużym zarobkiem na przerzucie przez granicę towarów i ludzi, i równie szybkim wydawaniem wielkich pieniędzy na zabawę, bez planów, bez zabezpieczania sobie przyszłości, w myśl zasady, że „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Sergiusz Piasecki barwnie opisuje panującą na pograniczu przestępczość, przemoc, życie wypełnione obficie lejącym się na każdej stronie powieści alkoholem i daleko posuniętą swobodą obyczajową, gloryfikując ten świat, jako świat wolności, prostych wartości, koleżeństwa, budując w ten sposób mit przemytnika jako szlachetnego zbójcy, gotowego poświęcić życie w imię lojalności i solidarności w stosunku do przyjaciół. Postacie występujące w książce to na ogół ludzie nieskomplikowani, szczerzy, jednoznaczni, nie ma tu miejsca na złożoność charakterów, na odcienie szarości. Bohaterowie są dobrzy i szlachetni, ich przeciwnicy podstępni, źli i okrutni, a zatem słuszne i prawe jest tępienie ich wszelkimi sposobami. Pomimo takiego obrazu świata, pomimo tych prostych podziałów powieść ani przez chwilę nie trąci naiwnością, w końcu takie są prawa złodziejskiej ballady, opowieści o romantycznym bandycie.


Prostota powieści, oczywisty podział na dobro i zło powoduje, że łatwo nabrać się na tę wizję prawdziwszego i lepszego świata, świata moralnie czystszego, bo prostego i kierującego się jednoznacznymi zasadami. Łatwo jest uwierzyć w istnienie szlachetnego bandyty, pojmować sprawiedliwość z jego punktu widzenia i cieszyć się, gdy zatriumfuje niezależnie od tego, że idzie pod prąd prawu. Pod tym względem powieść Piaseckiego przywodziła mi na myśl późniejszego, ale o wiele bardziej znanego Ojca chrzestnego Maria Puzo, jednej z moich ulubionych powieści. W jednej i w drugiej czytelnik automatycznie trzyma stronę szlachetnego, ale jednak bandyty. Ale jak się tak przez chwilę zastanowić, to płynący z tych powieści morał wcale nie jest oczywisty. A właściwie jest, tylko nie taki, jak wygląda na pierwszy rzut oka, nie taki, jaki był celem autorów. Tak naprawdę bowiem pod skorupą niby heroicznego bohatera mamy obraz człowieka bezwzględnego, nie kierującego się ani prawem, ani empatią, ani miłosierdziem – po prostu społecznego degenerata, w dodatku osamotnionego i opuszczonego przez wszystkich. Takimi z pozoru tylko pociągającymi i atrakcyjnymi bohaterami są członkowie rodziny Corleone, takimi są Władek Ławrowicz i jego kompan Szczur. Można widzieć w nich dzielnych, nieustraszonych bojowników o wartości im bliskie, ludzi przekładających wierność zasadom i przyjaciołom ponad własne dobro, bezpieczeństwo, życie. Takich chciał pokazać Puzo, takich opisał Sergiusz Piasecki. Ma to swój urok, jest pociągające, bo inne niż otaczająca czytelnika rzeczywistość. A to, czy odróżnimy literacką kreację postaci od prawdziwego życia, to już nasz wybór.


Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy zapewne nie byłby jednak tak popularny, gdyby tylko był romantyczna balladą o „rycerzach” pogranicza. Ale ta powieść jest czymś więcej, jest dokumentem autentycznego przestępczo-przemytniczego środowiska pogranicza, dokumentem codzienności mieszkańców przygranicznego małego miasteczka i opowieścią o wchodzeniu w dorosłość młodzieży z biedniejszych środowisk w międzywojennej polskiej prowincji. I to chyba jest podstawowa wartość tej powieści, której forma ballady łotrzykowskiej przydaje tylko atrakcyjności.


