Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Sucha biała pora

André Brink
Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1989
tłumaczenie: Tomasz Wyżyński

Niedawno pisałam tu o książce świetnej południowoafrykańskiej pisarki Nadine Gordimer, a dziś powieść kolejnego wybitnego pisarza z RPA. I znów dowodząca, jak silnie polityczny ustrój tego kraju odcisnął się na losach zwykłych ludzi, a jednocześnie rzecz uniwersalna i ponadczasowa. Powieść dotykająca odpowiedzialności jednostki za to, czym jest człowieczeństwo.
„Ludzkość. Normalnie oznacza to tyle, co miłosierdzie, współczucie, dobroć, uczciwość. On jest taki ludzki. A może trzeba poszukać zupełnie innego zestawu synonimów: okrucieństwo, wyzysk, przemoc, bezprawie?”1
Bohater Suchej białej pory dojrzewał pięćdziesiąt lat do zadania sobie tego pytania. Ben du Toit długo wierzył, że społeczeństwo, w którym żyje, opiera się na porządku, logice i sprawiedliwości. Pewnie wierzyłby w to do końca życia, gdyby nie tragiczne wydarzenia, które rozegrały się tuż pod jego bokiem i obok których nie potrafił przejść obojętnie. Zapoczątkowało je zniknięcie nastoletniego Jonathana, syna czarnego woźnego z johannesburskiego liceum, w którym Ben był nauczycielem, aresztowanego podczas zamieszek ulicznych w Soweto. Już wtedy Ben angażuje się w pomoc rodzinie chłopaka, którego znał od dziecka. Po tym, gdy najpierw Jonathan, a później woźny Gordon (który za dużo pytał o śmierć syna) wracają z aresztu w trumnach, Ben wciąż ufa, że sprawa się wyjaśni, a zabójcy zostaną ukarani (bo nie wątpi, że przynajmniej w przypadku Gordona w areszcie doszło do zbrodni i prób jej zatuszowania). Dopiero wyrok sądu pozbawia go złudzeń i sprawia, że du Toit zaczyna rozumieć, iż sam musi dowieść prawdy. To wtedy po raz pierwszy stawia pytanie o zależność między działaniami jednostki a znaczeniem słowa „ludzkość”.
„Jestem Ben du Toit. Jestem t u t a j. Nie ma tu nikogo prócz mnie. Musi więc być coś, co mogę zrobić tylko ja – nie dlatego, że to ważne czy potrzebne, ale dlatego, że mogę to zrobić tylko ja. Powinienem to zrobić, bo jestem Benem du Toitem, bo nikt inny na świecie nie jest Benem du Toitem.”2
Decyzja o kontynuacji prywatnego śledztwa odmieni jego życie i narazi na konsekwencje, przed którymi w totalitarnym systemie nie ochroni go nawet kolor skóry. Czy była słuszna? Na to autor ma odpowiedź. Ale na pytanie o to, czy było warto, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Sucha biała pora ukończona została w 1979 roku. Inspirowana była autentycznymi wydarzeniami, a wiele pojawiających się w niej postaci ma swój pierwowzór i odpowiednik wśród współczesnych autorowi osób, a nawet osobistości życia politycznego. Nic dziwnego, że w ojczyźnie autora od razu znalazła się na indeksie pozycji zakazanych, podobnie zresztą, jak i wcześniejsze książki Brinka. Przewidując jednak taki obrót wydarzeń, postarał się on, aby powieść dotarła do czytelników jeszcze przed zakazem cenzury. Wydał ją w prywatnym wydawnictwie, dzięki czemu pierwszego nakładu władzom już nie udało się skonfiskować. Ostatecznie książkę z indeksu skreślono pod pozorem, że jest tak słaba, iż nie będzie cieszyła się zainteresowaniem. Tymczasem powieść ukazała się w wersji anglojęzycznej w tłumaczeniu autorskim (Brink pisał przeważnie w afrikaans) i rok później przyniosła autorowi prestiżową nagrodę Martina Luthera Kinga.3
 
Od wydania Suchej białej pory minęło więc już kilkadziesiąt lat i sytuacja polityczna w RPA uległa diametralnej zmianie. W dodatku demaskatorska warstwa powieści od początku nie mogła być tak wymowna dla przeciętnego zagranicznego czytelnika, jak w ojczyźnie autora, a dziś tym bardziej polski czytelnik nie rozszyfruje ukrytych pod powieściowymi postaciami znanych publicznie w RPA osób. Jednakże uniwersalne i zawsze aktualne będzie przesłanie powieści zawarte w cytowanych tu już słowach Bena du Toita.

Ta książka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Jedna z dwóch najlepszych, jakie zdarzyło mi się w tym roku przeczytać. Taka, co to porusza sumienie i zmusza do refleksji nad odpowiedzialnością jednostki za moralne oblicze społeczeństwa i ludzkości w ogóle. U nas wydana chyba tylko raz i później nie wznawiana, ale jeśli nie czytaliście, to warto jej poszukać w bibliotekach albo antykwariatach, bo zapewniam, że czas jej poświęcony spożytkujecie lepiej niż na czytanie kolejnego hitu jednego sezonu.


PS. W 1989 roku książka została zekranizowana; Bena du Toita zagrał Donald Sutherland, a występujący w drugoplanowej roli Marlon Brando został za tę rolę nominowany do Oscara, Złotego Globu i BAFTY. 


1Str. 165.
2Str. 166.

3Podaję na podstawie posłowia tłumacza

niedziela, 24 maja 2015

Ludzie Julya

Nadine Gordimer
Wydawnictwo M, Kraków 2012
tłumaczenie: Dariusz Żukowski
e-book

W RPA dosłużyła się łatki pisarki politycznej. Niektóre z jej książek były tam zakazane, bo Nadine Gordimer w głównej mierze skupiała się na problemach segregacji rasowej oraz na wpływie, jaki segregacja wywiera na życie i psychikę ludzką.
Była przeciwniczką apartheidu, członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego, przyjaciółką Nelsona Mandeli. W 1991 roku, gdy otrzymała Nagrodę Nobla, w jej ojczyźnie pytano, czy to nagroda literacka czy raczej pokojowa. Ona sama sprzeciwiała się jednak klasyfikowaniu jej jako pisarki politycznej, nie uważała się za kogoś mającego polityczny instynkt, twierdziła nawet, że zapewne nie zajmowałaby się problemami społeczno-politycznymi, gdyby nie to, iż przyszło jej żyć w RPA i patrzeć, jak przemożny i namacalny wpływ ma polityka na losy indywidualnych ludzi.
Czytając Ludzi Julya, jedną z jej ważniejszych książek, można przekonać się o prawdziwości tego twierdzenia. Historia rodziny Smalesów, choć osadzona w konkretnych realiach południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej, posiada wymiar uniwersalny. To literatura wykorzystująca polityczne uwarunkowania, ale o wykraczającej poza nie wymowie, poruszająca trudne i delikatne kwestie relacji międzyludzkich, poszanowania dla godności i odmienności innego człowieka. I przede wszystkim uwrażliwiająca na to, że choć różnimy się kulturowo, wyglądem albo statusem społecznym, to wszyscy jednakowo potrzebujemy akceptacji innych i poczucia przynależności do wspólnoty.

