Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Swietłana Aleksijewicz
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010
tłumaczenie: Jerzy Czech

Czy jest ktoś, kto jeszcze nie wie, o czym jest ta książka? Nawet, jeśli jej nie czytał, to każdy chyba musiał o niej słyszeć. I dobrze, bo zasługuje na to, jak mało która. Złożona z fragmentów kobiecych wspomnień, z fragmentów kobiecego życia pokazuje wojnę od strony, od jakiej jeszcze jej nie opisywano. Wojna to męska rzecz, tak się przynajmniej przyjęło i funkcjonowało w powszechnej świadomości jeszcze do niedawna. Współcześnie kobiety służą w wielu armiach świata, w Izraelu służba wojskowa kobiet jest obowiązkowa. Ale dawniej, choćby w II Wojnie Światowej? Niby wiemy, że i kobiety wtedy walczyły, ale wiedza o tym przechodziła tak trochę bokiem. Wspominało się heroizm mężczyzn, ich przeżycia i poświęcenie. Dopiero Swietłana Aleksijewicz pokazała ją od kobiecej strony, inną niż ta, którą znamy z historii, literatury i filmów. Napisała ją, bo
„Wszystko, co wiemy o wojnie, powiedział nam „męski głos”. Wszyscy tkwimy w niewoli „męskich” wyobrażeń i „męskich” doznań wojennych. (…) Kobiety milczą”1
Aleksijewicz postanowiła przerwać to milczenie i opowiedzieć światu wojnę taką, jaką kobiety wspominają tylko w domu albo w gronie przyjaciółek z frontu, a nie wtedy, gdy mówią oficjalnie, publicznie, gdy „dostosowują się do męskiego szablonu”2
Zbierała przez lata wspomnienia żołnierek i partyzantek. Początkowo szukała tych, które walczyły, później zgłaszały się same, jedna przekazywała wiadomość drugiej i wiele chciało opowiedzieć, co tam przeszły, choć nie wszystkie. Niektóre nawet po latach wolały milczeć. Z tych, które mówiły, mało która nie płakała. Także we wspomnieniach często mówiły o łzach, ale jeszcze częściej o mamie. Mama – jak była dumna, albo jak zabraniała, gdy zgłaszały się na wojnę, jak za nią tęskniły. To chyba najczęściej pojawiający się motyw. Dużo wspominają też o przyziemnych sprawach, o codziennych trudach wynikających choćby z tego, że armia zupełnie nie była przygotowana na żołnierki. Dostawały za duże buty w męskich rozmiarach, męską bieliznę, przez cztery lata nie zakładały sukienki, tylko spodnie i spodnie. A one miały po osiemnaście, dziewiętnaście lat i chciały być piękne, mimo grozy, mimo wojny. W okopach, w ziemiance, w polowym szpitalu albo na okręcie: niezależnie od tego, gdzie przyszło im walczyć.

Kobieta na wojnie kojarzy się zazwyczaj z sanitariuszką, telegrafistką, łączniczką. A przecież służyły we wszystkich formacjach, od lotnictwa, poprzez piechotę, kawalerię, wojska zmotoryzowane i pancerne. Były nawet w marynarce, chociaż marynarze uważali ponoć, że kobieta i kot na pokładzie przynoszą pecha. Walczyły też na tyłach wroga, w partyzantce i podziemiu. Aleksijewicz postarała się wybrać fragmenty ich wspomnień tak, by nie pominąć żadnej formacji i pokazać ową rozmaitość kobiecych wojennych doświadczeń, w dużej mierze determinowanych tym, gdzie przyszło im służyć i w jaki sposób były zaangażowane w walkę. Jednak
„O czymkolwiek mówią kobiety, stale obecna jest u nich jedna myśl: wojna to przede wszystkim morderstwo, a poza tym – ciężka praca. No i także zwyczajne życie: śpiewały, zakochiwały się, kręciły papiloty...”3
Rozmówczynie Aleksijewicz wspominają uczuciami i emocjami, zapachami, kolorami. Zapach i kolor krwi prześladował je jeszcze długo po wojnie, niektóre zawsze już unikały czerwonego koloru, nie były w stanie oprawiać kurzego białego mięsa, zbyt podobnego do ludzkiego, tyle bolesnych wspomnień przywoływało. Cierpienie jest w tych wspomnieniach wszechobecne, nie tylko ludzkie, ale cierpienie całego świata sponiewieranego wojną, całej natury: zwierząt, roślin. Za to bohaterstwo występuje tam jakby mimochodem, uboczny skutek tego, co i tak trzeba było zrobić: wyciągnąć spod ostrzału rannego, zabić wroga.

Nie o wszystkim jednak chcą opowiadać, choć minęło już tyle czasu. Niektóre tematy nadal są tabu, pojawiają się w wyznaniach jednej, może dwóch. Nie ze wstydu, a przynajmniej nie wyłącznie. Wtedy o pewnych sprawach nie rozmawiało się, a jednak po latach potrafią mówić, jak radziły sobie ze sprawami wynikającymi z fizjologii płci: z menstruacją, gdy waty brakuje nawet dla rannych, z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, gdy wokół sami mężczyźni. Tylko o miłości fizycznej milczą. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę przyjęcie, z jakim spotkały się po wojnie. Wracających z wojny mężczyzn witano jako bohaterów, „frontowe” kobiety często traktowane były z pogardą, inne kobiety uważały je za dziwki, mężczyźni nie chcieli ich za żony. Wiele uwielbianych na wojnie „siostrzyczek” po zwycięstwie pozostało samotne, choć na wojnie marzyły o zamążpójściu i rodzeniu dzieci, w tamtych czasach to był sens i cel życia kobiety, w sowieckiej Rosji najważniejszy zaraz po obronie ojczyzny. Przyjęcie, z jakim się spotkały, musiało boleć, a zachowanie mężczyzn, z którymi walczyły ramię w ramię, pewnie bolało w dwójnasób, jak najgorsza zdrada.
Ale oprócz tego, co osobiste, intymne, są też rzeczy, o których nie wypada im mówić inaczej aniżeli jest to oficjalnie przyjęte, albo nadal boją się to robić. Nie można mówić źle o towarzyszach broni, Stalinie ani polityce ówczesnych władz. W ich historiach nawet najsurowszy dowódca był taki dla dobra podkomendnych, żołnierze nie rabowali niczego we wsiach, za to ludność cywilna dobrowolnie i z odruchu serca oddawała ostatnie ziarna zboża, a niemieckich jeńców leczono na równi ze swoimi i dzielono się z nimi chlebem.
Autorka jednak na wstępie przygotowała nas na to, że nie wszystko powinniśmy brać dosłownie, że nieraz trzeba czytać między wierszami, z dystansem do opowieści:
„Wspomnienia nie są namiętnym, czy też beznamiętnym przekazem rzeczywistości, która zniknęła, ale powtórnymi narodzinami przeszłości, czas zaczyna wówczas biec z powrotem. Są przede wszystkim twórczością. Opowiadając, ludzie tworzą, piszą swoje życie. Czasem piszą „na nowo” albo coś „dopisują”. Tutaj trzeba uważać. Mieć się na baczności. Ale też każdy fałsz stopniowo sam się unicestwia, nie wytrzymuje sąsiedztwa obnażonej prawdy.”4
Czasami czuje się, że pojawia się fałszywa nuta, ale prawda przeważa, zwłaszcza tam, gdzie wojna opowiadana jest „po kobiecemu”, zwykłymi słowami, nie gazetowymi, bo takich rzeczy nie da się zmyślić, zresztą po co to robić: tego wszystkiego o codziennym koszmarze, zimnie, brudzie i pracy ponad siły, o przypięciu fiołków do bagnetu i i marzeniach, żeby wreszcie ubrać się w sukienkę,...

