Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2014

Zbrodnia w błękicie

Katarzyna Kwiatkowska
Warszawskie ZYSK i S-KA, Warszawa 2011
projekt okładki: Agnieszka Herman
e-book

Każdemu, kto lubi książki Agathy Christie, spodoba się zapewne także Zbrodnia w błękicie. Wpływów tej jedynej prawdziwej Królowej Kryminału można doszukać się u niejednego autora, ale powieść Katarzyny Kwiatkowskiej jest jednak najbardziej agathochristowskim polskim kryminałem, jaki zdarzyło mi się dotychczas czytać. W Zbrodni w błękicie charakterystyczny schemat powieści o Herkulesie Poirocie czy pannie Murphy jakby żywcem przeniesiony został na polski grunt sto kilkadziesiąt lat w przeszłość, do pruskiego zaboru, i doskonale się na nim sprawdził.
W powieści jej bohaterowie - Jan Morawski i jego kamerdyner Mateusz - porównują się wprawdzie do Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, ale trudno, aby uważali się za Herkulesa Poirota i kapitana Hastingsa. Akcja Zbrodni w błękicie dzieje się bowiem w czasie, gdy Agatha Christie już się co prawda urodziła, ale Poirot i Hastnigs jeszcze nie - pierwszą swoją książkę miała napisać dopiero za dwadzieścia z okładem lat. Jednak to właśnie polskim Poirotem, a nie Holmesem jest Jan Morawski. Wszędzie, gdzie się pojawi, przydarza mu się dokładnie to samo, co Poirotowi: dochodzi do zbrodni i to on zawsze wyjaśnia zagadkę i wykrywa mordercę.
Tym razem Morawski i jego kamerdyner przyjeżdżają w odwiedziny do przyjaciela tego pierwszego. Do położonego na odludziu pałacu Tadeusza Tarnowskiego docierają wśród zamieci, która wkrótce ma zupełnie odciąć od świata przebywających tam domowników, gości i służbę. A że w nocy dochodzi do morderstwa, odnalezieniem sprawcy musi zająć się Jan, przynajmniej do czasu, gdy drogi staną się na tyle przejezdne, aby można było zawiadomić pruskich urzędników, którzy przejęliby dochodzenie. Krąg podejrzanych to zbiór zamknięty, bo wiadomo, że z powodu śnieżycy nikt z zewnątrz nie mógł dostać się do pałacu i popełnić tego morderstwa. W trakcie prowadzonych przez Jana przesłuchań, zwanych rozmowami z racji pozycji społecznej i towarzyskiej zgromadzonych, wychodzą na jaw rozmaite wzajemne powiązania i animozje mogące stanowić motyw zbrodni, a także okoliczności sprzyjające jej popełnieniu. Wydaje się, że każdy mógł mieć powód i sposobność, od podejrzeń nie są wolni ani gospodarze, ani ich dobrze urodzeni goście, ani ochmistrzyni czy kamerdyner pana domu. Zbrodniarz jest jednak jeden (a może więcej działających w zmowie?) i Jan to oczywiście na końcu wyjaśni. W finale - zgodnie ze schematem obowiązującym w powieściach o Poirocie - przedstawia zgromadzonym swoje ustalenia, eliminując kolejnych podejrzanych, aż dojdzie do sprawcy.

Pomimo licznych podobieństw do wspomnianej już klasyczki kryminału Zbrodnia w błękicie nie jest bynajmniej wtórna, nie stanowi powtórki żadnej ze znanych nam już intryg opisanych w pierwowzorach. A zatem dla miłośników Agathy Christie, którzy przeczytali już wszystko, co napisała, obejrzeli wszystko, co zekranizowano i w każdym przypadku od pierwszej sceny pamiętają, kto zabił, książka Katarzyny Kwiatkowskiej może stanowić nie lada gratkę. Agatha Christie nic już niestety nie napisze, a tak chciałoby się dostać coś jeszcze, coś więcej, coś świeżego. I Zbrodnia w błękicie spełnia te oczekiwania, w dodatku wzbogacona jest o niezły gratis – o polskie tło historyczne.
Osadzenie akcji w Polsce pod pruskim zaborem dało autorce okazję do wprowadzenia ciekawego wątku patriotycznego – do ukazania podziemnej walki z germanizacją narodu polskiego, której prekursorką była ukochana matka właściciela pałacu. Wprawdzie w powieści występuje ona już tylko na portrecie i w pamięci bliskich, jednak zapoczątkowana przez nią działalność znalazła kontynuatorów wśród innych mieszkańców pałacu. Ofiara zbrodni także zaangażowana była w tę działalność, co mogło stanowić motyw jej zabójstwa.
Od przyjętego stylu nie odbiega natomiast sposób ukazania poszczególnych aktorów zdarzeń, choć tu akurat wolałabym, aby autorka poszła na pewne ustępstwa i realniej zbudowała psychologię postaci. Przerysowane, czarno-białe charaktery i skłonność do błyskawicznych metamorfoz cechujące wszystkich bohaterów Zbrodni w błękicie są do zaakceptowania w powieściach sprzed dziesięcioleci, we współczesnych preferuje się jednak stosowanie wszelkich odcieni szarości w opisie postaci. Bohaterowie dobrzy, aż mdli albo źli, że skóra cierpnie to dziś domena innego gatunku książek. Może i można by mieć też zastrzeżenia do prawdopodobieństwa pewnych wydarzeń i sytuacji, jak to, że świadkowie i podejrzani ujawniają detektywowi najskrytsze tajemnice, a zdemaskowany morderca publicznie przyznaje się do swego czynu. W prawdziwym życiu świadkowie pewnie milczeliby jak grób, a zbrodniarz szedłby w zaparte i nic nie można by mu było udowodnić. Jednak w tym przypadku obowiązuje pewna konwencja i godzimy się na pewne uproszczenia, bo inaczej nie można by zachować charakterystycznej w tym typie kryminału „jedności czasu, miejsca i akcji”, natomiast zbudowanie bardziej złożonych sylwetek bohaterów w niczym by tej jedności nie zaszkodziło, a mogłoby jedynie uwiarygodnić opowieść. Ale to detal wobec bardzo udanej całości. 
  
Z przyjemnością zaliczyłam powrót do świata mojej ulubionej klasycznej powieści kryminalnej. Czytając Zbrodnię w błękicie w przerwie między odcinkami angielskiego serialu telewizyjnego z Davidem Suchetem tym silniejsze miałam wrażenie, że słynny detektyw zawitał i do Polski. Choćby za to przeniesienie go na nasz rodzimy, acz historyczny grunt książka w pełni zasłużyła na nominację w 2012 roku do nagrody Wielkiego Kalibru. 
 
Zbrodnia w błękicie jest pierwszą w cyklu o Janie Morawskim. A choć druga – Abel i Kain – jeszcze przede mną,  już teraz mam nadzieję, że będą i następne.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

wtorek, 22 kwietnia 2014

Tajemnica szkoły dla panien

Joanna Szwechłowicz
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014
projekt okładki Paweł Panczakiewicz

Powieści kryminalne, których akcja umiejscowiona zostaje w przeszłości, cieszą się sporą wśród czytelników popularnością. Debiutując warto więc sięgnąć po pewniaka i też zastosować chwyt cofania się w czasie. Pod tym względem Joanna Szwechłowicz nie jest może oryginalna, ale na duży plus trzeba zaliczyć jej, że znalazła bardzo ciekawą lukę czasową, dotychczas jeszcze nie zagospodarowaną w innych powieściach i zabiera czytelnika prawie sto lat wstecz, do roku 1922. Początki odradzającego się po latach zaborów polskiego państwa obserwujemy z perspektywy zwyczajnych mieszkańców prowincjonalnego wielkopolskiego miasteczka. 