Akcja powieści rozgrywa się w RPA pod koniec ubiegłego wieku, gdy apartheid trzymał się jeszcze mocno, ale na skorupie niesprawiedliwego systemu zaczynały się już zarysowywać wyraźne pęknięcia. Rodzina Smalesów – białe małżeństwo z trójką dzieci - chcąc ratować życie podczas powstania, które zaczęło się od zamieszek w Soweto1, przyjmuje propozycję swojego czarnego służącego Julya i chroni się w jego rodzinnej wiosce gdzieś w buszu.
Przez piętnaście lat July był zależny od nich: od pracy, którą mu oferowali i pieniędzy, które płacili. Nagle znaleźli się w zupełnie obcych warunkach bytowych niż te, do których przywykli, co powoduje, że małżonkowie oddalają się od siebie, a raczej tylko uwalnia to, co już między nimi istniało ukryte pod warstwą dobrobytu. W dodatku tracą na rzecz Julya ostatnie atrybuty władzy i uprzywilejowania białych: samochód, pieniądze, wreszcie strzelbę. Raptem narzucone i chronione systemowo role się odwracają, a Smalesowie w szybkim tempie stają się całkowicie zależni od Julya. Dzieci szybko asymilują się do nowych warunków. Co innego dorośli. Teraz są jedynymi białymi w czarnej społeczności, która traktuje ich wprawdzie z szacunkiem, ale też pilnie strzeże granicy między przybyszami a mieszkańcami wioski, torpedując wszelkie próby włączenia się Smalesów w życie społeczności. Najsilniej odczuwa to Maureen Smales, główna obok Julya postać. To między tymi dwojgiem rozgrywa się cała dramaturgia powieści. Maureen nigdy nie uważała się za rasistkę, jako pracodawczyni traktowała Julya przyzwoicie, lepiej niż inni biali swoich czarnych służących. I July odpłaca tym samym; ni mniej, ni więcej, ale okazuje się, że to za mało, aby Maureen mogła odnaleźć się w nowej grupie.

Ludzie Julya to dla mnie powieść o, że tak powiem, „miękkim” rasizmie. Odwrócenie determinowanych systemowo ról społecznych, to kapitalny zabieg autorki, aby pokazać, że rasizm może mieć różne oblicza. Nie musi przybierać postaci nienawiści i pogardy. Może być „tylko” wykluczeniem ze wspólnoty, stwarzaniem dystansu nie do pokonania przy jednoczesnym zachowywaniu pozorów poprawności i poszanowania. Ta książka musi burzyć dobre samopoczucie rodaków Gordimer i nie tylko ich, ale także wszystkich, którzy uważają się za przyzwoitych i poprawnych politycznie, bo nie gardzą drugim człowiekiem ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć, nie myśląc o tym, że izolując się też dyskryminują. I to właśnie przesłanie czyni powieść Nadine Gordimer uniwersalną.


1Autorka nie wskazuje jednoznacznie, kiedy mają miejsce powieściowe wydarzenia, ale biorąc pod uwagę pod uwagę, iż książka napisana została w 1981 roku przypuszczam, że chodzi o zamieszki nazwane później Czarnym Czerwcem, które zaczęły się 16 czerwca 1976 roku od masakry czarnej młodzieży protestującej przeciw wprowadzeniu do szkół obowiązkowej nauki znienawidzonego przez nich języka afrikaans.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Bestie znikąd


Uzodinma Iweala
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007
tłumaczenie: Paweł Łopatka
projekt okładki: Thenjiwe Niki Nkosi
opracowanie graficzne: Marek Pawłowski


Bestie znikąd to utrzymana w narracji pierwszoosobowej historia dwunastolatka Agu, rozgrywająca się gdzieś, w bliżej nie sprecyzowanym regionie Afryki, Agu mając wybór między śmiercią i przyłączeniem się do antyrządowego oddziału zbrojnego wybiera to drugie. Konsekwencją takiego wyboru jest udział w okrucieństwach, jakich dopuszczają się towarzysze broni, bo odmowa równa się śmierci z ich rąk. Tylko że Agu mimo młodego wieku jest już na tyle ukształtowany moralnie, iż ma świadomość zła, w jakim uczestniczy. Wspomina wcześniejsze szczęśliwe lata, rodzinę, szkołę. Kiedyś był dobrym, posłusznym synem, lubianym kolegą, pilnym uczniem, marzył o zostaniu inżynierem albo lekarzem. Nie tak miało być, nie wybierał sobie takiego losu, ale aby przeżyć, posuwa się do czynów okrutnych. Kim więc jest dziś: bestią czy ofiarą?

