Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2015

Śmierć czerwonej bohaterki

Qiu Xiaolong

Wydawnictwo AMBER, Warszawa 2007

tłumaczenie: Sławomir Kędzierski



W natłoku kryminałów skandynawskich, angielskich i amerykańskich oraz przy wciąż rosnącej popularności polskich giną książki autorów z innych krajów. A szkoda, bo i tam przyszła moda na szerokie tło społeczno-obyczajowe w powieści sensacyjnej. I o ile zbrodnie i ich motywy pozostają w zasadzie jednakowe niezależnie od miejsca i czasu, to sceneria wydarzeń potrafi bardzo różnić się w zależności od tego, gdzie i kiedy rozgrywa się akcja powieści. Czasem bywa bardzo dla nas egzotyczna, jak w przypadku książki Qiu Xiaolonga, jedynego chyba chińskiego autora kryminałów przetłumaczonych na polski. 



Qiu Xiaolong urodził się i do 1988 roku mieszkał w Chinach. Mimo że doceniany i nagradzany w ojczyźnie, po wydarzeniach na Placu Tian'anmen postanowił pozostać w USA. Pisze po angielsku, a na polski przetłumaczone zostały na razie dwie jego książki i mam nadzieję, że będą następne.    


Śmierć czerwonej bohaterki jest pierwszą z cyklu o starszym inspektorze Chenie Cao, poecie duchem, ale z zawodu policjancie, bo tak zdecydowała partia. Toteż gdy w maju 1990 roku w szanghajskim kanale odnalezione zostają zwłoki nagiej, prawdopodobnie zgwałconej przed śmiercią młodej kobiety, śledztwo obejmuje nie kto inny właśnie, jak Chen Cao i kierowana przez niego sekcja spraw specjalnych Wydziału Zabójstw Komendy Policji w Szanghaju, Początkowo tożsamość kobiety nie jest znana, lecz gdy po kilku dniach udaje się ustalić, że ofiara to Guan Hongying, narodowa bohaterka pracy, znana w całym kraju – w działania sekcji wkracza wielka polityka i zaczynają ingerować partyjni towarzysze. W trakcie śledztwa wychodzą na jaw powiązania ofiary z osobami zbliżonymi do najwyższych kręgów władzy, z tak zwanymi ND – nomenklaturowymi dziećmi, nienawidzonymi przez zwykłych Chińczyków za przywileje, z jakich korzystają dzięki pozycji swoich wysoko postawionych w partii rodziców, wujków i teściów. Ujawnienie udziału takich ludzi w zbrodni, i to zbrodni dokonanej na narodowej bohaterce mogłoby bardzo negatywnie odbić się na wizerunku partii w społeczeństwie. Pomimo otrzymywanych z różnych stron sygnałów, a nawet nacisków partyjnych dygnitarzy Chen Cao nie zamierza jednak zaniechać dochodzenia, choć wydaje się, że lepiej rozumie racje przemawiające za zamknięciem sprawy, niż powody własnego uporu:
 









„Po latach zmarnowanych na walki polityczne Chiny wreszcie energicznie przeprowadzały reformy gospodarcze. Przy dwucyfrowym wzroście produktu narodowego brutto ludziom zaczynało się żyć coraz lepiej. Pojawiały się też zalążki demokracji. W tym historycznym momencie „stabilizacja polityczna” - popularne określenie po tragicznym lecie 1989 roku – stanowiła wstępny warunek dalszego rozwoju. W takiej sytuacji niekwestionowana władza partii mogła być ważniejsza niż kiedykolwiek.

Śledztwo musiało więc zostać zawieszone, aby nie narażać na szwank politycznego autorytetu partii i stabilizacji politycznej.

A co z ofiarą?

Cóż, życie Guan także było podporządkowane interesowi partii. Wydawało się więc logiczne, że umarła też w interesie partii. A zatuszowanie sprawy byłoby również korzystne dla samej Guan – jej obraz bohaterki pracy pozostałby nieskalany.

To nie pierwszy i pewnie nie ostatni przypadek, kiedy oficer policji musi przerwać śledztwo. Niewiele osób domyśli się prawdziwych powodów. O co więc chodzi?

W najgorszym przypadku o utratę twarzy. A przy okazji, być może, o uratowanie własnej skóry.

Nie tylko sekretarz partii Li dziwił się uporowi starszego inspektora Cena.

On sam, zasypiając, zadał sobie pytanie: po co?”1
 
Tablica na dworcu. Jak widać, łatwo się zorientować, o której odchodzi nasz pociąg :)

W Szanghaju też wszędzie łatwo trafić. Zwłaszcza samochodem :)
  Skąd my to znamy? Iluż to bohaterów znanych nam powieści sensacyjnych musi borykać się z podobnymi problemami. No, może nie mają takich ideologicznych rozterek, jak starszy inspektor Chen, ale niejeden z nich stawał przed podobnym dylematem, czy warto ryzykować własną karierę albo nawet życie w imię dochodzenia prawdy. No i oczywiście zamiast wszechmocnej partii kłody pod nogi rzucali im niegodziwi, skorumpowani politycy. niemoralni przedstawiciele wielkiego biznesu czy wreszcie zwykli bandyci, tyle że potężni. Poza tym wszystko inne jest takie samo, łącznie z motywami zbrodni – starymi jak świat. To powoduje, że oferowana nam przez Qiu Xiaolonga intryga nie jest zbyt oryginalna. Za to cała jej otoczka już tak, i to bardzo.