A podsumowaniem niniejszego opisu Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy niech będzie fragment z posłowia Władysława Boleckiego załączonego do wydania Świata Książki z 1994 roku:

„Książka Piaseckiego ma swoje miejsce w literaturze polskiej nie tylko dzięki narracyjnemu talentowi jej autora i niezwykłości przedstawionego świata, lecz przede wszystkim jako jeden z największych i zadziwiających sukcesów wydawniczych. Józef Mackiewicz napisał o Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy, że ››powieść ta w swej całości (…) była i pozostała znakomitością. Dziś należy niewątpliwie, choć nie do „klasyków” literatury polskiej, to w każdym razie do rzędu książek, o których się potocznie mówi, że trzeba je przeczytać, trzeba je znać‹‹.”2

1Maszynista - przewodnik przemytników


2Z posłowia Władysława Boleckiego, s. 440.

Notka zgłoszona do wyzwania "Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę"


 

sobota, 28 lipca 2012

Z wizytą w indiańskiej wiosce


czyli sentymentalna podróż w świat lektur z dzieciństwa

Lato chyba wszystkim kojarzy się z wakacjami, nawet jeśli pesel i zawód nie pozwalają cieszyć się nimi w pełni. Latem nawet stateczni ludzie zachowują się mniej poważnie niż na co dzień i wyruszają na wyprawy do miejsc stworzonych z myślą o dzieciarni, a przy okazji - w świat lektur z dzieciństwa.
To tak tytułem wyjaśnienia, dlaczego w jeden z weekendów wybraliśmy się z mężem do Tatanki - indiańskiej wioski, która wyrosła niedaleko Zgierza. Nie, żebyśmy czymś tam specjalnie się powodowali, po prostu z nudy i w oczekiwaniu na urlop. Myślałam nawet, że cała ta wioska to będzie niewypał, ot, takie badziewie dla małolatów. Ale wycieczka okazała się całkiem udana. W głównej mierze dzięki przesympatycznej przewodniczce, która nas oprowadzała. Słuchając jej czułam, że dziewczyna pasjonuje się tym, o czym opowiadała, czyli północnoamerykańskimi Indianami. 


Wioska Tatanka położona jest w Solcy Małej gm, Ozorków.
                               Więcej znajdziecie tutaj: http://www.indianie.pl/
 
 

A mnie sentyment jakiś taki ogarnął, że znalazłam się na powrót w świecie moich ulubionych bohaterów z dzieciństwa. W czasach, gdy moje koleżanki fascynowały się Anią z Zielonego Wzgórza, Pollyanną i kim tam jeszcze, o kim nie mam nawet pojęcia, ja zaczytywałam się w powieściach z prerii. Podczas gdy one wieszały nad łóżkami plakaty piosenkarzy, ja wzdychałam do Unkasa, ostatniego Mohikanina. A tak à propos tytułu drugiego tomu Pięcioksięgu przygód Sokolego Oka, to dopiero w tej indiańskiej wiosce dowiedziałam się, że Unkas wcale nie był ostatni i Mohikanie istnieją i żyją w USA do dziś.
Ale, bardziej niż dziewczęce zauroczenie jakimś powieściowym bohaterem, pamiętam świat opisywany w tych książkach, tchnący innością, wolną przestrzenią i rządzony prostymi sprawiedliwymi zasadami (co oczywiste, jeśli uwzględnić, że to w końcu były książki dla młodzieży). Taki właśnie był świat powieści Karola Maya o Old Shatterhandzie i jego przyjacielu, szlachetnym wodzu Apaczów – Winnetou, prawdziwej ikonie powieści o Indianach. Czy jest ktoś, kto nie czytał, nie oglądał, albo przynajmniej nie słyszał o Winnetou? Wiem, wiem, Karol May nie był nigdy w Ameryce, a swoje książki pisał siedząc w więzieniu. Ale czy to ważne w obliczu tego, jak porywające są przygody jego bohaterów i jak działające na wyobraźnię są jego opowieści? Natomiast prawdziwszy obraz życia na Dzikim Zachodzie znaleźć można zapewne w powieściach Wiesława Wernica i Stanisława Supłatowicza (Sat Okh). Cykl Wernica o przygodach doktora Jana to, jak pamiętam, jeden z moich ulubionych w okresie, gdy byłam już młodszą nastolatką. U Wernica dodatkowo jeszcze można było liczyć na wątek kryminalny, oczywiście złoczyńcy i ich uczynki były na miarę wieku czytelników, do których adresowane były te lektury. 