*

Szacuje się, że liczba dzieci czynnie uczestniczących w działaniach wojennych w różnych regionach świata może sięgać nawet 300 tysięcy. Dzieci walczą po stronach rządowych i w oddziałach rebelianckich, dobrowolnie albo porywane i przymuszane. Tak dzieje się w Azji, Ameryce Południowej, ale najszerzej zjawisko to występuje obecnie w Afryce i dotyczy dzieci nawet młodszych niż dziesięcioletnie..Werbowanie, przymusowe wcielanie dzieci do wojska i zmuszanie ich do walki traktowane jest jak przestępstwo,skazano za nie już kilku afrykańskich przywódców, że wymienię choćby najsłynniejszych: Charlesa Taylora - byłego prezydenta Liberii i Thomasa Lubangę z Demokratycznej Republiki Konga, a na przywódcę Armii Bożego Oporu Josepha Kony'ego z Ugandy wystawiono międzynarodowy nakaz aresztowania. Jednak schwytanie i postawienie przed sądem, a później udowodnienie winy nie jest proste, bo – mówiąc w wielkim skrócie – sytuacja w targanych konfliktami regionach nie sprzyja ściganiu i sądzeniu lokalnych przywódców. Tak więc przymusowe wcielanie dzieci do oddziałów zbrojnych to nadal zjawisko występujące masowo, zwłaszcza w Afryce, gdzie w samej tylko Ugandzie liczbę „małych wojowników” określa się na 25-30 tysięcy.
Źródło
 I pewnie długo jeszcze tak będzie, bo w krajach, gdzie wojny toczone są od dawna, dzieci stanowią znaczący odsetek społeczności i gdy brakuje dorosłych mężczyzn, chętnie sięga się po nie dla uzupełnienia przerzedzonych oddziałów zbrojnych. A to, co staje się ich udziałem, mrozi krew w żyłach. Dzieci są dobrym materiałem na żołnierzy, łatwe do przyuczenia, zindoktrynowania, zastraszenia. Ich życie i utrzymanie jest tanie, a gdy zginą, łatwo je zastąpić porywając następne. Nie wszystkie walczą z bronią w ręku. Niektóre są łącznikami, zwiadowcami, tragarzami, kucharzami, często – zwłaszcza dziewczynki – niewolnikami seksualnymi. Ale spora część bierze jednak czynny, aktywny udział w starciach zbrojnych, zostają sterowanymi przez dowódców oddziałów sprawcami okrutnych zbrodni, tortur, gwałtów, dopuszczają się czynów strasznych, wręcz bestialskich. Kim więc oni są: zbrodniarzami czy ofiarami?

W 2009 roku wydana została świetna książka-reportaż  Nocni wędrowcy o takich dzieciach autorstwa Wojciecha Jagielskiego. Jeśli nie czytaliście, to gorąco polecam. A jeśli temat Was zainteresuje, to nagrodzona wieloma prestiżowymi nagrodami debiutancka powieść amerykańskiego pisarza nigeryjskiego pochodzenia Uzodinmy Iweali stanowić może literacką kontynuację. W Nocnych wędrowcach problem odpowiedzialności i winy dzieci-żołnierzy został wprawdzie dość wyraźnie zaakcentowany, jednak w ujęciu zewnętrznym, natomiast Iweala pokusił się o ukazanie tego dylematu od wewnątrz,   od strony chłopca, który przeszedł przez piekło bycia „małym wojownikiem” i musi osądzić sam siebie, a to dwa zupełnie inne punkty odniesienia. I dlatego warto sięgnąć po obie te książki.


A w necie o dzieciach-żołnierzach można poczytać na przykład tutaj:

środa, 25 czerwca 2014

Kamienie przodków

Aminatta Forna
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008
tłumaczenie: Ewa Horodyska
projekt graficzny serii: Joanna Szachowska-Tarnowska

Aminatta Forna jest pisarką, dziennikarką, producentką filmów dla BBC, mieszkającą na przemian w Wielkiej Brytanii i Sierra Leone. Doświadczenia zdobyte podczas kręcenia serii filmów o Afryce natchnęły ją do napisania książki o zwykłych afrykańskich kobietach. I tak powstały Kamienie przodków – powieść zbudowana w formie wspomnień i zwierzeń czterech kobiet, które różni wiek, wykształcenie, charakter, nastawienie do życia i to, czego dotąd doświadczyły, czyli prawie wszystko. Łączą je tylko dwie rzeczy: kraj, w którym się urodziły, wyrosły i mieszkają oraz ojciec. Te cztery kobiety to rdzenne Afrykanki, córki jednego mężczyzny i różnych kobiet, czterech z jego jedenastu żon.

Mieszkająca na stale w Europie Abie przyjeżdża do kraju pochodzenia, aby objąć plantację kawy po dziadku. Zostaje powierniczką ciotek dożywających na plantacji swych dni – Asany, Mariamy, Hawy i Serah. Z rozmów, wspomnień, opowieści wyłania się obraz życia zwykłych kobiet, ale też losów rodziny, plantacji i całego kraju.
Opowieści poszczególnych kobiet, zebrane w części o dzieciństwie (Nasiona), młodości (Marzenia), wieku dojrzałym (Sekrety), no i starości wreszcie (Następstwa) składają się na powieść egzotyczną dla nas i pouczającą jednocześnie. Wyłania się z nich zupełnie inny obraz Afrykanek, aniżeli te, do jakich przywykliśmy, tych, jakie można znaleźć w większości książek. Bohaterki powieści Forny różnią się między sobą pod wieloma względami, ale niczym nie różnią się od kobiet na całym świecie. Mają swoje plany, marzenia, tęsknoty, dążą do osiągnięcia szczęścia rozumianego zupełnie inaczej, niż my Europejki to szczęście dla nich widzimy. One wcale nie pragną europejskiego życia. Mariama wyjazd do Londynu przypłaciła ciężką depresją. Nie potrafiła odnaleźć się w świecie, w którym ludzie nie uśmiechają się do siebie, udają, że się nie widzą, pielęgnują swoją obcość – tak postrzegała Anglię. Znacznie młodsza od niej, przebojowa i dobrze wykształcona Serah, choć doskonale dawała sobie radę w naszej kulturze, wróciła do ojczyzny, gdy nadarzyła się okazja, jednak na tyle przesiąknęła już europejskimi obyczajami, że nie była w stanie zaakceptować tradycyjnego modelu rodziny, jaki obowiązywał w ojczyźnie. Przedsiębiorcza Asana, którą matka pozbawiła przywileju pierworództwa na rzecz brata bliźniaka udowodniła, że potrafi wiele znieść, by wiele osiągnąć. No i Hawa, ona też walczyła o swój kawałek szczęścia, ale przegrała. Może dlatego jest taka zgorzkniała, z pretensjami do wszystkich i o wszystko, a może taka się już urodziła, z charakterem osoby wiecznie niezadowolonej.
Wywodzą się z jednego pnia, ale każda jest inna, każda z odmiennym bagażem doświadczeń, innymi oczekiwaniami od życia, innymi ambicjami. A oprócz nich, czterech głównych bohaterek wiele innych kobiet, postaci drugo- i trzecioplanowych. Zadowolonych ze swojego życia albo ciężko przez nie doświadczonych, skarżących się czasami na los, ale nie na miejsce, w którym przyszło im żyć. I przede wszystkim wspierających się w trudnych momentach, trzymających się razem w chwilach ciężkich i w chwilach radosnych. Piękny jest w tej książce obraz kobiecej solidarności.

