Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Pochłaniacz

Katarzyna Bonda
Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2014
projekt okładki: Paweł Panczakiewicz
e-book

Pochłaniacz to jedna z najgłośniejszych polskich premier w swoim gatunku w ostatnich miesiącach. Każdy, kto interesuje się kryminałem, bez wątpienia słyszał o tej książce, a większość zapewne już ją przeczytała. Katarzyna Bonda ma już na swoim koncie kilka książek o tematyce kryminalnej, w tym reportażową Polskie morderczynie i cykl powieściowy o policyjnym profilerze Hubercie Meyerze. Prawdziwy rozgłos przyniósł jej jednak dopiero pierwszy kryminał z nowego cyklu, pierwsza część tetralogii Cztery żywioły Saszy Załuskiej
 
Sasza Załuska podobnie jak poprzedni bohater Bondy, jest policyjnym profilerem (a raczej profilerką). Wykształcona zagranicą wraca po latach do rodzinnego Trójmiasta i zostaje konsultantką policyjnego zespołu zajmującego się wyjaśnieniem zabójstwa piosenkarza, gwiazdy jednego przeboju sprzed lat. Jej teoria, że zbrodnia może mieć związek z przeszłością ofiary nie znajduje uznania w oczach zespołu dochodzeniowego, podobnie jak całość nowomodnych psychologicznych metod typowania sprawców przestępstw. O wiele bardziej w ten trop skłonny jest wierzyć czytelnik, bowiem nie bez powodu kilkadziesiąt pierwszych stron książki zajmuje opowieść o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat, o bliźniakach Wojtku i Marcinie oraz ich wuju kalece, który trząsł wówczas całym trójmiejskim światkiem podziemnym. A także o tragedii, która się wówczas rozegrała niszcząc życie wielu ludzi. 
Czy rzeczywiście i w jakim stopniu przeszłość odcisnęła piętno na współczesnych wydarzeniach, można przekonać się już pod koniec Pochłaniacza. Za to na wyjaśnienie niektórych tajemnic wiążących się z przeszłością głównej bohaterki przyjdzie czytelnikowi poczekać do kolejnych powieści cyklu. A jest tych tajemnic niemało, bo Sasza Załuska to kobieta dotkliwie doświadczona przez życie, nie wolna od nałogów, o skomplikowanym życiorysie, mająca pogmatwane relacje rodzinne i zawodowe. Jednym słowem bohaterka godna swoich odpowiedników z najmroczniejszych kryminalnych serii.

Jako powieść mająca dostarczyć rozrywki Pochłaniacz sprawdza się znakomicie. Trafiłam na opinie, że książka jest zbyt obszerna i można byłoby ją odchudzić. Pewnie wycięcie niektórych opisów i scen możliwe byłoby bez straty dla sensu opowieści, ale i w obecnym kształcie powieść jest przyjemna w czytaniu i wciągająca. A jej długość wydaje się doskonale odzwierciedlać naturę samej Katarzyny Bondy – kto słyszał choć jeden wywiad autorki, ten wie, o czym mowa. 

Czytałam więc Pochłaniacz z przyjemnością, tak jak z przyjemnością słucham wywiadów z autorką. Bonda przebojowa niewątpliwie jest i wie, jak wypromować swoją książkę. A przynajmniej teraz wie, bo z poprzednimi tak nie było. Może gdyby wokół Sprawy Niny Frank zrobić taki „dym” jak wokół Pochłaniacza, to już kilka lat temu uznalibyśmy, że królową polskiego kryminału jest Katarzyna Bonda. Ale czy tak jest rzeczywiście, czy to tylko dobry PR?
Pochłaniacz ma niewątpliwie sporo plusów. Główna bohaterka potrafi zaintrygować, inne kobiece postaci również warte są uwagi, pomysł na zbrodnię interesujący, a pozostawienie kilku otwartych wątków skłania czytelnika do oczekiwania na kontynuację.
Najciekawszy i najbardziej wciągający jest jednak obraz przestępczego świata i powiązań z policją na początku kształtowania się nowego systemu politycznego, kryminalne początki legalnych teraz biznesów i uwikłanie w mafijne interesy z powodu rodzinnych powiązań. 
I szkoda, że autorka nie poszła tym tropem, bo była szansa na polskich Chłopców z ferajny. Wybrała jednak inny model, stawiając na (nienowe w polskiej literaturze kryminalnej) budowanie mitu policyjnego profilera, A skutek?

Co z tego, że Sasza Załuska ma angielską „maturę i kursa niektóre”, skoro do rozwiązania kryminalnej zagadki wystarcza intuicja, którą równie dobrze, co profilerkę, można byłoby obdarzyć woźną w szkole ofiary sprzed lat albo parkingowego przed klubem, w którym współcześnie doszło do zbrodni. W Pochłaniaczu nader skąpo o profilowaniu sprawców. Wprawdzie osmologia jest jasno i kompleksowo przedstawiona, jak przystało na tę część Czterech żywiołów..., która dotyczy powietrza, jednak nie wyczerpuje to, a właściwie nawet nie uzasadnia udziału profilera w prowadzeniu dochodzenia. Jestem właśnie po lekturze „Polskiego psychopaty” i moim zdaniem Czubaj daleko lepiej przedstawił, na czym polega i na czym opiera się ta praca. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że zasady profilowania rozwinięte zostaną w następnych tomach Żywiołów.
A jak już mowa o samym wyjaśnieniu okoliczności jednej ze zbrodni, to i ono nieco kuleje, jeśli policzyć czas trwania ciąży i zestawić z wyglądem ciężarnej kobiety. A przecież w kryminale takie elementy powinny składać się idealnie niczym doskonałe jakościowo puzzle.

A jednak Pochłaniacz zbiera chyba wyłącznie pozytywne recenzje. Nie wykluczam, że nie poznałam się na geniuszu tej powieści. Długo zastanawiałam się, czy na pewno nie dostrzegę w Pochłaniaczu genialnej historii, a w Katarzynie Bondzie królowej polskiego kryminału. Przebojowość i osobisty urok pani Bondy każe trzy razy pomyśleć, zanim powie się pół słowa krytyki o jej książce. W końcu zostałam jednak przy tym, że entuzjastyczny odbiór powieści jest efektem PR-owego wysiłku autorki, która odhacza na FB każdą pozytywną opinię i promuje Pochłaniacz przy każdej okazji, a wspierają ją w tym wydawnictwo i koledzy „po piórze”.
W dzisiejszych czasach nie wystarczy bowiem napisać książkę, trzeba jeszcze zrobić jej odpowiednią reklamę. W przypadku Pochłaniacza to się powiodło. Polscy pisarze powinni brać przykład z pani Katarzyny Bondy, zamiast ubolewać, iż nikt nie czyta ich książek. Katarzyna Bonda na pewno nie będzie miała powodu do narzekania, że ludzie nie kupują kolejnych części Czterech żywiołów Saszy Załuskiej. Także ja, mimo wytykania niedoskonałości pierwszej, czekam na następną z cyklu.

