środa, 29 sierpnia 2012

Zatoka śpiewających traw

Stanisława Fleszarowa-Muskat
Wydawnictwo OSKAR, Gdańsk 2002
240 stron

Miewam czasami ochotę na lekką, niezobowiązującą lekturę i w takich chwilach trafiam zazwyczaj na książki, które okazują się niewypałem. Dobrze jeszcze, gdy po skończeniu pozostaje mi tylko wrażenie straconego czasu, a nie niesmak z powodu niewiarygodnych bzdur, jakie zdarza się wypisywać autorom tego typu literatury. Obiecuję sobie wtedy, że nigdy więcej i dotrzymuję obietnicy … do następnego razu, gdy znów nachodzi mnie ochota na coś odprężającego. 
 
Fleszarowej-Muskat wcześniej nie czytywałam, ale zachęcona niezłymi recenzjami jej książek na kilku blogach i portalach, postanowiłam spróbować, choć wiadomo, że to, co bardzo podobało się innym, niekoniecznie spodoba się i nam; wierząc w mnogość dobrych opinii nacięłam się już na Nurowskiej. Ale tym razem miałam szczęście i Zatoka śpiewających traw okazała się przyjemnym czytadłem na zupełnie przyzwoitym poziomie, a może nawet więcej niż przyzwoitym, jeśli odnieść ją do tego, na co zazwyczaj trafiałam, wybierając spośród obecnie tworzonych powieści.

Zatoka śpiewających traw napisana została bodajże w 1967, a jej akcja toczy się współcześnie do czasów, w których powstała, czyli w epoce gomułkowskiej. Dorota, świeżo upieczona absolwentka chemii spożywczej, jest współautorką polskiej technologii pozyskiwania agar-agaru z wodorostów, kupowanego dotychczas za dewizy. Poznajemy ją, gdy w nienazwanym miasteczku nad zatoką rozpoczyna pracę nad eksperymentalną produkcją tego specyfiku. Laboratorium (jak szumnie pracownicy nazywają budynek po starej wędzarni) trzeba organizować od podstaw. Od początku pojawiają się więc kłopoty z rozruchem laboratorium, ze zorganizowaniem pracy, znalezieniem odpowiednich ludzi w obcym dla dziewczyny z wielkiego miasta środowisku, a później – ze zbytem dla nie sprawdzonego jeszcze na polskim rynku surowca. 
Ale problemy te nie są oczywiście i na szczęście jedynymi, o których traktuje powieść. Jest też tajemnica sięgająca korzeniami do czasów okupacji, rodzący się trudny romans w dość romantycznej i nie oklepanej scenerii, a przede wszystkim ciekawie ukazane życie marynarzy i ich rodzin, towarzysząca im nieustannie tęsknota, lęk, niepokój o los bliskich podczas rozstań trwających o wiele dłużej niż bycie razem. 
Dorota, córka kapitana żeglugi dalekomorskiej, doskonale wie, jak wygląda życie rodzinne kobiet, które związały się z marynarzami i obiecuje sobie, że na męża wybierze raczej szewca niż człowieka żyjącego z morza. Wydaje się więc, że poznany w miasteczku kapitan trawlera-przetwórni nie ma u niej żadnych szans, niezależnie od całego swojego osobistego uroku i okazywanego jej oddania. A może i tym razem będzie tak, jak było od wieków, gdy
Na tych, którzy wracali z morza, przewiani wiatrem, przemoczeni i zziębnięci, czekało ciepło. Czekało ciepło i miłość.”1
Zatoka śpiewających traw nie jest może (a nawet na pewno) żadną wybitną powieścią, nie jest też wolna od wad. Przy fragmentach opisujących borykanie się głównej bohaterki z piętrzącymi się przed nią trudnościami zawodowymi miałam uczucie, że książka ociera się o charakterystyczne dla czasów, w których powstała, produkcyjniaki. 
Wrażenie to blaknie jednak wobec zalet powieści, zwłaszcza pokazania i poważnego potraktowania więzi rodzinnych i uczuciowych w rodzinach marynarzy, ale także sympatycznie poprowadzonego wątku miłosnego z udziałem głównej bohaterki (współczesne powieści odzwyczaiły mnie od tego, że można pisać o miłości bez „momentów”). 
Ogólnie więc odczucia po tej lekturze mam nader pozytywne, być może za przyczyną pewnej świeżości w zestawieniu z monotonią fabuł tych wszystkich czytadłowych nowości (które – przyznaję – znam przeważnie z opisów, ale które wydają mi się jednakowe), może dzięki solidnemu warsztatowi pisarskiemu autorki, a może po prostu ze względu na to, że akcja rozgrywa się stosunkowo dawno, przez co nie dostrzegałam naiwności fabuły i przyjmowałam za dobrą monetę to, co drażniłoby mnie, gdyby historia ta działa się współcześnie.
Ważne, że czytało się tę książkę naprawdę przyjemnie. I na przyszłość, gdy znów przyjdzie czas na romansowe czytadło, to zamiast eksperymentować z wydawniczymi nowościami, sięgnę po kolejną książkę Fleszarowej-Muskat. 
 