Qiu Xiaolong wiele miejsca poświęca w książce na ukazanie społeczności Szanghaju. Akcja Śmierci czerwonej bohaterki rozgrywa się wiosną 1990 roku, czyli krótko po tym, jak autor opuścił Chiny. Nic w tym kraju nie zdążyło się więc zmienić na tyle, aby nie znał tego z autopsji. Wie, że pisze nie na chiński rynek, ale dla Europejczyków, a więc jego target to ludzie raczej nie mający pojęcia, jak żyli na co dzień jego rodacy. Dla Chińczyków jego książka byłaby może przegadana, roztyta o niepotrzebne fragmenty, o oczywiste oczywistości, jak np. te:

„Przewodniczący Mao popierał liczne rodziny, przyznając im nawet dodatki żywnościowe i darmowe przedszkola. Katastrofalne skutki tej polityki nie dały na siebie długo czekać. Dwu-, a nawet trzypokoleniowe rodziny tłoczyły się w jednym pokoju na dwunastu metrach kwadratowych. Wkrótce kwestia mieszkaniowa stała się problemem ludowych jednostek pracowniczych - fabryk, przedsiębiorstw, szkół, szpitali czy komendy policji – którym władze miejskie corocznie przydzielały określoną liczbę lokali. Do zakładu pracy należała decyzja, kto z zatrudnionych otrzyma mieszkanie”2

 

 
„Komitet mieszkańców uchodził za komórkę miejscowego komisariatu policji i częściowo, choć nieoficjalnie, działał pod jego nadzorem. Organizacja była odpowiedzialna za wszystko, co działo się poza zakładami pracy – urządzała cotygodniowe szkolenia polityczne, kontrolowała liczbę mieszkańców, prowadziła ośrodki dziennej opieki, rozprowadzała kartki żywnościowe, przydzielała limity urodzeń, rozstrzygała sąsiedzkie i rodzinne spory. A co najważniejsze, bacznie obserwowała wszystko, co dzieje się w okolicy. Komitet był upoważniony do składania meldunków o każdej osobie, które potem załączano jako poufne do dokumentacji policyjnej.”3


„Od przejścia na emeryturę Stary Myśliwy służył w patrolu sąsiedzkim. Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy prywatny handel wciąż uważano za działalność nielegalną albo przynajmniej „kapitalistyczną” , według partyjnej terminologii, ojciec Yu wziął na siebie odpowiedzialność za ideologiczną czystość państwowego rynku. Wkrótce jednak rynek prywatny stał się legalny i nawet uznany za niezbędne uzupełnienie socjalistycznego handlu. Rząd nie wtrącał się już do prywatnych interesów, pod warunkiem że biznesmeni płacili podatki, ale stary gliniarz wciąż patrolował rynek. Tylko po to, aby cieszyć się poczuciem, że jest przydatny dla socjalistycznego systemu.”4



 
Herbaciarnia w Starym Mieście, jedno z miejsc akcji książki
Ale dla nas to kopalnia wiedzy o zmianach zachodzących tam w mentalności społecznej i w polityce, a także o codzienności w wielkim chińskim mieście i o warunkach życia przeciętnego szanghajczyka. Zmiany następują naprawdę szybko, jednak nie tak szybko, aby książka zdążyła do dziś się zdezaktualizować. U Qiu Xiaolonga odnalazłam wiele z tego, co opowiadali przewodnicy i co sama widziałam, a przecież byłam w Szanghaju kilkanaście lat później, bo w 2009 roku i na mgnienie oka raptem. Obok kilka zdjęć z tamtej wycieczki.
  



O Wielkim Murze Qiu nie wspomina, ale chyba też już wtedy był :)
Z czystym sumieniem mogę rekomendować Śmierć czerwonej bohaterki wszystkim, którzy zamiast reportażu wolą kryminał, ale przy okazji chcieliby liznąć trochę (prawie) dzisiejszych Chin. Autor zgrabnie wplótł w zwykły kryminał opisy codziennego bytowania oraz pokazał - zupełnie odmienny od naszego - sposób myślenia zarówno jednostki, jak też całego społeczeństwa, nie pomijając przy tym zmian, jakie w nim zachodzą. I dlatego warto sięgnąć po jego książkę nie tylko jako po kryminał, ale przede wszystkim jako po opowieść o współczesnych Chińczykach.




1Str. 252-253

2Str. 14

3Str. 104


4Str. 158-159

piątek, 29 czerwca 2012

Sprawiedliwe wyroki sędziego Baogonga


Anonim z XVI wieku
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2008
227 stron

Na okładce książki wydawca reklamuje Sprawiedliwe wyroki sędziego Baogonga jako zbiór opowiadań należących do tzw. popularnej literatury detektywistyczno-sądowniczej. I choć trudno nie zgodzić się z taką kwalifikacją, to jednak przypuszczam, że fani kryminalnych zagadek niekoniecznie będą usatysfakcjonowani lekturą Sprawiedliwych wyroków. Za to ci, którzy interesują się Chinami, mogą dowiedzieć się z tych opowiadań sporo o dawnych chińskich obyczajach, relacjach społecznych, wierzeniach i ludowym poczuciu sprawiedliwości.

Pierwowzorem dla tytułowego sędziego Baogonga był wysokiej rangi urzędnik cesarski Bao Zheng. Uczciwy i nieprzekupny, nie baczący na społeczny status ofiary i przestępcy, stał się bohaterem ludowych podań i uosobieniem sprawiedliwego sędziego. Żył w czasach dynastii Song, panującej w latach 960-1127, ale przez wieki w ustnych przekazach ulicznych bajarzy jego legenda ewoluowała, obrastała w historie i realia dużo późniejsze, niż współczesne mu. Pod koniec panowania dynastii Ming (1378-1644) anonimowy autor spisał te ustne przekazy w sześćdziesięciu dwóch opowiadaniach, spośród których dwadzieścia ukazało się po polsku, po raz pierwszy w 1960 roku.