środa, 15 października 2014

Gniew


Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014

projekt okładki: Jerzy Skakun

e-book



Bezkompromisowy stróż sprawiedliwości, sarkastyczny cynik i król sztywniaków w jednym, czyli prokurator Teodor Szacki wraca w trzeciej odsłonie walki z patologią. W Uwikłaniu zmagał się z wszechwładzą byłych esbeków, w Ziarnie prawdy tropił antysemitów, a w Gniewie przyszło mu zmierzyć się ze zjawiskiem przemocy wobec kobiet, tej domowej w szczególności.


Po perypetiach w Warszawie i Sandomierzu nie tyle los, co wybór własny rzuca Szackiego do Olsztyna, miasta pełnego jezior i lokalnych patriotów o dracznych nazwiskach, miasta mgły, czerwonych świateł i ulicznych korków. Wreszcie miasta, w którym peerelowskie oraz bardziej już współczesne architektoniczne koszmarki sąsiadują z solidnymi poniemieckimi budynkami (kolejne miasto, które nie pokocha Miłoszewskiego). Początkowy entuzjazm Szackiego, że zamieszka na pięknej Warmii, po dwóch latach mocno wystygł. Zachwyt urodą warmińskiej ziemi zastąpiła irytacja indolencją lokalnej władzy, nowa partnerka zaczyna już trochę powszednieć, a początkowa radość z przyjazdu ukochanej córki zamienia się w ciągły lęk przed kolejną utarczką tych dwóch kobiet jego życia o czas i uwagę, jakie poświęca każdej z nich. Zawodowo też nie jest lepiej. Łapanie drobnych złodziejaszków, gwałcicieli czy nawet zabójców, co zadźgali nożem kompana od flaszki, nie zaspokaja ambicji naszego szeryfa. Szackiemu marzy się jakieś spektakularne postępowanie, skomplikowana zbrodnia i solidna łamigłówka jak w Warszawie albo Sandomierzu. Wkrótce już te marzenia mają się spełnić, ale jakże przewrotnie. 
 

Zaczyna się od „odfajkowywania Niemca”, czyli znalezienia starego szkieletu w poniemieckim bunkrze. Wojenna przeszłość warmińskiej metropolii sprawia, że takie znaleziska nikogo nie dziwią i nie budzą czujności. Jedynie dawne warszawskie przyzwyczajenia Szackiego powodują, że zamiast odesłać nieboszczyka opiece społecznej, aby urządziła pochówek na koszt podatnika, przekazuje go Uniwersytetowi Medycznemu na cele dydaktyczne. A tam demoniczny profesor Frankenstein dokonuje szokującego odkrycia, że właściciel starego szkieletu zmarł nie dawniej niż przed tygodniem. Szacki ma więc wreszcie swoją wymarzoną trudną sprawę. Nie przypuszcza jednak, że to i kilka innych przypadkowych i z pozoru nieistotnych wydarzeń zapoczątkują lawinę, która wywróci do góry nogami jego spokojne życie, a on pozna, czym jest prawdziwy strach.



Miłoszewski w kolejnych częściach trylogii o białowłosym prokuratorze bierze na warsztat zło, jakie istnieje obok nas, zło, z którym obcujemy na co dzień. Zło bezkarne, bo zwykli ludzie i instytucje wolą udawać, że go nie widzą, niż coś zrobić. Czy nasze społeczeństwo naprawdę jest takie, jak je portretuje Miłoszewski? Pokazane w Uwikłaniu społeczne tolerowanie esbeckich układów i wpływów byłych uboli na władze różnego szczebla nie może się podobać, ale też rodzi pytanie o skalę zjawiska i o to, ile w tym prawdy, a ile literackiej fikcji i teorii spiskowych. Akceptacja czy nawet tylko obojętność wobec antysemickich zachowań (Ziarno prawdy) oburza i skłania do refleksji, tu już nie ma miejsca na wątpliwości, czy tak jest naprawdę, bo wystarczy spojrzeć na napisy na murach, ale można jeszcze mieć nadzieję, że więcej w tym antysemityzmie pozerstwa niż spersonalizowanej nienawiści. Ale przemoc domowa (i nie tylko domowa) wobec kobiet i dzieci, generalnie wobec słabszych, to nie fikcja. To zjawisko na pewno istniejące i nie dające się wykorzenić nawet w krajach najbardziej zaawansowanych w poszanowaniu praw człowieka. Jakie jest jej podłoże, jakie uwarunkowania: nabyte czy genetyczne? Autor stawia w Gniewie to pytanie, ale odpowiedzi na razie nie ma ani on, ani żadna z nauk społecznych czy biologicznych. 
 

Przemoc w rodzinie to jedna z gorszych patologii, jakie mogą dotknąć społeczeństwo i jednostkę, a zatem nigdy dość o niej mówić, aby uzmysławiać ludziom, jakie to zło i że nie można pozostawać wobec niego obojętnym. Chwała więc Miłoszewskiemu, iż postanowił przypomnieć czytelnikom, że i część polskich, w statystycznej większości katolickich rodzin nie jest wolna od tej ohydy. Pokazał mechanizmy charakterystyczne dla tego zjawiska, wytknął sąsiedzką obojętność i bezwład instytucji powołanych do pomocy ofiarom. I jeśli choć w jednym przypadku ktoś uwrażliwiony jego powieścią przyjdzie z pomocą ofierze domowego kata, to będzie znaczyło, że było warto powieść tę popełnić. Nawet jeśli nie dorównuje oryginalnością swoim poprzedniczkom. A nie dorównuje.


O ile w dwóch pierwszych powieściach autor zajmował się zjawiskami nieprzegadanymi jeszcze w literaturze kryminalnej, w dodatku ich specyficzną polską odmianą, o tyle w trzeciej zabrał się za ulubiony i sztandarowy temat Szwedów, Norwegów czy Duńczyków, przepracowany przez nich na wszystkie strony. Temat w każdym wariancie znany polskiemu czytelnikowi, który – jak wiadomo – niczego nie ceni tak, jak skandynawskie kryminały. Na szczęście nie uraczył nas skandynawską kalką. Co najwyżej zgrabnym (bardzo zgrabnym) patchworkiem uszytym z podrasowanych do polskiej rzeczywistości kawałków. Ze ściegiem tak misternym, że prawie nie widać szwów. Inaczej mówiąc, niby wszystko już skądś znamy, ale całość to nówka. 
 

Znamy też, ale z zafascynowaniem czytamy, że gdy prawo nie równa się sprawiedliwość, znajdują się ludzie gotowi to prawo złamać. Czasem przez zaniechanie, jak we wcześniejszych częściach trylogii o Szackim, a czasem przez działanie. I tu kolejny moralny problem, jaki Gniew każe czytelnikowi rozstrzygnąć we własnym sumieniu. Czy zwykły człowiek władny jest zastąpić struktury państwowe? Czy sprawiedliwość wymierzana wbrew zasadom prawa zawsze jest sprawiedliwością? A co, jeśli jest tylko odwetem, który pociąga za sobą krzywdę niewinnych? Ten aspekt powieści Miłoszewskiego zmusza do zastanowienia, że system państwowy nie jest doskonały, ale czy jest coś lepszego i czy samodzielne wymierzenie kary rzeczywiście będzie sprawiedliwsze.



