Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2013

Templariusz

Paul Doherty
Wydawnictwo Bellona., Warszawa 2011
343 strony

Ten tytuł może być nieco mylący, przynajmniej dla mnie taki był. Sięgając po Templariusza oczekiwałam lekkiej, przygodowej powieści z rycerzem zakonnym w roli głównej, intryg, tajemnic z przeszłości, ukrytych skarbów itd. Wszystko to co prawda w książce jest, ale w wykonaniu, które raczej nie usatysfakcjonuje kogoś, kto tylko po to chciałby ją przeczytać. A jednak czytałam ją z dużym zainteresowaniem, bo choć powieściopisarzem Doherty wydał mi się miernym, to znawcą opisywanego okresu i popularyzatorem historii naprawdę dobrym.

Okres opisywany w Templariuszu, to czasy pierwszej wyprawy krzyżowej, od orędzia papieża Urbana II z 1096 roku, wzywającego do świętej wojny przeciw innowiercom do odbicia Jerozolimy z rąk Turków1 w 1099 roku. Hugon de Payens i Gotfryd z St. Omer są wśród rycerzy, książąt, możnowładców, którzy podejmują wyzwanie. Wraz z nimi na krucjatę wyruszają setki, tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci; jedni powodowani nadzieją wiecznego zbawienia, inni – zwabieni opowieściami o bajecznych bogactwach Ziemi Świętej, żądzą przygody lub po prostu uciekający przed nędzą i głodem panującymi w Europie. Jest też wśród nich wielu ludzi o podejrzanej przeszłości, o nędznym morale, liczących na darowanie win w zamian za udział w krucjacie. Idą z różnych zakątków chrześcijańskiej Europy w kierunku Konstantynopola, a stamtąd połączona już stutysięczna Armia Boga wyruszyła przez stepy Anatolii ku Jerozolimie.

Tytułowy Templariusz to Hugon de Payens, to on i jego przyjaciel Gotfryd stanowili trzon Bractwa ubogich Rycerzy Świątyni (później: Bractwa Portalu Świątyni). Obaj są postaciami historycznymi, założycielami Zakonu Templariuszy, lub – jak kto woli – Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. W powieści Dohertego główna bohaterka jest jednak Eleonora de Payens, siostra Hugona, która wraz z nim bierze udział w krucjacie. To wokół niej osnuta jest cała fabuła, z jej pozycji (mimo, że nie narratorki) czytelnik poznaje kolejne odsłony działań tureckiego szpiega w szeregach Armii Boga i kilku tajemnic, jakie kryją ważniejsi i mniej istotni bohaterowie powieści. Również z jej punktu widzenia widzimy, jak naprawdę wyglądała wojna, która z założenia była wojną w imieniu miłosiernego Boga chrześcijan. 

I o ile w samej fabule, w budowaniu napięcia, w zdolności zaangażowania czytelnika w losy swoich powieściowych bohaterów Doherty nie jest najlepszy, o tyle w scenach zbiorowych, ogólnych, w opisach – po prostu błyszczy. Te obrazy są plastyczne, trafiające do wyobraźni i robiące wrażenie. Wędrówka armii złożonej z dziesiątek tysięcy ludzi musiała wyglądać tak, jak on to opisuje. I tak wyglądała, w posłowiu autor powołuje się na źródła, z których korzystał. A bynajmniej nie jest to obrazek łagodnej procesji, jaka pojawia się w głowie ucznia idący na lekcje historii prosto z lekcji religii. Boży wojownicy zostawiali po sobie spustoszone krainy, spalone miasta. Wśród uczestników krucjaty od początku nie brakowało ludzi o wątpliwej moralności, zdolnych do najpodlejszych czynów. Ale i inni, ci przyzwoici tracili morale w obliczu doświadczeń, jakim zostali poddani. Zamiast obiecywanej bożej łaski, zamiast krain mlekiem i miodem płynących dostali wędrówkę na przemian w dojmującym zimnie i piekącym upale, głód, brud, choroby, przegrane walki lub zwycięstwa okupione okrutną śmiercią towarzyszy. Wynikająca z tego utrata nadziei w sens wyprawy wpływała demoralizująco na uczestników krucjaty. I wtedy chrześcijańskie wartości nie znaczyły już nic, dobrzy chrześcijanie zamieniali się w jeźdźców apokalipsy. Szlak, którym przeszli, znaczyły mordy, gwałty, rabunki.