Opowiadania skonstruowane są w ten sposób, że na wstępie czytelnik poznaje faktyczny przebieg wydarzeń, sprawcę, jego motywy i sposób dokonania przestępstwa, niekoniecznie ciężkiego, bo oprócz zbrodni (zabójstw, porwań, gwałtów) zdarzają się też pomniejsze występki, a nawet drobne wykroczenia (kradzież gęsi). I gdy lokalny wymiar sprawiedliwości nie może poradzić sobie z wykryciem sprawcy, albo gdy skazany zostaje niewinny człowiek, do akcji wkracza nieomylny sędzia Baogong. Dzięki jego ingerencji prawdziwy złoczyńca zostaje ukarany, ofiara pomszczona, a niesłusznie oskarżony odzyskuje dobre imię.
Metody stosowane przez sędziego Baogonga są niekonwencjonalne i dość kontrowersyjne z naszego punktu widzenia. Na równi z dedukcją posługuje się on podstępem i prowokacją, nie stroni od stosowania tortur, równorzędnie traktuje namacalne twarde dowody i senne objawienia, a nawet - dla wykrycia prawdy i zwyciężenia przeciwnika - udaje się po pomoc w zaświaty. Słuszność ferowanych przez niego wyroków często nie ma wiele wspólnego ani z logiką, ani z solidnym oparciem w poczynionych ustaleniach, których wartość w niczym nie przewyższa wartości dochodzeń przeprowadzonych wcześniej przez lokalnych urzędników. Bo w czymże przyznanie się jednego podejrzanego jest lepsze od przyznania się innego, jeśli jedno i drugie wymuszono torturami? Jednak nie o logikę przecież tutaj chodzi, lecz o zgodność z ludowym poczuciem sprawiedliwości, z potrzebą słuchaczy czy czytelników, aby na koniec opowieści zło zostało wykryte i przykładnie ukarane, a dobro zatriumfowało i z ich wiarą, że prawda leży tam, gdzie dostrzegł ją nieomylny i sprawiedliwy sędzia Baogong.

Wprawdzie dawne chińskie poczucie sprawiedliwości nie zawsze odpowiada współczesnemu czytelnikowi, czasem bywa zaskakujące, a nawet sprzeczne z naszym, ale pamiętajmy, że takie właśnie rozstrzygnięcia satysfakcjonowały dawnych mieszkańców Chin, do których adresowane były owe przypowieści. I dlatego jest to ciekawy element poznawczy dawnego społeczeństwa Państwa Środka. A jeśli dodać do tego opisywaną w opowiadaniach strukturę państwową, obyczaje, stosunki rodzinne i majątkowe, otrzymujemy ciekawy i fascynujący obraz mało znanego i dość egzotycznego dla nas społeczeństwa, obraz, jakiego nie znajdziemy w innych wydanych w Polsce utworach beletrystycznych o tematyce chińskiej. I właśnie dlatego, a nie z powodu sensacyjnej fabuły, warto przeczytać Sprawiedliwe wyroki sędziego Baogonga.

sobota, 12 maja 2012

Nagroda Kapuścińskiego dla Liao Yiwu


Nagrodę Ryszarda Kapuścińskiego dostał w tym roku Liao Yiwu za zbiór reportaży/wywiadów Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, wydanych przez Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, w tłumaczeniu Wen Huanga (z chińskiego na angielski) i Agnieszki Pokojskiej (z angielskiego na polski). Bardzo się cieszę, że jemu właśnie przypadło zwycięstwo, bo te wywiady są naprawdę rewelacyjne, pisałam już o tym tutaj

Zainteresowanie zarówno literaturą chińską, jak i książkami o Chinach zdaje się być ostatnio w Polsce spore, natomiast książka Liao Yiwu – mam wrażenie – jest mało u nas znana i nieszczególnie popularna. Tymczasem bezwzględnie zasługuje na sławę. Nie dość, że zawiera potężny ładunek wiedzy o współczesnych Chinach, to w dodatku czyta się lepiej niż niejedna powieść, A więc zamiast sięgać po - często wątpliwej wartości – fabułę (pseudo)oChinach, naprawdę lepiej w tym czasie przeczytać Prowadzących umarłych. Może teraz, kiedy autor dostał Nagrodę Kapuścińskiego, więcej ludzi o niej usłyszy i ją przeczyta. Absolutnie warto!


PS dla osób z Łodzi i okolic: książka jest do wypożyczenia w BUL-e.

 

sobota, 7 stycznia 2012

Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych

Liao Yiwu
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
374 strony

Ocena 6/6

Bardzo żałuję, że dopiero teraz przeczytałam tę książkę, bo kilka miesięcy temu Liao Yiwu był w Polsce, we Wrzeniu Świata i gdybym wówczas była już po lekturze jego reportaży, pewnie pojechałabym na spotkanie z czytelnikami. Książka jest rewelacyjna, a jej autor wydaje się bardzo interesującą osobą.

Liao Yiwu jeszcze do niedawna mieszkał w Chinach. W latach osiemdziesiątych był jednym z najpopularniejszych młodych chińskich poetów, później jego twórczość uznana została za antykomunistyczną, a gdy po wydarzeniach na placu Tian'anmen stworzył poemat Masakra, wtrącono go na cztery lata do więzienia. Po wyjściu na wolność nie mógł wrócić już do dawnego życia, nie miał już rodziny, przyjaciół ani meldunku w mieście (co było równoznaczne z brakiem pracy). Został ulicznym grajkiem, ale nadal tworzył poezję i nie tylko. Wtedy właśnie zaczęły powstawać wywiady z ludźmi z najniższych warstw społecznych. Autor nie spisywał ich oczywiście metodą tradycyjną, czyli nagrywając i notując, tak się po prostu nie dało. Wielogodzinne rozmowy, rozłożone czasem na kilka spotkań, Liao zapamiętywał, by potem zredagować je własnymi słowami, nadając przy tym literacką formę. Zbiór wydany został pierwotnie na Tajwanie. Przetłumaczona na angielski i dalej na inne języki (zgodnie z decyzją autora, aby do tłumaczeń korzystać z przekładu angielskiego, dostosowanego do odbioru przez czytelnika z zachodu) książka przyniosła Liao Yiwu wiele prestiżowych nagród. W Chinach jest zakazana, a jej autor był represjonowany zarówno za twórczość, jak i za kontakty z Zachodem. W 2011 przedostał się przez Wietnam i Polskę do Berlina, gdzie obecnie mieszka.