Gniew to powieść świetnie napisana oraz,  jak to u Miłoszewskiego, nie pozwalająca się oderwać i wywołująca wkurzenie, gdy organizm domaga się swoich praw z powodu pustego żołądka albo pełnego pęcherza. Nie bacząc jednak na przeszkody, jakie stwarza otoczenie i własny organizm, docieramy do finału. I tu zaskoczenie, rozczarowanie, żal? 
Nie wierzyłam, gdy Miłoszewski zapowiadał, że kończy cykl o Teodorze Szackim, którego zna cała Polska, i ta z powieściowych kart i ta rzeczywista. W końcu to na nim wypłynął na jedno z czołowych, jeśli nie na pierwsze miejsce polskich „kryminalistów”. Nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja, a ten cykl to złota kura właśnie. Sprzedaje się, ekranizuje, idzie zagranicą. Teraz jednak, gdy jestem po lekturze Gniewu, nie bardzo widzę, jak mógłby go kontynuować i nie chodzi bynajmniej o to, że przyjęliśmy, iż ten cykl to trylogia.

Szkoda, i to wielka. Powieści kryminalne Miłoszewskiego są bardzo dobre. Dwie pierwsze dostały Nagrodę Wielkiego Kalibru, trzeciej wróżę co najmniej nominację do najbliższej edycji konkursu, a i zwycięstwo by mnie nie zdziwiło (ani nie rozczarowało). 
 

A może na skutek usilnych próśb czytelników Szacki wróci? Historia literatury kryminalnej zna nie takie cuda i może doczekamy się w tym aspekcie naszego polskiego Arthura Conan Doyle'a, Ale po zakończeniu Gniewu mam wrażenie, że Miłoszewski ma raczej ambicję zaistnienia jako autor literatury z półki o wiele wyższej niż kryminały. Wyższej nawet, niż klasyka tego gatunku.

czwartek, 9 października 2014

Uwikłanie

Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007

Uwikłanie to pierwsza część trylogii o prokuratorze Teodorze Szackim i pierwszy kryminał Miłoszewskiego, bardzo dobrze przyjęty przez krytykę i czytelników. Później było Ziarno prawdy, a teraz do księgarń wchodzi Gniew – ostatnia powieść z tym samym bohaterem.

*
Premiera Gniewu niby dopiero 22 października, ale jedna z sieci księgarskich handluje e-bookiem już od zeszłej środy, a od tej oferuje też papierowe wydanie. Inne księgarnie na razie mają zaledwie fragmenty, jednak tak to bywa, gdy nie należy się do właściwej paczki. Normalna praktyka, na przykład e-book tegorocznego laureata NIKE też na razie można nabyć tylko w jednej księgarni i dziwnym trafem promocja skończyła się zaraz po ogłoszeniu wyników, a bez promocji cena wyższa niż za papier. Modzelewskiego więc sobie odpuściłam, czekam aż stanieje, ale Gniew kupiłam już pierwszego dnia. Wcale nie dlatego, że jestem fanką Szackiego albo Miłoszewskiego, tylko pod domowym naciskiem. Codziennie słyszę, że znowu kupuję książkę, choć w czytnikach i na półkach góry nieprzeczytanych, więc jak padło hasło „Kupuj”, to jak mam to odbierać?; tylko jako nacisk, presję wywieraną na moje niezłomne postanowienie wstrzemięźliwości zakupowej. Co było robić, musiałam się ugiąć i od 1 października jestem dumną posiadaczką trzeciej części dokonań Szackiego. Mąż już przeczytał, minę ma tajemniczą, co nie znaczy, że zachwyconą, ale pocieszam się, że nasze książkowe upodobania często się rozmijają.

*
Tymczasem ja, zamiast rzucić się na świeżutką nowość, zdecydowałam się nadrobić zaległe Uwikłanie. Jakoś tak wyszło, że nie zabrałam się za nie od razu. Później był film, który co prawda oceniano dużo gorzej niż książkę, głównie z powodu zmian w stosunku do pierwowzoru, ale zmiany dotyczyły głównej postaci i miejsca akcji, a nie samej zbrodni i osoby sprawcy. Tak więc przed Ziarnem prawdy zbyt świeżo miałam w pamięci całą tę kryminalną intrygę z części pierwszej. Za to teraz pomyślałam, że Uwikłanie swoje odczekało i czas już na nie. W końcu powieść okrzyknięto jednym z najlepszych polskich kryminałów, a w 2008 roku nagrodzono Nagrodą Wielkiego Kalibru. Jest tak znana, że większość z Was z pewnością wie, o co w niej chodzi, ale tak dla przypomnienia:
Prokurator Szacki prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa, do którego doszło w poklasztornym budynku w śródmieściu Warszawy. Ofiara to warszawski przedsiębiorca, który w przeddzień zbrodni uczestniczył w jednym z tzw. ustawień – terapii metodą Hellingera. Najogólniej mówiąc teoria Hellingera sprowadza się do twierdzenia, że każdy człowiek uwikłany jest nie tylko w swoje własne życie, ale też w doświadczenia i uczucia swoich przodków, a metoda terapeutyczna polega na tym, że zupełnie obce pacjentowi osoby wcielają się w jego bliskich i dzielą się tym, co wówczas czują. Aby odkryć, kto jest zabójcą, Szacki musi odpowiedzieć na pytanie, czy motyw tkwi w przeszłości denata, a uczestnicy sesji wczuli się w bliskich ofiary tak bardzo, że ktoś z nich posunął się do zabicia całkiem obcego sobie człowieka, czy może zbrodni dokonał ktoś spoza ich grona. A niezależnie od prowadzonego śledztwa musi zdecydować, na ile on sam da się uwikłać w to, co dzieje się w teraźniejszości.




Z jednej strony Uwikłanie ma cechy jak najbardziej współczesnego kryminału, czyli solidnie zarysowane tło społeczne, odniesienia do rzeczywistych wydarzeń, wykorzystanie współczesnych teorii naukowych, z drugiej zaś nie idzie w powielanie znanych i sprawdzonych schematów. Wystarczy przywołać postać prokuratora Szackiego.
Główny bohater Miłoszewskiego różni się od typowych detektywów z kryminałów. Dosyć przeciętny (jeśli nie liczyć siwizny) facet po trzydziestce, żonaty i dzieciaty. Może trochę za wcześnie wszedł w kryzys wieku średniego. Jak prawdziwy urzędnik preferuje wzywanie świadków do swojego biura, zamiast uganiać się za nimi po mieście. Taki ktoś to nie tylko przeciwieństwo stereotypowego bohatera sensacyjnych powieści, ale przede wszystkim postać bliższa prawdziwemu obrazowi rzeczywistego prokuratora. W Ziarnie prawdy Szacki ma już niestety więcej cech najczęściej spotykanego bohatera tego gatunku. Jednak kierunek, w którym poszło jego życie, ma też swoją zaletę – daje czytelnikowi wizję tego, jak ci wszyscy z innych książek mogli zaczynać zanim doszli do punktu, w którym spotykamy ich po raz pierwszy.