Uważam, że źle się stało, iż Templariusz marketingowo zasugerowany został jako książka o indywidualnych losach jej bohaterów, trafiając w ten sposób do czytelnika oczekującego czego innego, niż książka oferuje. Fabuła jest tu raczej przeciętna, dialogi nieco sztuczne, a bohaterowie potraktowani dość powierzchownie. Może autorowi brakło lekkości pióra i umiejętności budowania napięcia, a może po prostu tę warstwę powieści traktował po macoszemu, bo miała służyć tylko jako pretekst do ogólnej opowieści o pierwszej krucjacie. W każdym razie jako powieść przygodowa niezbyt się sprawdza, jest natomiast dobrą, napisaną w przystępnej i popularyzatorskiej formie książką historyczną. Książką odpowiednią dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak w rzeczywistości musiały wyglądać wyprawy krzyżowe, lecz nużą ich naukowe, a nawet popularnonaukowe opracowania. 
 
1Autor celowo utrzymał „podstawowy podział pomiędzy dwoma pozostającymi w konflikcie w czasach średniowiecznych kręgami kulturowymi. W świecie islamu słowo „Frank” opisuje każdego człowieka Zachodu. Z drugiej strony , większość Europejczyków, nie zdając sobie sprawy z istnienia różnych odłamów islamu, używa na ogół określeń „Turek” lub „Saracen” w odniesieniu do swych wrogów.” (ze wstępu Od Autora, s.9-10).

czwartek, 2 lutego 2012

Na tropie Tutenchamona

Christian Jacq
Libros, Warszawa 2002
399 stron

Ocena 4/6

Christian Jacq jest nie tylko pisarzem, ale i egiptologiem, więc można wierzyć, że historia i zwyczaje opisywane w jego powieściach nie zostały wyssane z palca, ale mają swoje źródło w naukowej wiedzy o przeszłości Egiptu. 
 