Binyavanga Wainaina, autor głośnej ostatnio i w Polsce książki wspomnieniowej pt. Kiedyś o tym miejscu napiszę zarzucił (i słusznie), że Afrykę przedstawia się według schematu, zgodnie z którym cały kontynent jest jak jeden kraj ogarnięty wojną, nękany głodem i chorobami, bo takie jest zapotrzebowanie. W dużej mierze ma rację. Ale powieść Aminatty Forny przełamuje ten schemat przynajmniej w sferze postrzegania afrykańskiej kobiety.. Owszem, są tu echa wojny, są niepokoje targające krajem, polityczne zawieruchy niszczycielskie dla spokojnego bytowania maluczkich. Jednak to tylko tło, didaskalia, warunki, w jakich przyszło żyć narratorkom powieści. Za to one same i ich zachowanie, postępowanie, to, na co mogą sobie pozwolić, co mogą osiągnąć, jest zupełnie odmienne od naszego wyobrażenia o życiu kobiet w muzułmańskich krajach Afryki. To daje do myślenia i skłania do gruntownego zrewidowania naszych poglądów. I choćby dlatego bardzo warto sięgnąć po tę powieść.

Jedyne, co można zarzucić Kamieniom przodków, to monotonia stylu, w jakim utrzymana jest narracja. Cztery różne kobiety, cztery zupełne odmienne charaktery, a wszystkie opowieści jakby snute przez tę samą osobę. Po stylu nie poznacie, czyją historię właśnie czytacie. Tu autorka moim zdaniem trochę zawaliła. Ale to naprawdę nic wobec walorów poznawczych, jakie ma ta książka.

Na koniec jeszcze o tytule. Kamienie przodków, kamienie przechowywane przez matkę Mariamy jak relikwia - jej wiara, jej religia. Każdy z nich symbolizuje kogoś, kto już odszedł.
„Przodkowie, tak ich nazywała. (…)
Imiona.
Imię mojej matki. Mojej babki. Mojej prababki i jej matki. Kobiet, które były wcześniej. Które mnie stworzyły. Każdy kamień został wybrany i przekazany córce na pamiątkę. Żeby duchy tych kobiet przywoływano za każdym razem, gdy ktoś dotknie kamienia, ogrzeje go w dłoni i upuści na ziemię, prosząc o pomoc.”1
Matka Mariamy wierzyła w duchy przodków wyobrażone w kamieniach, w pamięć o przeszłości i wskazówki na przyszłość w nich zaklęte. Ojciec Mariamy zniszczył tę religię, gdy przeszedł na islam, zabronił wtedy wyznawania dawnej wiary. Tym samym zniszczył jej matkę. Jednak idea przetrwała, tylko kamienie zastąpione zostały słowem. Opowieści Asany, Mariamy, Hawy i Serah są jak kamienie przekazane kolejnemu pokoleniu uosabianemu przez Abie.


1Str. 78.

http://sylwuch.blogspot.com/p/grunt-to-okadka.html

niedziela, 9 marca 2014

Bractwo Bang Bang

Greg Marinovich & João Silva
Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012
tłumaczenie: Wojciech Jagielski
 okładka: Paweł Szczepanik
e-book

Kim są ludzie, którzy pchają się tam, skąd dobiegają strzały, tam, skąd każdy normalny, niezaangażowany bezpośrednio człowiek powinien jak najprędzej zwiewać, jeśli nie chce oberwać jakąś zabłąkaną kulą? Fotoreporterów, którzy dla dobrego zdjęcia nie wahali się podjąć każdego, nawet śmiertelnego ryzyka, w RPA nazwano Bractwem Bang Bang:
Postawmy sprawę jasno – nigdy czegoś takiego nie było, nigdy nie było takiego bractwa. I nigdy nie było też tak, że tylko my czterej byliśmy członkami tej swoistej sekty kultu światłoczułych. Było nas kilkunastu, którzy relacjonowaliśmy zamieszki trwające od uwolnienia Nelsona Mandeli z więzienia aż do pierwszych, w pełni wolnych wyborów.
Oficjalnie nie istniało, ale nieformalnie wszyscy je uznawali, tak jak uznawali, że trzon Bractwa stanowią Ken Oosterbroek, Kevin Carter, Greg Marinovich i João Silva. To o nich przede wszystkim opowiada wspólna książka Silvy i Marinowicha. Gdy powstawała, Oosterbroek i Carter nie żyli, Oosterbroek zginął jeszcze przed wyborami w 1994 roku, podczas zamieszek w Thokozie, Carter popełnił samobójstwo kilka miesięcy później. Marinowich zaliczył w tamtym czasie kilka poważnych postrzałów, z których wygrzebał się niemal cudem. Jego podatność na obrywanie w różnych strzelaninach była niemal legendarna, a fotoreporterzy podzielili się na tych, którzy uważali, że należy trzymać się od niego jak najdalej, gdyż przyciąga kule i na tych, co twierdzili, że przy nim najbezpieczniej, bo jeśli pocisk ma kogoś trafić, to trafi jego. Silva, choć nie stronił od ryzyka może nawet bardziej od pozostałych, on, który na rowerze przemierzał ulice townshipów, by być na miejscu, gdy zacznie się dziać coś godnego sfotografowania, długo uchodził cało, niedraśnięty nawet. Limit szczęścia wyczerpał mu się dopiero w 2010 roku w Afganistanie, gdzie wszedł na minę. Przeżył, ale wybuch urwał mu obie nogi i poszarpał korpus. Ranny, Silva robił jeszcze zdjęcia.

Niesamowici ludzie. O tym, skąd się wzięli, co robili, dlaczego to robili i jaką cenę przyszło im za to płacić autorzy książki opowiadają słowami Marinowicha. Zasadnicza część, ta w jego narracji, poprzedzona jest świetnymi przedmowami Wojciecha Jagielskiego i Desmonda M. Tutu – byłego arcybiskupa Kapsztadu oraz prologiem obydwu autorów, a zakończona zdjęciami członków Bractwa. To one wzmacniają tekst i pozwalają lepiej zrozumieć, na co się narażali i w co pakowali ci czterej dla udokumentowania, jak z bliska, z samego środka wyglądają takie konflikty. Robert Capa uważany za guru korespondentów wojennych mawiał ponoć, że jeśli zdjęcie nie jest dostatecznie dobre, to znaczy, że fotoreporter nie podszedł wystarczająco blisko. A ich zdjęcia były dobre, najlepsze, doceniane i wielokrotnie nagradzane.