Nie bez powodu książka zebrała doskonałe recenzje i spotkała się z powszechnym uznaniem czytelników. Uwikłanie ma wszystkie atuty dobrej powieści kryminalnej: interesującego głównego bohatera, dość wartką akcję, nietypową scenerię i okoliczności zbrodni, ciekawy motyw i rzetelne zakotwiczenie w realiach czasu, w jakim osadzone są wydarzenia. Ważna jest tu dbałość Miłoszewskiego o szczegóły, co nie o każdym autorze kryminałów można powiedzieć. W dodatku nastrój książki świetnie wpisuje się w emocje społeczne, w powszechne przekonanie o bezwzględności i wszechmocy starych ubeków oraz że mają haki na każdego, kto coś w tym kraju znaczy albo znaczyć może, a przede wszystkim w przekonanie o tym, że prawo nie zawsze idzie w parze ze zwykłym, ludzkim poczuciem sprawiedliwości.

wtorek, 9 września 2014

Kukułka

Antonina Kozłowska
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010
projekt okładki: Adam Stach
e-book

Jedno dziecko i dwie matki – która jest tą prawdziwą? Problem stary jak świat, w Biblii już opisany. I gdy wydawało się, że nie potrzeba już mądrości króla Salomona, aby to rozstrzygnąć, bo mamy badania DNA, problem wraca w nowej, zupełnie innej odsłonie. Dzięki postępowi medycyny w dzisiejszych czasach jest możliwe, że kobieta, która jest genetyczną matką wcale nie musi być tą, która dziecko urodzi. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Kukułce Antoniny Kozłowskiej.

Powieść zaczyna się dość dramatycznie. Kobieta rusza w podróż z maleńkim dzieckiem, co samo w sobie nie byłoby oczywiście niczym niepokojącym, gdyby nie to, że od początku wątpimy, czy kobieta jest prawowitą matką maleństwa, choć za takową się uważa. Czytelnik wie, że porwała dziecko i ucieka, aby zaszyć się gdzieś i ukryć. Długo, bo prawie do końca powieści poczekamy na odpowiedź, czy kobietą tą jest Marta, która bardzo chciała zostać matką, lecz nie mogła donosić ciąży, czy może Iwona, która zgodziła się zostać surogatką i urodzić dziecko Marty i Piotra, ale wbrew postanowieniu pokochała je jak matka w chwili, gdy poczuła ruchy płodu. A gdy już się dowiemy, nadal pozostajemy z dylematem, czy prawdziwą, właściwą matką była kobieta z pociągu, czy ta druga. Autorka proponuje wprawdzie odpowiedź, jednak możemy się z nią zgodzić albo nie, możemy też (jak ja) pozostać z nierozstrzygniętym dylematem.

Kukułka zaskoczyła mnie stopniem etycznej złożoności tematu. Wiedziałam, o czym jest, ale spodziewałam się czegoś prostszego w wymowie, jakiegoś czytadła, choćby nawet z nieco wyższej półki, a na pewno nie książki, która skłoni mnie do zastanowienia się nad moralną niejednoznacznością czegoś, co dotychczas uważałam za bezproblemowo dobre osiągnięcie medycyny.
Kozłowska wzięła sobie za temat problem trudny nie tylko prawnie, ale przede wszystkim psychologicznie. Przepisy nie nadążają za możliwościami współczesnej medycyny w tej (i nie tylko) kwestii. Autorka nie pomija całkowicie prawnych aspektów zagadnienia, ale traktuje je drugoplanowo, słusznie skupiając się na ludzkiej psychice. Luki prawne można usunąć, nawet jeśli to niełatwe i dla niektórych spóźnione. Co jednak z emocjami kobiet, jak mają sobie poradzić, gdy w obydwu obudzą się matczyne uczucia, która ma prawo czuć się matką, a która powinna odpuścić, bo przecież nie mogą matkować do spółki. Za każdą z głównych bohaterek stoją argumenty, każda z nich ma swoje racje, żadnej nie można zdecydowanie odmówić prawa do uważania się za tę właściwą matkę. Królu Salomonie, może ty potrafiłbyś to rozstrzygnąć?

Ciekawie zbudowana jest postać Marty. Początkowo wydawała mi się nieco banalna, w pewnych aspektach nadal taka została, ale w ogólnym rozrachunku to osoba złożona i godna uwagi. Dobrze sytuowana żona rozwiedzionego i dzieciatego (z pierwszego związku) mężczyzny ma niemal wszystko: kochającego męża, wysoko opłacaną pracę, mieszkanie na ekskluzywnym osiedlu. Do szczęścia brakuje jej tylko własnego dziecka. Potrzeba ta determinuje całe jej zachowanie, chęć posiadania naturalnego potomka jest u niej tak silna, że gotowa jest na przeciwnej szali położyć wszystko, co ma, nie liczy się dla niej nikt i nic innego. Kozłowska pokazała, jak niemożność spełnienia się w roli, którą Marta uważa za nieodzowny wyznacznik bycia kobietą, doprowadza ją stopniowo do załamania nerwowego.
Przeciwieństwem Marty jest Iwona, samotna matka dwojga udanych dzieciaków, porzucona przez męża, gnieżdżąca się kątem u zrzędliwej matki, borykająca się z finansowymi kłopotami mimo pracy na dwóch etatach. I dotąd wszystko wygląda wiarygodnie, biedna kobieta godzi się urodzić dziecko bogatej, raczej nieprawdopodobne, aby było odwrotnie. Jednak dalej nie wszystkie elementy są już tak oczywiste i gdy wianuszek życzliwych przyjaciółek i sąsiadek otaczał Iwonę, a po drugiej stronie była osamotniona emocjonalnie i nie rozumiana przez nikogo Marta, zaleciało mi trochę schematem, którego nie da się już uzasadnić tym, że prawdziwe życie tak właśnie wygląda. Kładło mi się to trochę cieniem na świetnie pod każdym innym względem stworzonych wizerunkach obu kobiet, ale bez przesady.
Interesujący psychologicznie jest mąż Marty, wspierający ją nie z potrzeby zostania ojcem, ale z miłości do niej i dla uszczęśliwienia jej idący na daleko posunięte kompromisy. 
Najciekawsze jednak wydawały mi się drugo, a nawet trzecioplanowe sylwetki różnych kobiet i ich odmienne podejście do macierzyństwa. Wśród nich są takie, dla których potomstwo jest szczęściem, spełnieniem, sensem życia, ale i takie, które dzieci nie planowały, a matkami zostały z przypadku albo dlatego, że tak wypadało. Istny przegląd wszelkich możliwych powodów, motywów i okoliczności, dla których kobiety mają dzieci, ale i rozmaitych postaw w stosunku do swojego potomstwa. Bardzo mi się ta różnorodność podobała. 
 
