Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2013

Inés, pani mej duszy

Isabel Allende
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. Warszawa 2008
399 stron

Inés, pani mej duszy należy do obecnego w literaturze od dawien dawna i zawsze chyba popularnego wśród czytelników nurtu powieści historycznej. Sama chętnie czytuję książki z tego gatunku, choć zdecydowanie wolę takie, których akcja w całości osadzona jest w przeszłości, aniżeli modny i dość licznie reprezentowany ostatnimi laty miszmasz historii z teraźniejszością. Powieść pani Allende należy to tych pierwszych, a dodatkowym plusem jest dla mnie pewna unikatowość historycznego tła, na którym rozgrywa się akcja Inés..., bo nigdy wcześniej nie czytałam żadnej fabularnej książki o chilijskiej konkwiście. Przyznaję zresztą, że nie czytałam również żadnej naukowej poświęconej tej tematyce, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile Isabel Allende wierna jest realiom epoki i wydarzeń, które opisuje, ale sama autorka zapewnia, że napisanie powieści poprzedziła czteroletnimi studiami materiałów źródłowych z tego i o tym okresie, co pozwala wierzyć, że powieść nie zawiera przekłamań co do głównych i podstawowych faktów z przeszłości.
Prawdziwe w tej powieści są postaci głównych bohaterów; tytułowa Inés Suárez i Pedro de Valdivii, ale przez jej karty przewija się też wielu bohaterów drugiego i trzeciego planu, którzy żyli naprawdę, mieli swój udział w kolonizowaniu Ameryki Południowej i zakładali współcześnie istniejące na tym kontynencie kraje, jak chociażby konkwistadorzy Peru bracia Pizarrowie, dwukrotny gubernator Chile Rodrigo de Quiroga, pierwszy biskup Chile Rodrigo Gonzales Marmolejo i wielu innych (również indiańscy wodzowie, np. Michimalonco). Udokumentowanych w historycznych źródłach jest też wiele wydarzeń, opisanych w książce, np. to, że jako pierwszy na terytorium dzisiejszego Chile zapuścił się Diego de Almagro, albo to, jak zaraz na początku istnienia Santiago atak tysięcy Indian Mapuczów odparty został przez garstkę hiszpańskich obrońców. Wśród nich była też Inés, a w powieści odegrała nawet kluczową rolę w tej bitwie. Zanim jednak do tego doszło, musiała przebyć daleka drogę tak w sensie dosłownym, jak i w przenośni.
Urodziła się na początku XVI wieku w hiszpańskiej prowincji Extremadura. Była zwykłą szwaczką i pewnie nikt by o niej nigdy nie usłyszał, gdyby nie postanowiła odszukać męża, pewnego żądnego przygód awanturnika, który krótko po ślubie wyruszył na podbój Nowego Świata. Po długiej i niebezpiecznej dla samotnej kobiety podróży dotarła aż do Peru, tylko po to, by dowiedzieć się, że jest wdową. W społeczności liczącej niewiele białych kobiet sytuacja młodej jeszcze i ładnej Inés była o wiele lepsza, niżeli w wiernej klasowym podziałom. Została kochanką hidalga, człowieka szlachetnie urodzonego, dzielnego żołnierza i zwycięskiego dowódcy wysoko cenionego przez samego Pizarra - Pedra de Valdivii. Niewykluczone, że zostałaby nawet jego żoną, gdyby nie to, iż dzielny konkwistador na starym kontynencie pozostawił prawowitą małżonkę, co po latach okazało się mieć kluczowe znaczenie dla związku Inés i Pedra. Jednak nim to nastąpiło, Inés przez wiele lat dzieliła życie z Valdivią, towarzysząc mu w najtrudniejszych nawet momentach, których nie brakowało podczas podbojów nieznanych terytoriów. Valdivia wystarał się o pozwolenie na jej udział w wyprawie na tereny późniejszego Chile. Tak zaczęła się droga tej prostej dziewczyny z ludu do zdobycia zaszczytów, bogactwa i znamienitej pozycji wśród obywateli Santiago, a także trwałego miejsca w historii Chile, choć życie, jakie przez długie lata przyszło jej wieść nie było ani wygodne, ani bezpieczne. Walka o przetrwanie na nieprzyjaznym terytorium, ciężka praca fizyczna, choroby, głód, nieustanne zagrożenie tak ze strony Indian, jak i egzotycznej, nieoswojonej przez Europejczyków przyrody to codzienność kolonizatorów, jaką bardzo obrazowo przedstawia autorka powieści. I choć obrazy te są oczywiście fikcją stworzoną przez panią Allende, to łatwo uwierzyć, że życie owych ludzi musiało wyglądać tak właśnie, jak ona to opisuje.
Isabel Allende nie ogranicza się do nakreślenia li tylko brawurowych przygód zdobywców nowych ziem, do wydarzeń tworzących historię, do potyczek i bitew. Nie zapomina, że w okresach pomiędzy tymi bitwami toczyło się codzienne, choć nie zwykłe życie. To, co można odtworzyć na podstawie starych kronik i zapisów sprowadza się głównie do walk stoczonych z zaciekle broniącymi swej ziemi Indianami. Ale hiszpańscy kolonizatorzy walczyli na jeszcze jednym froncie, co najmniej równie niebezpiecznym i pochłaniającym liczne ofiary, bo na froncie przetrwania na dziewiczych, obcych ich cywilizacji terenach. Musieli coś jeść, w coś się ubrać, gdzieś mieszkać, musieli współistnieć z ludźmi tak odmiennymi od siebie, jak towarzyszący w wyprawie tysiące peruwiańskich Indian, zabranych jako służący i „mięso armatnie” (Hiszpanów było przecież raptem od kilkunastu do kilkudziesięciu w zależności od tego, o jakim okresie wyprawy mówimy, a jedyną białą kobietą przez całe lata była tylko Inés). Allende dba o ukazanie szczegółów, o uświadomienie czytelnikowi, jak trudno jest zdobyć żywność dla tysięcy ludzi, gdy nie można liczyć na żadne dostawy z zewnątrz, a uprawa pól i polowanie odbywają się w ciągłym zagrożeniu ze strony wojowniczych miejscowych plemion. Ale też pokazuje, jak przenikały się zwyczaje i wiedza najeźdźców i tubylców, jak pod wpływem okoliczności albo z rozsądku uczyli się współżyć i że okresy wojen przeplatały się z okresami współistnienia i wspomagania się.