Wielka historia i wielkie zbrodnie raczej omijały Mańkowice . Morderstwo zdarzało się w tej mieścinie średnio raz na dziesięć lat, a największą kryminalną aferą jest kradzież cukru z miejscowych zakładów. A zatem gdy znalezione zostają zwłoki szesnastoletniej Marianny – uczennicy z mańkowickiej szkoły dla panien (a właściwie prywatnej szkoły panny Wachowskiej) podkomisarz Hieronim Ratajczak woli upatrywać w tym samobójstwa, aniżeli zbrodni. Tym bardziej, że 
„W małych miejscowościach, nawet przy jakiejś głupiej sprawie, zwykle na koniec się okazuje, że wszyscy są w jakiś sposób zaangażowani w całą historię”, 
więc i ryzyko nadepnięcia na jakiś ważny odcisk jest duże.
Wkrótce jednak odkryte zostają zwłoki drugiej dziewczyny, służącej Ratajczaka. Tym razem ciało powieszone jest głową w dół (a raczej brakiem głowy), przy użyciu takich samych węzłów, jak przy pierwszej nieboszczce. Nie da się więc dłużej wmawiać mańkowickiej rozplotkowanej społeczności, że za tymi zgonami nie stoi morderca. Miejscowa policja dostaje posiłki z Poznania w postaci dwóch typów o niejasnej i nie najlepszej opinii, sięgającej jeszcze czasów pruskiego zaboru, gdy to wiernie służyli ówczesnej władzy. Ci bardziej niż na szukanie mordercy, napaleni są na znalezienie jakiejś politycznej hecy, na przykład utajonego bolszewika. Pod koniec powieści i po paru jeszcze trupach znajdzie się i bolszewik, i morderca, ale większa w tym zasługa Ratajczaka, a jeszcze większa – jego żony, aniżeli poznańskich „speców”.

Nastawiłam się na kryminał, ale Tajemnica szkoły dla panien to raczej powieść historyczno-społeczno-obyczajowa. I gdybym po takową sięgała, pewnie doceniłabym ją bardziej. Jako kryminał niespecjalnie się sprawdza. Miałam wrażenie, że cała kryminalna intryga zepchnięta została na drugi plan, ustępując miejsca opowieści o społecznych stosunkach rządzących prowincjonalną społecznością sprzed wieku. Rozwiązanie proponowane przez autorkę też mnie nie zadowoliło, i to bynajmniej nie dlatego, że zupełnie nie domyślałam się, kto zabijał. Po prostu zbyt mało miejsca poświęcone zostało w tej książce wątkowi i śladom zbrodni, aby jej wyjaśnienie jawiło mi się jako następstwo konsekwentnie i precyzyjnie gromadzonych faktów. 

A może to sceneria powieści tak przyciąga uwagę czytelnika, że przestaje skupiać się na wątku kryminalnym. Kilkunastotysięczne zaledwie Mańkowice autorka zaludniła całą plejadą różnorodnych typów, które posłużyły do ukazania zmian społeczno-obyczajowych towarzyszących zmianom politycznym. Już sam zakład panny Wachowskiej, opisany w pierwszych rozdziałach, jest dość specyficzny, nastawiony na nowoczesne i na wysokim poziomie kształcenie panien. Wątek ten szybko się kończy, niestety – bo chętnie poczytałabym więcej o postępowej szkole dla dziewcząt. Właścicielka musi ją jednak zamknąć, gdy po śmierci Marianny rodzice zabierają stąd swoje pociechy. Nadal jednak śledzimy losy jednej z nauczycielek, wyemancypowanej panny Łucji Kalinowskiej, a dołącza do niej ekscentryczna panna Anna Woźniakówna, dziedziczka najokazalszej w miasteczku kamienicy i wydawczyni „Gońca Mańkowickiego” .  Interesująca jest też postać innego głównego bohatera, podkomisarza Ratajczaka miotającego się między chęcią posiadania świętego spokoju a przyzwoitością nakazującą mu odnalezienie mordercy dziewcząt zbyt mało znaczących w lokalnym środowisku, aby komukolwiek naprawdę zależało na odkryciu prawdy o ich śmierci. 

Ale i wśród postaci drugiego planu roi się od ciekawych bohaterów, mających swoje ciemne i wstydliwe tajemnice. Poczynając od tych bogatych i stanowiących elitę Mańkowic, poprzez średniaków aż po najuboższych. Nie ma tu prawie nikogo, kto nie miałby czegoś do ukrycia, czegoś bardziej lub mniej brzydkiego, bardziej lub mniej niepraworządnego albo niemoralnego, z przeszłości lub teraźniejszości. Jeśli nie czynów, to przynajmniej myśli. Mężczyźni ukrywają swoje brudne tajemnice przed żonami. Kobiety szarpią się między młodą jeszcze modą na emancypację i samodzielność a pragnieniem osiągnięcia tradycyjnej i społecznie szanowanej pozycji pani domu. A te, które już ją osiągnęły, z nudy albo niespełnienia szukają rozrywek nie zawsze godnych statecznych matron, a bywa, że niegodnych nawet zwyczajnie przyzwoitego człowieka. 

A wszystko to na tle rodzącej się młodej polskiej państwowości. W miasteczku wciąż świeża jest pamięć życia w pruskim zaborze, co skłania do porównywania warunków wczoraj i dziś. Pierwsza wojna nie jest tu wspominana, ale echa powstania wielkopolskiego są ciągle żywe i stosunek do powstania, a już tym bardziej udział w nim określa człowieka, tak, jak określa go stosunek do polityki. Powszechna wśród mieszkańców miasteczka jest niechęć do Piłsudskiego, powszechna też do Polaków z innych zaborów. No i oczywiście do socjalistów, bolszewików – tych wszyscy traktują z lękliwą pogardą, no, może z wyjątkiem kilku egzaltowanych panien, co (uwaga, tu może wygadam za dużo) nie pozostanie bez znaczenia dla śledztwa.

I wszystko byłoby z tą książką w porządku, byłabym całkiem usatysfakcjonowana lekturą, gdyby nie przekonanie powzięte po przeczytaniu noty wydawniczdej, że będę miała do czynienia z kryminałem. Byłam nastawiona na powieść znacznie bardziej charakterystyczną dla gatunku, niż ta, którą okazała się Tajemnica szkoły dla panien, co odbiło się negatywnie na odbiorze całości. Ale ktoś, kto woli inaczej ustawione proporcje, zapewne odkryje w debiucie Joanny Szwechłowicz wciągającą lekturę.

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html




wtorek, 11 marca 2014

Klątwa Konstantyna

Małgorzata Fugiel-Koźmińska, Michał Koźmiński
Świat Książki Grupa Wydawnicza Weldbild, Warszawa 2011
na okładce zdjęcie H.Karwińskiej

Na wstępie uprzedzam: z góry byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej książki, bo parę lat temu czytałam Sekret Kroke, który do dziś często wspominam. Nie dlatego, że taka rewelacyjna była (bo nie była), ale urzekł mnie pomysł z wykorzystaniem znanych i rozpoznawalnych fikcyjnych postaci kultury masowej, na przykład Tomka Wilmowskiego (u Koźmińskich dorosły już Tomek pojawia się jako oficer przedwojennego polskiego kontrwywiadu) albo bohaterów piosenek śpiewanych przez kapele podwórkowe . W Klątwie Konstantyna autorzy zmodyfikowali pomysł o tyle, że nawiązania nie są już tak rozpoznawalne i bez przypisów prawie niczego i nikogo bym nie rozszyfrowała. Za to w Klątwie sama fabuła podobała mi się bardziej.