Niewątpliwie jednak podstawowym, zasadniczym tematem Kukułki jest próba zwrócenia uwagi na jakże trudną etycznie kwestię, czyje prawo jest silniejsze – matki genetycznej czy zastępczej – i to w pełni autorce się udało. Zjawisko surogatki na razie jest nowe, nie wiemy, jakie jeszcze problemy na tym tle zaistnieją. 
Niedawno czytałam o zastępczej matce z Tajlandii, która wychowuje dziecko z zespołem Downa; urodziła bliźniaki, jednak ich biologiczni rodzice wzięli tylko jedno, wyrzekając się chorego chłopca. A ile jeszcze trudnych scenariuszy napisze życie, tego nie wiemy. 
Wspaniale, że medycyna ciągle rozwija się znajdując rozwiązania ludzkich dramatów, szkoda tylko, że rozwiązując jedne przyczynia się do powstawania innych. Jak choćby tego opisanego w Kukułce, wymyślonego przez autorkę, ale to nie znaczy, że nierealnego.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wiatr

Marcin Ciszewski
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2014

Trzecia część „pogodowego” cyklu Marcina Ciszewskiego o dzielnym policjancie Jakubie Tyszkiewiczu1, to wprawdzie nie arcydzieło literatury sensacyjnej, ale prawie, prawie. No, może przesadzam, ale już w stwierdzeniu, że to bardzo, ale to bardzo przyzwoity kawałek sensacyjno-rozrywkowej prozy, przesady nie ma ani odrobiny. Oczywiście – rzecz gustu, ale ja tu w opisach swoim się kieruję, i choć mój gust nie preferuje książek akcji, tylko raczej takie, gdzie króluje dedukcja, to Wiatr złapał mnie w swój wir i trzymał do ostatniej strony, z krótką przerwą na sen. A wszystko za sprawą niewiarygodnej właściwie intrygi, w jaką przypadkiem wplątało się małżeństwo Tyszkiewiczów i ich przyjaciel Krzeptowski.

Tyszkiewiczowie za namową przyjaciela postanawiają powitać Nowy Rok na Kasprowym Wierchu, w towarzystwie kilku nieznanych im wcześniej osób. Krzeptowski załatwił wynajęcie schroniska na imprezę i transport na górę, bo przy takiej sile wiatru, jak tego sylwestrowego wieczoru, tylko jego koligacjom rodzinnym grupa zawdzięczała, że obsługa kolejki linowej nagięła nieco przepisy i zawiozła imprezowiczów na szczyt, gdzie zostali odcięci (wydawałoby się) od świata do czasu, aż wichura odpuści.
Tymczasem z Warszawy wyrusza grupa pościgowa za zdrajcą, którego trzeba pilnie unieszkodliwić, i jest to sprawa najwyższej wagi dla obronności kraju. No a gdzie mógł ukryć się obiekt pościgu, jak nie wśród osób, które wybrały się na Kasprowy, tym samym ściągając na nie wielkie niebezpieczeństwo, bo specgrupa nie może zostawiać świadków. Na szczęście Tyszkiewicz i Krzeptowski to nie bezbronne owieczki, z którymi można sobie łatwo poradzić. Oni nie należą do tych, którzy dadzą się „zlikwidować” bez walki. Więcej nie ma co zdradzać, wystarczy jeszcze tylko powiedzieć, że „będzie się działo” i bez ofiar się nie obejdzie.

Oceniając Ciszewskiego jedynie na podstawie Wiatru (bo innych jego książek jeszcze nie czytałam) zaryzykuję twierdzenie, że to kolejny polski autor literatury sensacyjno-kryminalnej, który w niczym nie ustępuje pisarzom zachodnim. Mamy tu wszystko, co podoba się zwolennikom tego gatunku, tyle że na polskim gruncie. Szlachetni główni bohaterowie o ponadprzeciętnych umiejętnościach i wytrzymałości, bezwzględni agenci i wszechmocni szefowie służb specjalnych, niemoralni politycy, super spec od internetu. Są piękne kobiety, a więc i wątki romansowo-miłosne. Jest nawet wymagająca analizy faktów zagadka, która z uczestników sylwestrowej zabawy to jednocześnie poszukiwany zdrajca (i czy faktycznie zdrajca?). No i przede wszystkim wartka akcja, z pościgami, bójkami, strzelaniną, a wszystko to w śnieżnej scenerii i przy ekstremalnych warunkach pogodowych, które potęgują zagrożenie. Wprawdzie początkowo tempo opowieści nie jest szczególnie wartkie, ale to czas na wprowadzenie czytelnika, który nie zna poprzednich części, na przedstawienie mu bohaterów i wzbudzenie sympatii do nich, aby nie było wątpliwości, komu kibicować na dalszym etapie powieści. Za to później wydarzenia mocno przyspieszają, by pod koniec przybrać nieprawdopodobną wręcz prędkość i wyhamować dopiero na ostatnich dosłownie stronicach, czyli tam, gdzie już na spokojnie wyjaśnione zostaje, o co tak naprawdę szła gra i jaka była jej stawka.

Szybkość akcji nie pozwala czytelnikowi na roztrząsanie nieprawdopodobieństwa całej historii. Nie ma czasu na zastanawianie się, czy istnieją ludzie, którzy potrafią to, co dla bohaterów powieści (i pozytywnych, i negatywnych) jest całkiem naturalne, albo czy możliwe, by agenci legalnych państwowych służb poważyli się na to, przed czym ci książkowi nie mają żadnych oporów, czy wreszcie możliwe jest takie spiętrzenie przypadków, jak tutaj. Ale – umówmy się – przecież nie o prawdopodobieństwo zdarzeń chodzi w tego typu powieściach, ale o emocje, o budowanie napięcia. A to się autorowi Wiatru udało.

Jednym słowem Wiatr to bardzo dobra w swoim gatunku książka, całkowicie spełniająca wymogi dla powieści sensacyjnej i mogąca w pełni usatysfakcjonować czytelnika pod warunkiem, że nie będzie doszukiwał się znanych mu polskich realiów i podobieństw do rzeczywistych osób i zdarzeń i z góry zaakceptuje określoną konwencję.

1Pozostałe części to Mróz (tom 1.) i Upał (tom 2.)


http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

niedziela, 20 lipca 2014

Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
projekt okładki Mariusz Filipowicz


Po lekturze tego zbioru wiem już na pewno – lubię opowiadania. Nie wiem jeszcze, czy opowiadania Janusza Rudnickiego lubię jakoś szczególnie, po Śmierci czeskiego psa tak mi się wydaje, ale wolę zostawić sobie furtkę na ewentualny odwrót, bo na razie nie czytałam niczego więcej tego autora (felietony w gazecie przecież się nie liczą w tej lidze). Jeśli jednak inne jego zbiory są na tym samym poziomie, Rudnicki jak nic awansuje na mojego ulubionego (może nawet najulubieńszego) pisarza. Leży mi w tych opowiadaniach wszystko: styl, ogląd świata, swoisty humor i co tam jeszcze chcecie. Oczywiście, jak to ze zbiorami bywa, nie wszystkie zawarte w nim utwory podobały mi się jednakowo, to znaczy jedne podobały się bardzo, inne tylko(?) podobały. Ale nie było ani jednego takiego, które uznałabym za przeciętne, a co dopiero – liche.