Na tropie Tutenchamona to książka o poszukiwaniach miejsca pochówku nieznanego faraona, którym archeolog samouk Howard Carter poświęcił całe życie - poszukiwaniach zwieńczonych sukcesem na skalę światową, choć wielu uznanych wówczas egiptologów w ogóle wątpiło, że Tutenchamon kiedykolwiek istniał.  
W powieści, albo raczej w fabularyzowanym dokumencie – bo takie określenie bardziej mi pasuje do książki – Jacq opowiada, jak doszło do spotkania i zawiązania współpracy między dwoma Anglikami z zupełnie różnych sfer społecznych i jak współpraca ta zaowocowała odnalezieniem jednego z największych skarbów archeologicznych ubiegłego stulecia: grobu nienaruszonego przez rabusiów, przez co cennego nie tylko materialnie, lecz przede wszystkim naukowo.   
Howard Carter, autor owego wielkiego odkrycia, był synem skromnego malarza zwierząt z angielskiej prowincji. Do Egiptu trafił  przez przypadek, ale to tam odnalazł wielką pasję i miłość swojego życia – Dolinę Królów. Doskonale obrazują to słowa, jakie w powieści przypisał mu Jacq:
„Dolina Królów to moje przeznaczenie. Tu dotknęła mnie ręka Boga. Opuszczenie doliny skazałoby mnie na niebyt.”1
Na kartach powieści Howard Carter pojawia się jako utalentowany plastycznie siedemnastolatek, w chwili, gdy zostaje zatrudniony do przepisywania hieroglifów przez wykładowcę uniwersytetu w Kairze, egiptologa Newburry'ego. Carter nie miał żadnego przygotowania, żadnego akademickiego wykształcenia archeologicznego, ani z zakresu historii starożytnego Egiptu. Wiedzę zdobywał sam, u boku ówczesnych sław naukowych z dziedziny egiptologii. Jego przeznaczeniem i obsesją stało się odnalezienie grobu Tutenchamona. Był jedynym, który nigdy nie zwątpił, że Tutenchamon istniał i został pogrzebany gdzieś w Dolinie Królów.
Przyszłego lorda Carnarvona i dziedzica wielkiej fortuny poznajemy, gdy po całym świecie goni za przygodą. Ani małżeństwo z ukochaną lady Alminą, ani odziedziczenie szlacheckiego tytułu po śmierci ojca nie powstrzymują go przed szukaniem wyzwań. Wielokrotnie wychodzi cało z niebezpiecznych sytuacji podczas podróży, by – o ironio – stracić zdrowie i fizyczną sprawność w zwykłym samochodowym wypadku. Jednak taki człowiek czynu nie mógł usiedzieć w przyzamkowym parku, choćby najpiękniejszym, znalazł więc inne zainteresowanie i była nim archeologia egipska. A że szybko zrozumiał, jakim jest amatorem w tej dziedzinie, powierzył prowadzenie wykopalisk właśnie Carterowi. Z czasem ich współpraca przemieniła się w przyjaźń, która przetrwała aż do do 1923 roku, do śmierci lorda Carnarvona, spowodowanej zapaleniem płuc, jak twierdzili lekarze, albo klątwą faraona, jak głosili wrogowie i zawistnicy odkrywców.
A wrogów im nie brakowało. Zwłaszcza Carterowi. Z natury niepokorny, miał wręcz dar przysparzania sobie nieprzyjaciół nie tylko wśród naukowców, nie mogących znieść, że człowiek bez uniwersyteckiego wykształcenia osiągnął niebotyczny wręcz sukces. Po odzyskaniu przez Egipt niepodległości politycy i urzędnicy widzieli w nim obywatela państwa-kolonizatora, nie bacząc na to, że całe życie poświęcił ich krajowi. Prasa nienawidziła go za odmowę dostępu do wykopalisk i tajemnic, których łaknęli czytelnicy. A i handlarze kradzionymi skarbami nie mieli za co go kochać, bo Carter od początku skutecznie zapobiegał rozkradaniu wydobywanych w Dolinie Królów przedmiotów. Kompletny brak zmysłu dyplomacji i nieliczenie się z sytuacją polityczną przysporzyły Carterowi wielu kłopotów i omal nie pozbawiły go zaszczytu otwarcia sarkofagu, w którym spoczywał jego ukochany faraon. Jednak mimo wielu przeciwności to on przeszedł do historii jako odkrywca nienaruszonego grobowca Tutenchamona i – zgodnie z tym, co napisał Jacq – jako jedyny człowiek, który potrafił ten skarb uchronić od zniszczenia.

Powieść nie jest jakąś wielką literaturą. Jacq nie jest chyba nawet dobrym pisarzem powieściowym. W jego książce jest niby wszystko, czego potrzeba, aby czytelnik chłonął powieść z zapartym tchem, bo są przygody, wątki miłosne, przeciwnicy rzucający głównemu bohaterowi kłody pod nogi, wreszcie jest tajemnica i klątwa faraona, a wszystko to wpisane w egzotykę Egiptu, a mimo to autorowi nie udało się wprowadzić należytego napięcia, powieść po prostu nie wciąga. Owszem, jest interesująca, ale nie należy do tych, od których nie można się oderwać i zarywa się noc, byleby zobaczyć, co stanie się dalej. 
 