Tę książkę trzeba przeczytać, a już szczególnie powinny to zrobić kobiety - w imię kobiecej solidarności i jako rekompensata za to, co spotkało te wspaniałe żołnierki po wojnie, po zwycięstwie, z którego tak się cieszyły, a gdy wreszcie je wywalczyły, zabrakło dla nich szacunku i miejsca w pamięci rodaków. Swietłana Aleksijewicz swoją książką przywraca należne im miejsce w panteonie bohaterów.

1s. 9
2s. 9.
3s. 17.
4s. 10-11.

poniedziałek, 7 października 2013

Jutro przypłynie królowa



Maciej Wasielewski
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
e-book

O Jutro przypłynie królowa napisano tyle, że zanim jeszcze otworzyłam czytnik, miałam wrażenie, jakbym już była po lekturze. Wiedziałam, o czym to jest, wiedziałam, jakiego problemu dotyka, zdążyłam się już wcześniej przejąć i oburzyć, dlatego myślałam, że w trakcie czytania książka nie zrobi już na mnie specjalnego wrażenia. Ale myliłam się; zrobiła, i to przejmujące.

Zagubiona gdzieś wśród wód Oceanu Spokojnego maleńka Pitcairn, zamieszkała raptem przez kilkadziesiąt osób, znana była jedynie jako kryjówka uciekinierów na Bounty. Turystom odwiedzającym wyspę w poszukiwaniu śladów dawnych buntowników jawiła się jako istny eden, gdzie soczyste owoce są na wyciągnięcie ręki przez okrągły rok. Nikomu nie przyszło do głowy, że za tą rajską fasadą trwa haniebny proceder, który wyszedł na jaw na początku nowego tysiąclecia. W 2004 roku odbył się tam proces kilku pedofilii, mężczyzn należących do wyspiarskiej elity. Kilka dorosłych już kobiet zdecydowało się ujawnić, że w dzieciństwie przez lata były ofiarami wielokrotnych gwałtów, przestępstw samych w sobie paskudnych, ale w tym przypadku tym ohydniejszych, że działo się to przy milczącym przyzwoleniu wszystkich dorosłych Pitcairneńczyków, także rodziców tych dziewczynek. Dla każdego normalnego człowieka, niezależnie od tego, z jakiego kręgu cywilizacyjnego się wywodzi, jest to coś wyjątkowo niegodziwego. 
 
Świat pełen jest okrucieństwa i krzywd, wiele z nich ma podłoże seksualne. W tej sferze społeczności rządzą się różnymi prawami, również takimi, które z naszego europocentrycznego punktu widzenia są bulwersujące. W autobiograficznej książce Phoolan Deviczytałam o podobnych, jak na Pitcairn, praktykach dziejących się w ubogiej hinduskiej wiosce, ale nawet tam rodzice na miarę swoich możliwości próbowali chronić córki. Nie przychodzi mi na myśl żadna inna społeczność akceptująca podobne zachowania. Gdy czyta się w książce Wasielewskiego wspomnienia zdanych na siebie i nie mających się nawet komu poskarżyć ofiar, ręce same zaciskają się w pięści z bezsilnej złości i oburzenia. To, co miało miejsce na Pitcairn, wydaje się tak niewyobrażalnie paskudne, że aż niewiarygodne. Gdzieś tam w głowie kołacze się wątpliwość, że może to jednak nieprawda, może to wszystko zostało zmyślone, wyolbrzymione. Historia zna przecież takie przypadki, jak proces czarownic z Salem czy całkiem współczesną aferę pedofilską we francuskim Outreau. Mam wrażenie, że sam autor do końca miał cień wątpliwości. Kończąc książkę napisał:
„W trakcie pisania pojawiały się wątpliwości natury etycznej: Czy nie padłem ofiarą fałszerstwa? Czy mam prawo pisać o ludziach, którzy nie chcą, by o nich pisać? Czy pomagam, czy krzywdzę?”
Pitcairneńczycy bowiem nie chcą, aby o nich pisać i to akurat wydaje się zrozumiałe. Nie wpuszczają na wyspę dziennikarzy, a Wasielewski zakradł się tam podstępem. W trakcie procesu społeczność podzieliła się na dwa obozy; tych, którzy trzymali stronę oskarżonych i tych, których nazywali zdrajcami, bo ich zeznania przyczyniły się w ten czy inny sposób do skazania. Podział przetrwał do dziś i choć odbył się proces, choć orzeczono i wykonano kary, sprawiedliwość nie zatriumfowała. Górą są poplecznicy skazanych, a ofiary nie mają prawa do powrotu, wyspą rządzą bowiem ci, dla których są pariasami, może nawet grozi im na niej niebezpieczeństwo. Tak przynajmniej zagrożeni czują się ci, którzy zostali świadkami oskarżenia. Czy słusznie, wiedzą tylko ci, którzy byli uczestnikami, czy to aktywnymi, czy biernymi, wydarzeń sprzed 2004 roku. 
 