Prowadzący umarłych to zbiór 28 wywiadów przeprowadzonych z rozmaitymi ludźmi z najniższych szczebli chińskiej drabiny społecznej.
Ci ludzie to kanciarze i leserzy, wyrzutki społeczne i uliczni grajkowie, renegaci i kaleki, specjaliści od ludzkich odchodów i spece od niszczenia innych, artyści i szamani, oszuści, nawet kanibale – a każdy z nich mówi o swoim kraju uczciwiej niż oficjalne sprawozdania z życia w Chinach, które państwo wydaje w imieniu „ludu”.”1
Nie wszyscy bohaterowie wywiadów, to margines społeczny, ale łączy ich na pewno to, że w ogólnym rozrachunku ich życie okazało się przegrane. Jedni już z racji urodzenia skazani byli na ciężką dolę, inni mieli szansę na sukces w komunistycznej hierarchii, kroczyli jedyną słuszną ścieżką wytyczoną przez partię, ale świadomie lub zrządzeniem losu skręcili z tej drogi, niszcząc przyszłość swoją, a czasami całej rodziny. Ich losy uświadamiają, jak niepewna jest przyszłość, zwłaszcza w świecie targanym dziejowymi zawieruchami, i jak niewiele trzeba, żeby koło fortuny obróciło się o 180 stopni. Ale to tak na marginesie, bo nie to jest w końcu najważniejsze w Prowadzącym umarłych.
Pekin
Szanghaj
i po drodze między nimi
Tym, co stanowi o wartości książki Liao Yiwu, jest ukazanie niedawnej burzliwej historii i współczesności Chin przez pryzmat pojedynczych, indywidualnych ludzkich losów. Poznajemy historie tak różnych ludzi, jak to tylko możliwe. Wśród rozmówców autora jest handlarz ludźmi i wyznawczyni z sekty Falun Gong, są rodzice studenta zabitego w czasie tępienia prodemokratycznych demonstracji w Pekinie w 1989 roku i jest chłopski cesarz, prawicowiec, właściciel ziemski i kierownik komitetu sąsiedzkiego, uliczny śpiewak i chłop okrzyknięty niesłusznie hieną cmentarną, i wielu, wielu innych. Wspominają, co im się przydarzyło, jak doszło do tego, że znaleźli się w życiowym punkcie, w którym spotkał ich Liao. Dzięki nim powszechnie znane wydarzenia historyczne stają się czytelnikowi bliższe, przystępniejsze, jak zawsze, gdy zamiast o anonimowej masie mowa jest o konkretnych osobach, mających imiona i uczucia. A Liao Yiwu pozwala im mówić to, co chcą, z lekka tylko pilnując, żeby opowieści nie odbiegły zbytnio od głównego nurtu w poboczne dywagacje. W tych wywiadach do głosu dochodzą ludzie, którym komunistyczne władze nie tylko nie pozwalają mówić, ale nawet wolałyby nie pamiętać i nie wiedzieć, że i tacy w chińskim społeczeństwie istnieją.

 Wszystkie zawarte w zbiorze wywiady są interesujące, wciągające, niesamowite po prostu. Odsłaniają przed zachodnim czytelnikiem nieznany, czasami nieakceptowalny świat odmiennych obyczajów, zaskakujących wyborów, niepojętego zaślepienia maoistowską ideą.
Najwięcej dały mi jednak te, w których losy bohaterów silniej splatały się z wydarzeniami politycznymi i kultem Mao. Od kiedy zaczęłam interesować się niedawną przeszłością Chin, czułam pewien niedosyt, brakowało mi tego, co znalazłam teraz w historiach rozmówców Liao Yiwu, czyli co czuli i jak myśleli zwykli ludzie wtedy, gdy w ich kraju działy się te wszystkie straszne rzeczy. Czy rozumieli nonsensowność Wielkiego Skoku Naprzód, gdzie upatrywali prawdziwe przyczyny wielkiego głodu i jak mogli dopuścić do koszmaru rewolucji kulturalnej. Jaki udział mieli we wprowadzeniu przez Mao i utrzymywaniu całe lata rządów totalitarnych, bo przecież nie jest to możliwe z dnia na dzień i bez poparcia szerokich mas społecznych.
I w Prowadzącym umarłych znalazłam przynajmniej częściowo odpowiedź. Oni naprawdę wierzyli, że postępują dobrze i słusznie. Niektórzy przejrzeli na oczy, gdy represje, które stosowali wobec „kontrrewolucjonistów”, obróciły się raptem przeciw nim samym i okrzyknięto ich prawicowcami i wrogami rewolucji, inni wierzyli nadal w słuszność idei Mao w myśl zasady, ze system jest słuszny, tylko ludzie zawiedli,. Jeszcze inni nigdy nie przyznali, że są sprawcami cudzych krzywd, opowiadając bezosobowo o katach z czasów rewolucji kulturalnej, jakby ich udział w polowaniach na intelektualistów i w niszczeniu całego kulturalnego dorobku narodu był usprawiedliwiony i rozgrzeszony, bo przecież nie działali sami, tylko w tłumie, w grupie.
plac Tian'anmen
Prowadzący umarłych to książka, którą powinien poznać każdy, kto interesuje się współczesnymi Chinami, a już na pewno ten, kogo ciekawi codzienne życie prostych ludzi w kraju zupełnie odmiennym od naszego. To kopalnia informacji na temat chińskich obyczajów, mentalności, sposobu myślenia, a jednocześnie wstrząsające świadectwo, co totalitarny ustrój potrafi zrobić z człowiekiem, jak może go zniszczyć, jak upodlić. To wiedza, której nie zdobędziecie w żaden inny sposób, nawet będąc w tym kraju.