Na tropie Tutenchamona ma natomiast ten istotny walor, że dostarcza wiedzy, po jaką zazwyczaj sięga się do pozycji dokumentalnych, wiedzy rzetelnej, ale w opracowaniach naukowych trudnej do czytania i najczęściej nudnej. U Jacq wiedzę tę przyswaja się jednak niepostrzeżenie i bezboleśnie. Pod tym względem książka jest naprawdę dobra i godna polecenia osobom nawet średnio zainteresowanym odkryciami starożytności.

1s. 202.

poniedziałek, 24 października 2011

Wdowa Couderc

Georges Simenon
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
167 stron

Ocena 5/6

Georges Simenon jest znany u nas bardziej chyba z powieści o komisarzu Maigrecie, ale w jego dorobku jest też wiele powieści psychologicznych. Wdowa Couderc napisana została w 1940 roku, Camus podobno powiedział, że gdyby nie przeczytał Wdowy Couderc, nie mógłby napisać Obcego. Camus dostał Nobla, Simenon nie, i po przeczytaniu tej książki zastanawiam się, dlaczego. Camusa czytałam dawno temu – i Dżumę i Upadek i Obcego. Powieść Simenona naprawdę wydaje mi się dobra przy tamtych. Może byłam wtedy za młoda, aby docenić prozę Camusa, a może rację ma Paul Theroux pisząc w przedmowie do Wdowy Couderc:
„Uczeni kochają cierpiętników; pociągnijcie za język nawet najpoważniejszych, a okaże się, że kibicują tylko tym, którzy zmagają się z losem. No bo jakim cudem (zapewne tak myślą) płodny i poczytny autor może pisać coś wartościowego?”1
Myślę, że przynajmniej częściowo ma rację, no bo jak często nagradzane są książki, które zwykłemu człowiekowi świetnie się czyta, które przeciętny człowiek czuje i rozumie? A Wdowę Couderc tak mi się właśnie czytało.

Niby cieniutka książeczka, a zawartości wystarczyłoby na gruby tom. Georges Simenon pisze bardzo zwięźle, sama kwintesencja, sama istota rzeczy, żadnych zbędnych zdań, ozdobników, omówień. Ale za to ile przekazu. Bardzo mi się ten styl podobał, jestem pełna podziwu, że w tak prostej formie, ograniczonej właściwie do opisania zdarzeń, autor potrafił stworzyć powieść, którą się naprawdę czuje.
Jego bohaterowie są prawdziwi, to ludzie naprawdę z krwi i kości. Można ich nie lubić, nie rozumieć, nie podzielać ich podejścia do życia (ja tak właśnie czułam), ale na pewno nie można wątpić, że ci ludzie istnieją i są rzeczywiści, prawdziwi.

Tytułowa wdowa Couderc to czterdziestopięcioletnia wieśniaczka Tati, pracowita, zawzięta, skąpa. Samotna, żyje u teścia i z teściem, w ciągłym zagrożeniu, że rodzina męża zabierze gospodarstwo, na które pracowała całe życie, nastała w nim jako czternastoletnia służąca i do dziś wszystko opiera się na niej. Syn gdzieś z Legii Cudzoziemskiej regularnie przysyła listy, w każdym przymawia się o pieniądze.
Tati spotyka Jeana w autobusie, gdy wraca z targu. Chłopak jest mniej więcej w wieku jej syna, pochodzi z okolicznej bogatej rodziny. Zabił i właśnie wyszedł z więzienia, ale nie wraca do domu. Wysiadł za Tati, pomógł donieść pakunki i został w gospodarstwie jako parobek i jej kochanek. W domku obok mieszka siostrzenica Tati, szesnastoletnia Fėlicie z rodzicami i dzieckiem, fascynuje Jeana.
„wszystko mogłoby być takie proste! Mieszkaliby sobie w trójkę albo raczej w czwórkę, bo jest przecież dziecko. Dziecko mu nie przeszkadzało. Nie obchodziło go, czyje jest. Stanowiło część większej całości. Stary Couderc też, w ostateczności. Dlaczego nie?
Żyliby sobie tak wszyscy razem, hodowali kury i króliki, ścinali trawę, sadzili warzywa.”2
Ale nic nie chce być takie proste. Wdowie wydaje się, że zawładnęła Jeanem, snuje plany na przyszłość, chce przejąć dom, wszystko skalkulowała, przeliczyła, również spadek po matce Jeana. Fėlicie też ma plany, Jean odgrywa w nich niepoślednią rolę. Problem w tym, że Jean nie chce nic planować, nie chce myśleć ani o przyszłości, ani o przeszłości, która niespodziewanie wraca w snach i natrętnych myślach. Od pierwszego zdania ciężka i duszna atmosfera powieści zagęszcza się z każdą stronicą. I on i my czujemy, że to musi skończyć się dramatycznie.