Tytułowa klątwa, to przepowiednia, którą cesarz Konstantyn zawarł w swoim testamencie. Testament przetrwał ponoć w ukryciu do naszych czasów, a tropy prowadzą do Krakowa. Przepowiednia jest szczególnie groźna dla tych, którzy chcieliby zapanować nad całą Europą, co tłumaczy usilne poszukiwania dokumentu najpierw przez hitlerowskie Niemcy, a tuż po wojnie przez wywiady USA i ZSRR.
Amerykanie wyciągają więc z bagien Luizjany lumpa, który kiedyś był księciem Michaiłem Mikołajewiczem Romanowem (zamiennie nazywanego w powieści szpiegiem) i stawiają mu ultimatum: udział w misji odnalezienia testamentu albo wydanie Rosjanom. Do pomocy dodają mu Andrzeja „Segala” Mewę (zamiennie: komandos z uwagi na odbyte w czasie wojny przeszkolenie dla cichociemnych). Beria natomiast wysyła na poszukiwania do Krakowa jednookiego majora Torfowa (inaczej – enkawudzistę). Jest jeszcze przybysz z Palestyny, agent żydowskiej organizacji Hagana – Awner Koen (czyli bojownik), któremu towarzyszy Rebeka, znana już czytelnikom Sekretu Kroke. Awner i Rebeka nie szukają testamentu, ich zadanie jest zupełnie inne, a właściwie zadanie mężczyzny, bo obecność Rebeki ma być tylko przykrywką. Mimo różnych celów w Krakowie wciąż przecinają się i zazębiają działania tych trzech grup (powiedzmy, że Torfow to też grupa, jeśli uwzględnić, że korzysta z usług polskich ubeków). A to jeszcze nie wszyscy, bo na scenie pojawia się czwarty, najbardziej tajemniczy i niebezpieczny gracz.

Szybka akcja, mylenie tropów, przypadkowe i krótkotrwałe sojusze, nagłe zwroty – wszystko na przyzwoitym poziomie i zgodnie z konwencją szpiegowskiego thrillera. A ponadto sugestywnie oddana atmosfera powojennego (sierpień 1945r.) Krakowa, z jego przeludnionymi mieszkaniami, kłopotami aprowizacyjnymi i antyżydowskimi nastrojami, które doprowadziły do pogromu 11 sierpnia, opisanego w książce z wplątaniem weń naszych bohaterów.
Krakowianie, a zwłaszcza znawcy czasów krakowskich okołowojennych doceniliby też pewnie lepiej wstawki, odnośniki i aluzje do rzeczywistych osób, zwyczajów, tekstów. Mnie one mówiły niestety tylko tyle, ile wyczytałam w przypisach, którymi na szczęście opatrzono tekst powieści.

Ogólnie rzecz biorąc całkiem zgrabna i intrygująca całość z tego wyszła. Moim skromnym zdaniem wcale nie gorsza, aniżeli podobne gatunkowo polskie powieści goszczące ostatnio na listach bestsellerów, a niestety dużo mniej znana. Na ile jest to subiektywna ocena kogoś z góry pozytywnie nastawionego do Klątwy Konstantyna – o czym uprzedziłam już na wstępie – każdy może przekonać się osobiście. Wystarczy przeczytać.
  
Wyzwania:
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html


 
http://wszystkotojuzbylo.blogspot.com/

wtorek, 26 listopada 2013

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Swietłana Aleksijewicz
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010
tłumaczenie: Jerzy Czech

Czy jest ktoś, kto jeszcze nie wie, o czym jest ta książka? Nawet, jeśli jej nie czytał, to każdy chyba musiał o niej słyszeć. I dobrze, bo zasługuje na to, jak mało która. Złożona z fragmentów kobiecych wspomnień, z fragmentów kobiecego życia pokazuje wojnę od strony, od jakiej jeszcze jej nie opisywano. Wojna to męska rzecz, tak się przynajmniej przyjęło i funkcjonowało w powszechnej świadomości jeszcze do niedawna. Współcześnie kobiety służą w wielu armiach świata, w Izraelu służba wojskowa kobiet jest obowiązkowa. Ale dawniej, choćby w II Wojnie Światowej? Niby wiemy, że i kobiety wtedy walczyły, ale wiedza o tym przechodziła tak trochę bokiem. Wspominało się heroizm mężczyzn, ich przeżycia i poświęcenie. Dopiero Swietłana Aleksijewicz pokazała ją od kobiecej strony, inną niż ta, którą znamy z historii, literatury i filmów. Napisała ją, bo
„Wszystko, co wiemy o wojnie, powiedział nam „męski głos”. Wszyscy tkwimy w niewoli „męskich” wyobrażeń i „męskich” doznań wojennych. (…) Kobiety milczą”1
Aleksijewicz postanowiła przerwać to milczenie i opowiedzieć światu wojnę taką, jaką kobiety wspominają tylko w domu albo w gronie przyjaciółek z frontu, a nie wtedy, gdy mówią oficjalnie, publicznie, gdy „dostosowują się do męskiego szablonu”2
Zbierała przez lata wspomnienia żołnierek i partyzantek. Początkowo szukała tych, które walczyły, później zgłaszały się same, jedna przekazywała wiadomość drugiej i wiele chciało opowiedzieć, co tam przeszły, choć nie wszystkie. Niektóre nawet po latach wolały milczeć. Z tych, które mówiły, mało która nie płakała. Także we wspomnieniach często mówiły o łzach, ale jeszcze częściej o mamie. Mama – jak była dumna, albo jak zabraniała, gdy zgłaszały się na wojnę, jak za nią tęskniły. To chyba najczęściej pojawiający się motyw. Dużo wspominają też o przyziemnych sprawach, o codziennych trudach wynikających choćby z tego, że armia zupełnie nie była przygotowana na żołnierki. Dostawały za duże buty w męskich rozmiarach, męską bieliznę, przez cztery lata nie zakładały sukienki, tylko spodnie i spodnie. A one miały po osiemnaście, dziewiętnaście lat i chciały być piękne, mimo grozy, mimo wojny. W okopach, w ziemiance, w polowym szpitalu albo na okręcie: niezależnie od tego, gdzie przyszło im walczyć.

Kobieta na wojnie kojarzy się zazwyczaj z sanitariuszką, telegrafistką, łączniczką. A przecież służyły we wszystkich formacjach, od lotnictwa, poprzez piechotę, kawalerię, wojska zmotoryzowane i pancerne. Były nawet w marynarce, chociaż marynarze uważali ponoć, że kobieta i kot na pokładzie przynoszą pecha. Walczyły też na tyłach wroga, w partyzantce i podziemiu. Aleksijewicz postarała się wybrać fragmenty ich wspomnień tak, by nie pominąć żadnej formacji i pokazać ową rozmaitość kobiecych wojennych doświadczeń, w dużej mierze determinowanych tym, gdzie przyszło im służyć i w jaki sposób były zaangażowane w walkę. Jednak
„O czymkolwiek mówią kobiety, stale obecna jest u nich jedna myśl: wojna to przede wszystkim morderstwo, a poza tym – ciężka praca. No i także zwyczajne życie: śpiewały, zakochiwały się, kręciły papiloty...”3
Rozmówczynie Aleksijewicz wspominają uczuciami i emocjami, zapachami, kolorami. Zapach i kolor krwi prześladował je jeszcze długo po wojnie, niektóre zawsze już unikały czerwonego koloru, nie były w stanie oprawiać kurzego białego mięsa, zbyt podobnego do ludzkiego, tyle bolesnych wspomnień przywoływało. Cierpienie jest w tych wspomnieniach wszechobecne, nie tylko ludzkie, ale cierpienie całego świata sponiewieranego wojną, całej natury: zwierząt, roślin. Za to bohaterstwo występuje tam jakby mimochodem, uboczny skutek tego, co i tak trzeba było zrobić: wyciągnąć spod ostrzału rannego, zabić wroga.