Obecnie Chiny otworzyły się trochę na świat, ale daleko im jeszcze do prawdziwej demokracji i poszanowania praw człowieka. Dorównywanie standardom zachodnim najlepiej idzie im w dziedzinie rozwarstwienia sytuacji majątkowej społeczeństwa, co jest o tyle kuriozalne, że kraj nadal jest podobno komunistyczny, a wiara w Mao ciągle żywa. Byłam w Chinach trzy lata temu na wycieczce, pierwszej na Daleki Wschód (zdjęcia w tym poście i w recenzji nt. Cesarzowej pochodzą z tej podróży). Nawet w Pekinie na każdym kroku widać różnice w statusie materialnym mieszkańców, a co dopiero w prowincjonalnych mieścinach (czyli takich 4-milionowych :) ).
Szklane drapacze chmur sąsiadują z garażami, w których Chińczycy mają warsztaciki i sklepiki, będące jednocześnie ich mieszkaniami. W Szanghaju z głównej handlowej ulicy z firmowymi sklepami, w których na nic nie było mnie stać (za to młodych i modnych Chińczyków owszem tak), wystarczyło skręcić w bok albo w bramę, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, właśnie wśród takich małych rodzinnych biznesików, gdzie na sznurkach nad wejściem suszyło się pranie i wietrzyła pościel. Już sam strój przechodniów mijanych na ulicach świadczył, że nie wszyscy równo konsumują finansowy sukces chińskiej gospodarki. Niezapomnianych wrażeń w kwestii różnic majątkowych chińskich obywateli dostarczyła też podróż koleją, już samo dojście na dworzec odbyło się przez szpaler w tłumie koczującym przed dworcem, bo ich do środka wpuszczano kilka minut przed odjazdem pociągu; wybrańcy finansowego losu (w tym nasza wycieczka) dostali w poczekalni oddzielny przestronny pokój z wyściełanymi fotelami i telewizorem. Później mijaliśmy pociągi szczelnie wypchane podróżnymi, jak puszki sardynkami. My podróżowaliśmy kuszetkami, a z nami zamożni członkowie społeczeństwa, które ponad pięćdziesiąt lat wykrwawiało się w imię tego, aby wszyscy jego obywatele byli równi. Z równości nic nie wyszło, ale powszechna inwigilacja wybroniła się chyba przed przemianami. Cudzoziemcy nadal nie mogą jeździć po Chinach, gdzie chcą, samochodów prowadzić im nie wolno, a wycieczki poruszają się po trasach ustalonych przez chińskie biura podróży, albo wcale. Z reportaży Liao Yiwu wynika, ze nadal obowiązuje meldunek i bez niego nie ma ani legalnej pracy, ani szkoły dla dzieci, ani ubezpieczenia.
ćwiczenia tai chi w miejskim  parku
Jednak ludzie wydali mi się nadzwyczaj przyjaźni, otwarci i uprzejmi, zupełnie inni, niż ci, których opisał Ryszard Kapuściński w Podróżach z Herodotem, z nieprzeniknionymi twarzami przemykających ukradkiem ulicami i schodzących z drogi cudzoziemcowi. Teraz ludzie sami nas zaczepiali, robili zdjęcia, jedni ukradkiem, inni bardziej śmiali prosili o pozowanie (też robiłam za zakopiańskiego miśka, a mój mąż i dwóch innych równie dużych i postawnych panów non stop byli ustawiani do zdjęcia z młodymi Chinkami). Wszędzie, gdzie się znaleźliśmy, przyjmowano nas z uśmiechem i życzliwie, i mimo bariery językowej wszyscy starali się być pomocni. Ale o tym, co w kraju jest złe, co wymaga zmian, nikt nie mówił. I wcale niekoniecznie dlatego, że się bali, myślę, że po prostu nie chcieli narzekać na swoją ojczyznę, niezależnie od tego, jaka jest. To bardzo dumny naród i naprawdę chce jak najlepiej zaprezentować się przed obcymi.

Myślę, że obcokrajowiec nie zdobyłby ani jednego takiego wywiadu, z jakich składa się zbiór Liao Yiwu. I tym bardziej wartościowa i godna polecenia wydaje i się jego książka. Przeczytajcie koniecznie.

1Ze wstępu tłumacza na angielski Wena Huanga – s. 9.

środa, 15 czerwca 2011

Dzikie łabędzie (Trzy córy Chin)

Jung Chang
Wydawnictwo PRIMA, Warszawa 1995
479 stron

Ocena 5/6

Okładka jest z innego wydania, niż to, które czytałam, a podtytuł w nawiasie, bo w moim wydaniu go nie było. Dodatek jest o tyle celny, że książka opowiada o losach trzech pokoleń kobiet: babki, matki i przede wszystkim samej autorki. Tytuł wiąże się z jej pierwotnym imieniem Erhong – Drugi Dziki Łabędź, brzmiące po chińsku tak samo, jak „zblakła czerwień”, co było powodem, że na początku Rewolucji Kulturalnej musiała je zmienić.

Jung Cheng dorastała w Chinach, jej dzieciństwo i młodość upłynęły pod rządami Przewodniczącego Mao. W oparciu o własne wspomnienia i opowieści swojej matki wiele lat po wyjeździe na Zachód opisała w Dzikich łabędziach losy własnej rodziny. A że losy te przypadały na okres wojennych i rewolucyjnych zawieruch, które przetoczyły się przez dwudziestowieczne Chiny, oprócz rodzinnej sagi mamy obszerny opis życia codziennego, tak szczegółowy, jakiego dotąd nie miałam okazji poznać. W kilku powieściach i zbiorach opowiadań, jakie czytałam, przewijały się obrazy chińskiej codzienności, ale tu natrafiłam na relację naocznego świadka, dokładną i wiarygodną (przynajmniej co do tego, jak się wtedy żyło, ale o tym później).

Historia rodzinna opowiadana jest chronologicznie. Zaczyna się od dzieciństwa babci, która urodziła się w tradycyjnej chińskiej rodzinie w czasach, gdy ojciec sprawował władzę absolutną, a dziewczynkom krępowano stopy, bo bez tego nie miały szans na zamążpójście. Babci autorki skrępowano stopy, ale za mąż i tak nie wyszła, przynajmniej nie od razu. Najpierw została jedną z licznych konkubin cesarskiego generała, dopiero po jego śmierci poślubiła starego doktora Xia. Ten okres rodzinnej historii stał się okazją do opowiedzenia o zwyczajach i zasadach obowiązujących w czasach, gdy stare tradycje były jeszcze silne. 
 
Matka autorki miała w młodości już znacznie więcej swobody niż babcia. Zachwycona komunistycznymi ideałami równości wszystkich ludzi, również kobiet, przyłączyła się do ruchu, który szybko ogarniał cały kraj. Zakochana w fanatycznym komuniście, pozostała jego żoną, mimo że wielokrotnie i często w okrutny w naszym rozumieniu sposób okazał, że w jego hierarchii wartości rodzina stoi daleko za partią. Z biegiem lat oboje doszli do wysokich urzędów partyjnych i państwowych, budując maoistowskie Chiny i wdrażając w życie kolejne pomysły Przewodniczącego, doprowadzające i tak już zniszczony wojną kraj do jeszcze większej ruiny. Jednym z takich pomysłów był Wielki Skok, który doprowadził do głodu, w wyniku którego zmarły miliony ludzi. Budowie komunizmu towarzyszyły nawracające co kilka lat polowania na wrogów ludu i rewolucji, mające wyeliminować i napiętnować zwolenników Kuomintangu (w książce Guomintang). W praktyce każdy mógł paść ofiarą takich prześladowań, w okresie Rewolucji Kulturalnej nie ominęły też rodziców autorki, którzy jako „uczniowie kapitalizmu” poddani byli licznym akcjom demaskacyjnym, a w końcu zostali aresztowani i zesłani do obozów pracy.