Ale wróćmy do ceny, jaką płacili, aby je zrobić. Składało się na nią nie tylko ciągłe ryzyko, ale też nieustanny stres, popaprane życie rodzinne, ucieczka w alkohol albo i narkotyki. Presja psychiczna okazywała się czasem nie do udźwignięcia. W książce doskonale to pokazano. Nie brak w niej scen obrazujących dylemat, co pierwsze, co ważniejsze – zdjęcie czy udzielenie pomocy ofiarom. Na ile fotoreporter jest uczestnikiem, a nie jedynie obserwatorem wydarzeń, a na ile ma moralny obowiązek ingerować w dokumentowaną rzeczywistość. Czytelnik wielokrotnie stawia sobie to pytanie, ale i bohaterowie książki nie są od niego wolni:
João twierdził stanowczo, że przyjdzie nam zapłacić za to, co robimy. Bardzo rzadko mówiliśmy na ten temat. Kevin upierał się, że w żadnym wypadku i coraz bardziej się irytował.
– Kara? Żeby była kara, musi być grzech!
– Musi być kara za to, co czasem robimy! – upierał się João.
– Chcesz powiedzieć, że to, co robimy, to grzech? – zapytał Kevin.
João nie potrafił na to odpowiedzieć, ale czuł, że spotka nas jakaś forma kary za to, że przyglądamy się przez wizjery, jak ludzie się zabijają, i nie robimy nic prócz zdjęć.”
Jak na ironię, to właśnie Kevina dotknął ten problem najbardziej. Po Pulitzerze za zdjęcie dziecka i sępa (KLIK) zewsząd atakowano go, co zrobił, aby pomóc wygłodzonej dziewczynce. Kevin nie zrobił nic, nie wiedział, co stało się z dzieckiem, odszedł. Na nic nie zdały się wyjaśnienia, że scena rozegrała się nie dalej niż sto metrów od punktu wydawania żywności, jego bezczynność została potępiona. Nie wiadomo, w jakim stopniu powodem tego, co sobie zrobił były narkotyki, alkohol, nieudane życie osobiste, a na ile poczucie zaszczucia, może wyrzuty sumienia, ale z pewnością sytuacja z Sudanu nie pozostała bez wpływu na to, że popełnił samobójstwo.

Już same tylko historie tych czterech i osnute na nich rozważania o sensie i celu pracy fotoreporterów wojennych, ich roli na miejscu tragicznych niejednokrotnie wydarzeń, ich moralnej odpowiedzialności za wybory między robieniem zdjęć, a niesieniem pomocy wystarczyłyby, abym uznała tę książkę za świetną. A przecież to nie wszystko, co godnie w niej uwagi. 
 
Oprócz opowieści o losach własnych i przyjaciół, kolegów po fachu Marinovich prosto i jasno przedstawia przebieg konfliktu poprzedzającego ostateczny upadek systemu segregacji w RPA. Dostajemy obraz schyłkowego okresu apartheidu widziany nie z perspektywy czasu i przestrzeni przez historyków czy politologów, ale taki, jaki był udziałem człowieka, który znalazł się wtedy w samym oku cyklonu. Normalnie, wyraziście i zrozumiale dla laika pokazane są Wojny Hotelowe między zwolennikami zuluskiej Inkathy i Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) Nelsona Mandeli i udział białego rządu w eskalacji konfliktów plemiennych za pośrednictwem tzw. Trzeciej Siły, do której istnienia długo nie chciano się przyznać. Wstrząsające są losy mieszkańców townshipów, których bojówkarze uznawali za przynależnych do wrogiego obozu, wstrząsające metody stosowane przez zwaśnione strony: okrucieństwo, lincze, podpalanie żywcem. Nikt z ciemnoskórych nie mógł być pewny dnia ani godziny niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu był zaangażowany w walkę.
Pokazanie tamtych wydarzeń od strony zwykłych ludzi nie tylko przemawia do wyobraźni, ale też lepiej i na dłużej zapada w pamięć i pozwala zrozumieć, co się tam tak naprawdę działo. 
Wprawdzie nie była to dla mnie całkiem nowa wiedza, o ostatnich latach południowoafrykańskiego apartheidu może niewiele, ale jednak co nieco już wcześniej czytałam, ale sądzę, że nawet dla kogoś, kto nigdy jeszcze nie zetknął się z historią tamtego miejsca i tamtych lat, opowieść Marinovicha i Silvy będzie zrozumiała. A nawet radziłabym od niej właśnie zaczynać.

W 2010 roku miał premierę film nakręcony na kanwie tej książki (polski tytuł Bractwo Pif Paf). Widziałam, dobry, choć książka lepsza, ale zazwyczaj tak jest.

http://reportaziliteraturafaktu.blogspot.com/

środa, 6 listopada 2013

Jądro ciemności – refleksje nie całkiem na temat po ponownej lekturze


Joseph Conrad
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
tłumaczenie: Magda Heydel

Bardzo rzadko wracam do książek kiedyś już czytanych, ale w przypadku Jądra ciemności musiałam, no, po prostu musiałam zrobić. Z dwóch powodów.
Pierwszy to wydanie utworu w nowym, bardzo chwalonym przekładzie Magdy Heydel. nie był to jednak powód wystarczający, żeby kupować przeczytaną już, jakby nie było, książkę za spore w porównaniu do jej objętości pieniądze, skoro w mojej bibliotece już to za mnie zrobili. Mankamentem korzystania z bibliotek jest jednak konieczność „upolowania” wybranego dzieła, co zapewne nie jest obce nikomu, kto z bibliotek korzysta i chciałby czytywać to, co na bieżąco jest wydawane.
Drugi powód, to ukazanie się Stanu zdumienia Ann Patchett reklamowanego jako kobieca wersja Jądra ciemności (tu już poszłam na całość i kupiłam, i przeczytałam nawet, co w moim przypadku nie zawsze się zdarza w odniesieniu do kupionych książek). Rozczarowana porównaniem książki pani Patchett do opowiadania Conrada, które – nawet pamiętane mgliście i nie najlepiej wspominane – kojarzyło mi się z zupełnie innymi wrażeniami z lektury niż Stan zdumienia (o czym napiszę kiedy indziej) dopadłam wreszcie długo wyczekiwany egzemplarz biblioteczny.