Wasielewski szukał odpowiedzi na to, ale nie tylko na to pytanie. Jeśli bowiem przyjmiemy, że proces na Pitcairn nie był efektem jakiejś niewytłumaczalnej konfabulacyjnej zmowy, rodzi się pytanie, jak to możliwe, że doszło do tak haniebnych zachowań, jak możliwe, że trwało to latami, a w końcu – dlaczego po ujawnieniu prawdy Pitcairneńczycy reagują tak, a nie inaczej. Może zawiniły geny buntowników z Bounty, może odcięcie od świata, a może to normalne, że ci, którzy gwarantują grupie przetrwanie, mogą wziąć wszystko, na co mają ochotę? Czy jest na to dobra odpowiedź?
Z chwilą jednak, gdy zaczynamy się zastanawiać nad reakcją Pitcairneńczyków na ujawnienie ich sekretu, Jutro przypłynie królowa przestaje być książką o społeczności żyjącej na maleńkiej wysepce zagubionej gdzieś na wodach Oceanu Spokojnego, a staje się uniwersalną opowieścią o naturze każdej ludzkiej społeczności. Przedmiot niegodziwości jest może precedensowy, a przynajmniej ja nie kojarzę podobnej sytuacji, ale już reakcja na niegodziwość i na jej ujawnienie jest jak najbardziej typowa: syndrom oblężonej twierdzy.
Jutro przypłynie królowa to jedna z tych książek, które nie tylko opowiadają o jakimś kawałeczku obcego i dalekiego świata, ale też o tym, o czym w sensie dosłownym nie ma w nich nawet wzmianki, książek dotykających problemów bliższych nam, niż może się z pozoru wydawać, o tym, co nas otacza tu i teraz.  
Dumą napawa nas myśl o naszych bohaterach, patriotach nie wahających się oddać życie w słusznej sprawie, choćby była z gruntu przegrana. Jednak gdy przychodzi zmierzyć się z prawdą o ciemnych kartach w naszej historii, o brudach i niegodziwościach, jakich dopuścili się nasi rodacy, jak choćby o Jedwabnem, zwieramy szeregi niczym Pitcairneńczycy, a ci, którzy odważają się głośno mówić o krzywdach wyrządzonych słabym i bezbronnym, to Judasze, zdrajcy i zaprzańcy. O tym myślę właśnie po skończeniu książki, gdy wracam pamięcią do opowieści o tamtej maleńkiej wyspiarskiej społeczności, która odcina się od świata w obawie przed jego osądem tego, że latami akceptowała dziejący się tam koszmar i jak zareagowała, gdy prawda wyszła na światło dzienne. Jakże łatwo przychodzi ocenianie tamtych ludzi, jak oczywiste i naturalne wydaje się potępienie ich. Ale jak my zareagowalibyśmy na ich miejscu? „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” napisała Wisława Szymborska. Nas, Polaków sprawdziła choćby prawda o Jedwabnem i każdy może sobie sam odpowiedzieć na pytanie, jak wypadł na tym egzaminie.
Po pierwszym oburzeniu, po pierwszym odruchowym uczuciu wzgardy dla Pitcairneńczyków taka przede wszystkim refleksja została mi po lekturze Jutro przypłynie królowa



 

piątek, 23 sierpnia 2013

Tequila oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

Hugh Thomson
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
287 stron

 
Zdaje się, że do dziś modne jest wśród młodzieży ze Stanów i Europy Zachodniej, a i u nas też pojawia się taki trend, aby przed rozpoczęciem studiów powłóczyć się przez rok po świecie, zaznać swobody, poszaleć, posmakować życia samodzielnego, niby już na własny rachunek, bez opiekuńczej ręki rodziców, ale jeszcze beztroskiego, nieodpowiedzialnego.
Tak właśnie postąpił Hugh Thomson, a dla Meksykanów Hugo (bo – jak twierdzi autor – Hugh jest nie do wymówienia dla osób hiszpańskojęzycznych) – zrobił sobie przerwę w nauce i wyruszył do Meksyku, tyle, że było to ponad 30 lat temu, w 1979 roku. Miał trochę pieniędzy, ale nawet przy różnicy w sile nabywczej dolara i peso nie tyle, by mógł przeżyć rok nie troszcząc się o kasę. Na szczęście już na początku podróży, w samolocie ktoś podpowiedział mu rewelacyjny pomysł na dobry zarobek: trzeba kupić w Stanach duże auto i przeprowadzić je przez dwie granice do Ameryki Centralnej unikając płacenia cła i podatku, a w Gwatemali albo Belize można sprzedać je z niezłym zyskiem. Hugo idzie za tą radą, kupuje starego oldsmobila i bez tablic rejestracyjnych i prawa jazdy rusza przez cały Meksyk, starając się unikać głównych dróg i dużych miast. Po wielu miesiącach i perypetiach dociera do celu, gdzie na niego i jego oldsmobila czeka niezbyt miła niespodzianka.

Pierwsza część to właśnie relacja z tej podróży własnym samochodem przez drogi i bezdroża Meksyku, przetykana wstawkami na temat historii kraju, literatury i muzyki. Wspaniale napisana, spontaniczna i awanturnicza opowieść drogi, tchnąca niefrasobliwością przynależną młodości i pasującą do młodości. W drugiej części, kontynuacji podróży podjętej po trzydziestu latach, atmosfera jest już zupełnie inna. Nie ma tego beztroskiego, bezpośredniego dziewiętnastolatka, który wszędzie zachowywał się jak u siebie, wszędzie znajdował przyjaciół i pomocną dłoń (no, chyba, że trafiał na jakąś pięść). Zamiast niego jest pięćdziesięciolatek, któremu właśnie rozpadł się długoletni związek i który przyjechał do Belize szukać... No właśnie, czego? Przeszłości? Młodości? A może tej beztroski? Ale tamto Belize już nie istnieje, w jednym zmieniło się na lepsze, w innym na gorsze, tak jak młody Hugo zmienił się w podstarzałego Hugh'a. Wprawdzie ten teraźniejszy bardzo się stara postępować spontanicznie, „iść na żywioł”, ale czytelnik nie ma już tego poczucia, że za chwilę wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego, bo cały czas towarzyszy mu wrażenie, że gdzieś tam za uszami bohatera jest asekuracja, nabyta z wiekiem ostrożność i pełne konto pozwalające w razie czego wydobyć się z kłopotów. I choćby nie wiem jak się starał, to nie będzie już tamtym Hugo, a co najwyżej starym przebierańcem, silącym się na młodzieńczy luz. Nie ma nastoletniego Hugo, nie ma ludzi, których poznał podczas pierwszej wyprawy, nawet niebezpiecznie jest już gdzie indziej, niż wtedy. Niezmienne pozostały jedynie stare amerykańskie samochody i jeszcze starsze azteckie świątynie.

Świetna książka, niby podróżniczo-reportażowa, niby łotrzykowska, po części autobiografia, napisana lekko i naturalnie. Obie części powstały chyba w tym samym czasie, niedawno, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że część pierwsza w dużej mierze opierała się na notatkach prowadzonych przed laty na bieżąco, może nawet tylko zredagowanych ostatnio. I choć współcześnie, gdy autor wyrusza w swoją sentymentalną podróż, niewiele już zostało ze świata, który uwiecznił w swoich zapiskach, jednak to, co przetrwało plus odrobina wyobraźni pozwalają czytelnikowi przenieść się w przeszłość: azteckie piramidy – w czasy prekolumbijskie, a dawny dziennik i nowa droga, ale biegnąca tą samą trasą – w czas nieporównywalnie nam bliższy, lecz też już nie istniejący.
Przemijanie kojarzy się raczej smutno, ale nie u Thomsona. Owszem, jest tu nieco nostalgii, jest poczucie, że coś odeszło na zawsze, że „to se ne vrati”, jednak ogólnie książka utrzymana jest w optymistycznym, niefrasobliwym nastroju. Takim, w jakim chyba wszyscy chcielibyśmy przeżywać wakacyjne podróże, te zwykłe, te sentymentalne i nawet te tylko na papierze.

sobota, 14 lipca 2012

Wypalanie traw


Wojciech Jagielski
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
304 strony


„Wypalanie traw to trochę takie pożegnanie z czasem, który upłynął, i wszystkim, co się w nim wydarzyło. Zamykamy to, zostawiamy za sobą i szykujemy się na to, co nowego przyniesie nam życie (…). To jak rytuał oczyszczania, który ma przynosić nadzieję, Ale zdarza się, że przeradza się w dymną zasłonę, skrywającą śmiertelne zagrożenie.”1
Te słowa Raymonda Boardmana, jednego z bohaterów Wypalania traw, są właściwie kwintesencją opowieści Wojciecha Jagielskiego o upadku systemu segregacji rasowej w RPA. Opowieści o zmianach, na jakie jedni czekali z utęsknieniem i nadzieją, a inni robili wszystko, aby im zapobiec. I o tym, że zmiany nie zadowoliły nikogo. Rozczarowały tych, którzy oczekiwali poprawy losu, a tymczasem zmieniło się nic. Za to według beneficjentów dotychczasowego systemu zmieniło się wszystko.