Czytając jakąkolwiek powieść historyczną staram się zawsze pamiętać, że autora obowiązują całkiem inne reguły, niż historyka. Fabuła takiej powieści nie musi trzymać się kurczowo prawdy historycznej, a jej twórca ma prawo nie tylko do daleko posuniętej swobody w interpretacji, ale nawet do konfabulacji na temat udokumentowanych źródłowo wydarzeń, osób i ich postaw oraz motywacji. A zatem, choć Inés, pani mej duszy opowiada w szczegółach o początkach Chile, wiele z tego, co zawiera, to fantazja autorki. Sądzę jednak, że czytelnik, który w kwestii chilijskiej konkwisty będzie takim laikiem jak ja, może bez ryzyka wytworzenia sobie fałszywego obrazu wypełnić miejsce białej plamy w wiedzy. A przypuszczam, że większość Polaków wie coś niecoś, mniej lub więcej, że Cortez to Meksyk, Francisco Pizarro to Peru, ale cała reszta historii podboju południowoamerykańskiego kontynentu jest nieznana. Ktoś powie, że takie luki w wiedzy powinno się uzupełniać czytając książki naukowe, ewentualnie te popularyzujące historię. Pewnie tak, ale o ileż atrakcyjniejsze jest pochłanianie fabuły obfitującej w przygody i oferującej bohaterów mających uczucia, myśli i codzienność, aniżeli przebijanie się przez choćby nie wiem jak dobrze udokumentowane, ale suche fakty. Myślę, że przeciętnemu czytelnikowi informacje zawarte w książce Isabel Allende wystarczą, a jeśli nie, jeśli po lekturze Inés, pani mej duszy będzie czuł niedosyt sprawdzonej wiedzy, to zawsze przecież może sięgnąć do szacownych, naukowo uznanych opracowań. Tak, czy inaczej, przeczytawszy tę książkę zawsze już zapamięta, że konkwistadorem Chile był Pedro de Valdivia, a wśród nielicznych Hiszpanów, którzy tam dotarli jako pierwsi i założyli stolicę Santiago była też kobieta – Hiszpanka Inés Suárez.
Muszę powiedzieć, że nie bardzo odpowiadało mi, iż główna bohaterka myśli i zachowuje się w sposób typowy może dla współczesnych Europejek, ale zupełnie niezgodny z moim wyobrażeniem o miejscu i możliwościach kobiet w tamtym czasie. Cechy, które posiada Inés, nie były niemożliwe, ale nieprawdopodobne wydaje się nagromadzenie ich w jednej osobie, to trochę tak, jak z kapitanem Klossem ze Stawki większej niż życie: wszystko to mogło zdarzyć się naprawdę, ale nie jednej osobie. Allende stworzyła heroinę tak doskonałą, że aż nierealną, Z drugiej jednak strony doceniam, że autorka zadbała o przedstawienie prozy codziennego życia, że podkreśliła to, o czym nie pamiętamy, poznając suche fakty z historii, że użyczyła nam swojej wyobraźni, abyśmy uświadomili sobie, że zdobywanie nowych lądów, to nie tylko pokonanie tych, którzy tam wcześniej mieszkali, ale jeszcze utrzymanie zdobytych ziem, wytrwanie, przeżycie i zbudowanie czegoś nowego. A to wcale nie jest łatwe, może nawet trudniejsze, niż sam podbój.
No właśnie, podbój. Po lekturze Inés, pani mej duszy nieco inaczej spojrzałam na podbój południowoamerykańskiego kontynentu. Polityczna poprawność ostatniego okresu promuje obraz okrutnych hiszpańskich konkwistadorów i przyjaznych, pokojowo nastawionych inkaskich tubylców. I choć czujemy, że to duże uproszczenie, powieść Isabel Allende (w końcu potomkini zarówno tych pierwszych, jak i tych drugich) dodatkowo uświadamia nam, że ani Inkowie, ani Mapucze nie byli aniołami, że ludzie myśleli i postępowali inaczej, że świat był wtedy inny i należy o tym pamiętać oceniając postępowanie tych, którym przyszło żyć w czasach tak odmiennych niż nasze.

Książka nie jest wielką literaturą, ale czasami nawet przeciętna powieść może stanowić impuls do zweryfikowania swojego spojrzenia na pewne sprawy, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy wystarczająco dobrych podstaw, by wypracować sobie własny niezależny pogląd i obracamy się wśród powszechnie obowiązujących schematów. W moim przypadku tak właśnie było z Inés, pani mej duszy. Nie uważam jej za dzieło, nie uważam za cudo, bez odkrycia którego moje życie byłoby uboższe albo niepełne, ale cieszę się, że ją przeczytałam, bo na jakiś (mimo, że niespecjalnie istotny w moim życiu) fragment rzeczywistości spojrzałam inaczej, niż dotychczas. A przecież temu między innymi powinno służyć czytanie książek.

niedziela, 10 marca 2013

Mój ojciec Fidel

Alina Fernández
Wydawnictwo „Czytelnik”, Warszawa 1999
256 stron

Opublikowana w Polsce w 1999 roku przez „Czytelnika” fabularyzowana autobiografia nieślubnej córki Fidela dotychczas nie została wydana na Kubie i nie dziwi to z pewnością nikogo, kto książkę czytał, albo choćby o niej słyszał. Daleko jej bowiem do laurki, jaką wystawiłaby kochająca córka dobremu ojcu, a jeśli nie ojcu, to przynajmniej dobremu człowiekowi.
Takiego obrazu wielkiego przywódcy władze kubańskie nie mogą pokazać swojemu społeczeństwu, choć nie ulega wątpliwości, iż Alina Fernández nie jest obiektywna w tym, co pisze. To zgorzkniała kobieta, która wini ojca za swoje trudne dzieciństwo i nieudane życie. Jednak nawet biorąc poprawkę na to, że jej wspomnienia są relacją opuszczonego, pozbawionego ojcowskiej miłości dziecka, poznajemy Fidela z nie najlepszej prywatnej i nieoficjalnej strony. A choć (i chwała jej za to) nie przekracza pewnych założonych sobie granic prywatności ojca (przynajmniej nie do tego stopnia, jak oczekiwały tego tabloidy proponujące jej współpracę tabloidy), Alina nie oszczędza go, gdy idzie o pretensje o to, jakim był ojcem, przyjacielem, partnerem dla jej matki, wreszcie wodzem narodu. W żadnej z tych ról Fidel nie jest postacią kryształową. Z jej książki wyłania się obraz mężczyzny, który nie dba o byt materialny swojej rodziny, ale także przywódcy, który w rzeczywistości ma dość słabe pojęcie o tym, czego pragną i z jakimi trudnościami na co dzień borykają się Kubańczycy pod jego rządami. Fidel widziany oczami córki to despota dla swoich bliskich i dla obywateli Kuby, posługujący się służbami bezpieczeństwa do przeprowadzania swej woli tak w rodzinie, jak w kraju, bezwzględny wobec wszystkich, nawet swoich najwierniejszych rewolucyjnych towarzyszy. 
Koszary Moncado
Czasami krytyka wydaje się nawet za daleko posunięta, bo na podstawie opisywanych zdarzeń obiektywny czytelnik sformułuje jednak przychylniejsze oceny, niż ona to robiParadoksalnie niektóre fragmenty książki, które mają zaświadczać negatywnie o Fidelu jako ojcu, przemawiają za nim, jako człowieku idei. Alina opisuje taki epizod, gdy ojciec daje jej, wtedy samotnej matce, kilkadziesiąt peso wystarczających raptem na zapłacenie części rachunku za prąd, tłumacząc się, że nie może dać więcej, bo musi mieć coś dla Fidelita (najstarszego syna), który właśnie wraca z Moskwy. I druga, gdy częstuje ją swoim przysmakiem: pieczonymi ziarnami dyni, prosząc, by wzięła jedynie trochę, bo dostał tylko jedną puszkę. Dla Aliny to przykład na to, jak mało troskliwym był ojcem. Może tak, przecież korzystając ze swojej pozycji mógł miec wszystko. Ale tego nie wykorzystywał. I to też jest świadectwo tego, w jaki sposób sprawował dyktaturę.