Nie o wszystkim jednak chcą opowiadać, choć minęło już tyle czasu. Niektóre tematy nadal są tabu, pojawiają się w wyznaniach jednej, może dwóch. Nie ze wstydu, a przynajmniej nie wyłącznie. Wtedy o pewnych sprawach nie rozmawiało się, a jednak po latach potrafią mówić, jak radziły sobie ze sprawami wynikającymi z fizjologii płci: z menstruacją, gdy waty brakuje nawet dla rannych, z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, gdy wokół sami mężczyźni. Tylko o miłości fizycznej milczą. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę przyjęcie, z jakim spotkały się po wojnie. Wracających z wojny mężczyzn witano jako bohaterów, „frontowe” kobiety często traktowane były z pogardą, inne kobiety uważały je za dziwki, mężczyźni nie chcieli ich za żony. Wiele uwielbianych na wojnie „siostrzyczek” po zwycięstwie pozostało samotne, choć na wojnie marzyły o zamążpójściu i rodzeniu dzieci, w tamtych czasach to był sens i cel życia kobiety, w sowieckiej Rosji najważniejszy zaraz po obronie ojczyzny. Przyjęcie, z jakim się spotkały, musiało boleć, a zachowanie mężczyzn, z którymi walczyły ramię w ramię, pewnie bolało w dwójnasób, jak najgorsza zdrada.
Ale oprócz tego, co osobiste, intymne, są też rzeczy, o których nie wypada im mówić inaczej aniżeli jest to oficjalnie przyjęte, albo nadal boją się to robić. Nie można mówić źle o towarzyszach broni, Stalinie ani polityce ówczesnych władz. W ich historiach nawet najsurowszy dowódca był taki dla dobra podkomendnych, żołnierze nie rabowali niczego we wsiach, za to ludność cywilna dobrowolnie i z odruchu serca oddawała ostatnie ziarna zboża, a niemieckich jeńców leczono na równi ze swoimi i dzielono się z nimi chlebem.
Autorka jednak na wstępie przygotowała nas na to, że nie wszystko powinniśmy brać dosłownie, że nieraz trzeba czytać między wierszami, z dystansem do opowieści:
„Wspomnienia nie są namiętnym, czy też beznamiętnym przekazem rzeczywistości, która zniknęła, ale powtórnymi narodzinami przeszłości, czas zaczyna wówczas biec z powrotem. Są przede wszystkim twórczością. Opowiadając, ludzie tworzą, piszą swoje życie. Czasem piszą „na nowo” albo coś „dopisują”. Tutaj trzeba uważać. Mieć się na baczności. Ale też każdy fałsz stopniowo sam się unicestwia, nie wytrzymuje sąsiedztwa obnażonej prawdy.”4
Czasami czuje się, że pojawia się fałszywa nuta, ale prawda przeważa, zwłaszcza tam, gdzie wojna opowiadana jest „po kobiecemu”, zwykłymi słowami, nie gazetowymi, bo takich rzeczy nie da się zmyślić, zresztą po co to robić: tego wszystkiego o codziennym koszmarze, zimnie, brudzie i pracy ponad siły, o przypięciu fiołków do bagnetu i i marzeniach, żeby wreszcie ubrać się w sukienkę,...

Tę książkę trzeba przeczytać, a już szczególnie powinny to zrobić kobiety - w imię kobiecej solidarności i jako rekompensata za to, co spotkało te wspaniałe żołnierki po wojnie, po zwycięstwie, z którego tak się cieszyły, a gdy wreszcie je wywalczyły, zabrakło dla nich szacunku i miejsca w pamięci rodaków. Swietłana Aleksijewicz swoją książką przywraca należne im miejsce w panteonie bohaterów.

1s. 9
2s. 9.
3s. 17.
4s. 10-11.

środa, 20 listopada 2013

Służące

Kathryn Stockett
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2012
tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku to okres, gdy na południu Stanów Zjednoczonych segregacja rasowa trzymała się jeszcze mocno, a prawa Jima Crowa były silnie zakorzenione w mentalności społecznej. Akcje protestacyjne przeciw segregacji, głównie w postaci aktów nieposłuszeństwa, przybierały na sile, zyskiwały rozgłos i popularność. Jednak na południu zwolennicy segregacji zawzięcie bronili się przed zmianami, a przodował w tym stan Missisipi, niemal synonim ówczesnej nietolerancji rasowej, co znamy z wielu książek i filmów, choćby z głośnego i świetnego Missisipi w ogniu Alana Parkera.
Wydarzenia opisane w Służących dzieją się właśnie w tamtym okresie, w miasteczku Jackson w Missisipi. Autorka znała ten stan, bo urodziła się tam i wychowała. Zdawała sobie też sprawę ze skojarzeń, jakie budzi Missisipi w reszcie kraju, skojarzeń ułatwiających zrozumienie, czym ryzykowały jej bohaterki: te czarne i ta biała, porywając się na coś, co wpisywało się w działania obywatelskiego nieposłuszeństwa. Za to, za co w normalnym kraju ryzykuje się co najwyżej cywilnym procesem, one i ich rodziny mogły zapłacić utratą bezpieczeństwa, materialnej stabilności, a w skrajnym wypadku nawet życiem. A mimo to porwały się na heroiczny w tamtych warunkach czyn. Ujawniły jeszcze jedno oblicze segregacji rasowej: stosunki panujące między białymi paniami domów i ich kolorowymi pomocami licząc, że przyczyni się to do zmian na lepsze, może nie w ich życiu, ale przynajmniej w życiu ich dzieci.

Segregacja segregacją, a potrzeba posiadania taniej służby swoją drogą. Czarne pomoce przez lata, a nawet i dziesięciolecia sprzątały więc, gotowały, wychowywały dzieci białych rodzin. Kathryn Stockett ukazuje złożone relacje łączące tych ludzi, czasem oparte na zaufaniu i szacunku, nawet miłości, a przynajmniej współczuciu i chęci pomocy drugiemu człowiekowi, będącemu w gorszej sytuacji. Ale często też takie, których nie można nazwać nawet przyzwoitym traktowaniem: pełne pogardy, wyższości, podejrzeń o złodziejstwo i wyuzdanie. W książce to te drugie biorą górę, przyciągając uwagę czytelnika. Czarne kobiety, dość dobre, by karmić i przytulać białe dzieci swoich „państwa” czy gotować dla rodziny, nie były godne korzystać z tych samych talerzy ani wspólnych toalet z domownikami, nie liczono się z ich uczuciami, z ich poczuciem godności. Co więcej, niezgodne z oczekiwaniami wykonywanie obowiązków albo uchybienie któremuś z licznych zakazów mogło spotkać się z restrykcjami sięgającymi dalej aniżeli potrącenie z i tak już nędznej pensji czy zwolnienie z pracy. Odwet urażonej białej pani bywał straszny, a mściwość nierychliwa, lecz trwała i sięgająca daleko.

Zbyt mało, zbyt późno” zatytułowała Kathryn Stockett ostatni rozdział Służących, ten od siebie, osobisty, będący bardziej posłowiem odautorskim aniżeli integralnym rozdziałem powieści, ale jednak niezbędny, bo uzmysławiający nam, że książka zarazem jest i nie jest jedynie fikcją literacką. Autorka wspomina w nim swoje dzieciństwo na Południu USA i Demetrie – czarną służącą pracującą dla rodziny ojca przez dziesiątki lat, o której latami myślała, że „spotkało ją niesłychane szczęście, bo ma nas, stabilną pracę w ładnym domu i może sprzątać po białych chrześcijanach.”1. A gdy była już wystarczająco dorosła i myśląca, by zrozumieć, że warto byłoby zapytać Demetrie, jak to jest być czarną służącą pracującą dla białych w Missisipi, ona dawno już nie żyła. Musiała więc sama odpowiedzieć sobie na to pytanie.
 