Ventersdorp, burskie miasteczko na stepie Transwalu, przez lata było ostatnią ostoją apartheidu, opierającą się przemianom, jakie następowały w całej Republice Południowej Afryki. I twierdzą Eugena Terre'Blanche'a, charyzmatycznego przywódcy Burów przeciwstawiających się nowym porządkom. Wraz z wygraniem wyborów przez Nelsona Mandelę i Afrykański Kongres Narodowy do władzy doszli czarni mieszkańcy RPA, w pierwszych w życiu wyborach wybierali swoich przedstawicieli: prezydenta, burmistrzów, radnych. W Ventersdorpie także wybrano czarnego burmistrza, czarnych radnych. Jednak przejęcie przez nich władzy było tylko pozorne, dalej niekwestionowanym, samozwańczym królem miasteczka pozostał Terre'Blanche.
„Biali potrzebowali go, by brał na siebie ich uprzedzenia, także te najgłębiej skrywane, usprawiedliwiał je, zdejmował z nich piętno wstydu i zła, uwalniał od poczucia winy i strachu przed osamotnieniem. Ale najwyraźniej potrzebowali go też czarni, a przynajmniej ci, którzy w imieniu czarnych i z ich wyboru sprawowali w miasteczku władzę. Każdym swoim uczynkiem, każdym słowem, nawet samym istnieniem służył im za rozgrzeszenie błędów, opieszałości i zaniechań. I wygodna wymówkę dla ich niechęci, by wprowadzać wielką zmianę, którą obiecywali.”2
Stojąc na czele Afrykanerskiego Ruchu Oporu zyskał sławę w całym kraju i stał się postrachem bardziej może nawet dla białych - Anglików i burskich zdrajców, jak nazywał tych, którzy opowiadali się za zniesieniem apartheidu – niż dla czarnych. On sam nie uważał się zresztą za rasistę, a jedynie za zwolennika starego porządku, według którego każdy ma żyć osobno, biali, czarni, Burowie, Anglicy, Hindusi. A kiedy już przekonał się, że nie wygra, ograniczył walkę do żądań wydzielenia dla Burów odrębnego państwa na terenach Transwalu. Nie przebierał w środkach, jego afrykanerska armia to nie byli zwykli zadymiarze, nie były im obce akty przemocy, a nawet zabójstwa. Jednak wodzowi długo udawało się wykpić od odpowiedzialności najwyżej grzywną. W końcu trafił do więzienia, opuszczał je jednak jako bohater, może nie dla wszystkich, ale dla białych mieszkańców Ventersdorpu na pewno. Tu nadal był wodzem, panem, tu nadal mógł wszystko. Do czasu.
4 kwietnia 2010 roku Eugene Terry'Blanche został zabity na swojej rodzinnej farmie pod Ventersdorpem. Nie zginął z rąk przeciwników politycznych, nie zginął w walce ani za swoje idee. Zatłukło go metalowym prętem dwóch czarnych robotników, którym był winien pieniądze.
„Ku zdziwieniu policjantów, zabójcy nawet nie próbowali uciekać, nie zmyli z siebie krwi ofiary. Spokojni i pogodzeni z losem, przyznali się do wszystkiego, jakby uważając, że postąpili sprawiedliwie, że to im stała się krzywda. Choć dopuścili się zbrodni, byli jej ofiarami na równi z tym, którego zabili.
Nie spodziewali się kary, raczej nagrody”3

W swym fabularyzowanym reportażu Wojciech Jagielski w pasjonujący sposób przybliża czytelnikowi historię RPA i dzieje południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej. W tym kraju przez dziesięciolecia miejsce jednostki w społeczeństwie, jej rolę, szanse na przyszłość wyznaczał zapis dokonywany tuż po urodzeniu w Wielkiej Księdze Rejestru. To on decydował, gdzie kto ma mieszkać, pracować, kogo może kochać. Mógł być przepustką do lepszego życia albo wyrokiem skazującym na nędzę. Nad przestrzeganiem rozdziału między rasami czuwały zastępy policjantów, a złamanie zakazów groziło surowymi karami zarówno czarnym, jak i białym. To było jedyne, w czym byli sobie równi. Władza i podporządkowanie, bogactwo i nędza rozdzielone były już według przynależności rasowej.
Przemiany dla białych oznaczały utratę uprzywilejowanej pozycji, a dla czarnych nie tylko nadzieję na polepszenie losu, ale może nawet na wzięcie odwetu za lata poniżeń. Wypalanie traw opowiada, co te przemiany tak naprawdę przyniosły. 
 
Wojciech Jagielski to dla mnie jeden z najlepszych naszych reporterów. Bardzo mi odpowiada, że nie ogranicza się jedynie do przedstawienia niektórych zjawisk, wycinków rzeczywistości z kraju, o którym pisze, lecz ukazuje go całościowo, wprowadzając czytelnika w temat od podstaw. A do tego zagadnienia, które podejmuje, choć odnoszą się do konkretnego czasu i miejsca, mają wymiar uniwersalny. Pod tym względem jego książki są podobne.
Podoba mi się też sposób, w jaki Jagielski pisze, to, że jego reportaż ma postać nieco fabularyzowaną. W Wypalaniu traw poszedł w tym kierunku najdalej, jak dotąd. Właściwie można by zastanawiać się, czy książka ma w sobie więcej z powieści, czy z non-fiction. Jego bohaterowie, to ludzie żyjący naprawdę, wydarzenia, o których pisze, są autentyczne, ale książka posiada fabułę, a szczegółowość przeżyć występujących w niej postaci, pewna intymność ich wrażeń, myśli, bliższa jest jednak literaturze fikcji niż faktu. Jednakże owa powieściowa forma książki w żadnej mierze nie odbiera opisowi wiarygodności, za to w wysokim stopniu podnosi jej atrakcyjność. 
 
1s. 260.
2s. 268.
3s. 27.