Rudnicki buduje swoje opowiadania przy użyciu krótkich, treściwych zdań, zero zbędnych słów, nawet wulgarne (a niemało ich) są jak najbardziej na swoim miejscu, komponują się z literacką frazą, dodają realizmu i dosadności snutym opowieściom. Realizmu w warstwie językowej oczywiście, bo fabuła to przeważnie odrealniona jest przez autora jak najbardziej świadomie i celowo.
Historie, które Rudnicki opisuje, na pozór cudaczne, odjechane, surrealistyczne niektóre, w sumie jednak prawdziwe są aż do bólu. Inspiracją i punktem wyjścia do napisania niektórych opowiadań były (w przypadku Tekstów pierwszych) doniesienia prasowe o faktycznych wydarzeniach albo (w przypadku Tekstów drugich) biografie sławnych ludzi. Wokół rzeczywistych wydarzeń autor buduje swoją fikcję – nie fikcję, bo nawet to co zmyślone, jest prawdziwe. Facet ma niesamowity zmysł obserwacji ludzi i potrafi fenomenalnie ująć w słowa te swoje spostrzeżenia. Kapitalnie wychwytuje i wyciąga na światło dzienne różne cechy, zachowania, nawyki świadczące o człowieku. Takie, nad którymi normalnie się nie zastanawiamy, bo tak już spowszedniały, że nie smucą, nie gorszą, nie zawstydzają, choć powinny. W dodatku Rudnicki potrafił tak to napisać, że wiele scen wydaje się nam przezabawnych, choć przeżywane naprawdę już wcale zabawne nie są. Z powodu groteskowości opowiadanych historii, zawartego w nich purnonsensu w pierwszym odruchu śmiejemy się z bohaterów i spotykających ich sytuacji, ale po chwili pojawia się refleksja: „Z czego się śmiejecie? z siebie samych się śmiejecie!”. Za pozorną błahością nieistotnych migawek z codzienności kryje się głęboka prawda o naturze ludzkiej.

Opowiadania zawarte w zbiorze zostały podzielone na Teksty pierwsze i Teksty drugie. Ale nie podjęłabym się stanowczo określić, jakie było kryterium tego podziału. Statystycznie rzecz ujmując można by uznać, że te pierwsze to historie o Polaku-szaraku na obczyźnie czy w zetknięciu z innymi nacjami, obnażające nasze przywary i kompleksy. Drugie zaś to zmodyfikowane, specyficzne biografie sławnych ludzi, pokazujące, że jak odbrązowić geniusza, jak spojrzeć na niego nie przez pryzmat jego dzieła, ale codziennych uczynków, to niczym nie będzie różnił się od bohaterów z Tekstów pierwszych. Jednak granica między obiema częściami nie przebiega aż tak wyraźnie, w obydwu można wskazać utwory nie przystające do takiej klasyfikacji. A skoro trudno znaleźć wspólne mianowniki dla Tekstów pierwszych i Tekstów drugich, tym bardziej trudno dla całego zbioru. Jest wprawdzie coś, co w moim odczuciu łączy wszystkie opowiadania, a mianowicie jakaś taka samotność, wyobcowanie bohatera, jakby wszyscy oni (bohaterowie) istnieli wśród, ale jednocześnie zupełnie obok innych ludzi. Takie wrażenie miałam, może inni czytelnicy mają zupełnie inne. Mniejsza o to. Ważniejsze dla mnie jest, czy zgodzimy się co do opinii, że Rudnicki jest „najwybitniejszym żyjącym jeszcze pisarzem polskim”, jak to autoironicznie napisał w jednym z opowiadań. On pewnie sobie ironizuje, kryguje się albo prowokuje, ale ja uważam, że to naprawdę świetny pisarz, może faktycznie najlepszy, jakiego obecnie mamy. 

Pozostając w zachwycie nad opowiadaniami ze Śmierci czeskiego psa natrętnie namawiam wszystkich znajomych wokół, żeby ten zbiór przeczytali, bo warto, bo to współczesna polska proza z najwyższej półki. A ja sama zaopatrzyłam się już w dwa inne zbiory opowiadań Janusza Rudnickiego: Mękę kartoflaną i Trzy razy tak

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Matka

Sewer (właśc. Ignacy Maciejowski)
UNIVERSITAS, Kraków 2003
projekt okładki serii Ewa Gray

Kto dziś wie, kim był Sewer i kto jeszcze czytuje jego dzieła? No dobra, ja przeczytałam. Jedno – Matkę. Dzięki temu Wy już nie musicie. Chyba, że że naprawdę nie macie wyjścia, bo do pracy magisterskiej na przykład jest Wam to potrzebne.
.
Powieściopisarz, nowelista, dramaturg i krytyk literacki okresu przejściowego między pozytywizmem a Młodą Polską - Ignacy Maciejowski - dziś jest niemal całkiem zapomniany, jeśli nie liczyć polonistów literackich zawodowców.
Facet tworzył powieści realistyczne o tematyce współczesnej i powieści z kluczem. Do tych drugich zalicza się Matkę, w której pierwowzorem bohaterki była Katarzyna Smaciarzowa, matka Władysława Orkana. Zawarta w książce historia wg zapewnienia samego autora jest opowieścią „prawdziwą, nawet w najdrobniejszych szczegółach”, Powieścią tą Sewer zapewne zamierzał oddać hołd tym wszystkim matkom, które wbrew przeciwnościom, wbrew nastawieniu otoczenia, pchały swoje dzieci do wiedzy. Matkom bowiem, ich zacięciu i wyrzeczeniom, co najmniej połowa (wg szacunków autora) włościańskiej młodzieży w Galicji zawdzięczała wyższe niż elementarne wykształcenie.
Dobrych intencji Sewerowi odmówić nie można, ale wyszło, jak wyszło. Jakby Orkan był takim dobrym synem, jak Katarzyna Smaciarzowa matką, to może doczekałaby się kobiecina lepszego uwiecznienia w literaturze. Ale to nie syn opisał jej poświęcenie, wyrzeczenia i upór, żeby mógł się kształcić. Zrobił to Maciejowski, jego pierwszy literacki opiekun i przyjaciel.

Wzorowana na matce Władysława Orkana Magda Smerczyńska, góralka z Poręby Wielkiej, sama niepiśmienna (choć potrafiąca czytać teksty drukowane), z uporem i poświęceniem dąży do wyedukowania dwóch synów. Sama stara się zebrać niezbędne na to środki, kwoty niebotycznie wysokie nawet na potrzeby kształcenia jednego, a co dopiero dwojga dzieci. Intuicja podpowiada jej, że nie tylko starszy Antoś zasługuje na szansę, bo w młodszym Władku tkwi potencjał i też trzeba pchać go wyżej do szkół. Przeciwko sobie ma męża, księdza i całą wioskową społeczność. O ile ludzie rozumieją i akceptują edukowanie jednego syna z zamiarem wykierowania go na księdza, to jednak dwóch jest już nie do przyjęcia, to już przesada i objaw pychy. Ojciec chłopców choć z oporami, ale na kształcenie jednego się godzi, drugiego jednak upatruje sobie na dziedzica ubożuchnego rodzinnego dorobku, a jednocześnie na opiekuna i zabezpieczenie starości. Ostatecznie jednak ustępuje, trochę z powodu niezłomnej postawy żony, ale bardziej - podstępem wzięty, dzięki czemu nie tylko Antoś, ale i Władek trafia do krakowskiego gimnazjum.
Czas pokazał, po czyjej stronie była racja. Franciszek Ksawery Smaciarz, znany jako Władysław Orkan był jednym ze znaczniejszych twórców literackich, jakich wydało Podhale. Zyskał uznanie także wśród swoich; gdy w rok po śmierci przewożono trumnę z jego ciałem z Krakowa do Zakopanego, pociąg zatrzymywał się ponoć na każdej stacji i całe Podhale żegnało dumaca z Gorców.1