Dla autorki i jej czarnej służącej może rzeczywiście Kathryn Stockett napisała zbyt mało i zbyt późno. Służące wydane zostały w 2009 roku, obecnie segregacja w Stanach nie istnieje, przynajmniej oficjalnie, stała się już tylko wstydliwym wspomnieniem, brzydką plamą na honorze szczycącego się tolerancją i prawami obywatelskimi amerykańskiego społeczeństwa. Po co więc wracać dzisiaj do tamtych czasów? Może po to, że pewne sprawy, zachowania, sposób myślenia nie odeszły w przeszłość razem z prawami Crowa.
Książka Kathryn Stockett nadal pozostaje aktualna, a to za przyczyną uniwersalizmu opisanych w niej relacji między kobietami. Jeśli bowiem zechcemy spojrzeć szerzej na łączące je więzi, na panujące między nimi stosunki, to zobaczymy, że te same zachowania odnaleźć można w każdym miejscu i czasie u kobiet, które są ze sobą powiązane, które są sobie wzajemnie potrzebne, nawet jeśli nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, że owa zależność działa w obie strony. Jakie jesteśmy dla tych, nad którymi „mamy władzę”, a jakie wobec tych, od których zależy coś dla nas ważnego? Służące to prawdziwa opowieść o kobiecych naturach, w których znajdzie się i babska solidarność i skrywana mściwość, bezinteresowna dobroć, serdeczność, ale też fałszywa, pozorna przyjaźń na pokaz.
Ale jeśli nawet nie dopatrzymy się w książce uniwersalizmu, jeśli nie skłoni nas do rozważań nad własnymi charakterami, do szukania podobieństw z opisanymi w niej postaciami, to niewątpliwie dostarczy wielu emocji, trudno bowiem nie kibicować bohaterkom Służących - tym dzielnym kobietom, które w pewnym momencie przełamały lęki i postanowiły zawalczyć o godność i lepszą przyszłość takimi metodami, jakie były dla nich dostępne.

1s. 576.

czwartek, 31 października 2013

Morze Niegościnne


Jakub Szamałek
Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2013

Znany czytelnikom z Kiedy Atena odwraca wzrok Jakuba Szamałka główny bohater Leochares opuścił Ateny po dramatycznych wydarzeniach. W drugiej powieści autora spotykamy go już w Pantikapajonie nad Morzem Czarnym, przez starożytnych Greków nazywanym Niegościnnym. Od wyjazdu z Aten minęło pięć lat, podczas których starał się żyć z wykonywania wyuczonego w dzieciństwie zawodu złotnika. Jego sława „przydatnego” władzy człowieka dogoniła go jednak, wyolbrzymiona legendą. Na nic zdały się wszelkie postanowienia, by pozostać anonimowym i trzymać się z dala od władzy i polityki, bo gdy sam archont1 Pantikapajonu Satyros poprosił o włączenie się w prace rady, Leochares wiedział, że pod pozorem uprzejmości ukryta była propozycja, której nie wolno odrzucić. 
Początkowo status specjalnego doradcy archonta nie wymagał od Leocharesa żadnego szczególnego zaangażowania, ot, informowanie o tym, czego dowiedział się i co widział w czasie wyjazdów handlowych, czasami wypowiedzenia się na zebraniach rady. Niestety, pewnego dnia w siedzibie Satyrosa zamordowany zostaje poseł z Teodozji, a na Leocharesa spada obowiązek wyjaśnienia zbrodni, nim zburzy ona niepewny pokój między greckimi państwami-miastami. 

Podobnie jak w pierwszej powieści Jakuba Szamałka kryminalna osnowa Morza Niegościnnego stanowi pretekst do pokazania w atrakcyjnej, sensacyjnej formie starożytnego greckiego świata. Autor z zamiłowania i wykształcenia jest znawcą historii starożytnej, co z powodzeniem wykorzystuje do spopularyzowania starogreckich praw, obyczajów, mentalności ówczesnych ludzi, tak Greków, jak i tych, których Grecy uważali za barbarzyńców. 
W Kiedy Atena odwraca wzrok mieliśmy do czynienia z obrazami z życia i funkcjonowania jednego z najważniejszych i najpotężniejszych miast - Aten. W Morzu Niegościnnym poznajemy prowincję starożytnej cywilizacji, jej obrzeża, na których greckie zasady, nauka, sztuka, wreszcie grecka demokracja (nawet jeśli niedoskonała w naszym współczesnym pojęciu i wypaczona z powodu ludzkich ułomności) zderzają się z „filozofią” sąsiadujących z Grecją barbarzyńskich plemion. 

Do historii i do naszej świadomości przebili się z tamtego okresu tylko ci najważniejsi, wyjątkowi, to o nich się uczymy, ich (albo o nich) utwory do dziś czytujemy. Któż nie słyszał o Homerze, Sofoklesie, Platonie, czy Aleksanderze Macedońskim. Jednak zwykli, przeciętni ludzie żyli zapewne tak, jak opisuje to w swoich książkach Jakub Szamałek. I gdy już zatrze się w pamięci czytelnika, kto kogo i po co zamordował, wyniesiona z lektury wiedza o starożytnych ludach zamieszkujących basen Morza Śródziemnego i mórz sąsiednich pozostanie nam jeszcze na długo, jeśli nie na zawsze, dając podstawowe wyobrażenie o tym, jak wyglądała ówczesna codzienność, nawet jeśli ciut podkoloryzowana dla potrzeb książki, jakby nie było, sensacyjnej.

Jeśli jednak chcielibyśmy skupić się wyłącznie na wątku sensacyjnym, to i na tej płaszczyźnie się nie rozczarujemy, bo akcja poprowadzona jest na przyzwoitym poziomie. Moje zastrzeżenia budziło co najwyżej nadmierne i nie zawsze konieczne nawiązywanie w drugiej powieści do zakończeń niektórych, incydentalnych wątków z pierwszej (dla przykładu wspomnę o zbytecznej właściwie wzmiance o tym, co stało się z Demoklesem, młodzieńcem pomagającym Leocharesowi w wyjaśnieniu zagadki z Kiedy Atena odwraca wzrok). 
Lepiej więc czytać te powieści, trzymając się chronologii ich napisania, ale tak czy inaczej, jeśli już decydujemy się na kryminał, to wybór książek Jakuba Szamałka będzie wyborem połączenia rozrywkowego z pożytecznym.