 
Nie mam pojęcia, czy obecnie dzieciaki czytują jeszcze książki o Indianach, czy tylko o Harrym Potterze albo komiksy. Ale patrząc na wiek naszej przewodniczki z indiańskiej wioski, sądzę, że jeszcze kilka lat temu czytywały i fascynowały się nie mniej, niż ja. I choć te zainteresowania dawno mi minęły, to jednak wizyta w indiańskiej wiosce uświadomiła mi, że sentyment do północnoamerykańskich Indian pozostał. Może nawet sobie odświeżę coś o Dzikim Zachodzie, tak w ramach wakacyjnego wyluzowania. Choćby Tomka na wojennej ścieżce.




środa, 21 września 2011

Zielone piekło

Raymond Maufrais
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1982
303 strony

Ocena 6/6

Dałam 6, ale tylko dlatego, że skala mi się skończyła. Ta książka jest niesamowita, wyjątkowa. Skończyłam ją czytać miesiąc temu, zwlekałam z napisaniem tej notki, żeby złapać dystans, ale i tak nie do końca ochłonęłam, gdy wracam do niej myślami, nadal szarpią mną emocje.

Na Zielone piekło składa się opis dwóch wypraw Raymonda Maufrais – do Mato Grosso i do Gujany. Pierwszą opisał po powrocie, z drugiej już nigdy nie wrócił, to opublikowany po drobnych cięciach dziennik podróży, który Maufrais prowadził systematycznie dzień po dniu. Notatki odnaleziono na miejscu jego ostatniego (?) obozu, ich autora – nigdy.
Raymond Maufrais

Na pierwszą wyprawę Maufrais wyruszył w 1946 roku mając dziewiętnaście lat. Był zupełnym nowicjuszem, nie znał dżungli, a swoje wyobrażenia o dziczy budował na opowieściach o Tarzanie. Według metryki był właściwie jeszcze chłopcem, ale miał już za sobą doświadczenia walki we francuskiej partyzantce. W pogoni za przygodą i marzeniami z czasów harcerskich obozów po wojnie pojechał do Brazylii. Bez pieniędzy, wpływowych przyjaciół i z nikłą znajomością portugalskiego długo pukał do różnych drzwi, zanim załapał się na ekspedycję Urzędu Ochrony Indian. Celem było dotarcie na terytorium Indian Szawantów, plemienia wyjątkowo wrogo nastawionego do wszelkich obcych. Pierwsze wyzwanie czekało go zaraz na początku drogi. Sam musiał dojechać do Leopoldiny – mieściny, z której wyruszała ekspedycja, położonej w głębi dżungli o trzy tysiące kilometrów od Rio de Janeiro.
Mapa wyprawy do Mato Grosso
Część drogi przeleciał samolotem, ale spory odcinek przez bezdroża musiał przebyć rozklekotaną ciężarówką, wyposażony tylko w niezbędne rzeczy – hamak, moskitierę i ubranie na grzbiecie, jedyny biały w towarzystwie złożonym głównie z podejrzanych typów uciekających przed więzieniem. Ten etap dla większości z nas byłby już wyzwaniem i przygodą życia, ale dla niego to dopiero początek. Ta pierwsza wyprawa była jego chrztem bojowym i lekcją przeżycia w puszczy. W relacji z podróży znalazły się potem opowieści o poszukiwaczach diamentów, o tygodniach spędzonych w indiańskiej wiosce, przeprawie pirogą i konno przez dżunglę i sawannę i w końcu o zetknięciu z Szawantami, z którego członkowie ekspedycji cudem uszli z życiem. Napisał o tym książkę, ale nie sprzedawała się, niestety.