Powtórka z lektury spowodowała, że zmieniłam zdanie w sprawie ponownego czytania niektórych książek. Przyszedł mi do głowy nawet pomysł na wyzwanie czytelnicze, polegające na czytaniu książek, które już kiedyś przeczytaliśmy i bardzo nam się podobały, albo wręcz odwrotnie – nie zachwyciły nas, a u innych mają wysokie notowania. Nie mam jednak czasu na zaangażowanie się w tego typu przedsięwzięcia, jednak jeśli ktoś chciałby skorzystać z koncepcji, to śmiało, ja zrzekam się wszelkich praw autorskich do tego pomysłu :)

Przy okazji zrewidowałam jeszcze jeden pogląd: na to, jaką wagę i znaczenie ma przekład dla percepcji danego utworu. Nie pamiętam już dzisiaj, czyje tłumaczenie dawniej czytałam, ale musiało być to któreś ze starszych, bo język opowiadania wydał mi się wówczas trudny i wymagający dużego skupienia na lekturze. Teraz doświadczyłam, jak duży udział w odbiorze książki ma tłumaczenie, może nie tyle słownictwo, ile współczesna składnia zdań i dzięki Magdzie Heydel przekonałam się, że w aktualnej, żywej polszczyźnie wcale nie gorzej można oddać mroczną, duszną atmosferę conradowskiego dzieła. A swoją drogą, jeśli nie wszyscy, to przynajmniej jakiś procent uczniów przestałby odbierać szkolne lektury jak męczarnię, gdyby nie anachroniczny język tłumaczeń.

Wydanie z 2011 roku opatrzone zostało posłowiem tłumaczki o znamiennym podtytule „O czytaniu Jądra ciemności”. Magda Heydel prowadzi nas przez ewoluujące na przestrzeni minionego wieku interpretacje. Opowiadanie opublikowane po raz pierwszy w 1899 roku w „Magu” nie od razu zyskało popularność i uznanie. Nie wiadomo, jakie byłyby jego losy, gdyby nie nawiązania T.S.Eliota. Przez następne sto lat utwór był inspiracją dla wielu jeszcze artystów. Sposób odczytywania go zmieniał się od prostego odbioru w kategoriach przygód Brytyjczyka w kolonialnej dziczy Czarnego Lądu do dostrzeżenia psychologicznej głębi i rozważań o naturze ludzkiej i istocie zła. Dziś nikt już chyba nie  postrzega Jądra ciemności wyłącznie jako przygodową opowiastkę. Utwór przeszedł do kanonu literatury i - jak to ładnie ujęła Magda Heydel - jest „boleśnie aktualny i ważny, dotyka bowiem centralnej kwestii, z którą boryka się współczesny człowiek – niejednoznacznej tożsamości, Innego w nas, skonfliktowanych lojalności i skazania na obcość”1

Współcześnie wraz z oskarżeniami wysuwanymi pod adresem autora o rasizm i seksizm pojawiły się dyskusje wokół nowych interpretacji opowiadania, a nawet całej twórczości Conrada, o czym Magda Heydel również nie omieszkała wspomnieć w posłowiu, przytaczając argumenty stron sporu, ale w ostatnim słowie pozostawiając prawo do odczytywania i rozumienia Jądra ciemności każdemu czytelnikowi na jego sposób. Jedyne, do czego zdecydowanie namawia, to do tego, aby je czytać.
Słuszne słowa i związana z nimi kolejna refleksja, jaka mi się nasuwa przy okazji lektury nowego wydania Jądra ciemności: jak to się ma do przymuszania młodych ludzi do interpretowania wielkich dzieł literackich według jedynego słusznego klucza, obowiązującego w naszym systemie oświatowym. Jaką przyjemność mogą mieć z czytania klasyki, skoro z góry zmuszeni są zakładać, jak mają ją rozumieć. Po co czytać, skoro nie wolno pojmować jej po swojemu? Chyba rzeczywiście lepiej ograniczyć się do opracowań, przynajmniej zaoszczędzi się czas i nie popełni dyskwalifikujących na egzaminie błędów. A później larum, że czytelnictwo wśród młodzieży zamiera.
Kiedyś na czyimś blogu (dziś już nie pamiętam nawet, gdzie to było) trafiłam na krytyczny komentarz sprowadzający się do tego, że zanim napisze się coś o klasyce, najpierw należy poczytać na temat dzieła i dowiedzieć się, jakie są oficjalne interpretacje. Osobom myślącym tak, jak autor tego komentarza dedykuję słowa Doris Lessing, które wzięłam na motto mojego bloga. I całym sercem przyłączam się do tego, co na koniec napisała Magda Heydel w odniesieniu do Jądra ciemności, ale co jest aktualne w przypadku każdej książki: „Każdy i każda musi czytać dla siebie i przynosić nowe świadectwa”.
1Posłowie, s. 127.

niedziela, 28 października 2012

Chłopak z Birmy

Biyi Bandele
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2009
192 strony

Moja kolejna po Katarzynie II carycy Rosji lektura z akcją osadzoną w historycznych realiach okazała się być wyborem o całe lata świetlne lepszym, pomimo, że nie jestem jakąś wielką fanką literatury wojennej (no, może z małymi wyjątkami, jak np. opisane na tym blogu Dziesięć kawałków o wojnie Babczenki). Jednakże książka Biyi Bandele zafascynowała mnie i wciągnęła bezgranicznie.

Biyi Bandele to nigeryjski pisarz od 1990 roku mieszkający w Wielkiej Brytanii. Niewiele jest u nas książek popełnionych przez pisarzy afrykańskich i może dlatego, gdy już trafi się takowa, spodziewamy się, że będzie dotyczyła Afryki. A może w ogóle po pisarzach emigrantach oczekujemy, że będą pisali raczej o krajach swojego pochodzenia, niż o problemach uniwersalnych. Książka Bandele jest czymś pośrednim, dotyczy wojny w Azji, ale bohaterem jest Afrykańczyk, a właściwie nawet szerzej: bohaterami są walczący pod brytyjskim sztandarem żołnierze z Afryki. Chłopak z Birmy to opowieść o czternastolatku z Nigerii, który gotów był ruszyć na koniec świata za jedynymi ludźmi, jacy okazali mu bliskość i który w efekcie trafia sam środek wojennych działań w azjatyckiej dżungli – do formacji czinditów, „duchów dżungli”.