środa, 4 lipca 2012

Kontynenty - magazyn o podróżach i książkach


Nr 1 maj 2012
Wydawnictwo Agora

Pierwszy numer nowego kwartalnika pojawił się w kioskach jakoś tak w maju albo na początku czerwca. To, o czym są Kontynenty, najlepiej odda chyba fragment z artykułu wstępnego redaktora naczelnego Dariusza Fedora:

co jest od „być” do „zrozumieć”? Od „dotknąć” do „doświadczyć”? Co można znaleźć między podróżowaniem a zwiedzaniem? Między włóczęgą a wyprawą? Czym jest opowieść? Jak daleka droga od relacji do reportażu? Od zdjęcia do fotografii? Jak historia przechodzi w teraźniejszość? Czy z brzegu „dziś” widać „jutro”? A gdzie zaczyna się literatura?

I jeszcze to:

Poznawaniu świata może towarzyszyć zachłanność oglądania, może obsesja zgłębiania. Pismo „Kontynenty” (…) hołdować będzie tej drugiej postawie. Do czytania (…) zapraszam wszystkich, którzy lubią być w drodze, choćby w wyobraźni. Zapraszam tych, którzy chcą się doskonalić w sztuce podróżowania.

Skorzystałam z zaproszenia, tak na próbę. I – bingo! Trafiłam idealnie.
Naturalnie, że jedne teksty wciągnęły mnie bardziej, inne ciut mniej, ale wszystkie mi się podobały. Podobało mi się, że opublikowano je w klasycznym formacie, bez tak powszechnych teraz we wszystkich gazetach cięć tekstu na ramki, wstawki, różnokolorowe tła. No i świetne zdjęcia, takie, jakich należy oczekiwać od pisma o poznawaniu świata. Po raz pierwszy od lat przeczytałam jakieś czasopismo „od dechy do dechy”, nie opuszczając żadnego artykułu (z rozpędu przeczytałam nawet reklamówkę perfum :). Ale najważniejsze, że tematyka pisma idealnie współgrała z tym, co mnie interesuje.

Zaczyna się od tekstu Kiedyś byłem psem Jacka Hugo-Badera o tym, czym różni się turystyka od podróżowania i od bycia „w drodze”.
Później Wojciech Jagielski pisze o Mandli, wnuku Nelsona Mandeli. Historia nkosiego Mandli to zaprzeczenie przysłowia, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale też dobre uzupełnienie najnowszej książki Jagielskiego o upadku apartheidu w RPA, którą właśnie skończyłam czytać (o Wypalaniu traw będzie pewnie w następnej notce).
Sporo artykułów i zdjęć ze świata, którego za kilka lat nie będzie można już zobaczyć, bo znika, ginie w sensie fizycznym, jak topniejąca Arktyka (o której pisze Adam Wajrak) albo ulega nieuchronnym przemianom w czasie, jak obyczaje afrykańskich plemion (fragment z książki Światoholicy Aleksandry Pawlickiej i Jacka Pawlickiego) albo styl życia argentyńskich gauchos (artykuł Macieja Stasińskiego i Krzysztofa Millera). A w My już byliśmy Paulina Wilk wieszczy wizję naszej przyszłości przyglądając się dzisiejszej Japonii, kraju, który był kiedyś niedoścignionym synonimem rozwoju technologicznego, a dziś doszedł chyba do kresu swoich możliwości z powodu, którego nikt nie przewidział.
I jeszcze wywiad z Colinem Thubronem, wspomnienia Andrzeja Stasiuka z podróży do Mołdawii, Marii Wiernikowskiej z wędrówek z ekipa telewizyjną po polskiej prowincji w poszukiwaniu tematu na reportaż. I kilka innych jeszcze artykułów, których już nie wymieniam, bo jeśli sięgniecie po Kontynenty, to miejcie też jakąś niespodziankę :).

A na koniec zostawiłam najlepsze: Twarze rozbrojone20 nieznanych fotografii autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego! Przeglądam je sobie kolejny raz i czekam do sierpnia na następny numer Kontynentów.

sobota, 12 maja 2012

Nagroda Kapuścińskiego dla Liao Yiwu


Nagrodę Ryszarda Kapuścińskiego dostał w tym roku Liao Yiwu za zbiór reportaży/wywiadów Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, wydanych przez Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, w tłumaczeniu Wen Huanga (z chińskiego na angielski) i Agnieszki Pokojskiej (z angielskiego na polski). Bardzo się cieszę, że jemu właśnie przypadło zwycięstwo, bo te wywiady są naprawdę rewelacyjne, pisałam już o tym tutaj

Zainteresowanie zarówno literaturą chińską, jak i książkami o Chinach zdaje się być ostatnio w Polsce spore, natomiast książka Liao Yiwu – mam wrażenie – jest mało u nas znana i nieszczególnie popularna. Tymczasem bezwzględnie zasługuje na sławę. Nie dość, że zawiera potężny ładunek wiedzy o współczesnych Chinach, to w dodatku czyta się lepiej niż niejedna powieść, A więc zamiast sięgać po - często wątpliwej wartości – fabułę (pseudo)oChinach, naprawdę lepiej w tym czasie przeczytać Prowadzących umarłych. Może teraz, kiedy autor dostał Nagrodę Kapuścińskiego, więcej ludzi o niej usłyszy i ją przeczyta. Absolutnie warto!


PS dla osób z Łodzi i okolic: książka jest do wypożyczenia w BUL-e.

 

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dzienniki kołymskie

Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
319 stron

Ocena 6/6

Zaraz na wstępie powiem, że bardzo lubię sposób opisywania świata przez JH-B. Wszystko mi w jego reportażach pasuje: strona świata, sposób traktowania ludzi, o których pisze i wreszcie język, jakiego używa. Zachwyca mnie, że potrafi zbratać się z każdym, naciągnąć na zwierzenia i wyłuskać interesujące historie tam, gdzie kto inny widziałby tylko pospolitość. A przecież w każdym człowieku jest coś niezwykłego, choć czasami trzeba umieć to z niego wydobyć. I dla mnie Pan Jacek Hugo-Bader jest mistrzem w opisywaniu nie krajów, nie zjawisk ani problemów (choć i to znajdziemy w jego książkach), ale ludzi właśnie, tych zwyczajnych, spotykanych po drodze, typowych-nietypowych „ruskich”.

W 2010 roku Jacek Hugo-Bader wybrał się na Kołymę. Jego celem było:
„zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI.”1
Trasa podróży wiedzie z Magadanu do Jakucka. Początkowo miało być motocyklem, ale nie wyszło. Zamiast tego jest autostop – ciężarówki, osobowe, czasami pieszo, byle do przodu, bo czas goni, bo zimą przestają kursować promy przez rzeki.