1Najwyższy urzędnik w greckim państwie-mieście.
 
http://soy-como-el-viento.blogspot.com/p/polacy-nie-gesi-ii.html

niedziela, 13 października 2013

Nocowała ongi chmurka złota

Anatolij Pristawkin
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990
tłumaczenie: Eugeniusz Piotr Melech

Cóż to za tytuł - pomyślałam sobie, gdy pierwszy raz zetknęłam się z tą książką – zupełnie jak z wierszyka dla dzieci Marii Konopnickiej, i może ktoś uzna mnie za ignorantkę. Założę się jednak, że nieliczni tylko rozpoznają w tym tytule cytat z wiersza Głaz Michaiła Lermontowa i to w tłumaczeniu Leo Belmonta, bo w przekładzie Juliana Tuwima brzmi już inaczej. Ten wiersz i galopujący jeździec na dzikim koniu na tle strzelistych śnieżnych szczytów – obrazek z paczki papierosów Kazbek, to jedyne, co bliźniakom Saszce i Kolce Kużmionyszom kojarzy się z Kaukazem. Dobrze się kojarzy. W ich marzeniach Kaukaz to:
„Góry tak wielkie, jak ich dom, a pomiędzy nimi wszędzie pełno krajalni chleba. I żadna z nich nie jest zamknięta. I nie trzeba kopać, wystarczy wejść, zważyć sobie i jeść. A jak tylko się stamtąd wyjdzie, tuż obok jest następna krajalnia, i też bez kłódki. A wszyscy ludzie w czerkieskach, wąsaci, weseli. Patrzą, jak Saszka zajada z apetytem, uśmiechają się, poklepują go po ramieniu. „Jakszy” - powiadają. Czy jakoś w tym rodzaju. A sens tego jest taki: „Zjedz jeszcze, bo dużo mamy tutaj krajalni chleba.”1
Krajalnia chleba dla tych sierot wojennych z domu dziecka w podmoskiewskim Tomilinie to sanktuarium, największy skarbiec, Sezam pełen najbardziej upragnionego dobra. Tak pożądanego, że ryzykują podkop, by się do niej dostać. Plan kończy się fiaskiem, a Kuźmionysze, bojąc się, że się wyda, kto próbował dostać się do krajalni, postanawiają ratować się ucieczką, a dokładniej - zgłaszają się na ochotnika do domu dziecka na Kaukazie właśnie. Jakże odmienna od ich marzeń okaże się ta wyidealizowana kraina, a ludzie jakże inni od tych wesołych, życzliwych, których bliźniaki widziały w wyobraźni. I nic w tym dziwnego, w końcu Czeczeni nie mają za co kochać Rosjan.
W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, gdy Niemcy zajęli Kaukaz, niektóre grupy Czeczenów i Inguszów poszły na współpracę z nimi, upatrując w tym szansę na odzyskanie niepodległości. W odwecie Stalin nakazał likwidację Czeczeńsko-Inguskiej ASRR i zastosował zbiorową odpowiedzialność wobec ludności cywilnej, wysiedlając (prawie) wszystkich do Kazachstanu i na Syberię. Na ich miejsce wysyłano rosyjskich osadników, w tym również sieroty, których pełno było w rosyjskich domach dziecka. To jednym z takich transportów bracia Kuźmionysze dotarli na Kaukaz. 
Pierwsze zetknięcie bliźniaków z rdzenną ludnością nastąpiło już po drodze, na jednej ze stacji, gdzie mijały się pociągi: ten z rosyjskimi dziećmi jadący w kierunku Czeczenii i ten, którym wywożono całe czeczeńskie rodziny. Opis tego drugiego jest wstrząsający, jako żywo przypomina znane nam skądinąd opisy wywózki Żydów do obozów koncentracyjnych. Jednak to, co zarówno dla czytelnika, jak i dla każdego dorosłego uczestnika tamtych wydarzeń jest oczywiste, zupełnie inaczej wygląda w oczach jedenastolatków. Chłopcy długo pozostają nieświadomi tego, co się wokół nich naprawdę dzieje. Widzą żyzne pola obsiane kukurydzą i owocujące sady. Dziwią ich opuszczone wsie, brak dymu z kominów nielicznych chat zamieszkałych przez rosyjskich kołchoźników, żyjących w strachu przed śmiercią, która może nadejść z gór. Chłopcy nie wiedzą, że gdzieś w tych pięknych widocznych na horyzoncie górach ukrywają się Czeczeni, którzy uniknęli wywózki, że nocami schodzą do doliny, że palą i zabijają w okrutny sposób. Dowiedzą się w okolicznościach dramatyczniejszych, niż wszystko, co ich dotąd spotkało, a przecież w swoim krótkim życiu doświadczyli już wiele zła.

Napisana czterdzieści lat po tych wydarzeniach Nocowała ongi chmurka złota w dużym stopniu oparta jest na biografii jej autora. Autentyczność opisywanych w książce wydarzeń podkreśla narracja, miejscami przechodząca z trzeciej w pierwszą osobę. Podkręca to atmosferę powieści, i tak już napiętą przez zabieg zestawienia uświadamianej sobie przez nas cały czas grozy sytuacji, w jakiej znaleźli się nasi bohaterowie, z ich dziecięcym jeszcze oglądem świata. Bo choć Kuźmionysze musieli nauczyć kraść i kłamać, by przetrwać bez opieki dorosłych, to jednak w wielu sprawach pozostali dziećmi, szukającymi matczynej miłości i mimo wszystko ufnie patrzącymi w przyszłość. Ich świat (do czasu) jest prosty i pogodny.

Nocowała ongi chmurka złota, to początkowo pogodna opowieść o dwóch sympatycznych urwisach, którzy mimo trudnych czasów i okoliczności, zdają się świetnie sobie radzić. Później następują wydarzenia, do których nie przygotowuje nawet wcześniej uświadamiany, wyczuwalny przez czytelnikowi klimat czającego się niebezpieczeństwa. Całość daje efekt mocnej, wstrząsającej książki o wyrazistej antywojennej wymowie. Obrazy ludzi poranionych przez wojnę, fizycznie i psychicznie, los osieroconych dzieci, głodnych, spragnionych miłości i troski rodzicielskiej, muszą przemówić do wyobraźni każdego. Ale najlepiej bezsens wojny oddają słowa Kolki, zwierzającego się Saszce, co powiedziałby Czeczeńcowi, gdyby go spotkał – słowa niby dziecięco naiwne, ale jakże celne:
„Słuchaj, Czeczeniec, ślepy jesteś? Nie widzisz, że ani ja, ani Saszka nie chcemy walczyć z tobą? Przywieźli nas, żebyśmy tutaj mieszkali, no to mieszkamy, a poza tym i tak byśmy stąd wyjechali. (…) Jeśli zaczniesz zabijać żołnierzy, ten sposób wszyscy zginiecie – i ty, i oni. A czy nie byłoby lepiej, żebyś sam żył, żaby oni żyli, i żebyśmy z Saszką również żyli? Czy nie można tak zrobić, żeby nikt nikomu nie przeszkadzał i żeby wszyscy ludzie byli żywi (...)?”2
Wydaje się to takie proste. Niestety, dorośli nie zawsze myślą w ten sposób.

1s.18

2s. 214.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Kiedy Atena odwraca wzrok

Jakub Szamałek
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2011
ebook

Jakiej książki można spodziewać się po historyku? No naturalnie, że kryminału szpiegowskiego. A że przy okazji akcja tej książki rozgrywa się w starożytnych Atenach, to wcale nie skaza zawodowa autora, tylko po prostu – jak informuje nas we wstępie – chciał napisać książkę, po którą sam miałby ochotę sięgnąć. Ja też miałam ochotę po nią sięgnąć, i to od dawna. Ale wiadomo, jak to bywa, każdy, kto lubi czytać, zna ten ból, gdy półki (w tym te wirtualne, w czytniku) uginają się od zaległych pozycji, w nowościach wydawniczych codziennie pojawia się coś smakowitego, tymczasem doba nie chce mieć więcej niż tylko 24 godziny, a i życie nie składa się tylko z czytania. Choćby człowiek miał pięć głów, i każda głowa czytała co innego, to i tak się nie nadąży.

Nie wiem, jak długo Atenę... wypierałyby w kolejce inne książki, gdyby nie to, że właśnie wydano kolejną powieść Jakuba Szamałka Morze niegościnne i oczywiście zapragnęłam ją kupić. No ale skoro w czytniku siedzi już jedna nieruszona książka autora, to postanowiłam najpierw te przeczytać. Okazała się całkiem fajną, wciągającą lekturą na te wakacyjne upalne dni, choć w tym momencie z jednego powodu lepszy byłby może jakiś kryminał skandynawski: przynajmniej w wyobraźni można byłoby przenieść się w jakieś chłodne klimaty, bo w Atenach, choć już jesień, to temperatura nie niższa niż obecnie u nas. 
 