Ale nie o sukcesach literackich Orkana jest powieść Sewera. Ta skupia się na Katarzynie Smaciarzowej (powieściowej Magdzie Smerczyńskiej) i, jak przypuszczam, w założeniu ma być peanem pochwalnym na jej cześć. Wydaje się oczywiste i bezapelacyjne,, że kobieta tak wytrwale dążąca do zapewnienia dzieciom lepszej przyszłości musi być postrzegana jako godna szacunku, najwyższej pochwały i naśladowania. Tymczasem w powieści Sewera Smerczyńska to osoba pyszna, przekonana, że samego Boga ma po swojej stronie i do Najświętszej Panienki się przyrównująca. Bezwzględna w dążeniu do celu, zafiksowana na swojej idei i jej realizacji gotowa podporządkować życie, poświęcić zdrowie swoje i dobro reszty rodziny, nawet w obliczu przedwczesnej śmierci zaharowującego się męża nie zdobywa się na żadną refleksję nad sobą. Doprawdy trzeba mieć „literacki talent”, żeby do postaci teoretycznie podręcznikowo wręcz pozytywnej wzbudzić w czytelniku niechęć i to, jak sądzę, w sposób absolutnie niezamierzony. Nie lepiej poszło Sewerowi z innymi bohaterami pozytywnymi, Antosiem i Władkiem. Całe trio, z ich nieustannym przytulaniem się (na 140 stronach uściskali się chyba z 70 razy), z tym wzajemnym potakiwaniem sobie, zachwytami i cukierkową wręcz dobrocią, jest raczej śmieszne i wkurzające niż godne podziwu. Zamiast pochwały dążenia do zdobycia wykształcenia wyszła parodia.

Jeśli inne utwory Sewera są równie udane i pisane w tym samym stylu, to nie ma co żałować, że Ignacy Maciejowski zniknął w mrokach zapomnienia, a jego twórczość nadaje się dziś co najwyżej do wznowienia w serii Klasyki Mniej Znanej. Po co więc w ogóle to współcześnie wydawać? Może choćby po to, żebyśmy na własne oczy przekonali się, że i takie utwory kiedyś powstawały, ale próbę czasu przetrwały tylko najlepsze, i że nikt nie ukrywa przed nami żadnych arcydzieł rodzimej literatury.

1wg Wikipedii

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

sobota, 28 czerwca 2014

Wichrołak

Paweł Szlachetko
MUZA S.A., Warszawa 2011
projekt okładki: Piotr Bogusławski
e-book

Wichrołak skojarzył mi się z wilkołakiem, przez podobieństwo słów, ma się rozumieć. I chociaż okazało się, że nie ma z nim nic wspólnego, to jednak pewien nadprzyrodzony element w powieści występuje.

Tytułowy Wichrołak to dziwak, samotnik, który latami mieszkał w kolibie na skraju Szremli Małych. Aż zniknął. Ale ludzie wierzą, że nadal jest gdzieś w okolicy i macza palce w samobójstwach miejscowych górali. Trzech już się powiesiło, przed śmiercią mówili, że widzieli go z daleka. Nikt głośno tego nie mówił, była w tym jakaś mroczna tajemnica, ale wszyscy wiedzieli, że nie żywego człowieka mogli zobaczyć późniejsi samobójcy. Może jednak nie sami targnęli się na życie, może ktoś im pomógł w zejściu z tego świata? Tak czy inaczej, gdy Walica przyznał się, jakoby i on widział Wichrołaka, ludzie czekali, kiedy i on zawiśnie. Nad wsią unosił się strach przed siłą nieczystą.
Równolegle do wątku ducha-zabójcy rozwija się i drugi, miłosno-obyczajowy. Też z tajemnicą, ale o ile w pierwszym wątku tajemnicę zna prawie cała wieś, ale nie czytelnik, to w drugim jest odwrotnie. Od początku wiemy to, co sołtys Józwa ukrywa przed sąsiadami. Ukochana jedynaczka Józwy, jego duma i oczko w głowie, wróciła z uniwersytetu z brzuchem, za to bez męża i bez nadziei, że ojciec dziecka się ożeni. Ciężko to Józwa przeżył, toż to hańba przed całą wsią, tym większa, że on pierwszy gospodarz i osoba urzędowa. Miłość do jedynego dziecka w nim zwyciężyła, więc córki z domu nie wyrzucił, ale nie wybaczył. Przed sąsiadami kłamał, że zięć i ojciec dziecka jest, tylko nie przyjeżdża, bo musi w mieście na rodzinę pracować. Jednak nadszedł czas, żeby wnuka ochrzcić, a jakże tak bez ojca. I wtedy jak z nieba spada mu młody człowiek, obcy we wsi. Józwa wpada więc na całkiem nienowy pomysł, żeby zapłacić chłopakowi za udawanie jego zięcia. No, ale Roman nie po to do Szremli Małych przyjechał, żeby odgrywać męża Magdy, on też ma swoją tajemnicę i to niejedną, jak się wkrótce okaże.

Interesująca, bo nietypowa jest sceneria tego kryminału, choć nie wiem, czy prawdziwa, nie orientuję się zupełnie, jak współcześnie wygląda góralska wieś. Do tego stopnia, że na początku zastanawiałam się, w jakim czasie dzieje się akcja powieści, tak bardzo nie pasowało mi to na dzisiejsze czasy. Zamknięta społeczność podhalańskiej wioski, każdy zna w niej swoje miejsce i go przestrzega. Sołtys, bogaci bacowie, dalej pomniejsi gazdowie, a na szarym końcu wioskowy głupek i pośmiewisko, niżej w tej hierarchii stoją już chyba tylko kobiety. Życie duchowe skupia się oczywiście wokół parafii i plebanii, a towarzyskie – w gospodzie. Czas jakby się tu zatrzymał, i w sferze techniki i obyczajowej. Telewizor i samochód to bardziej dowód dobrobytu, niż sprzęt codziennego użytku, a niezamężna córka z dzieckiem to wstyd i hańba. Może tak jest w rzeczywistości, a może to tylko licentia poetica.

Za to klimat na początku mnie zachwycił, wydał mi się jakby żywcem wzięty z filmów Jana Jakuba Kolskiego. Ale im dalej w las, tym większe moje rozczarowanie było. No bo jak to? Tak pięknie się zapowiadający Jańcio Wodnik z Jasminum razem wziętym stopniowo zamienia się w Ranczo. Pomysł na zbrodnię trzyma jeszcze klasę, ale reszta? Bardzo mi było żal tej zanikającej gdzieś powoli aury nieziemskości. Szkoda, że autor nie utrzymał całości w konwencji jak na początku.

Mimo to wieczór czy dwa przyjemnie można spędzić przy tej lekturze. Rozwiązanie kryminału okazuje się całkiem w porządku, powiem tylko, że zgadłam je w połowie. A że drugi wątek w telenowelę się zamienił, to cóż. W końcu telenowele też mają swoje plusy, są takie przewidywalne i zawsze dobrze się kończą, dobro zwycięża, zło zostaje ukarane. Czego chcieć więcej. Jak się człowiek na początku nie nakręci i nie nabierze za dużych oczekiwań, to nawet może być całkiem usatysfakcjonowany.