Kołyma, wiadomo z czym się kojarzy. Jej ponurą sławę świat poznał dzięki książkom Aleksandra Sołżenicyna, Anne Applebaum, Warłama Szłamowa. Jacek Hugo-Bader nie zamierza pisać o przeszłości, ale przecież w takim miejscu nie sposób uciec od wspominania tamtych czasów, od tragizmu kołymskich obozów śmierci, które tylko tym różniły się od hitlerowskich, że pieców nie było. To porównanie, za które Warłam Szałamow, więzień gułagu i autor Opowiadań kołymskich, dostał dodatkowe dziesięć lat odsiadki. Jego opowiadania towarzyszą Hugo-Baderowi w podróży, powołuje się na nie i w dziennik wplata ich fragmenty. I choć celem nie jest wyprawa w przeszłość, ale teraźniejszość, nie byłby prawdziwym reporterem, żeby nie pójść do tych, co jeszcze żyją i pamiętają tamte czasy, bo może to już ostatni moment, żeby dowiedzieć się, co przeżyli, co było ich udziałem.

Po kilku dniach spędzonych w Magadanie z ulgą opuszcza to
„Dziwne, zahibernowane przez morderczy kołymski klimat sowieckie ponuractwo, (…) którego już w Rosji prawie nie ma. Ludzie wkurzeni, opryskliwi, ponurzy, smutni i ledwo odwarkujący na każde pytanie. A poproś o co! Jacy potwornie nieszczęśliwi. Nawet młodzi to mają.”2
i rusza na Trasę, w kierunku Jakucka. Na Trasie ludzie są już inni, życzliwi, serdeczni:
„Każde spotkanie z człowiekiem na Trasie to teraz czysta przyjemność, a przydrożne bary po prostu uwielbiam. (…) Mogę godzinami w nich siedzieć i gapić się na te zwyczajne, prawdziwe, szczere gęby, na ludzi tajgi w panterkach, na szoferaków z upapranymi smarem łapami (techniczny brud to nie brud – mówią), pokręconych przez reumatyzm poszukiwaczy złota.”3

A więc gapi się, słucha i zbiera ich historie, czasem prawdziwe, czasem zmyślone, bo  to taki syndrom paputczika4opowiadanie może mieć dwie postaci. Przypadkowemu człowiekowi spotkanemu po drodze albo szczerze opowiada się o swoim życiu, o wszystkim, co wstydliwe, co boli, czego nie powie się nawet bliskim, a obcemu tak, bo nie ma strachu, że nieznajomy zdradzi tajemnice. Ale można i zupełnie odwrotnie, można nazmyślać, co się tylko chce, marzyć i fantazjować, bo obcy nie ma szans, żeby wytknąć kłamstwo. Inna sprawa, że jednemu przypadkowemu człowiekowi się opowiada, a innemu nie. Jackowi Hugo-Baderowi opowiadają.

I takimi zasłyszanymi historiami – bardziej lub mniej zaskakującymi, prawdopodobnymi, albo i nie - najeżony jest dziennik z podróży JH-B po Kołymie. Tyle, że aby je usłyszeć, trzeba równo pić, prawie codziennie i prawie z każdym, bo bez wódki nie będzie rozmowy, nie będzie tych fascynujących opowieści. Jak choćby ta o córce Jeżowa, kata Rosji, czy ta o Wołodii zwanym „Dziadem”. O Juriju, co ma dwie żony, po jednej na każdym końcu trasy. O młodziutkiej żonie Andrieja, zabitej przez szamana, bo nie dorosła to tego, żeby o nim film robić i o towarzyszce Ninie, jak pierwszy raz piła spirytus. Albo o krzyżowcu Wołodii, którego przed śmiercią na nieznaną lekarzom chorobę uratowało stawianie krzyży na cmentarzach zeków.
Krzyżowiec Władimir to jeden z nielicznych mieszkańców Kołymy, który chce wiedzieć i pamiętać, co się tu działo przed laty. Większość nie chce – dla nas, Polaków, to dziwne i trudno zrozumiale podejście:
„Jak miejscowi mogą nie wiedzieć, gdzie coś takiego było?! Dlaczego ich to kompletnie nie obchodzi? Dlaczego tego nie chronią? (…) O tym powinni uczyć w tutejszych szkołach, bo na Kołymie każda szkoła jest koło jakiegoś byłego obozu. Tam siedzieli i umierali niewinni ludzie, ich dziadkowie, a tuż za łagrowym pogorzeliskiem ogródki działkowe pompejczyków, mieszkańców Miaundży.”5
Gdzieś tam, w opowieściach o zamrożonych osadach, o ludziach, którzy dziś mieszkają na Kołymie, bo albo gdzie indziej nie potrafią, albo nie mają innego wyjścia, może i można doszukać się jakiegoś wytłumaczenia, jakiejś logiki tego niepamiętania, a przynajmniej próbować zrozumieć, że oni wolą żyć jeśli nie przyszłością, to przynajmniej dniem dzisiejszym, a nie zmorami dawnych lat. Może w tym niepamiętaniu, w tej niewiedzy, ucieczce od przeszłości w świat czarów, szamanów i nieprawdopodobnych, zmyślonych historii jest odpowiedź na pytanie, z którym Jacek Hugo -Bader wyruszał na Kołymę: Jak żyć na tym wielkim cmentarzu?

*

Głośno ostatnio jest o tej książce, i dużo wpisów krytycznych, że nieścisłości, że błędy. Nie będę udawać, że tego nie czytałam. Czytałam i wypowiem się na temat krytykantów. Korektorzy się znaleźli. A to, że kilometry się nie zgadzają, a to, że rzeka w Chandydze inaczej się nazywa. Jeśli nawet tak jest, to co z tego? Jak ktoś ma takie nastawienie, to powinien encyklopedię czytać, a nie reportaże. 
Jak biorę reportaż społeczny, to nie ma dla mnie znaczenia, czy droga miała 2025, czy 2069 km, bo ja tam chcę o człowieku poczytać. I nad kilometrami to się tylko prześlizguję; ważne, że daleko było. A tak naprawdę interesuje mnie, że szoferak Jura, co tę trasę pokonuje, wierzy, że spotkał szatuna, i że Sasza musiał swojego wiernego psa w przepaść spuścić, bo do wyboru było skazać go na śmierć głodową, albo że babuszka, co zgubiła się na jagodach, dopiero drugiego dnia wyszła na teren, z którego mogła zadzwonić,ale na niej nie robiło to wrażenia, a ja bym umarła ze strachu. Czytam, żeby się przekonać, jak ich zwykłe życie różni się od mojego zwykłego życia. A że niektóre opowieści wydają się nieprawdopodobne, to cóż to za zarzut do autora. Odwrotnie – to zaleta. JH-B nie jest świadkiem tych wszystkich nieprawdopodobnych wydarzeń, on tylko wysłuchuje cudzych opowieści. 
Ileż zaufania trzeba zyskać u przypadkowego znajomego, żeby takie rzeczy usłyszeć. Moja babcia opowiadała mi kiedyś, że widziała ducha. Weszła do chałupy, a duch stał przy piecu w izbie. Opowiadała tę historię tylko bliskim, ale jakoś tak mam wrażenie, że i Hugo-Baderowi by to opowiedziała, gdyby się spotkali, bo on by to potrafił uszanować. A krytykanci mogliby się najwyżej dowiedzieć, ile metrów było od drzwi do pieca i pewnie tylko to by ich interesowało, bo piec jest, a duchów nie ma, tylko że o babci nic by im nie mówiło.
 Opisuję tę historię po to, żeby podkreślić, że w spotkaniach z drugim człowiekiem nie tylko to jest ważne, co istnieje naprawdę, ale też, albo nawet bardziej to, w co ten człowiek wierzy, bo to go bardziej definiuje i określa. A JH-B umie słuchać i szanuje opowiadacza nawet gdy wie, że historia jest z księżyca. I dlatego tak bardzo lubię jego reportaże.