Dzieciństwo Jung upływało spokojnie i szczęśliwie pomimo ciągłej nieobecności rodziców, którzy nad rodzinę przedkładali pracę dla rewolucji. Jako córka jednego z najwyższych urzędników w prowincji Sichuan żyła w dostatku nawet w latach wielkiego głodu. Poddana od najmłodszych lat maoistowskiej indoktrynacji rosła w poczuciu uwielbienia dla Mao i w wierze w jego dobroć. Nawet w okresie prześladowań, jakie od 1965 roku spadły na jej rodziców, a wraz z nimi na całą rodzinę, nie straciła tej wiary, pozostając w przekonaniu, że winę za wszelkie wyrządzane niegodziwości ponoszą ludzie z otoczenia Przewodniczącego, a nie on sam. Długo trwał proces dochodzenia do prawdy, bo trudno jej było uwierzyć, że za całym złem, jakie spotkało jej kraj, stoi człowiek, którego, jak sama pisze, uważała za Boga. I nie tylko ona. Propaganda i indoktrynacja doprowadziły całe społeczeństwo do całkowitego ogłupienia, w jakie trudno po prostu uwierzyć. 
 
Jung Chang wiele miejsca poświęca w książce losom własnej rodziny i te fragmenty brzmiały mi czasem fałszywie. Myślę, że autorka nie uniknęła pokusy wybielania swoich bliskich, których zawsze przedstawiała jako ludzi dobrych i szlachetnych. W ogóle osoby ukazane w jej książce są albo czarne albo białe (nieważne, jak byłyby czerwone). Z dystansem podchodzę też do jej ocen w sprawie kluczowych wydarzeń i postaci historycznych. Ponadto początkowo denerwował mnie styl, w jakim napisana jest książka, jakiś taki oficjalny, sztywny, ale albo zmienił się wraz z kolejnymi rozdziałami, albo przywykłam przez te prawie 500 stron (napisanych zwarcie, prawie bez dialogów). 
 
Natomiast fascynujące było dla mnie to, że autorka dokładnie, w najdrobniejszych szczegółach opowiada, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Trochę o starych zwyczajach panujących za czasów młodości babki: o żonach i konkubinach bogatych Chińczyków i o codzienności biedaków, o życiu pod okupacją japońską. Więcej o okresie walk z Guomintangiem, budowy państwa komunistycznego i obalania starych tradycji. Najdokładniej opisuje jednak czasy, które sama pamięta, przenosząc czytelnika w rzeczywistość tak nonsensowną, że trudno pogodzić się z tym, iż działa się naprawdę. Ludzie dobrowolnie rezygnowali z osobistego szczęścia i rodziny w imię utopijnych idei. Dzieci oddawali do tygodniowych przedszkoli, bo nie mieli czasu zajmować się nimi pochłonięci realizowaniem zadań, jakie wyznaczyła partia, nie gotowali w domach – partia tego zabroniła, ciągle obserwowali i byli obserwowani – trzymanie się na uboczu było źle widziane, poddawali się nieustannej publicznej samokrytyce – bo to, co jednego dnia było słuszne, następnego okazywało się błędem. Cały ten okres, to z naszego punktu widzenia jeden wielki koszmar, ale szczyt absurdu społeczeństwo osiągnęło w początkowym okresie Rewolucji Kulturalnej. 
 
Wielokrotnie podczas lektury zastanawiałam się, co ci ludzie sobie zrobili. To oni sami bezkrytycznym angażowaniem się w realizację kolejnych wielkich zadań wyznaczanych przez Mao przyczynili się do tego, że przyszło im żyć w takich warunkach i tyle wycierpieć. Całe społeczeństwo na to pracowało. Zaczynało się niewinnie, od pełnego dobrych chęci, choć nieudolnego wdrażania idei wolności i równości wszystkich ludzi, a przerodziło się w karykaturę i obłęd. Paradoksalnie to te właśnie fragmenty książki, w których Jung Chang opisuje całą ową nielogiczną i nie do przyjęcia codzienność, są najbardziej wiarygodne. I dla tych opisów gorąco Wam polecam Dzikie łabędzie.

piątek, 4 marca 2011

Cztery życia wierzby

Shan Sa
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A., Warszawa 2004
176 stron

Ocena 6/6

Zamierzałam czytać książkę Tochmana o wojnie w Rwandzie, ale potrzebowałam jakiegoś przerywnika między wojnami (dopiero co skończyłam Taniec w ruinach o Czeczenii). Wzięłam na chwilę Cztery życia wierzby, cienki zbiorek opowiadań mieszkającej w Paryżu Chinki, dość znanej jako autorka Dziewczyny grającej w go i Cesarzowej, choć ja jeszcze nic tej autorki nie czytałam, więc wybór był całkiem przypadkowy. Ale okazał się wyjątkowo celny.

Zbiór składa się z czterech opowiadań. Cztery piękne baśniowe historie napisane poetycką prozą. Każda z historii dzieje się w innych czasach, innych sprawach, różnych ludziach, ale łączy je motyw wierzby: czasem jest to drzewo, kiedy indziej imię dziewczyny, wianek z wierzbowych witek.