Tak więc trzy lata później, gdy szykował się do samotnej eskapady przez dżunglę Gujany Francuskiej w góry Tumuc-Humac, znów był bez pieniędzy. Znów więc wyruszał nie doposażony, jak należy. Zamiast skupić się całkowicie na pokonaniu trudów podróży, wciąż musiał zmagać się z kłopotami finansowymi. Już na początku uziemiło go to na wiele tygodni, ruszył z pokaźnym opóźnieniem, co zmniejszało szanse powodzenia ze względu na zmieniająca się porę roku, ale i dlatego, że oczekiwanie osłabiało jego hart ducha. Tak więc brak pieniędzy odbił się nie tylko na bagażu, ale również na sposobie i czasie podróżowania, a w ostatecznym rozrachunku stał się niestety podstawową przyczyną niepowodzenia. Choć i bez tego nie dawano Maufrais żadnych szans.
trasa drugiej wyprawy
Ta druga wyprawa to było po prostu czyste szaleństwo, tak mu mówili wszyscy, którzy poznali amazońską dżunglę. Ale on do końca wierzył, że się uda. I chociaż każdy kolejny etap był trudniejszy od poprzedniego, nie zamierzał zmienić pierwotnego planu trasy. Tym razem nie był członkiem żadnej ekspedycji, miał swój własny, samotny plan podróży, tylko on i kundelek Boby. Początkowo załapał się na jedną z dwóch piróg, później płynął sam, póki nie spotkał indiańskiej rodziny, która zapuściła się na bezludzie, żeby łowić. „Płynął” to za dużo powiedziane, bo droga składała się głównie z wodospadów, które trzeba było pokonywać pod prąd rzeki. Gdy dalsza podróż rzeką stała się już niemożliwa, a Indianie zawrócili, dalej podążył pieszo, sam z Bobym przez pierwotną puszczę. Pokonywał po dwa, trzy kilometry dziennie, obciążony ładunkiem, wyczerpany, osłabiony gorączką i dyzenterią, jednak nie zrezygnował z marzeń. I do końca wierzył, że zrealizuje swój plan. Notatki urywają się nad rzeką Tamouri, to tam odnaleziono ślady jego biwaku. Ojciec szukał go po Amazonii przez dwanaście lat, nie trafił na nic, nie znalazł ani jego szczątków, ani żadnego śladu, że Raymond przeżył.

Opisując to wszystko, nie zdradzam żadnej tajemnicy, w nowszym wydaniu można o tym przeczytać we wstępie, poza tym o losach wyprawy Maufrais można dowiedzieć się z internetu. I nie na tym polega czar tej książki, że w napięciu czekamy na zakończenie. Wręcz przeciwnie – od początku wiedziałam, jaki był finał tej wyprawy i to jeszcze potęgowało moje emocje. Czytać dziennik tego niezłomnego człowieka, do końca przekonanego, że osiągnie cel i wiedzieć, jak będzie naprawdę – to coś niesamowitego.