Powieść idealnie moim zdaniem wpisuje się w nurt egzystencjalny. I choć to nie moja życiowa filozofia, to jednak dziwnie i dosadnie czułam bohatera – bo wbrew tytułowi to Jean właśnie jest głównym bohaterem tej powieści. I w ogóle czuje się nastrój tej książki.

Minusy dotyczą wydania, nie powieści. 
Na okładce są Simone Signoret i Alain Delon, którzy zagrali w filmowej „adaptacji” książki,  filmu nie widziałam, ale cudzysłów wziął się stąd, że z opisu wnioskuję, iż film za pomocą tych samych wydarzeń, co książka, opowiada zupełnie inną historię. 
Druga uwaga dotyczy przedmowy autorstwa Paula Theroux (tak, tego od Wielkiego bazaru kolejowego) – byłaby super, gdyby była posłowiem. Moja rada: jakbyście czytali Wdowę Couderc w wydaniu W.A.B. w Nowym Kanonie (do czego naprawdę namawiam), zacznijcie od powieści, a przedmowę przeczytajcie na końcu.

1s. 9.
2s. 160.

środa, 21 września 2011

Zielone piekło

Raymond Maufrais
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1982
303 strony

Ocena 6/6

Dałam 6, ale tylko dlatego, że skala mi się skończyła. Ta książka jest niesamowita, wyjątkowa. Skończyłam ją czytać miesiąc temu, zwlekałam z napisaniem tej notki, żeby złapać dystans, ale i tak nie do końca ochłonęłam, gdy wracam do niej myślami, nadal szarpią mną emocje.

Na Zielone piekło składa się opis dwóch wypraw Raymonda Maufrais – do Mato Grosso i do Gujany. Pierwszą opisał po powrocie, z drugiej już nigdy nie wrócił, to opublikowany po drobnych cięciach dziennik podróży, który Maufrais prowadził systematycznie dzień po dniu. Notatki odnaleziono na miejscu jego ostatniego (?) obozu, ich autora – nigdy.
Raymond Maufrais