Shan Sa prowadzi czytelnika od XV wiecznych cesarskich Chin, w których rozgrywa się akcja pierwszego opowiadania, poprzez przełom XIX i XX wieku, kiedy to upadła ostatnia cesarska dynastia Qing, przez czasy rewolucji kulturalnej aż do współczesności. W pierwszym opowiadaniu obserwujemy życie syna bogatego kupca, który po zubożeniu rodziny sam dochodzi do najwyższych godności na cesarskim dworze, lecz traci coś, co mogło dać mu prawdziwe szczęście. W następnym - przewrotny los dwojga bliźniaków, urodzonych w tradycyjnej chińskiej rodzinie, gdzie dziewczynkom krępowało się nogi, a ojciec był panem życia i śmierci wszystkich domowników. Kolejne opowiadanie prowadzi nas w świat młodych maoistowskich idealistów, którzy uwierzyli, że w imię rewolucji i wierności Mao Zedongowi warto wyrzec się dotychczasowej hierarchii wartości, wyprzeć własnych rodzin i za swoje ideały płacą bardzo wysoką cenę. I wreszcie ostatnie, króciutkie, ale wg mnie spinające wszystkie poprzednie i podkreślające ich wymowę, opowiadanie o chińskiej kobiecie sukcesu.

Wierzba jest w Chinach symbolem śmierci i odrodzenia. I tym symbolem jest też w opowiadaniach Shan Sy. Jej bohaterowie przeżywają swoje życie w czasach i okolicznościach, których nie wybierają. Marzą, a te marzenia często się wykluczają. Idąc jedną drogą, muszą zrezygnować z innej, a wybierając popełniają nieodwracalne błędy. Żałują tego, z czego zrezygnowali, zwłaszcza, że
„Marzenie spełnione to marzenie, którego już nie ma.”1,
a zostaje to drugie, już nieosiągalne. Ale nadzieja żyje dłużej, niż oni. Bo ich istnienie nie kończy się na jednym życiu, a gdy się odrodzą, dostaną kolejną szansę na spełnienie. I o tym, o nigdy nie umierającej nadziei, są dla mnie Cztery życia wierzby.

1Str. 26.

środa, 8 grudnia 2010

Cesarzowa


Pearl S. Buck
Bellona, Warszawa 2005
575 stron

Ocena 4,5/6

Powieść Cesarzowa napisana została w 1956 roku, czyli prawie dwadzieścia lat po otrzymaniu przez Pearl S. Buck nagrody Nobla. Bohaterka powieści jest postacią historyczną, żyła w latach 1835 - 1908 i w praktyce władała Chinami od 1861 roku aż do swej śmierci. Książka nie jest biografią cesarzowej, ale została mocno osadzona w realiach epoki i napisana z uwzględnieniem wydarzeń i faktów historycznych. Pearl S. Buck przedstawiła nam cesarzową tak, jak ją sobie wyobrażała, dała jej wymyślone przez siebie cechy, myśli, uczucia, ale można przypuszczać, że stworzyła obraz bliski rzeczywistemu, bo nie pisała przecież o sprawach jej obcych. Autorka wychowywała się bowiem w Chinach w czasie, gdy rządziła nimi jeszcze Tz'u Si i zapewne wiele słyszała o swojej bohaterce.
zdjęcie 1

zdjęcie 2
Uwaga! Poniżej dość dokładnie streszczam powieść, bowiem historia Cesarzowej Orchidei to losy postaci historycznej, uważam więc, że nie ujawniam tu żadnej tajemnicy, jeśli jednak ktoś zamierza przeczytać tę książkę, a nie wie nic o Ts'u Si, niech lepiej ograniczy się do krótszej wersji streszczenia, umieszczonej na blogu Projekt Nobliści.

Cesarzowa pochodziła z rodziny mandżurskiej, poznajemy ją, gdy jako piękna i pełna wdzięku siedemnastolatka mieszka w domu wuja, dokąd wraz z matką i młodszym rodzeństwem trafiła po śmierci ojca. Mając perspektywę wyjścia za mąż za kuzyna wybiera inny los. Przyjmuje imię Jehonala, które jest jednocześnie nazwiskiem jej mandżurskiego rodu. Dokłada starań, aby zostać wybraną na jedną z konkubin cesarza i osiąga cel. 
zdjęcie 3
To jednak dopiero początek, bo jako onkubina mogła umrzeć w zapomnieniu, nigdy nawet nie wezwana przez cesarza. Zaskarbia sobie przychylność cesarskiej matki i eunuchów, trzęsących Zakazanym Miastem. W dniu, w którym ją wybrano na konkubinę, jej kuzynka Sakota wybrana zostaje na cesarską małżonkę. Sakota nie przypada jednak do gustu cesarzowi, a gdy zachodzi w ciążę, cesarz odsuwa ja od siebie. Tymczasem zabiegi Jehonali przynoszą skutek i zajmuje miejsce Sakoty w cesarskim łożu. Cesarz nie jest jednak mężczyzną, o jakim może marzyć młoda dziewczyna. Zepsuty i rozpuszczony przez dwór, a jednocześnie odstręczający fizycznie i schorowany, zamiast miłości i pożądania, wzbudza w dziewczynie wstręt. Jest jednak za późno, aby się wycofać - kobieta, która raz weszła do Zakazanego Miasta, już nie może go opuścić. 
zdjęcie 4
Pozostaje więc konkubiną, a zarazem faworytą cesarza. Gdy rodzi następcę tronu, jedynego syna cesarza, zostaje wyniesiona do rangi równej cesarskiej małżonce i otrzymuje imię Tz'u Si, zostaje Cesarzową Zachodniego Pałacu. Jej wpływ na cesarza jest tak duży, że staje się jego doradczynią w sprawach państwowych. A sprawy te nie stoją najlepiej, dynastia jest słaba, kolejne wojny opiumowe osłabiają ją jeszcze bardziej. Tz'u Si jest zagorzałą przeciwniczką ustępstw i wpuszczania „barbarzyńców” do kraju. Za jej namową cesarz, zamiast układać się z cudzoziemcami, podejmuje walkę. Trzecia wojna opiumowa kończy się dla niego sromotną klęską, dwór musi uciekać z Pekinu, do którego zbliżają się sprzymierzone wojska europejskich mocarstw, paląc i niszcząc wszystko po drodze. Tz'u Si szczególnie dotkliwie odczuwa zniszczenie Pałacu Letniego, który sobie upodobała. 