Już pierwsza część o Mato Grosso robi wrażenie, ale przy drugiej nawet ekscytujące podróże Cejrowskiego wydają się równie ekstremalne i imponujące jak „objazdówka” z biurem turystycznym przy wyprawie backpackerskiej. Pamiętajmy, jest koniec lat czterdziestych, nie ma telefonów satelitarnych, leków ani obecnego wysoko specjalistycznego sprzętu turystycznego. A dżungla nie jest przyjazna żadnemu człowiekowi, nawet takiemu, który się w niej urodził i wychował, a co dopiero niedoświadczonemu białemu. To naprawdę zielone piekło. Jednak Maufrais nie skarży się, a przynajmniej niewiele, opisuje po prostu to, czego doświadcza od tropikalnej przyrody; upał i wilgotność, chmary wszechobecnych komarów i innego robactwa, przeszkody z bagien i spróchniałych powalonych drzew, mroczną roślinność, przez którą ścieżkę trzeba wycinać maczetą. Spotkania z wężami i piraniami, początkowo oznaczające tylko niebezpieczeństwo, w końcowym etapie stają się pożądane, bo są szansą na jedzenie, a tego wciąż mu brakuje, wody zresztą często również. Gdy podróżował z ludźmi, jadał codziennie, kilka garści maniokowej mąki, trochę suszonego mięsa, początkowo nawet nie spleśniałego. Później był już zdany tylko na siebie i na to, co upolował, a to nie zdarzało się codziennie, bywało, że kilka dni nic nie jadł. Ale najgorsza była samotność i tęsknota. Pisanie dziennika dodawało mu otuchy. Notatki pełne są miłości do rodziców, obaw, że ich zawiedzie, smutku, że naraził ich na cierpienie, zwłaszcza pod koniec, te ostatnie rozdziały czytało się najtrudniej. Wtedy, gdy siły go opuszczały, gdy czuł, jak z każdą chwilą maleją jego szanse, jednak do końca nie stracił nadziei.

Wydanie z 2011 roku
Piękna książka, szczera i prawdziwa, bo pisana dla siebie, Maufrais nie liczył przecież, że ktoś znajdzie jego dziennik. Wierzył, że dojdzie do celu, a wtedy to on decydowałby, co z tych zapisków ujawnić. Stało się jednak inaczej. No cóż, zaryzykował i nie wygrał. Ale też nie przegrał tak zupełnie, jego legenda nadal żyje i porusza wyobraźnię, pewna jestem, że nie tylko moją.
Chciałam dać cytaty, ale jakbym zaczęła, to pewnie przepisałabym pół książki, najlepiej sami przeczytajcie całość.

Zielone piekło miało w Polsce kilka wydań. To, które ja miałam, nie jest niestety najlepsze, bez zdjęć (z Gujany się nie zachowały, ale z Mato Grosso owszem), bez żadnego wstępu ani posłowia. W księgarni widziałam natomiast wydanie Zysku i S-ki z tego roku, jest opatrzone przedmową, z której można dowiedzieć się sporo na temat autora i trochę na temat wypraw poszukiwawczych jego ojca, jest też kilka fotografii, więc jeśli zechcecie przeczytać tę książkę, do czego gorąco zachęcam każdego, to poszukajcie raczej tego wydania. Zazwyczaj polecam zasoby bibliotek, tym razem jednak robię wyjątek, bo w wypożyczalniach są starsze wydania, więc pewnie tegorocznego nie kupią, a jest naprawdę lepsze. Ja już złożyłam zamówienie na prezent gwiazdkowy, bo są takie książki, które chce się mieć na zawsze, chociaż już się czytało i Zielone piekło u mnie do takich należy.

niedziela, 2 stycznia 2011

Samsara. Na drogach, których nie ma

Tomek Michniewicz
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. Kraków 2010
359 stron