Daleka jestem od apologizowania Castro, ale to, co można powiedzieć o nim złego, jest oczywiste, dlatego ograniczę się do pozytywów. A i takie warto dostrzec. Oceniając warunki życia na Kubie starajmy się pamiętać, że nie mamy do czynienia z europejskim poziomem życia. Kuba to zupełnie inny region świata. W krajach Ameryki Łacińskiej, nawet w tych bogatych, nie ma powszechnej służby zdrowia, nie ma powszechnej oświaty, a głodne dzieci żebrzą na ulicach wyciągając ręce do elity w wypasionych brykach. A Fidel dał swojemu narodowi dostęp do oświaty i szpitali, dał każdemu po równo ryżu i prądu. Wyszło wprawdzie żałośnie, nędznie, ale książka Aliny Fernández jest potwierdzeniem tego, że w przeciwieństwie do wielu dyktatorów, nie tylko iberoamerykańskich, wierzył w swoją ideę. Nawet jego brak troski o materialny byt córki świadczy o jego przekonaniu, że Kubańczycy mają to, co niezbędne do życia, że jego bliscy mogą żyć tak, jak reszta narodu. Może kiedyś okaże się, że Castro pod względem okradania narodu nie był lepszy od innych dyktatorów, na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby miał miliardy dolarów gdzieś na kajmańskich kontach, i z książki Anity też to nie wynika. Luksus w wydaniu kubańskim, zastrzeżony dla elit politycznych, to basen w ogródku, przez który reszta ulicy cierpiała na braki wody, zaś przerwy w dostawie prądu jednakowo dotykały wszystkich mieszkańców uprzywilejowanej dzielnicy, jak i tych Kubańczyków, którzy mieszkali w pozostałych dzielnicach.



*



Polskie wydanie książki nie odniosło sukcesu, wystarczy spojrzeć na liczbę i wysokość ocen na Lubimy czytać i B-netce. Znałam te notowania, gdy rozpoczynałam lekturę i początkowo wydawały mi się w pełni uzasadnione, bo styl, w jakim napisano tę książkę, jest okropny. Nie wiem, czy to „zasługa” autorki, czy jakiegoś anonimowego „autora-ducha”, ale czytało się fatalnie. Przebiłam się jednak przez pierwsze kilkanaście stron nadętego grafomaństwa i kilkadziesiąt następnych utrzymanych w narracji zarozumiałego bobaska. Dalej albo było lepiej, albo przywykłam, w każdym razie forma przestała już odciągać uwagę od treści. Książka ma swoje plusy, trzeba tylko oceniać ją pod kątem tego, co Alina Fernández ma do opowiedzenia o swoim ojcu, a nie tego, jak to robi. Nie jest to może dobra literatura, dobra proza, ale to książka z rodzaju takich, w których treść należy stawiać ponad formę. Być może dla kogoś, kto zupełnie nie ma pojęcia o ostatnich pięćdziesięciu - sześćdziesięciu latach historii wyspy książka miejscami będzie wręcz nieczytelna, jednak dla osób interesujących się Fidelem i kubańskim komunizmem Mój ojciec Fidel to ciekawe dopełnienie wizerunku dyktatora i efektów jego dokonań, widzianych oczami członka najbliższej rodziny.

Najciekawsza byłaby zapewne dla samych mieszkańców Kuby, ale nie jest im niestety dane ją poznać. I dlatego ponawiam apel; może ktoś wie, skąd zdobyć elektroniczną wersję hiszpańskojęzycznej Alina. Memorias de la hija rebelde de Fidel Castro. Jeśli tak, bardzo proszę o kontakt.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Cuba libre; Notatki z Hawany

Yoani  Sánchez
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
223 strony

Czego można dowiedzieć się o kraju i jego mieszkańcach podczas dwutygodniowej wycieczki? Bardzo, bardzo niewiele. Można zwiedzić najważniejsze zabytki, uzupełnić wiedzę o historii, zobaczyć trochę przyrody, miast, budynków, ulic. Ale tego, co myślą i czym żyją na co dzień mieszkający tam ludzie, nie dowiemy się nawet wtedy, gdy uda nam się z nimi porozmawiać. Aby naprawdę poznać codzienność kraju, trzeba by samemu tam zamieszkać, na długie lata i nie w hotelach, ale w warunkach takich, jakie mają ci ludzie. Czyli rzecz niewykonalna nie tylko dla zwykłych wycieczkowiczów, ale nawet dla większości podróżników, którzy jeżdżą poznawać świat. Wszystko, co uda im się zobaczyć, przeżyć, doświadczyć, to tylko namiastka, powierzchnia prawdziwego życia w odwiedzanym kraju. Jednak w przypadku Kuby można znaleźć się bliżej tego prawdziwego życia dzięki książce Cuba libre Yoani Sánchez i jej blogowi Generation Y. Cuba libre to wybór (niechronologiczny) wpisów na tym blogu. Książka obejmuje okres od założenia blogu w kwietniu 2007 roku do (bodajże) lutego 2009 roku, ale Yoani Sánchez prowadzi go nadal. Jest tłumaczony na kilkanaście języków, również na polski. Znajdziecie go tutaj (po polsku) i tutaj (wersja oryginalna).
Yoani Sánchez to absolwentka filologii hiszpańskiej na uniwersytecie w Hawanie. Na krótko wyjechała z Kuby, mieszkała w Szwajcarii, mogła tam zostać, ale wróciła na Wyspę. Decyzja o powrocie jest niezrozumiała dla nikogo, nawet dla niej samej. We wstępie do książki napisała:

„Nie wiem, co mnie popchnęło do spakowania walizek, „zrujnowania przyszłości” mojego syna i powrotu do miejsca, z którego prawie wszyscy chcą uciec. (…) Od jakiegoś czasu słyszałam głosik powtarzający: ”Uciekłaś, udało im się ciebie pozbyć”. Wielu z nas po jakimś czasie przyglądania się Wyspie z daleka zaczyna myśleć, że można wrócić i coś zmienić. To ułuda, która szybko mija, kiedy oficer straży granicznej patrzy na ciebie i pyta: „Po co przyjeżdżasz na Kubę?”. W tej chwili zdajesz sobie sprawę z tego, że wprawdzie dopiero co przyjechałaś, ale najlepiej byłoby natychmiast wyjechać.”1