Na pierwszą wyprawę Maufrais wyruszył w 1946 roku mając dziewiętnaście lat. Był zupełnym nowicjuszem, nie znał dżungli, a swoje wyobrażenia o dziczy budował na opowieściach o Tarzanie. Według metryki był właściwie jeszcze chłopcem, ale miał już za sobą doświadczenia walki we francuskiej partyzantce. W pogoni za przygodą i marzeniami z czasów harcerskich obozów po wojnie pojechał do Brazylii. Bez pieniędzy, wpływowych przyjaciół i z nikłą znajomością portugalskiego długo pukał do różnych drzwi, zanim załapał się na ekspedycję Urzędu Ochrony Indian. Celem było dotarcie na terytorium Indian Szawantów, plemienia wyjątkowo wrogo nastawionego do wszelkich obcych. Pierwsze wyzwanie czekało go zaraz na początku drogi. Sam musiał dojechać do Leopoldiny – mieściny, z której wyruszała ekspedycja, położonej w głębi dżungli o trzy tysiące kilometrów od Rio de Janeiro.
Mapa wyprawy do Mato Grosso
Część drogi przeleciał samolotem, ale spory odcinek przez bezdroża musiał przebyć rozklekotaną ciężarówką, wyposażony tylko w niezbędne rzeczy – hamak, moskitierę i ubranie na grzbiecie, jedyny biały w towarzystwie złożonym głównie z podejrzanych typów uciekających przed więzieniem. Ten etap dla większości z nas byłby już wyzwaniem i przygodą życia, ale dla niego to dopiero początek. Ta pierwsza wyprawa była jego chrztem bojowym i lekcją przeżycia w puszczy. W relacji z podróży znalazły się potem opowieści o poszukiwaczach diamentów, o tygodniach spędzonych w indiańskiej wiosce, przeprawie pirogą i konno przez dżunglę i sawannę i w końcu o zetknięciu z Szawantami, z którego członkowie ekspedycji cudem uszli z życiem. Napisał o tym książkę, ale nie sprzedawała się, niestety.

Tak więc trzy lata później, gdy szykował się do samotnej eskapady przez dżunglę Gujany Francuskiej w góry Tumuc-Humac, znów był bez pieniędzy. Znów więc wyruszał nie doposażony, jak należy. Zamiast skupić się całkowicie na pokonaniu trudów podróży, wciąż musiał zmagać się z kłopotami finansowymi. Już na początku uziemiło go to na wiele tygodni, ruszył z pokaźnym opóźnieniem, co zmniejszało szanse powodzenia ze względu na zmieniająca się porę roku, ale i dlatego, że oczekiwanie osłabiało jego hart ducha. Tak więc brak pieniędzy odbił się nie tylko na bagażu, ale również na sposobie i czasie podróżowania, a w ostatecznym rozrachunku stał się niestety podstawową przyczyną niepowodzenia. Choć i bez tego nie dawano Maufrais żadnych szans.
trasa drugiej wyprawy
Ta druga wyprawa to było po prostu czyste szaleństwo, tak mu mówili wszyscy, którzy poznali amazońską dżunglę. Ale on do końca wierzył, że się uda. I chociaż każdy kolejny etap był trudniejszy od poprzedniego, nie zamierzał zmienić pierwotnego planu trasy. Tym razem nie był członkiem żadnej ekspedycji, miał swój własny, samotny plan podróży, tylko on i kundelek Boby. Początkowo załapał się na jedną z dwóch piróg, później płynął sam, póki nie spotkał indiańskiej rodziny, która zapuściła się na bezludzie, żeby łowić. „Płynął” to za dużo powiedziane, bo droga składała się głównie z wodospadów, które trzeba było pokonywać pod prąd rzeki. Gdy dalsza podróż rzeką stała się już niemożliwa, a Indianie zawrócili, dalej podążył pieszo, sam z Bobym przez pierwotną puszczę. Pokonywał po dwa, trzy kilometry dziennie, obciążony ładunkiem, wyczerpany, osłabiony gorączką i dyzenterią, jednak nie zrezygnował z marzeń. I do końca wierzył, że zrealizuje swój plan. Notatki urywają się nad rzeką Tamouri, to tam odnaleziono ślady jego biwaku. Ojciec szukał go po Amazonii przez dwanaście lat, nie trafił na nic, nie znalazł ani jego szczątków, ani żadnego śladu, że Raymond przeżył.

Opisując to wszystko, nie zdradzam żadnej tajemnicy, w nowszym wydaniu można o tym przeczytać we wstępie, poza tym o losach wyprawy Maufrais można dowiedzieć się z internetu. I nie na tym polega czar tej książki, że w napięciu czekamy na zakończenie. Wręcz przeciwnie – od początku wiedziałam, jaki był finał tej wyprawy i to jeszcze potęgowało moje emocje. Czytać dziennik tego niezłomnego człowieka, do końca przekonanego, że osiągnie cel i wiedzieć, jak będzie naprawdę – to coś niesamowitego.