Ocena 6/6

No po prostu REWELACJA. Nie wiem, czy jest tak dobra, czy po prostu trafiła w mój gust i zainteresowania, ale jestem nią zachwycona. Czuję się tak, jakbym jeszcze wczoraj sama była w Azji i to w doborowym towarzystwie.
Samsara. Na drogach, których nie ma to podróżniczo-przygodowa książka o wyprawie autora do Azji południowo-wschodniej: Nepal, troszkę Indii, Laos, Wietnam i Tajlandia, z krótkimi wstawkami z wcześniejszych podróży do Chin, Korei Południowej i Malezji, a nawet Etiopii (to oczywiście już nie Azja:). Zaczyna się od tego, że Michniewicz wychodzi z domu, zamyka drzwi na klucz i nie wie, dokąd go zaprowadzi los, fantazja i zamiłowanie do podróżowania. Cel wyznacza sobie już w drodze: zobaczyć coś czego nie ma, magię. Ale nie szuka jej fanatycznie, w każdej chwili można zmienić plany, skręcić w bok, nadłożyć nawet wiele dni drogi, jeśli na horyzoncie pojawia się jakiś ciekawy obiekt, jakiś nowy pomysł. Bo w jego wyprawie chodzi nie o to, aby dotrzeć do z góry wyznaczonego miejsca, ale żeby zaspokajać ciekawość świata, zobaczyć i przeżyć jak najwięcej. Jeździ w dwuosobowym zespole, najpierw z Adamem, później z Tomkiem Kaczorem, w końcu ze swoją dziewczyną Marianną. Najchętniej autostopem, ale również miejscowymi środkami transportu. Nocuje w podrzędnych hotelikach, ale również w klasztorze buddyjskim czy w wiosce ludu Akha. Jada to, co jedzą miejscowi, tylko co do wody trzyma się zasady, aby nie pić niepewnej. Pakuje się w różne sytuacje, choć potrafi wycofać się, gdy intuicja (u niego zwana Rogerem) podpowiada, że jeszcze krok i można władować się w poważne kłopoty.
Książka napisana jest świetnym, bezpretensjonalnym językiem, w bardzo pasującym mi stylu, lekko, z humorem, a miejscami z nutką kpiny, jak wtedy, gdy autor opowiada o przekraczaniu granicy między Nepalem a Indiami: 
„zostaliśmy wyłapani przez czujne służby graniczne, które natychmiast bezbłędnie odgadły, że nie jesteśmy Hindusami”1
albo gdy podczas eleganckiego obiadu w drogiej koreańskiej restauracji, składającego się z azjatyckich smakołyków (budzących często wstręt u Europejczyków), wtajemnicza gospodarzy w polskie menu: 
„Poproszony o wyjaśnienia, wytłumaczyłem, że kefir to zepsute mleko stojące kilka dni w cieple. Kapustę Koreańczycy znają i cenią, więc musiałem tylko objaśnić, że tłuczemy ją i zamykamy, by spokojnie fermentowała, a potem to nadgniłe warzywo jemy do kotletów. (...) Gdy tłumaczyłem różnicę między serwatką i maślanką burmistrz uznał, że on by chyba tego jednak nie przełknął”2
Michniewicz jest doskonałym obserwatorem tego, co się wokół niego dzieje, a ponadto potrafi cudownie opowiadać. Nie ma u niego żadnego zadęcia, żadnego wywyższania się, nie kreuje się na supermana. Daje za to do myślenia, czy Europa, stąpając tak silnie po ziemi, w pogoni za realizmem, nie utraciła czegoś bardzo ważnego – duchowości, magii. A przy tym opowieść jest wiarygodna w każdym calu, przynajmniej ja nie odczułam w niej żadnego fałszu3. Odnalazłam też atmosferę wielkich miast Azji, jaką miałam okazję poznać w czasie swoich króciutkich wycieczek, różniących się wprawdzie bardzo od wyprawy pana Tomka, bo dla mnie wygodniej i pewniej jest pojechać na wycieczkę z biurem podróży. Tym bardziej wdzięczna jestem autorowi, że dzięki jego książce mogłam zobaczyć Azję z innej strony, tej trudniejszej, prowincjonalnej, niedostępnej - nie ruszając się z miękkiego fotela. I gorąco polecam Samsarę każdemu choć odrobinę zainteresowanemu, jak wygląda świat za drzwiami jego mieszkania.
Nie mam zwyczaju czytać ponownie rzeczy już raz przeczytanych, ale tę książkę sobie kupię (miałam pożyczoną), żeby móc od czasu do czasu do niej zajrzeć i na chwilę w myślach przenieść się z zimnej i szarej Polski w egzotyczne i niedostępne zakątki Azji, do których osobiście pewnie nigdy nie dotrę.
__________
1s. 91.
2s. 136.
3 Nie ma w niej na przykład nawet śladu bzdurnych historyjek w stylu: latanie nad dżunglą w ciele białego jaguara, jak u autora, którego nazwisko litościwie pominę. Michniewicz czasami sceptycznie odnosi się nawet do tego, co zobaczył na własne oczy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...