Jednak nie wyjechała, zamieszkała w rodzinnym mieszkaniu w ministerialnej dzielnicy Hawany i zaczęła prowadzić blog, na którym opisuje codzienność życia Kubańczyków, ale i swoje refleksje, wrażenia, przemyślenia na temat tego, jak owa codzienność wygląda, na temat oczekiwań, nadziei i rozczarowań rodaków. Ktoś, kto nie ma pojęcia o kubańskich realiach, powie pewnie, że to nic wielkiego, ze takich blogów są na świecie setki tysięcy. Ludzie piszą w nich to, co im palce na klawiaturę przyniosą. Ale to jednak jest Kuba. Tam jest inaczej, tam internet nie jest powszechnie dostępny, a to, co robi Yoani, nie jest po myśli kubańskich władz. Od początku więc ryzykuje, naraża się rządzącym i wzbudza nieufność u zwykłych ludzi; jedni mają ją za agentkę Ameryki, inni – za prowokatorkę wystawioną przez reżim Castro. Była już aresztowana i pobita przez kubańskie służby, była obiektem krytyki samego Fidela, odwróciło się od niej wielu przyjaciół i znajomych. Za swoje dokonania Yoani Sánchez wyróżniona została wieloma nagrodami dziennikarskimi oraz w 2008 roku umieszczona została przez amerykański tygodnik „Time” na liście stu najbardziej wpływowych osób na świecie. Sama o sobie mówi, że nie jest jakąś bohaterką i pisanie Generation Y jest najodważniejszą rzeczą, jaką w życiu zrobiła, to ani represje władzy ani ostracyzm otoczenia nie odwiodły jej od kontynuowania bloga. Dlaczego robi to, co robi? Częściowo wyjaśnia to we wpisie z 1.02.2009 roku.


Kubańska rzeczywistość, jaka wyłania się ze stronic książki (dodam, że również to, co sama miałam możność zobaczyć na Kubie) w pewnym stopniu przypomina to, jak wyglądała Polska w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, tylko pomnożone po wielekroć. Nędzne pensje, pieniądze niemal bez wartości, reglamentowane towary, sprzedawane na książeczkę (w Polsce – kartki), ale często i tak niedostępne, trzeba na nie „polować”, jak „rzucą”. Dualizm pieniądza; wiele produktów niezbędnych do normalnego życia dostępne jest tylko za peso wymienialne (u nas były bony peweksowskie, niektórzy pewnie jeszcze pamiętają) w państwowych sklepach (takie nasze Peweksy, tylko tam jest ich o wiele więcej), albo na czarnym rynku. Zarabia się w peso kubańskim, a za wiele niezbędnych do życia produktów trzeba płacić w wymienialnym. Kto nie ma wspomagającej finansowo rodziny zagranicą, musi kombinować: brać łapówki, „pożyczać” to, co produkuje zakład pracy. To na Kubie nie jest nawet społecznie naganne, to po prostu normalka.

 
Ten opis codziennego bytowania Kubańczyków to jedno, ale oprócz niego wiele jest o paradoksach i bzdurach, obnażania zakłamania najwyższych władz i nadgorliwości tych, którzy ich decyzje realizują. W tych fragmentach autorka książki jawi się jako naiwna idealistka, wierząca, że wprowadzenie demokracji może zaradzić wszelkiemu złu i niesprawiedliwości. W tej części książka też nasuwa skojarzenia z naszą przeszłością. Też wtedy wierzyliśmy, że wystarczy zmienić ustrój, aby zapanowały w kraju powszechna wolność, szczęśliwość i dostatek (czytaj: luzik dla każdego, jednorodzinny dom z ogrodem, dobrze płatna praca, paszport z opcją wyjazdu gdzie się chce i wypasione konto w banku), a sprawdził się z tego tylko paszport i bonus – pyskowanie w internecie. Czytając te fragmenty książki myślałam, że inaczej by one wyglądały, gdyby autorka te kilka lat poza Kuba przemieszkała nie w Szwajcarii, ale w Polsce, albo jakimś innym kraju z dawnych demoludów 





transport publiczny

Dodaj napis
Ale zobaczymy, czy sprawdzi się wiara Yoani Sánchez w wolność i lepszą przyszłość dla wszystkich mieszkańców Kuby. Kraj jest niewątpliwie w okresie istotnych przemian polityczno-społeczno-gospodarczych. Reżim Castro w końcu odpuści, jeśli nie z powodów zmian ideologii, to z naturalnych przyczyn (nic nie wskazuje na to, że starcy rządzący krajem przygotowali sobie następców). Pytanie tylko, w jakim kierunku pójdą. Trzeba życzyć im, aby ruszyli optymalną dla siebie drogą. Może wybiorą model chiński, a może dołączą do krajów swojego regionu. Co by nie mówić, to dziś na Kubie nie ma rzeszy głodnych dzieci, a opieka medyczna (pomimo korupcji), dostęp do wykształcenia (w tym wyższego) i minimum egzystencjalnego są zagwarantowane dla wszystkich, inaczej niż w pozostałych krajach latynoamerykańskich. Demokratyzacja raju oznacza też konieczność rozwiązania kwestii własności kubańskich imigrantów, uciekinierów porewolucyjnych i tych z drugiej wielkiej fali w okresie periodo especial2. Ci, którzy zamieszkali w ich mieszkaniach i domach, obawiają się, że poprzedni mieszkańcy wrócą i upomną się o swój dobytek. Jednak o tych obawach dowiedziałam się już na wycieczce, a nie z książki Yoani Sánchez, gdzie o tym problemie się nie wspomina



prywatna pizzeria - te beczki to piece do wypieku pizzy
Cuba libre to książka na pewno warta przeczytania dla osób, które chciałyby zorientować się, jak wygląda kubańska rzeczywistość od środka, widziana oczami mieszkanki tego kraju, choć nie wolna od subiektywnych ocen osoby, której obecna pozycja społeczna i intelektualna oraz nadzieje na miejsce, jakie mogłaby zająć w przyszłości w pełni demokratycznym kraju, znacznie odbiegają od przeciętnej na Wyspie. 


Billboardy z hasłami rewolucyjnymi są wszędzie
 

1s. 21.


2Okres specjalny – okres kryzysu ekonomicznego, który zaczął się na Kubie po upadku Związku Radzieckiego i rozwiązaniu RWPG.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Marzenie Celta


Mario Vargas Llosa
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
436 stron


Tematem pierwszej po Noblu książki Maria Vargasa Llosy są dzieje Rogera Casementa, bardzo kontrowersyjnej niegdyś, a i obecnie niejednoznacznie ocenianej postaci w historii Irlandii.
 
Patriotyczny wizjoner , czy zdrajca ojczyzny? Bohater narodowy, czy nacjonalistyczny fanatyk? Bezkompromisowy obrońca praw człowieka, czy hipokryta wykorzystujący swoją pozycję i przewagę ekonomiczną nad zależnymi od niego ludźmi do zaspokojenia własnych popędów? Autor nie daje jednoznacznych odpowiedzi, i choć wzbogaca historyczne fakty swoją interpretacją zdarzeń, choć wyposaża swojego bohatera w myśli i uczucia, których nie może udokumentować w sposób przyjęty dla typowej biografii, to jednak pozostawia czytelnikowi szeroki margines dla własnych poglądów i ocen. Marzenie Celta na pewno nie jest klasyczną biografią, niemniej jednak dostarcza czytelnikowi wystarczająco dużo wiarygodnych danych po temu, aby poznać Rogera Casementa i wyrobić sobie własny osąd na jego temat, a przy okazji poznać coś, o czym dotąd większość z nas niewiele wiedziała, jak choćby dramat afrykańskich ludów pod kolonialnymi rządami belgijskiego Leopolda II, czy indiańskich plemion na peruwiańskich terenach amazońskiej dżungli, ale też historię bliższej nam geograficznie Irlandii i walkę Irlandczyków o niepodległość.