Pamiętam, jak czekałam na kolejne relacje JH-B z trasy, publikowane na stronie GW, później na reportaże w Dużym Formacie. Przez to nawet książka trochę straciła, bo nie miała takiej świeżości, odkrywczości, jak wtedy, gdybym nie czytała wcześniej fragmentów. Ale przecież to nie wada książki, że autor zechciał wcześniej, przed jej wydaniem podzielić się z nami tym, co przeżył. Odwrotnie, tę relację „na żywo” w GW należy zaliczyć JH-B na plus, i to wielki.

Jedną wadę książka jednak ma, a są nią czarno-białe zdjęcia. Nie rozumiem, dlaczego nie dali kolorowych, przecież nawet w korespondencji publikowanej na stronie zdjęcia były kolorowe. A choćby z tego powodu cena była kilka złotych wyższa, to i tak Dzienniki na pewno świetnie by się sprzedawały. Szkoda, że zdecydowano inaczej.

Ale i tak książka jest super. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to niech jak najszybciej nadrobi to niedopatrzenie :). Za to ja muszę jak najszybciej nadrobić swoje – już zamówiłam w bibliotece Opowiadania kołymskie Szałamowa, na razie ktoś je wypożyczył, oby jak najszybciej skończył, bo już nie mogę się doczekać.

1s. 22.
2s. 50.
3s. 118.
4Paputczik – towarzysz podróży, człowiek z którym jest ci po drodze, nie tylko dosłownie, ale też w przenośni.
5s. 213.

sobota, 7 stycznia 2012

Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych

Liao Yiwu
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
374 strony

Ocena 6/6

Bardzo żałuję, że dopiero teraz przeczytałam tę książkę, bo kilka miesięcy temu Liao Yiwu był w Polsce, we Wrzeniu Świata i gdybym wówczas była już po lekturze jego reportaży, pewnie pojechałabym na spotkanie z czytelnikami. Książka jest rewelacyjna, a jej autor wydaje się bardzo interesującą osobą.

Liao Yiwu jeszcze do niedawna mieszkał w Chinach. W latach osiemdziesiątych był jednym z najpopularniejszych młodych chińskich poetów, później jego twórczość uznana została za antykomunistyczną, a gdy po wydarzeniach na placu Tian'anmen stworzył poemat Masakra, wtrącono go na cztery lata do więzienia. Po wyjściu na wolność nie mógł wrócić już do dawnego życia, nie miał już rodziny, przyjaciół ani meldunku w mieście (co było równoznaczne z brakiem pracy). Został ulicznym grajkiem, ale nadal tworzył poezję i nie tylko. Wtedy właśnie zaczęły powstawać wywiady z ludźmi z najniższych warstw społecznych. Autor nie spisywał ich oczywiście metodą tradycyjną, czyli nagrywając i notując, tak się po prostu nie dało. Wielogodzinne rozmowy, rozłożone czasem na kilka spotkań, Liao zapamiętywał, by potem zredagować je własnymi słowami, nadając przy tym literacką formę. Zbiór wydany został pierwotnie na Tajwanie. Przetłumaczona na angielski i dalej na inne języki (zgodnie z decyzją autora, aby do tłumaczeń korzystać z przekładu angielskiego, dostosowanego do odbioru przez czytelnika z zachodu) książka przyniosła Liao Yiwu wiele prestiżowych nagród. W Chinach jest zakazana, a jej autor był represjonowany zarówno za twórczość, jak i za kontakty z Zachodem. W 2011 przedostał się przez Wietnam i Polskę do Berlina, gdzie obecnie mieszka.

Prowadzący umarłych to zbiór 28 wywiadów przeprowadzonych z rozmaitymi ludźmi z najniższych szczebli chińskiej drabiny społecznej.
Ci ludzie to kanciarze i leserzy, wyrzutki społeczne i uliczni grajkowie, renegaci i kaleki, specjaliści od ludzkich odchodów i spece od niszczenia innych, artyści i szamani, oszuści, nawet kanibale – a każdy z nich mówi o swoim kraju uczciwiej niż oficjalne sprawozdania z życia w Chinach, które państwo wydaje w imieniu „ludu”.”1
Nie wszyscy bohaterowie wywiadów, to margines społeczny, ale łączy ich na pewno to, że w ogólnym rozrachunku ich życie okazało się przegrane. Jedni już z racji urodzenia skazani byli na ciężką dolę, inni mieli szansę na sukces w komunistycznej hierarchii, kroczyli jedyną słuszną ścieżką wytyczoną przez partię, ale świadomie lub zrządzeniem losu skręcili z tej drogi, niszcząc przyszłość swoją, a czasami całej rodziny. Ich losy uświadamiają, jak niepewna jest przyszłość, zwłaszcza w świecie targanym dziejowymi zawieruchami, i jak niewiele trzeba, żeby koło fortuny obróciło się o 180 stopni. Ale to tak na marginesie, bo nie to jest w końcu najważniejsze w Prowadzącym umarłych.
Pekin
Szanghaj
i po drodze między nimi
Tym, co stanowi o wartości książki Liao Yiwu, jest ukazanie niedawnej burzliwej historii i współczesności Chin przez pryzmat pojedynczych, indywidualnych ludzkich losów. Poznajemy historie tak różnych ludzi, jak to tylko możliwe. Wśród rozmówców autora jest handlarz ludźmi i wyznawczyni z sekty Falun Gong, są rodzice studenta zabitego w czasie tępienia prodemokratycznych demonstracji w Pekinie w 1989 roku i jest chłopski cesarz, prawicowiec, właściciel ziemski i kierownik komitetu sąsiedzkiego, uliczny śpiewak i chłop okrzyknięty niesłusznie hieną cmentarną, i wielu, wielu innych. Wspominają, co im się przydarzyło, jak doszło do tego, że znaleźli się w życiowym punkcie, w którym spotkał ich Liao. Dzięki nim powszechnie znane wydarzenia historyczne stają się czytelnikowi bliższe, przystępniejsze, jak zawsze, gdy zamiast o anonimowej masie mowa jest o konkretnych osobach, mających imiona i uczucia. A Liao Yiwu pozwala im mówić to, co chcą, z lekka tylko pilnując, żeby opowieści nie odbiegły zbytnio od głównego nurtu w poboczne dywagacje. W tych wywiadach do głosu dochodzą ludzie, którym komunistyczne władze nie tylko nie pozwalają mówić, ale nawet wolałyby nie pamiętać i nie wiedzieć, że i tacy w chińskim społeczeństwie istnieją.