Dodam tylko, że w 2012 roku Wichrołak był nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru. Chyba słusznie. Ale nagrody nie zdobył. Też chyba słusznie.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

sobota, 31 maja 2014

Zbrodnia w błękicie

Katarzyna Kwiatkowska
Warszawskie ZYSK i S-KA, Warszawa 2011
projekt okładki: Agnieszka Herman
e-book

Każdemu, kto lubi książki Agathy Christie, spodoba się zapewne także Zbrodnia w błękicie. Wpływów tej jedynej prawdziwej Królowej Kryminału można doszukać się u niejednego autora, ale powieść Katarzyny Kwiatkowskiej jest jednak najbardziej agathochristowskim polskim kryminałem, jaki zdarzyło mi się dotychczas czytać. W Zbrodni w błękicie charakterystyczny schemat powieści o Herkulesie Poirocie czy pannie Murphy jakby żywcem przeniesiony został na polski grunt sto kilkadziesiąt lat w przeszłość, do pruskiego zaboru, i doskonale się na nim sprawdził.
W powieści jej bohaterowie - Jan Morawski i jego kamerdyner Mateusz - porównują się wprawdzie do Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, ale trudno, aby uważali się za Herkulesa Poirota i kapitana Hastingsa. Akcja Zbrodni w błękicie dzieje się bowiem w czasie, gdy Agatha Christie już się co prawda urodziła, ale Poirot i Hastnigs jeszcze nie - pierwszą swoją książkę miała napisać dopiero za dwadzieścia z okładem lat. Jednak to właśnie polskim Poirotem, a nie Holmesem jest Jan Morawski. Wszędzie, gdzie się pojawi, przydarza mu się dokładnie to samo, co Poirotowi: dochodzi do zbrodni i to on zawsze wyjaśnia zagadkę i wykrywa mordercę.
Tym razem Morawski i jego kamerdyner przyjeżdżają w odwiedziny do przyjaciela tego pierwszego. Do położonego na odludziu pałacu Tadeusza Tarnowskiego docierają wśród zamieci, która wkrótce ma zupełnie odciąć od świata przebywających tam domowników, gości i służbę. A że w nocy dochodzi do morderstwa, odnalezieniem sprawcy musi zająć się Jan, przynajmniej do czasu, gdy drogi staną się na tyle przejezdne, aby można było zawiadomić pruskich urzędników, którzy przejęliby dochodzenie. Krąg podejrzanych to zbiór zamknięty, bo wiadomo, że z powodu śnieżycy nikt z zewnątrz nie mógł dostać się do pałacu i popełnić tego morderstwa. W trakcie prowadzonych przez Jana przesłuchań, zwanych rozmowami z racji pozycji społecznej i towarzyskiej zgromadzonych, wychodzą na jaw rozmaite wzajemne powiązania i animozje mogące stanowić motyw zbrodni, a także okoliczności sprzyjające jej popełnieniu. Wydaje się, że każdy mógł mieć powód i sposobność, od podejrzeń nie są wolni ani gospodarze, ani ich dobrze urodzeni goście, ani ochmistrzyni czy kamerdyner pana domu. Zbrodniarz jest jednak jeden (a może więcej działających w zmowie?) i Jan to oczywiście na końcu wyjaśni. W finale - zgodnie ze schematem obowiązującym w powieściach o Poirocie - przedstawia zgromadzonym swoje ustalenia, eliminując kolejnych podejrzanych, aż dojdzie do sprawcy.

Pomimo licznych podobieństw do wspomnianej już klasyczki kryminału Zbrodnia w błękicie nie jest bynajmniej wtórna, nie stanowi powtórki żadnej ze znanych nam już intryg opisanych w pierwowzorach. A zatem dla miłośników Agathy Christie, którzy przeczytali już wszystko, co napisała, obejrzeli wszystko, co zekranizowano i w każdym przypadku od pierwszej sceny pamiętają, kto zabił, książka Katarzyny Kwiatkowskiej może stanowić nie lada gratkę. Agatha Christie nic już niestety nie napisze, a tak chciałoby się dostać coś jeszcze, coś więcej, coś świeżego. I Zbrodnia w błękicie spełnia te oczekiwania, w dodatku wzbogacona jest o niezły gratis – o polskie tło historyczne.
Osadzenie akcji w Polsce pod pruskim zaborem dało autorce okazję do wprowadzenia ciekawego wątku patriotycznego – do ukazania podziemnej walki z germanizacją narodu polskiego, której prekursorką była ukochana matka właściciela pałacu. Wprawdzie w powieści występuje ona już tylko na portrecie i w pamięci bliskich, jednak zapoczątkowana przez nią działalność znalazła kontynuatorów wśród innych mieszkańców pałacu. Ofiara zbrodni także zaangażowana była w tę działalność, co mogło stanowić motyw jej zabójstwa.
Od przyjętego stylu nie odbiega natomiast sposób ukazania poszczególnych aktorów zdarzeń, choć tu akurat wolałabym, aby autorka poszła na pewne ustępstwa i realniej zbudowała psychologię postaci. Przerysowane, czarno-białe charaktery i skłonność do błyskawicznych metamorfoz cechujące wszystkich bohaterów Zbrodni w błękicie są do zaakceptowania w powieściach sprzed dziesięcioleci, we współczesnych preferuje się jednak stosowanie wszelkich odcieni szarości w opisie postaci. Bohaterowie dobrzy, aż mdli albo źli, że skóra cierpnie to dziś domena innego gatunku książek. Może i można by mieć też zastrzeżenia do prawdopodobieństwa pewnych wydarzeń i sytuacji, jak to, że świadkowie i podejrzani ujawniają detektywowi najskrytsze tajemnice, a zdemaskowany morderca publicznie przyznaje się do swego czynu. W prawdziwym życiu świadkowie pewnie milczeliby jak grób, a zbrodniarz szedłby w zaparte i nic nie można by mu było udowodnić. Jednak w tym przypadku obowiązuje pewna konwencja i godzimy się na pewne uproszczenia, bo inaczej nie można by zachować charakterystycznej w tym typie kryminału „jedności czasu, miejsca i akcji”, natomiast zbudowanie bardziej złożonych sylwetek bohaterów w niczym by tej jedności nie zaszkodziło, a mogłoby jedynie uwiarygodnić opowieść. Ale to detal wobec bardzo udanej całości. 
  
Z przyjemnością zaliczyłam powrót do świata mojej ulubionej klasycznej powieści kryminalnej. Czytając Zbrodnię w błękicie w przerwie między odcinkami angielskiego serialu telewizyjnego z Davidem Suchetem tym silniejsze miałam wrażenie, że słynny detektyw zawitał i do Polski. Choćby za to przeniesienie go na nasz rodzimy, acz historyczny grunt książka w pełni zasłużyła na nominację w 2012 roku do nagrody Wielkiego Kalibru. 
 
Zbrodnia w błękicie jest pierwszą w cyklu o Janie Morawskim. A choć druga – Abel i Kain – jeszcze przede mną,  już teraz mam nadzieję, że będą i następne.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...