*

Mario Vargas Llosa rozpoczyna swą opowieść od 1916 roku, gdy jego tytułowy bohater przebywa już w celi śmierci za zdradę Wielkiej Brytanii, by za chwilę powrócić do początków, do urodzin Rogera Casementa w Dublinie, w protestanckiej i probrytyjskiej rodzinie irlandzkiej. Autor stopniowo wprowadza czytelnika w zawiłe koleje losu Casementa, prowadzące od ofiarnej pracy dla brytyjskiego imperium do silnego osobistego zaangażowania się w walkę o odzyskanie przez Irlandię niepodległości spod brytyjskiej dominacji. Opowieść o tym przeplatana jest scenami z ostatnich dni Casementa w celi więziennej, wypełnionych oczekiwaniem i nadzieją na ułaskawienie, ale i wątpliwościami: nie co do słuszności celu, lecz obranych środków mających prowadzić do wyzwolenia ojczyzny spod obcego jarzma.

Zanim Roger Casement trafił do celi śmierci, przebył długą drogę, zaczynając jako oddany pracownik, najpierw kampanii handlowych, a następnie brytyjskiej służby dyplomatycznej. Jego udziałem był ogromny, niekwestionowany wkład w ujawnienie prawdziwego, bestialskiego oblicza kolonializmu w belgijskim Kongu, a później równie, jak nie bardziej jeszcze, okrutnych praktyk stosowanych wobec Indian w Putumayo na pograniczu Peru i Kolumbii przez notowaną na angielskiej giełdzie spółkę Peruvian Amazon Company.

Urodzony w rodzinie irlandzkiej Roger Casement początkowo nie miał żadnych zadatków na bojownika o niepodległość Irlandii, za to już w dzieciństwie fascynowały go opowieści o podróżach. Realizując swoje najwcześniejsze pasje, jako dwudziestolatek wyjechał do Afryki, wtedy pełen jeszcze ideałów i wiary w cywilizacyjną misję białego człowieka. Podczas kilkuletniego pobytu na Czarnym Lądzie przekonał się, że owa „misja” to całkowita fikcja, za którą kryje się okrutna rzeczywistość; nieludzkie traktowanie tubylczych plemion, przemoc, tortury, okaleczenia i gwałty, to były codzienne praktyki na plantacjach kauczukowych w prywatnym imperium króla Leopolda II na terenach belgijskiego Konga. Porzucił więc pracę dla spółek zajmujących się pozyskiwaniem kauczuku, jednak z Afryką i Kongiem się nie rozstał: wyruszył bowiem wzdłuż rzeki Kongo, aby jako brytyjski konsul zwizytować plantacje kauczuku i sporządzić sprawozdanie dla Foreign Office.
Efektem kilkumiesięcznej podróży wzdłuż rzeki Kongo był raport o sytuacji tubylców w Kongo, który wstrząsnął władzami i opinią publiczną Wielkiej Brytanii, a jemu samemu przyniósł sławę i powszechne poważanie, ale także nasilenie się różnych dolegliwości (tropikalnych i nie tylko), nabytych już wcześniej w afrykańskiej dżungli. Dla podratowania zdrowia powrócił więc do ojczystej Irlandii i wtedy po raz pierwszy los zetknął go z irlandzkimi patriotami marzącymi o wyzwoleniu spod brytyjskiej dominacji. Wtedy właśnie ich marzenia stały się także jego udziałem, owym Marzeniem Celta, jak tytułowy poemat, który stworzył.
I choć już wówczas powziął wątpliwości co do słuszności swojej służby dla Korony Brytyjskiej, to jednak podjął się kolejnego zadania jako brytyjski dyplomata: wyruszył do Iquitos w Peru i dalej do Putumayo w amazońskiej dżungli, stając na czele komisji badającej doniesienia miejscowego dziennikarza o bezprawiu, jakiego dopuszczają się wobec tubylczej ludności władze i pracownicy Peruvian Amazon Company. Misja zakończyła się sukcesem pomimo niebezpieczeństw nie tylko ze względu na klimat, zabójczy przy stanie zdrowia Casementa, ale przede wszystkim grożących ze strony gotowych na wszystko nadzorców pracujących dla spółki. Raport ujawnił ogrom potworności i okrucieństw, jakich dopuszczali się wobec Indian pracownicy spółki, przy milczącej zgodzie władz i mieszkańców Iquitos. Było to jednakże ostatnie zadanie, jakie Casement wykonywał dla brytyjskiej dyplomacji. Obserwując losy Indian coraz częściej i silniej odczuwał niedolę swoich rodaków pod brytyjskim panowaniem. Po powrocie z Peru odszedł na emeryturę, by całkiem poświęcić się sprawie teraz dla niego najważniejszej: walce o niepodległość swojej celtyckiej ojczyzny. W krótkim czasie stał się jedną z głównych postaci ruchu na rzecz wyzwolenia Irlandii.
Irlandzcy patrioci, zgodni co do celu, byli jednak podzieleni co do metod, jakimi należy do tego celu dążyć. Jedni uważali, że drogą pokojowych rozmów można uzyskać dla Irlandii osobny parlament oraz samodzielność administracyjną i gospodarczą. Inni wierzyli, że jedynie wybuch zbrojnego powstania przywróci ich ojczyźnie niezależność. Casement, skłaniając się ku tym drugim, był jednak przekonany, że bez pomocy z zewnątrz powstanie skazane będzie na klęskę. Wykorzystując sytuację polityczną w Europie, po wybuchu I wojny światowej osobiście silnie zaangażował się w organizowanie zbrojnej pomocy dla powstania ze strony Niemiec. Jego próby sformowania irlandzkich brygad spośród wziętych do niemieckiej niewoli irlandzkich żołnierzy spotkały się jednak z pogardą rodaków, nie chcących walczyć u boku wczorajszego wroga, a próba dostarczenia niemieckiej broni dla uczestników Powstania Wielkanocnego skończyła się totalnym fiaskiem. Zdradzony przez tych, którym bezgraniczne ufał, uznany za zdrajcę przez tych, których wspierał, został pojmany przez Brytyjczyków i sądzony jako zdrajca ojczyzny. Droga, którą obrał, zamiast do zwycięstwa i niepodległej Irlandii, zaprowadziła go na szubienicę.
Jednak Brytyjczykom nie dość było napiętnowania go jako zdrajcy. Do prasy dotarły przecieki o homoseksualizmie Rogera Casementa, ujawnionym na podstawie jego własnych, prowadzonych latami dzienników, przejętych przez brytyjskie służby. Jest początek dwudziestego wieku, odmienne preferencje seksualne, to powód skandalu i niechęci większy jeszcze niż zdrada. Taka sensacja obyczajowa powoduje, że od Rogera Casementa odwracają się nawet ci, którzy nie podzielają wprawdzie jego metod walki, ale gotowi byliby je zrozumieć, pozostają tylko nieliczni, najwierniejsi. I choć do dziś nie ujawniono owych sławetnych dzienników, i nie wiadomo, czy istniały (a jeśli tak, to co zawierały), to jednak doniesienia o jego homoseksualizmie niewątpliwie miały wpływ na decyzję w sprawie odmowy ułaskawienia, a później, już w niepodległej, katolickiej Irlandii, na skazanie go na zapomnienie, zamiast wyniesienia na piedestał jako bohatera i bojownika o niepodległość.