Mijało właśnie drugie lato wojny i Spartanie rozpoczęli odwrót spod Aten. Zostawiali za sobą spaloną ziemię wokół miasta. Gaje, gospodarstwa, domy – wszystko puścili z dymem. Miasto było przeludnione, okoliczni mieszkańcy schronili się za murami. Strategia Spartan miała wymusić na Ateńczykach podjęcie walki na lądzie, ci jednak dzielnie się trzymali, stawiając na rozstrzygnięcie losów wojny na morzu, gdzie byli potęgą. Teraz wrogowie wycofywali się na zimę do domu, wrócą wraz z wiosną, jednak Leochares wiedział, że

„to tylko złudzenie, marzenie ludzi naiwnych i niedoświadczonych. Wojna będzie trwała nadal, ale będzie miała inny charakter. Teraz przyjdzie się zmagać z wrogami wewnątrz murów.”

I zgodnie z jego przewidywaniami, wróg nie odpuścił tak całkiem, tylko przeszedł do walki z ukrycia. Rozpoczyna się walka wywiadów. Z jednej strony siatka szpiegowska Spartan pod wodzą tajemniczego Proteusza, z drugiej Leochares ze swoimi pomocnikami: młodocianym niewolnikiem Demoklesem i wojowniczymi barbarzyńcami Scytami, będącymi czymś w rodzaju służby porządkowej. Akcja toczy się wartko, całkiem jak we współczesnej powieści szpiegowskiej są morderstwa, bijatyki, pościgi (nie samochodowe wprawdzie, tylko piesze, ale jednak), jest porozumiewanie się za pomocą wiadomości zostawianych w skrytkach i próby zamordowania głównego bohatera. Wróg ciągle o krok wyprzedza Leocharesa, tak, jakby znał każde jego posunięcie, jakby miał wtyczkę w jego najbliższym otoczeniu. I choć zgodnie z tradycyjnymi prawami gatunku Leochares w końcu oczywiście zwycięży, jednak w ogólnym rozrachunku będzie to iście pyrrusowe zwycięstwo.


Powieść czyta się szybko i lekko, a uroku dodają jej umiejętnie i bezboleśnie dla tempa czytania wtrącane greckie nazwy. Za to w dialogach autor postawił na język zupełnie współczesny (miejscami może nawet aż za bardzo, ale nie aż tak, żeby raziło). Intryga nie jest wprawdzie zbyt wyrafinowana, częściowo dość przewidywalna, ale jej logicznej poprawności nie można nic zarzucić, może co najwyżej dyskutować o psychologicznym prawdopodobieństwie zachowań niektórych postaci, a i to tylko dlatego, że niektóre z nich potraktowane zostały dość powierzchownie i ich motywacje wyjawione nieco na skróty, zamiast stopniowo sygnalizowane.

Natomiast autor umiejętnie i w bardzo przystępnej formie przemycił sporo wiedzy na temat życia codziennego w starożytnych Atenach. Obraz miasta i codziennego życia zamieszkujących go ludzi był dla mnie nawet ciekawszy, aniżeli sama intryga i akcja. Dostajemy solidny opis funkcjonowania ateńskiego społeczeństwa, poczynając od struktury społecznej, poprzez role kobiet i mężczyzn, obchody świąt i prywatne zabawy, ukazanie niektórych zawodów, warsztatów, handlu, a na urządzeniu domów i codziennych posiłkach kończąc. Wszystko to oczywiście w zminimalizowanej formie, bo w końcu Atena... jest kryminałem, a nie książką popularnonaukową, ale nawet tak okrojona wiedza daje jednak wyobrażenie tego, jak żyli starożytni Grecy, zaś wykształcenie autora, który jest doktorem archeologii śródziemnomorskiej University of Cambridge stanowi gwarancję rzetelności owych opisów i zgodności z naukowymi ustaleniami. 


Ogólnie mówiąc Kiedy Atena odwraca wzrok to dość interesująca, zgrabna powieść sensacyjna osadzona w solidnie zbudowanej scenerii starożytnego greckiego miasta.

Książka otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników za rok 2011.







niedziela, 16 czerwca 2013

Inés, pani mej duszy

Isabel Allende
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. Warszawa 2008
399 stron

Inés, pani mej duszy należy do obecnego w literaturze od dawien dawna i zawsze chyba popularnego wśród czytelników nurtu powieści historycznej. Sama chętnie czytuję książki z tego gatunku, choć zdecydowanie wolę takie, których akcja w całości osadzona jest w przeszłości, aniżeli modny i dość licznie reprezentowany ostatnimi laty miszmasz historii z teraźniejszością. Powieść pani Allende należy to tych pierwszych, a dodatkowym plusem jest dla mnie pewna unikatowość historycznego tła, na którym rozgrywa się akcja Inés..., bo nigdy wcześniej nie czytałam żadnej fabularnej książki o chilijskiej konkwiście. Przyznaję zresztą, że nie czytałam również żadnej naukowej poświęconej tej tematyce, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile Isabel Allende wierna jest realiom epoki i wydarzeń, które opisuje, ale sama autorka zapewnia, że napisanie powieści poprzedziła czteroletnimi studiami materiałów źródłowych z tego i o tym okresie, co pozwala wierzyć, że powieść nie zawiera przekłamań co do głównych i podstawowych faktów z przeszłości.
Prawdziwe w tej powieści są postaci głównych bohaterów; tytułowa Inés Suárez i Pedro de Valdivii, ale przez jej karty przewija się też wielu bohaterów drugiego i trzeciego planu, którzy żyli naprawdę, mieli swój udział w kolonizowaniu Ameryki Południowej i zakładali współcześnie istniejące na tym kontynencie kraje, jak chociażby konkwistadorzy Peru bracia Pizarrowie, dwukrotny gubernator Chile Rodrigo de Quiroga, pierwszy biskup Chile Rodrigo Gonzales Marmolejo i wielu innych (również indiańscy wodzowie, np. Michimalonco). Udokumentowanych w historycznych źródłach jest też wiele wydarzeń, opisanych w książce, np. to, że jako pierwszy na terytorium dzisiejszego Chile zapuścił się Diego de Almagro, albo to, jak zaraz na początku istnienia Santiago atak tysięcy Indian Mapuczów odparty został przez garstkę hiszpańskich obrońców. Wśród nich była też Inés, a w powieści odegrała nawet kluczową rolę w tej bitwie. Zanim jednak do tego doszło, musiała przebyć daleka drogę tak w sensie dosłownym, jak i w przenośni.
Urodziła się na początku XVI wieku w hiszpańskiej prowincji Extremadura. Była zwykłą szwaczką i pewnie nikt by o niej nigdy nie usłyszał, gdyby nie postanowiła odszukać męża, pewnego żądnego przygód awanturnika, który krótko po ślubie wyruszył na podbój Nowego Świata. Po długiej i niebezpiecznej dla samotnej kobiety podróży dotarła aż do Peru, tylko po to, by dowiedzieć się, że jest wdową. W społeczności liczącej niewiele białych kobiet sytuacja młodej jeszcze i ładnej Inés była o wiele lepsza, niżeli w wiernej klasowym podziałom. Została kochanką hidalga, człowieka szlachetnie urodzonego, dzielnego żołnierza i zwycięskiego dowódcy wysoko cenionego przez samego Pizarra - Pedra de Valdivii. Niewykluczone, że zostałaby nawet jego żoną, gdyby nie to, iż dzielny konkwistador na starym kontynencie pozostawił prawowitą małżonkę, co po latach okazało się mieć kluczowe znaczenie dla związku Inés i Pedra. Jednak nim to nastąpiło, Inés przez wiele lat dzieliła życie z Valdivią, towarzysząc mu w najtrudniejszych nawet momentach, których nie brakowało podczas podbojów nieznanych terytoriów. Valdivia wystarał się o pozwolenie na jej udział w wyprawie na tereny późniejszego Chile. Tak zaczęła się droga tej prostej dziewczyny z ludu do zdobycia zaszczytów, bogactwa i znamienitej pozycji wśród obywateli Santiago, a także trwałego miejsca w historii Chile, choć życie, jakie przez długie lata przyszło jej wieść nie było ani wygodne, ani bezpieczne. Walka o przetrwanie na nieprzyjaznym terytorium, ciężka praca fizyczna, choroby, głód, nieustanne zagrożenie tak ze strony Indian, jak i egzotycznej, nieoswojonej przez Europejczyków przyrody to codzienność kolonizatorów, jaką bardzo obrazowo przedstawia autorka powieści. I choć obrazy te są oczywiście fikcją stworzoną przez panią Allende, to łatwo uwierzyć, że życie owych ludzi musiało wyglądać tak właśnie, jak ona to opisuje.
Isabel Allende nie ogranicza się do nakreślenia li tylko brawurowych przygód zdobywców nowych ziem, do wydarzeń tworzących historię, do potyczek i bitew. Nie zapomina, że w okresach pomiędzy tymi bitwami toczyło się codzienne, choć nie zwykłe życie. To, co można odtworzyć na podstawie starych kronik i zapisów sprowadza się głównie do walk stoczonych z zaciekle broniącymi swej ziemi Indianami. Ale hiszpańscy kolonizatorzy walczyli na jeszcze jednym froncie, co najmniej równie niebezpiecznym i pochłaniającym liczne ofiary, bo na froncie przetrwania na dziewiczych, obcych ich cywilizacji terenach. Musieli coś jeść, w coś się ubrać, gdzieś mieszkać, musieli współistnieć z ludźmi tak odmiennymi od siebie, jak towarzyszący w wyprawie tysiące peruwiańskich Indian, zabranych jako służący i „mięso armatnie” (Hiszpanów było przecież raptem od kilkunastu do kilkudziesięciu w zależności od tego, o jakim okresie wyprawy mówimy, a jedyną białą kobietą przez całe lata była tylko Inés). Allende dba o ukazanie szczegółów, o uświadomienie czytelnikowi, jak trudno jest zdobyć żywność dla tysięcy ludzi, gdy nie można liczyć na żadne dostawy z zewnątrz, a uprawa pól i polowanie odbywają się w ciągłym zagrożeniu ze strony wojowniczych miejscowych plemion. Ale też pokazuje, jak przenikały się zwyczaje i wiedza najeźdźców i tubylców, jak pod wpływem okoliczności albo z rozsądku uczyli się współżyć i że okresy wojen przeplatały się z okresami współistnienia i wspomagania się.