Cesarz umiera poza Pekinem, w Zimowym Pałacu, o władzę po nim walczą dwie przeciwstawne frakcje, zwycięża Tz'u Si i jej sprzymierzeńcy. Cesarzowa Matka (taki tytuł teraz jej przysługuje jako matce następcy tronu) wspólnie z Cesarzową Wdową Sakotą obejmują regencję w imieniu pięcioletniego następcy tronu, ale faktyczną władzę sprawuje wyłącznie Tz'u Si. Rozprawia się krwawo w konkurentami do schedy po cesarzu, ale dla ratowania Smoczego Tronu i ciągłości dynastii Qing podpisuje upokarzający traktat z cudzoziemcami. Chiny zmuszone są do daleko idących ustępstw wobec cudzoziemców, pozwolić im na osiedlanie się na swoim terytorium, na handel, na szerzenie chrześcijaństwa.
Wojna z Anglią i Francją zostaje zażegnana, ale w kraju trwa nadal powstanie tajpingów. Gdy wreszcie z pomocą europejskich dowódców powstanie zostaje stłumione, wybucha wojna z Japończykami, zakończona kolejnym niekorzystnym dla Chin traktatem. Nastają lata względnego pokoju, ale konieczność tolerowania cudzoziemców na terytorium Chin jest dla konserwatywnej cesarzowej bardzo dotkliwa. Niechętna jakimkolwiek zmianom nadchodzącym z Zachodu, zarówno obyczajowym, jak i technicznym, Tz'u Si latami prowadzi politykę przeciwną kontaktom dyplomatycznym z Europą i otwarciu cesarstwa na świat.
 Po objęciu tronu przez syna Tz'u Si domaga się od niego podporządkowania i realizowania wytyczonej przez nią linii postępowania. Postanawia odbudować Letni Pałac, idą na to ogromne pieniądze, które były przeznaczone na rozbudowę armii, przede wszystkim floty, co w przyszłości okaże się zgubne dla Chin. Próby usamodzielnienia się cesarza i prowadzenia polityki odmiennej od przekonań matki nie udają się, cesarz krótko po objęciu tronu umiera na czarną ospę. Po jego przedwczesnej śmierci Tz'u Si osadza na tronie swojego siostrzeńca i znów ona i Sakota zostają regentkami. Po dojściu siostrzeńca do pełnoletności formalnie oddaje mu władzę, lecz niezadowolona z jego otwarcia na Europę, z jego skłonności do wprowadzania cudzoziemskich nowinek i wynalazków, z pomocą wiernych jej dworzan i eunuchów dokonuje przewrotu pałacowego, w efekcie czego siostrzeniec, choć formalnie nadal cesarz, staje się jej więźniem. Od tego czasu aż do śmierci rządzi już niepodzielnie.
Potajemnie popiera Pod koniec XIX wieku w Chinach wybuchło powstanie bokserów, wymierzone przeciw osiadłym cudzoziemcom i chińskim chrześcijanom. Cesarzowa potajemnie popiera rebeliantów, pochwala na krwawe rzezie, dokonywane na cudzoziemcach i chrześcijanach. Znów musi jednak uciekać z Pekinu, ogarniętego wojenną zawieruchą, aby ratować życie i tron.
Po stłumieniu powstania przez cudzoziemskie wojska, wyparłszy się poparcia dla bokserów, zmienia swoją politykę wobec zachodnich mocarstw i nawiązuje stosunki dyplomatyczne z zagranicznymi przedstawicielstwami, co umożliwia jej powrót na pekiński tron. Zaczyna reformować kraj. Wydaje się, że otworzyła się na świat, nie wiadomo jednak, czy była to zmiana przekonań, czy postawa wymuszona sytuacją polityczną.
Z powieści wyłania się obraz kobiety bezwzględnej i okrutnej, ale sprawiedliwej i wyznającej tradycyjne wartości, żądnej władzy nie dla siebie i samego rządzenia, ale dla utrzymania dynastii mandżurskiej, ocalenia Tronu Smoka. Autorka pokazuje nam kobietę, która sięgnęła po najwyższe cesarskie zaszczyty, ale zapłaciła za to bardzo wysoką cenę, wyższą, niż musiałby zapłacić jakikolwiek mężczyzna na jej miejscu. Dla spełnienia swoich marzeń o potędze zrezygnowała z prawdziwej i jedynej miłości, czuła się samotna, nie ufała nikomu, miała chwile zwątpienia i poczucie przegranego życia. To jednocześnie kobieta kochająca piękno, obdarzona wieloma talentami, kochana przez swój lud. Trudno mi ocenić, na ile prawdziwy jest taki obraz. Jestem przekonana, że cesarzowa musiała być kobietą silną i bezwzględną, aby w męskim świecie osiągnąć tak wysoką pozycję. Podejrzewam jednak, że tę drugą, łagodną stronę jej natury autorka stworzyła pod wpływem wychowania w rodzinie misjonarzy i czasów, w jakich żyła, że nie potrafiła lub nie chciała uczynić ze swej bohaterki kobiety całkowicie pozbawionej dobroci, władczej i stanowczej, nie potrzebującej oparcia w żadnym mężczyźnie. W powieści pojawiają się też wątki, które są może wyłącznie literacką fikcją, choć niewykluczone, że zostały oparte na plotkach, które mogły przetrwać do czasów, gdy wychowywana w Chinach Pearl Buck miała możność zetknąć się z nimi i wykorzystać je w swojej książce.
Jednakże nawet przy wątpliwościach co do prawdziwości niektórych opisanych w książce wydarzeń uważam, że możemy dzięki niej poznać dziewiętnastowieczną historię Chin, spojrzeć na tamte czasy i na Europę oczami spadkobierców prastarej kultury, dumnych z dokonań swoich przodków i wiernych ich tradycji i pamięci, ludzi, dla których inne narody były po prostu barbarzyńcami, nie mającymi do zaoferowania nic wartościowego. Możemy zobaczyć, jak przez konserwatyzm władców i zamknięcie na zmieniającą się rzeczywistość upada potęga budowana przez tysiąclecia, bo rządzący Chinami nie chcieli uznać, że świat jest szerszy niż niebo nad ich cesarstwem, a gdy to wreszcie zrozumieli, było już za późno. I choć chwilami powieść mi się dłużyła, wydawała się przeciągana, a niektóre szczegóły uważałam za zbędne, to jednak jest ona jak najbardziej warta przeczytania i polecenia innym.


Zdjęcia 1 i 4 są z Zakazanego Miasta, pozostałe - z Pałacu Letniego



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...