*

Notkę tę napisałam po dwóch miesiącach od przeczytania książki. I całe szczęście, bo gdybym pisała ją zaraz po skończeniu lektury, byłaby całkiem inna. Sięgając po Marzenie Celta spodziewałam się czegoś zgoła innego. Dotychczas czytałam dwie powieści szanownego Noblisty: Miasto i psy oraz Ciotkę Julię i skrybę. Nie wiem więc, czy styl Maria Vargasa Llosy zmienił się już dawno, czy dopiero w pierwszej powieści napisanej po nagrodzie, ale ten z wcześniejszych książek podobał mi się bardziej. I nadal go wolę, jednak sama treść Marzenia Celta zyskiwała wraz z upływem kolejnych dni od skończenia lektury. Może dlatego, że rozciągając w czasie napisanie recenzji więcej myślałam o książce, a może po prostu (i to wyjaśnienie wolę) pewne książki dojrzewają w nas w miarę upływu czasu dzielącego od przeczytania. 
 
Pod pretekstem przedstawienia biografii Rogera Casementa autor zahacza o wiele kwestii, mniej lub bardziej dziś kontrowersyjnych, daje asumpt do rozmaitych rozważań. Współcześnie nikt, kto godzien jest miana człowieka, nie ma już wątpliwości, że ówczesne traktowanie podbitych plemion Afryki czy Ameryki Południowej zasługuje na potępienie, a zatem w tej dziedzinie książka co najwyżej dostarcza wiedzy na temat tego, jak wyglądała „cywilizacyjna misja” białych na skolonizowanych terenach. 
 
Homoseksualna orientacja bohatera Marzenia Celta także nie wywoła już emocji u większości. Dziś już nie kładzie się cieniem na humanitaryzmie Casementa, a Irlandczycy mogą być dumni, że w epoce kolonializmu ich naród wydał z siebie człowieka tak szlachetnego, wrażliwego na cierpienia podbitych, zdominowanych ludów, prekursora w walce o prawa człowieka. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć o tym, jak Mario Vargas Llosa potraktował doniesienia z (jakoby) dzienników Rogera Casementa, Autor postawił bowiem na to, że większość zapisków jego bohatera nie odnosi się do rzeczywistych zdarzeń, ale że to tylko produkty wyobraźni Casementa. Moim zdaniem Mario Vargas Llosa bardzo sprytnie, a zarazem przyzwoicie uporał się z koniecznością odniesienia się do tej części wiedzy o osobie swojego bohatera, który nie jest przecież postacią fikcyjną. Pamiętajmy, że do dziś nie wiadomo, czy osobiste zapiski Casementa nie zostały spreparowane w celu zdyskredytowania go. I choć obecnie homoseksualizm nie miałby znaczenia dla oceny jego postępowania, to jednak gdyby zapiski dotyczące jego seksualnych relacji z całkowicie zależnymi od niego chłopcami okazały się prawdziwe, kładłyby się cieniem na jego nieskazitelnej postawie człowieka brzydzącego się wykorzystywaniem słabszych i sytuacji zależności, w jakiej się znaleźli. Z tego względu zastosowany w powieści wybieg nie kwestionowania istnienia dzienników, ale też sprowadzenia ich do zapisów wizji i erotycznych fantazji bohatera wydaje mi się nadzwyczaj trafny i godny.

Najciekawszym natomiast aspektem powieści jest różnorodność ludzkich postaw w podejściu do kwestii niezależności własnej ojczyzny. Temat dominujący w ostatniej, irlandzkiej części, ale sygnalizowany już od początku, to według mnie główny i najważniejszy powód napisania tej książki. Wciąż aktualny i wzbudzający gorące emocje. Historia przygotowywania irlandzkiego Powstania Wielkanocnego i ostatnie lata życia Casementa posłużyły Mariowi Vargasowi Llosie do pokazania różnych poglądów na kwestie patriotyzmu, różnych postaw i wyborów Irlandczyków, ale to, co opisał, ma charakter uniwersalny. Odpowiedzi na pytania o dopuszczalne metody walki narodowowyzwoleńczej nadal dzielą nie tylko narody żyjące pod okupacją, ale i te, które dawno już odzyskały suwerenność, a teraz starają się uporać z własną historią. Wystarczy choćby wspomnieć dyskusję, jaka niedawno przetoczyła się w Polsce przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Jak daleko mogą posunąć się przywódcy, czy powinni poprzestać na pokojowych sposobach odzyskania niepodległości, czy nawet za cenę wykrwawienia się powstańców porwać ludzi do zbrojnej walki, a może powinni sprzymierzyć się z każdym, nawet z wrogiem, jeśli będzie to po drodze do osiągnięcia własnego celu. Irlandczycy do dziś jeszcze nie uporali się z moralną oceną swoich bohaterów, co pokazuje przykład Rogera Casementa, ale nie są jedynym narodem, który ma z tym problem.
 Z uwagi właśnie na tę aktualność, na podobieństwo do naszych własnych ojczystych dylematów ostatnia, trzecia część powieści wydała mi się najciekawsza, choć najtrudniejsza w czytaniu. Co nie znaczy, że dwie pierwsze części są słabe, bo absolutnie tak nie jest, Marzenie Celta to naprawdę literatura na wysokim poziomie, godna pióra Noblisty.


wtorek, 9 sierpnia 2011

Szpieg czasu


Marcelo Figueras
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006
324 strony

Ocena 4,5/6

Szpieg czasu przeszedł u nas chyba niezauważony, a myślę, że niesłusznie. Pod płaszczykiem kryminału autor przemyca ni to moralitet, ni to traktat filozoficzno – religijny, ale sensacyjna otoczka powoduje, że owe rozważania natury moralnej i religijnej podane zostały w sposób bardzo przystępny i jakby mimochodem skłaniają czytelnika do przemyśleń rangi egzystencjalnej.

Akcja rozgrywa się na fikcyjnej wyspie Trynidad, gdzie kilka lat trwała bezwzględna dyktatura Pretorian. Podczas ich rządów porwania, tortury i wszelkie okrucieństwa były na porządku dziennym. Po jej upadku nowa władza nie kwapi się do rozliczeń. Czterej główni przywódcy zostali wprawdzie skazani, lecz natychmiast amnestionowani i żyją sobie dostatnio i spokojnie. Jednak – jak się okazuje zaraz na początku – do czasu. 
Już w pierwszych rozdziałach dwóch z nich zostaje zabitych we własnych domach. Poza rodzajem śmierci, wykluczającym wypadek i samobójstwo, zabójca nie zostawił po sobie żadnych śladów. Śledztwo niemal natychmiast utyka w martwym punkcie, co prowadzi do dymisji kapitana policji i na wyraźne życzenie ministra powierzenia jej inspektorowi Van Uppowi. Nowa nominacja budzi wiele kontrowersji, Mało, że Van Upp jest dziwakiem cytującym Szekspira i Biblię z pamięci i na wyrywki. Do tego dopiero co wyszedł z zakładu psychiatrycznego, do którego trafił jeszcze przed przejęciem rządów przez reżim, tuż po pożarze, z którego cudem ocalał. I takiemu człowiekowi minister upiera się powierzyć dochodzenie w sprawie śmierci dwóch Pretorian. 
Zabójcę trzeba zdemaskować, zanim dokończy dzieła, bo nikt nie wątpi, że jego celem jest uśmiercenie całej czwórki i zemsta za to, co robili i za co nie ponieśli żadnej kary. Jednak jak ująć mściciela, jeśli okaże się nim sam Bóg? A wiele zaczyna na to wskazywać. 
 