 Wszystkie zawarte w zbiorze wywiady są interesujące, wciągające, niesamowite po prostu. Odsłaniają przed zachodnim czytelnikiem nieznany, czasami nieakceptowalny świat odmiennych obyczajów, zaskakujących wyborów, niepojętego zaślepienia maoistowską ideą.
Najwięcej dały mi jednak te, w których losy bohaterów silniej splatały się z wydarzeniami politycznymi i kultem Mao. Od kiedy zaczęłam interesować się niedawną przeszłością Chin, czułam pewien niedosyt, brakowało mi tego, co znalazłam teraz w historiach rozmówców Liao Yiwu, czyli co czuli i jak myśleli zwykli ludzie wtedy, gdy w ich kraju działy się te wszystkie straszne rzeczy. Czy rozumieli nonsensowność Wielkiego Skoku Naprzód, gdzie upatrywali prawdziwe przyczyny wielkiego głodu i jak mogli dopuścić do koszmaru rewolucji kulturalnej. Jaki udział mieli we wprowadzeniu przez Mao i utrzymywaniu całe lata rządów totalitarnych, bo przecież nie jest to możliwe z dnia na dzień i bez poparcia szerokich mas społecznych.
I w Prowadzącym umarłych znalazłam przynajmniej częściowo odpowiedź. Oni naprawdę wierzyli, że postępują dobrze i słusznie. Niektórzy przejrzeli na oczy, gdy represje, które stosowali wobec „kontrrewolucjonistów”, obróciły się raptem przeciw nim samym i okrzyknięto ich prawicowcami i wrogami rewolucji, inni wierzyli nadal w słuszność idei Mao w myśl zasady, ze system jest słuszny, tylko ludzie zawiedli,. Jeszcze inni nigdy nie przyznali, że są sprawcami cudzych krzywd, opowiadając bezosobowo o katach z czasów rewolucji kulturalnej, jakby ich udział w polowaniach na intelektualistów i w niszczeniu całego kulturalnego dorobku narodu był usprawiedliwiony i rozgrzeszony, bo przecież nie działali sami, tylko w tłumie, w grupie.
plac Tian'anmen
Prowadzący umarłych to książka, którą powinien poznać każdy, kto interesuje się współczesnymi Chinami, a już na pewno ten, kogo ciekawi codzienne życie prostych ludzi w kraju zupełnie odmiennym od naszego. To kopalnia informacji na temat chińskich obyczajów, mentalności, sposobu myślenia, a jednocześnie wstrząsające świadectwo, co totalitarny ustrój potrafi zrobić z człowiekiem, jak może go zniszczyć, jak upodlić. To wiedza, której nie zdobędziecie w żaden inny sposób, nawet będąc w tym kraju.

Obecnie Chiny otworzyły się trochę na świat, ale daleko im jeszcze do prawdziwej demokracji i poszanowania praw człowieka. Dorównywanie standardom zachodnim najlepiej idzie im w dziedzinie rozwarstwienia sytuacji majątkowej społeczeństwa, co jest o tyle kuriozalne, że kraj nadal jest podobno komunistyczny, a wiara w Mao ciągle żywa. Byłam w Chinach trzy lata temu na wycieczce, pierwszej na Daleki Wschód (zdjęcia w tym poście i w recenzji nt. Cesarzowej pochodzą z tej podróży). Nawet w Pekinie na każdym kroku widać różnice w statusie materialnym mieszkańców, a co dopiero w prowincjonalnych mieścinach (czyli takich 4-milionowych :) ).
Szklane drapacze chmur sąsiadują z garażami, w których Chińczycy mają warsztaciki i sklepiki, będące jednocześnie ich mieszkaniami. W Szanghaju z głównej handlowej ulicy z firmowymi sklepami, w których na nic nie było mnie stać (za to młodych i modnych Chińczyków owszem tak), wystarczyło skręcić w bok albo w bramę, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, właśnie wśród takich małych rodzinnych biznesików, gdzie na sznurkach nad wejściem suszyło się pranie i wietrzyła pościel. Już sam strój przechodniów mijanych na ulicach świadczył, że nie wszyscy równo konsumują finansowy sukces chińskiej gospodarki. Niezapomnianych wrażeń w kwestii różnic majątkowych chińskich obywateli dostarczyła też podróż koleją, już samo dojście na dworzec odbyło się przez szpaler w tłumie koczującym przed dworcem, bo ich do środka wpuszczano kilka minut przed odjazdem pociągu; wybrańcy finansowego losu (w tym nasza wycieczka) dostali w poczekalni oddzielny przestronny pokój z wyściełanymi fotelami i telewizorem. Później mijaliśmy pociągi szczelnie wypchane podróżnymi, jak puszki sardynkami. My podróżowaliśmy kuszetkami, a z nami zamożni członkowie społeczeństwa, które ponad pięćdziesiąt lat wykrwawiało się w imię tego, aby wszyscy jego obywatele byli równi. Z równości nic nie wyszło, ale powszechna inwigilacja wybroniła się chyba przed przemianami. Cudzoziemcy nadal nie mogą jeździć po Chinach, gdzie chcą, samochodów prowadzić im nie wolno, a wycieczki poruszają się po trasach ustalonych przez chińskie biura podróży, albo wcale. Z reportaży Liao Yiwu wynika, ze nadal obowiązuje meldunek i bez niego nie ma ani legalnej pracy, ani szkoły dla dzieci, ani ubezpieczenia.
ćwiczenia tai chi w miejskim  parku
Jednak ludzie wydali mi się nadzwyczaj przyjaźni, otwarci i uprzejmi, zupełnie inni, niż ci, których opisał Ryszard Kapuściński w Podróżach z Herodotem, z nieprzeniknionymi twarzami przemykających ukradkiem ulicami i schodzących z drogi cudzoziemcowi. Teraz ludzie sami nas zaczepiali, robili zdjęcia, jedni ukradkiem, inni bardziej śmiali prosili o pozowanie (też robiłam za zakopiańskiego miśka, a mój mąż i dwóch innych równie dużych i postawnych panów non stop byli ustawiani do zdjęcia z młodymi Chinkami). Wszędzie, gdzie się znaleźliśmy, przyjmowano nas z uśmiechem i życzliwie, i mimo bariery językowej wszyscy starali się być pomocni. Ale o tym, co w kraju jest złe, co wymaga zmian, nikt nie mówił. I wcale niekoniecznie dlatego, że się bali, myślę, że po prostu nie chcieli narzekać na swoją ojczyznę, niezależnie od tego, jaka jest. To bardzo dumny naród i naprawdę chce jak najlepiej zaprezentować się przed obcymi.

Myślę, że obcokrajowiec nie zdobyłby ani jednego takiego wywiadu, z jakich składa się zbiór Liao Yiwu. I tym bardziej wartościowa i godna polecenia wydaje i się jego książka. Przeczytajcie koniecznie.

1Ze wstępu tłumacza na angielski Wena Huanga – s. 9.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...