Czytając jakąkolwiek powieść historyczną staram się zawsze pamiętać, że autora obowiązują całkiem inne reguły, niż historyka. Fabuła takiej powieści nie musi trzymać się kurczowo prawdy historycznej, a jej twórca ma prawo nie tylko do daleko posuniętej swobody w interpretacji, ale nawet do konfabulacji na temat udokumentowanych źródłowo wydarzeń, osób i ich postaw oraz motywacji. A zatem, choć Inés, pani mej duszy opowiada w szczegółach o początkach Chile, wiele z tego, co zawiera, to fantazja autorki. Sądzę jednak, że czytelnik, który w kwestii chilijskiej konkwisty będzie takim laikiem jak ja, może bez ryzyka wytworzenia sobie fałszywego obrazu wypełnić miejsce białej plamy w wiedzy. A przypuszczam, że większość Polaków wie coś niecoś, mniej lub więcej, że Cortez to Meksyk, Francisco Pizarro to Peru, ale cała reszta historii podboju południowoamerykańskiego kontynentu jest nieznana. Ktoś powie, że takie luki w wiedzy powinno się uzupełniać czytając książki naukowe, ewentualnie te popularyzujące historię. Pewnie tak, ale o ileż atrakcyjniejsze jest pochłanianie fabuły obfitującej w przygody i oferującej bohaterów mających uczucia, myśli i codzienność, aniżeli przebijanie się przez choćby nie wiem jak dobrze udokumentowane, ale suche fakty. Myślę, że przeciętnemu czytelnikowi informacje zawarte w książce Isabel Allende wystarczą, a jeśli nie, jeśli po lekturze Inés, pani mej duszy będzie czuł niedosyt sprawdzonej wiedzy, to zawsze przecież może sięgnąć do szacownych, naukowo uznanych opracowań. Tak, czy inaczej, przeczytawszy tę książkę zawsze już zapamięta, że konkwistadorem Chile był Pedro de Valdivia, a wśród nielicznych Hiszpanów, którzy tam dotarli jako pierwsi i założyli stolicę Santiago była też kobieta – Hiszpanka Inés Suárez.
Muszę powiedzieć, że nie bardzo odpowiadało mi, iż główna bohaterka myśli i zachowuje się w sposób typowy może dla współczesnych Europejek, ale zupełnie niezgodny z moim wyobrażeniem o miejscu i możliwościach kobiet w tamtym czasie. Cechy, które posiada Inés, nie były niemożliwe, ale nieprawdopodobne wydaje się nagromadzenie ich w jednej osobie, to trochę tak, jak z kapitanem Klossem ze Stawki większej niż życie: wszystko to mogło zdarzyć się naprawdę, ale nie jednej osobie. Allende stworzyła heroinę tak doskonałą, że aż nierealną, Z drugiej jednak strony doceniam, że autorka zadbała o przedstawienie prozy codziennego życia, że podkreśliła to, o czym nie pamiętamy, poznając suche fakty z historii, że użyczyła nam swojej wyobraźni, abyśmy uświadomili sobie, że zdobywanie nowych lądów, to nie tylko pokonanie tych, którzy tam wcześniej mieszkali, ale jeszcze utrzymanie zdobytych ziem, wytrwanie, przeżycie i zbudowanie czegoś nowego. A to wcale nie jest łatwe, może nawet trudniejsze, niż sam podbój.
No właśnie, podbój. Po lekturze Inés, pani mej duszy nieco inaczej spojrzałam na podbój południowoamerykańskiego kontynentu. Polityczna poprawność ostatniego okresu promuje obraz okrutnych hiszpańskich konkwistadorów i przyjaznych, pokojowo nastawionych inkaskich tubylców. I choć czujemy, że to duże uproszczenie, powieść Isabel Allende (w końcu potomkini zarówno tych pierwszych, jak i tych drugich) dodatkowo uświadamia nam, że ani Inkowie, ani Mapucze nie byli aniołami, że ludzie myśleli i postępowali inaczej, że świat był wtedy inny i należy o tym pamiętać oceniając postępowanie tych, którym przyszło żyć w czasach tak odmiennych niż nasze.

Książka nie jest wielką literaturą, ale czasami nawet przeciętna powieść może stanowić impuls do zweryfikowania swojego spojrzenia na pewne sprawy, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy wystarczająco dobrych podstaw, by wypracować sobie własny niezależny pogląd i obracamy się wśród powszechnie obowiązujących schematów. W moim przypadku tak właśnie było z Inés, pani mej duszy. Nie uważam jej za dzieło, nie uważam za cudo, bez odkrycia którego moje życie byłoby uboższe albo niepełne, ale cieszę się, że ją przeczytałam, bo na jakiś (mimo, że niespecjalnie istotny w moim życiu) fragment rzeczywistości spojrzałam inaczej, niż dotychczas. A przecież temu między innymi powinno służyć czytanie książek.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...