Można tę książkę czytać jak kryminał, choć zagadka nie jest szczególnie skomplikowana i uważny czytelnik nie powinien mieć problemu z jej rozwiązaniem. Jednak oprócz intrygi kryminalnej jest tu coś więcej. Są pytania o istotę sprawiedliwości dziejowej i kary dla ludzi dopuszczających się zbrodni ludobójstwa. Czy wystarczającą karą jest dla nich pozwolenie na to, żeby teraz, pozbawieni już władzy, żyli pomiędzy bliskimi swoich ofiar. I czy wolno wziąć sprawiedliwość w swoje ręce, jeśli jej oficjalny państwowy wymiar zawiódł, czy nie postawi się wówczas zbrodniarzy w jednym rzędzie z ich ofiarami. A jeśli ludzie nie chcą albo nie mogą wymierzyć sprawiedliwości, to może zrobi to Bóg, tylko dlaczego tak późno i gdzie był, gdy przez lata w kraju szalał terror. 
 
To nie pierwsza książka, w której porusza się temat dyktatury i odpowiedzialności (lub jej braku) za zbrodnie oraz stawia się pytania o Boga w czasach zagłady. Inność tej książki leży natomiast w odpowiedziach, których próbuje udzielić autor, odpowiedziach oczywiście niewiążących, pozostawiających czytelnikowi miejsce na własne refleksje. No i w tym, że tak poważne tematy podsunął w nietypowej dla tego rodzaju rozważań formie powieści sensacyjnej.

Przeglądając notki na temat Szpiega czasu spodziewałam się książki głębszej niż zwykły kryminał i nie zawiodłam się. Wprawdzie nie wpłynęła zasadniczo na mój ogląd świata, ale uzmysłowiła pewne nowe aspekty tego, czemu czasem najwięksi nawet polityczni zbrodniarze unikają wymiaru sprawiedliwości.

Aż dziwne, że książka jest u nas tak mało znana. Fani sensacji poszukują przecież coraz to nowych fabuł, nowych pomysłów, powieści odchodzących od utartych schematów. A ta powieść jest i sensacyjna i nietuzinkowa.

wtorek, 2 listopada 2010

Dom pod fioletową latarnią

Laura Restrepo
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2004
339 stron

Ocena 6/6


Dom pod fioletową latarnią to pasjonująca powieść, Laura Restrepo niby w formie reportażu i wywiadów z mieszkańcami dzielnicy kolorowych latarni w magiczny sposób opowiada o Torze – mieście w kolumbijskiej dżungli i o legendarnej prostytutce Sayonarze, która popełniła niewybaczalny błąd, bo pokochała na całe życie.
To miasto założyły właściwie prostytutki, mieszkanki Katungi, nędznej dzielnicy uciech. Sława Katungi , jako najlepszego targowiska miłości, ściągała piękności z całego świata, parające się najstarsza profesją.
Aby nie doszło do nieporozumień w kwestii zróżnicowanych cen usług przed każdym domem wieszano kolorowe latarnie: inny kolor dla każdej narodowości. Zielony był dla francuskich blondynek; czerwony dla Włoszek o gorących temperamentach; niebieski dla kobiet z krajów sąsiadujących z Kolumbią; żółty dla Kolumbijek; i wreszcie biały – po prostu żarówka Philipsa – dla Indianek z Papitón, które za swoje usługi mogły dostać najwyżej kawałek chleba. Przynajmniej tak było do czasu, kiedy pojawiła się Sayonara, budząca zdziwienie i podziw.”1 To przed jej domem latarnia miała fioletowy kolor.
Wybierały takie życie z różnych powodów, z głodu właściwie tylko Indianki. I tylko one, gdy odżywiły trochę siebie i swoje dzieci, mogły wrócić do poprzedniego życia bez wstydu i wyrzutów sumienia. Inne, gdy raz weszły do Katungi, nie miały już drogi powrotnej. Była wśród nich piękna Claire, biorąca najwyższą stawkę, ale żyjąca ubogo, bo zarobione pieniądze wysyłała ukochanemu Mariano. Zabiła się, gdy Mariano został senatorem i ożenił się z inną. Była Correcaminos, którą rodzina wyrzuciła z domu, gdy zaszła w ciążę, Delia Ramos, przegnana z zazdrości przez matkę po tym, gdy zgwałcił ją ojczym, Machuca, lubiąca to, co robiła, Wdowa po Żołnierzu, modląca się więcej niż największa dewotka i wiele innych, których „motywy były na dłuższą metę (...|. Tak długą, że trwały całe życie”2. Bo jeśli raz wybrały ten zawód, to umierały już jako kobiety lekkich obyczajów.
A życie w Katundze toczyło się w rytmie podporządkowanym piątkowym wizytom robotników. To dla nich kobiety stroiły się przyozdabiały, porządkowały domy. A oni przychodzili w dni wypłaty. „Pojawiali się w Katundze czyści i pięknie pachnący. W białych koszulach, wysokich skórzanych butach, no i oczywiście z dobrym zegarkiem, złotym łańcuszkiem i sygnetem; tak, żeby było widać, że to ludzie z pieniędzmi. I każdy, jako dodatkowa ozdobę, wyraźnie widoczną w górnej kieszeni marynarki, nosił legitymację pracownika Tropical Oil – żeby wszystko było jasne.”3
Katunga żyła w symbiozie z pracownikami z kompanii naftowej. Oni nigdy nie nazywali jej mieszkanek dziwkami ani innymi obraźliwymi określeniami, mówili o nich „kobiety”, bo innych kobiet i innej miłości nie znali. W zamian dostawali nie tylko pieszczoty. To kobiety z Katungi wspierały ich podczas strajków, przynosiły jedzenie, pomagały wydawać i kolportować strajkowe biuletyny. Także w czasie ostatniego „ryżowego” strajku, za który Katunga zapłaciła najwyższą cenę – została zniszczona, zmieciona z powierzchni przez kompanię naftową, a jej tereny przeznaczone pod mieszkania dla żon i rodzin robotników, które przyjechały i wprowadziły swoje prawa.
Jednak zanim to się stało, do Katungi przybyła mała, zagłodzona dziewczynka. Przyjechała w konkretnym celu: żeby zostać dziwką. Przygarnęła ją stara prostytutka Antonia. „Wystarczyło jej jedno spojrzenie na to rozczochrane, dzikie stworzenie, żeby dojrzeć w dziewczynie niezwykłe połączenie bezradności i dumy, które rozpala męską pożądliwość bardziej niż jakikolwiek afrodyzjak”4. Pod jej skrzydłami biedny, chudy kurczak zamienił się w piękną Sayonarę, której sława obiegła całą chyba Kolumbię. Kapryśna i niepokorna „miała zwyczaj uwodzić wszystkie stworzenia Boże. Jaka rozkoszna była wtedy i jaka wyniosła. (...)biedna dziewczynka, nawet nie przypuszczała, jak trudne jest życie...”5. Kochali ją i pragnęli jej wszyscy mężczyźni, tym bardziej, im gorzej ich traktowała, na im więcej sobie pozwalała. Wszyscy oprócz tego jednego, który się dla niej liczył, dla którego zapomniała o przestrogach Antonii, że kobieta lekkich nie może kochać na całe życie, że wolno jej kochać tylko na godziny.
Laura Restrepo to podobno jedna z najlepszych latynoamerykańskich pisarek. Ta książka jest jak najbardziej potwierdzeniem takiej opinii. Streszczona przeze mnie historia wydaje się banalna, ale opowiedziana przez Laurę Restrepo ma w sobie czar, sprawia, że życie w Katundze pulsuje, bucha z niej żar kolumbijskiego lata, doskonale oddaje spontaniczność i temperament bohaterów, atmosferę opisywanych miejsc, egzotykę kraju. Nie ma w niej nic z ckliwego romansu, zawiedzie się też ten, kto wiedziony charakterem opisywanego miejsca, szukałby w niej erotyki. To historia o głodzie miłości i potrzebie bliskości z drugim człowiekiem, napisana w magiczny sposób, jaki tylko w latynoamerykańskiej literaturze można znaleźć. Tych kilka cytatów nie oddaje nawet cząstki atmosfery powieści i jest niczym w porównaniu z fragmentami, które chciałabym zamieścić. W tej książce nie ma zbędnych słów, wszystko jest ważne, wszystkie spostrzeżenia celne. Mogłabym cytować całą. Ale lepiej sami ją przeczytajcie.