Orde Charles Winegate

Stworzona w przez charyzmatycznego brytyjskiego generała Orde Charlesa Wingate'a formacja chinditów wsławiła się brawurowymi operacjami, działając na tyłach wojsk japońskich w Birmie podczas II wojny światowej: niszcząc drogi, linie kolejowe, szlaki zaopatrzeniowe wroga. I choć w sensie militarnym efekty ich działań miewały różne skutki, to jednak nie do przecenienia była ich rola w złamaniu psychiki Japończyków. Fascynatom historii II wojny światowej temat czinditów jest z pewnością dobrze znany, bo został dość obszernie opisany przez samych uczestników zdarzeń (Bandele przywołuje kilka takich tytułów), jak i przez historyków. Jednak nie od razu tak było. Dzieło Wingate'a długo pozostawało niedocenione, co – jak pisze Bandele – miało związek z niechęcią „przekładaczy papierków w indyjskim naczelnym dowództwie” do samego generała. Po jego śmierci (w wypadku lotniczym w 1944 roku) dowódcą czinditów mianowany został człowiek, który ponoć nienawidził Wingate'a, a jego ukochane dziecko – formację czinditow – uważał za zawracanie głowy.
„Paranoja na tle czinditów uświęcona została po wojnie, kiedy zawieszali pracę nawet oficjalni historycy opisujący karierę Wingate'a, byle pomniejszyć rolę Dźenara w kampanii birmańskiej. Postać Wingate'a mogła pozostać w niełasce. Dopiero po przetłumaczeniu na angielski – dziesięć lat później – pamiętników japońskich generałów bijących się z Wingate'em przywrócono dobre imię Dźenarowi.
Zapis w zapis członkowie Sztabu Generalnego Cesarskiej Marynarki Wojennej, Gunreibo Socho, ujawniali, jakie szkody psychiczne wyrządzili czindici, których liczebność Japończycy ogromnie przeszacowali. Nękanie Japończyków na ich własnym podwórku spowodowało daleko idące konsekwencje. Czindici rozwiali bowiem mit, w który uwierzyli sami Japończycy: że w dżungli są niepokonani. (…)
Mając na względzie szerszy kontekst birmańskiego teatru wojennego, oddziały Wingate'a wyrządziły Japończykom – jeśli chodzi o ciało – szkodę nie większą niż zadrapanie nosa; natomiast szkody duchowe, które wyrządził Wingate, to była inna sprawa. Bezczelnymi fortelami Wingate wodził na manowce japońskich dowódców i popychał do takich błędów, które mogły ich kosztować przegraną wojnę w Birmie.”1
Koszty, i to ogromne, ponosili jednak również czindici. Śmierć groziła im nie tylko z rąk japońskiego wroga. Swoje żniwo zbierały też malaria i wycieńczające marsze w wyjątkowo trudnym, nierównym terenie, opanowanym przez Japończyków, trzysta kilometrów za linią frontu. Hasło Legii Cudzoziemskiej „maszeruj, albo giń” miało swoje zastosowanie w praktyce także u czinditów; kto nie wytrzymywał tempa, kto padał z wyczerpania – zostawał.
„Maruderów zostawiano samym sobie. Nie mieli prawa się skarżyć; wiadomo było – co wielokrotnie powtarzano przez miesiące ćwiczeń – że podczas marszu każdy jest zdany na siebie. Gdyby żołnierza, który upadł, poniósł inny żołnierz – z trudem już trzymający się na nogach – straty byłyby większe.”2
Służba w tej formacji należała do jednej z najcięższych, ale i trafiali do niej najlepsi, najtwardsi, najwaleczniejsi, w tym Nigeryjczycy, którzy już wcześniej dali się poznać twórcy czinditów z męstwa na polu walki:
„Dźenar, kiedy usiadł i zaczął planować tę wyprawę do Birmy, zażądał co najmniej jednej brygady nigeryjskiej. Jak mówią, chciał Nigeryjczyków, bo w Somalii i Abisynii sam widział, jakimi jesteśmy dzielnymi wojownikami i że się nie oszczędzamy. Nie wiem, czy to prawda, ale lubię pomyśleć, że może jest. Zauważcie, że z sześciu brygad składających się na czinditów tylko jedna jedyna nie została sformowana z Anglików, Szkotów, czy Amerykanów, i to jest właśnie nasza 3. Brygada Zachodnioafrykańska, Brygada „Thunder”. Nawet Ghurkowie nie mają swojej brygady. A słyną z dzielności i biją się jak wściekli do upadłego.”3.
Bandele do napisania tej powieści zainspirowała z pewnością przeszłość jego ojca, biorącego udział w kampanii birmańskiej. Ale jego książka, oprócz przybliżenia czytelnikowi legendy czinditów, ma jeszcze drugi wymiar. Chłopak z Birmy to także opowieść o potrzebie bliskości z drugim człowiekiem za każda cenę, ukazana poprzez losy samotnego chłopca, dziecka właściwie. Ali Banan jako siedmiolatek wysłany został z rodzinnej wioski, aby z dala od domu wyuczyć się kowalstwa. Opuszczoną rodzinę zastąpili mu dwaj spotkani tam starsi o kilka lat chłopcy. To za nimi wstąpił do brytyjskiego wojska, zatajając swój prawdziwy wiek. Jednak przybrani bracia nie byli tym zachwyceni, bez złych intencji, lecz z troski, bo wojna nie jest dla dzieci. W Indiach, dokąd wszyscy trzej dotarli, los znów ich rozdzielił i Ali sam trafił do Drużyny D z 3. Brygady Zachodnioafrykańskiej czinditów. Nad wiek wyrośnięty fizycznie, mentalnie pozostaje nadal dzieckiem, a jego naiwność zestawiona z problemami dorosłych czasem wzrusza, kiedy indziej bawi, ale wielokrotnie przełamuje okrutny obraz wojennej grozy. I tak jest niemal do końca, kiedy to Ali będzie musiał wykazać się siłą charakteru i dojrzałością przerastającą możliwości niejednego dorosłego.

Chłopak z Birmy to pasjonująca mieszanka koszmaru wojny i humoru, szaleństwa i braterstwa broni zrodzonego w obliczu wspólnego i wszechobecnego niebezpieczeństwa. Lektura krótka, ale godna polecenia wszystkim, również tym, którzy nie są miłośnikami książek wojennych. Nie ma w niej wielu opisów militarnych zmagań, jest za to doskonale oddana atmosfera lęku towarzyszącego partyzanckiej wojnie i solidarności, jaka tworzy się między ludźmi w sytuacjach zagrożenia. 
 