Już pierwsza część o Mato Grosso robi wrażenie, ale przy drugiej nawet ekscytujące podróże Cejrowskiego wydają się równie ekstremalne i imponujące jak „objazdówka” z biurem turystycznym przy wyprawie backpackerskiej. Pamiętajmy, jest koniec lat czterdziestych, nie ma telefonów satelitarnych, leków ani obecnego wysoko specjalistycznego sprzętu turystycznego. A dżungla nie jest przyjazna żadnemu człowiekowi, nawet takiemu, który się w niej urodził i wychował, a co dopiero niedoświadczonemu białemu. To naprawdę zielone piekło. Jednak Maufrais nie skarży się, a przynajmniej niewiele, opisuje po prostu to, czego doświadcza od tropikalnej przyrody; upał i wilgotność, chmary wszechobecnych komarów i innego robactwa, przeszkody z bagien i spróchniałych powalonych drzew, mroczną roślinność, przez którą ścieżkę trzeba wycinać maczetą. Spotkania z wężami i piraniami, początkowo oznaczające tylko niebezpieczeństwo, w końcowym etapie stają się pożądane, bo są szansą na jedzenie, a tego wciąż mu brakuje, wody zresztą często również. Gdy podróżował z ludźmi, jadał codziennie, kilka garści maniokowej mąki, trochę suszonego mięsa, początkowo nawet nie spleśniałego. Później był już zdany tylko na siebie i na to, co upolował, a to nie zdarzało się codziennie, bywało, że kilka dni nic nie jadł. Ale najgorsza była samotność i tęsknota. Pisanie dziennika dodawało mu otuchy. Notatki pełne są miłości do rodziców, obaw, że ich zawiedzie, smutku, że naraził ich na cierpienie, zwłaszcza pod koniec, te ostatnie rozdziały czytało się najtrudniej. Wtedy, gdy siły go opuszczały, gdy czuł, jak z każdą chwilą maleją jego szanse, jednak do końca nie stracił nadziei.

Wydanie z 2011 roku
Piękna książka, szczera i prawdziwa, bo pisana dla siebie, Maufrais nie liczył przecież, że ktoś znajdzie jego dziennik. Wierzył, że dojdzie do celu, a wtedy to on decydowałby, co z tych zapisków ujawnić. Stało się jednak inaczej. No cóż, zaryzykował i nie wygrał. Ale też nie przegrał tak zupełnie, jego legenda nadal żyje i porusza wyobraźnię, pewna jestem, że nie tylko moją.
Chciałam dać cytaty, ale jakbym zaczęła, to pewnie przepisałabym pół książki, najlepiej sami przeczytajcie całość.

Zielone piekło miało w Polsce kilka wydań. To, które ja miałam, nie jest niestety najlepsze, bez zdjęć (z Gujany się nie zachowały, ale z Mato Grosso owszem), bez żadnego wstępu ani posłowia. W księgarni widziałam natomiast wydanie Zysku i S-ki z tego roku, jest opatrzone przedmową, z której można dowiedzieć się sporo na temat autora i trochę na temat wypraw poszukiwawczych jego ojca, jest też kilka fotografii, więc jeśli zechcecie przeczytać tę książkę, do czego gorąco zachęcam każdego, to poszukajcie raczej tego wydania. Zazwyczaj polecam zasoby bibliotek, tym razem jednak robię wyjątek, bo w wypożyczalniach są starsze wydania, więc pewnie tegorocznego nie kupią, a jest naprawdę lepsze. Ja już złożyłam zamówienie na prezent gwiazdkowy, bo są takie książki, które chce się mieć na zawsze, chociaż już się czytało i Zielone piekło u mnie do takich należy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...