1s. 10.
2s. 44.
3s. 8.
4s. 15
5s. 116.

wtorek, 28 września 2010

Przepiórki w płatkach róży



Laura Esquivel
Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1993
218 stron

Ocena 4/6

pół funta realizmu magicznego
30 dag melodramatu
15-17 przepisów z poradnika „Zaradna pani domu”
Laura Esquivel wysmażyła z tego Przepiórki w płatkach róży, potrawę jadalną, ale żaden rarytas.
 
Główną bohaterka powieści jest Tita (Josefita), cioteczna babka narratorki, trzecia i najmłodsza córka Mamy Eleny De la Garza, właścicielki rancza w Meksyku przy granicy z Teksasem. Na świat przychodzi przedwcześnie, a dwa dni później umiera jej ojciec. Surowa Mama Elena nie daje jej nawet matczynego ciepła, a co dopiero mówić o zastąpieniu obojga rodziców. Z siostrami nie wolno się Ticie bawić po wypadku najstarszej z panien De la Garza, do którego niechcący się przyczyniła. Dziewczynka lgnie więc do starej kucharki Nachy. W rodzinie De la Garza jest zwyczaj, że najmłodsza córka nie wychodzi za mąż, aby opiekować się matką do jej śmierci. Taki los przeznaczony jest Ticie, problem w tym, że Tita w wieku piętnastu lat zakochuje się od pierwszego wejrzenia miłością wielką i namiętną. Matka nie chce nawet słyszeć o jej zamążpójściu. Proszącemu o rękę Tity Pedrowi proponuje małżeństwo z najstarszą córką, na co ten przystaje. Małżeństwo zostaje zawarte, co zasadniczo wpływa nie tylko na dalsze losy tych dwojga.
Noty wydawców z 1993 i 1999 (Zysk i S-ka) są zgodne: wg nich jest to
„Historia niezwykle trudnej miłości Tity i Pedra, miłości, która musiała czekać na spełnienie aż dwadzieścia lat. Losy dwojga młodych wplecione są w sugestywny obraz życia meksykańskiej rodziny o konserwatywnych, niemal feudalnych tradycjach. Autorka przewrotnie kształtuje banalny schemat małżeńskiego trójkąta, przyprawia swą powieść odrobiną fantastyki i indiańskich wierzeń oraz szczyptą humoru i garścią oryginalnych przepisów kuchni meksykańskiej.”
Wiele recenzji też się na tym skupia. Jednak mnie zainteresowało w tej powieści coś zupełnie innego. Trzy córki i trzy różne reakcje na toksyczną matkę. Wszystkie trzy, choć każda w inny sposób, były jej ofiarami. Rosaura (żona Petra) podporządkowuje się matce i dba przede wszystkim o to, co ludzie powiedzą, Gertrudis ucieka z domu, a Tita buntuje się, ale trwa przy matce. Prowadzi dom, ciężko pracuje, jako, że jest świetną kucharką, to ona po śmierci Nachy gotuje posiłki. Szczelnie skrywa przed światem swoje uczucia i tylko w reakcjach ludzi, którzy jedzą jej potrawy, objawia się to, co Tita naprawdę czuje. Ale za to z jaką siłą magiczną się to uwalnia.
Tita nie potrafi skutecznie przerwać dominacji matki nawet po jej śmierci. Ale nie potrafi też zrezygnować ze swej miłości do Pedra, miłości cielesnej, zmysłowej i – jak uważam wbrew temu, o czym zapewnia na okładce wydawca – nieodwzajemnionej. Według mnie Pedro od początku chce tego samego, co Mama Elena – władzy nad Titą. Żeni się z jej siostrą, żeby – jak tłumaczy swojemu ojcu – „mieć ją (Titę) przy sobie”1, on niczego się nie wyrzeka, chce, aby Tita należała do niego, on chce brać i nie myśli o tym, czy może dać coś w zamian. A dziewczyna jest doskonałym obiektem dominacji, rezygnuje z siebie i i nawet za cenę szczęścia ludzi, którym na niej zależy, podporządkowuje się woli matki, a później Pedra. Nie polubiłam Tity, nie akceptowałam jej wyborów, nie kibicowałam jej, żal mi było tych, którym za okazaną troskę odpłacała zdradą i odrzuceniem.
I na koniec jeszcze krótko o stylu, w jakim napisana jest powieść. Nie wiem, czy było to zamierzone przez autorkę, czy zabrakło jej talentu albo konsekwencji, ale wspaniałe fragmenty, których nie powstydziliby się nawet wybitni przedstawiciele realizmu magicznego, poprzeplatane są pisarstwem właściwym dla czytadeł o nianiach, zakupoholiczkach i tym podobnych. A w to wszystko powtykane przepisy kucharskie i różne „przydatne” domowe porady. Wiem, wiem – pani Laura Esquivel napisała Przepiórki w płatkach róży, zanim jeszcze książki o jedzeniu stały się modne i poczytne. Jednak ja nie lubię książek o jedzeniu i niewysoko cenię czytadła. I jak dla mnie autorka zmarnowała szansę na stworzenie wspaniałej powieści. Mimo to muszę przyznać, że czytało się tę książkę dobrze.
1Str. 19



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...