1s. 151-152.
2s. 70.
3s. 62.

poniedziałek, 17 września 2012

Martha Quest

Doris Lessing
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2008
415 stron


W 2007 roku Akademia Szwedzka przyznając Doris Lessing literacką nagrodę Nobla uzasadniła decyzję tym, że „jej epicka proza jest wyrazem kobiecych doświadczeń. Przedstawia je z pewnym dystansem, sceptycyzmem, ale też z ogniem i wizjonerską siłą”. To właśnie książki o kobietach (choć nie tylko dla kobiet) przyniosły jej światową sławę i uznanie, a wymowa tych powieści powoduje, że niektórzy mają ją za feministkę, choć ona sama zdecydowanie odżegnuje się od feminizmu. Pisze po prostu o kobietach, najczęściej o buntowniczkach, pokazując je na różnym etapie życia i w rozmaitych sytuacjach. Jedną z takich buntowniczek jest właśnie Martha Quest. Jej historia to opowieść o dorastaniu, młodzieńczym negowaniu wszystkiego, co kojarzy się ze światem wartości dorosłych (a zwłaszcza rodziców) i szukaniu własnej drogi w życiu. 
 
Akcja powieści rozgrywa się pod koniec lat trzydziestych ubiegłego wieku w brytyjskiej kolonii na południu Afryki. Marthę poznajemy, gdy wchodzi właśnie w okres młodzieńczego buntu. Za nic nie chce żyć, tak jak jej rodzice i sąsiedzi. Problem jednak w tym, że nie wie również, jak by chciała. 
Mieszka z rodzicami na podupadającej farmie, bo jej ojciec nie ma ani zamiłowania, ani zdolności do prowadzenia gospodarstwa i zamiast na uprawie ziemi, skupia się na wspominaniu swoich przeżyć z okresu I wojny światowej. Z matką Martha nie ma zbyt dobrych relacji, a wśród rówieśników nie widzi kandydatów na przyjaciół, może z wyjątkiem braci Cohenów, synów żydowskiego sklepikarza z pobliskiego miasteczka. Zatem w okresie, gdy dla młodego człowieka rodzice przestają być autorytetem, a stają się nim rówieśnicy, to właśnie zauroczeni socjalistycznymi hasłami bracia Cohenowie zostają jej ideowymi przewodnikami, a właściwie podsuwane przez nich lektury. Pochłaniane przez Marthę wręcz hurtowo książki, często nie przystające do emocjonalnych możliwości młodej dziewczyny, kształtują jej wyobrażenie idealnego świata, który powinien zastąpić to, co ją aktualnie otacza i od czego chce uciec, tyle tylko, że nie wie, jak to zrobić. 
Zaprzepaszcza te możliwości, które czytelnikowi wydają się oczywistym i najlepszym w jej sytuacji wyborem, bo pod pretekstem choroby oczu nie przystępuje do egzaminu, który umożliwiłby jej studiowanie. Zamiast tego wyjeżdża do oddalonego o sto kilometrów miasta i rozpoczyna życie na własny rachunek. A to dopiero pierwszy z jej – z punktu widzenia czytelnika – irracjonalnych wyborów. Kolejne następują już właściwie lawinowo, a każdy z nich jest jakby podejmowany wbrew samej sobie i temu, czego tak naprawdę by chciała, co ceni i uważa za wartościowe. Zamiast zgodnej z wyznawanymi wartościami, ale trudnej drogi wybiera łatwą i przyjemną. W młodzieńczym buncie sił wystarcza jej na tyle, aby przeciwstawić się niechcianemu stylowi życia, jakie prowadzą jej rodzice, ale wobec poznanych w mieście rówieśników, oferujących rozrywkę i beztroskę, ale przejmujących w zamian kontrolę nad jej życiem, już nie potrafi być tak asertywna. Wreszcie podejmie próby przeciwstawienia się temu, ale czy efekty okażą się takie, jakie zamierzyła, czy może znów „popłynie z prądem” i popadnie w inną, ale równie niechcianą zależność, z której nie będzie umiała się wycofać?

Doris Lessing pisze szczerze, czasem aż do bólu, rzeczywiście czerpie z kobiecych doświadczeń, czasem z tych, których nie chcemy sobie uświadamiać, albo nie myślimy o nich w sposób, w jaki ona to pokazuje. I dopiero czytając jej książki, dochodzimy do wniosku, że „tak, właśnie tak to wygląda, to jakby książka o mnie”. Pewnie, że nie w każdej bohaterce Doris Lessing odnajdziemy siebie. Nasze doświadczenia, przeżycia, sposób myślenia i system wartości w jednych postaciach odbije się silniej, w innych słabiej, albo powstanie tylko cień przeczucia, że na ich miejscu same mogłybyśmy zachować się podobnie podobnie, równie nierozsądnie, niemądrze, nieprzewidująco. Jej bohaterki, ze wszystkimi swoimi wahaniami, wątpliwościami, popełnianymi błędami i potrzebą akceptacji nie są wzorcami do naśladowania, drażnią nas, nie godzimy się na ich postępowanie. Ale jeśli zechcemy potraktować je uczciwie, będziemy musiały przyznać, że są prawdziwe. Bo są emanacją kobiecych zachowań i decyzji, choć nie zawsze chcemy przyjąć to do wiadomości, tak jak czasem trudno zaakceptować, że własny wyhodowany w głowie wizerunek nie odpowiada naszemu odbiciu w lustrze. 
 
Martha nie jest bohaterką, z którą chciałybyśmy się utożsamiać. Nie jest heroiną, na którą zapowiada się na początku książki, zawodzi nasze nadzieje. Oczekujemy osoby silnej, pewnej siebie, która wiedziałaby, czego chce od życia i prędzej lub później potrafiłaby to wyegzekwować. Wolimy szczęśliwe zakończenia, a do tych potrzebny jest bohater zwycięski, przeprowadzający własną wolę, nonkonformista. Martha taka nie jest, dlatego chwilami nas wkurza, w pierwszym odruchu możemy pomyśleć „dziewczyno, co ty robisz”. Ale jak się tak zastanowić chwilę, to właśnie Martha jest prawdziwa, z tymi swoimi niekonsekwencjami, brakiem asertywności, podporządkowywaniem się grupie rówieśniczej, do której trafia właściwie przez przypadek, ale w której jest jej wygodnie, bo czuje się akceptowana, a nawet ważna. Jej postępowanie jest doświadczeniem większości ludzi i tak wygląda dorastanie. I powinniśmy zdać sobie z tego sprawę jak najwcześniej, bo być może uchroniłoby to nas od wielu błędów młodości. I dlatego, gdyby to ode mnie zależało, Martha Quest byłaby obowiązkową lekturą szkolną. 
Wspaniała, mądra i potrzebna książka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...