1s. 240.

9 komentarzy:

  1. Też co jakiś czas sięgam po coś "odprężającego", co w rezultacie kosztuje mnie więcej nerwów i wysiłku niż zwykła lektura, po czym obiecuję sobie, że nigdy więcej ;) Fleszarowej-Muskat nigdy nie czytałam, ale nawet mam coś na półce, więc kiedy następnym razem najdzie mnie ochota na coś łatwego i przyjemnego, skorzystam z Twojej rekomendacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z blogów wynika, że inni też wielokrotnie już rozczarowali się "lekką" lekturą, a mimo to znów po nią sięgają. Ale to oczywiście żadna pociecha.
      Mam nadzieję, że Fleszarową-Muskat się nie rozczarujesz, a przynajmniej nie tak bardzo, jak innymi, bo dopiero byłoby mi głupio :)

      Usuń
    2. Też mam taką nadzieję :) Chociaż po ostatnim czytadle mam wciąż taki niesmak, że jeszcze się trochę wstrzymam.

      Usuń
  2. Podobnie, jak książkozaur zdarza mi się, że kiedy sięgam po czytadło pomstuję na siebie za stratę czasu. Oczywiście nie jest to regułą, ale zdarza się dość często. Fleszerową -Muskat trochę znam. Jej dwie książki Milionerzy i Kochankowie róży wiatrów czytałam będąc nastolatką i wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Powróciwszy po latach do pierwszej książki przypomniałam ją sobie z przyjemnością i choć odebrałam zupełnie inaczej, to nie uważam jej lektury za czas stracony. Inaczej rzecz się miała z Latem nagich dziewcząt, którego treści nie pamiętałam już po paru miesiącach i odebrałam jako dość naiwne czytadło. Natomiast na najwartościowszą jak dotąd książkę Fleszerowej uważam Pozwólcie nam krzyczeć. A Zatoka śpiewających traw leży i czeka i trochę, jak książkozaur i chciałabym i boję się. A ty nie martw się, że mogłaby się nie spodobac komus książka, która tobie się podoba. Wszystkie jesteśmy dużymi dziewczynkami świadomymi tego co chcemy przeczytac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martwić się - nie martwię, ale zawsze to jednak przyjemnie, jeśli książka przedstawiana przez nas w pozytywnym świetle przypadnie do gustu osobie, która sięgnęła po nią pod wpływem naszej rekomendacji i odwrotnie - głupio, jeśli się zawiedzie.
      O "Pozwólcie nam krzyczeć" czytałam również inne pozytywne opinie, więc może kiedyś...
      Natomiast przez dwie ostatnie niedziele oglądałam "Miasto z morza" - ekranizację "Wiatru od lądu". Taka sobie, ale podobno książka jest bez porównania lepsza.

      Usuń
    2. No widzisz, a ja się nie martwię, że wg ciebie ekranizacja taka sobie, a ja bardzo ją lubię, może sentyment do miasta, do lat młodości moich przodków, a może lubię ten rodzaj cukierkowych trochę filmików. Wracam do tej ekranizacji często, choć mam przeczucie, że książka jest jednak lepsza. Choć oczywiście byłoby mi milej, gdyby i tobie się filmik spodobał. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Ale obejrzałam go sama z siebie, a nie pod wpływem Twojej sugestii, więc nie masz mnie - że tak powiem - na sumieniu :)
      Choć z drugiej strony, moja opinia o książce była szczera, zresztą o to przecież chodzi w tego typu blogach, jak nasze, dlatego nie ma tu mowy o "martwieniu się", może jedynie o cieniu zaniepokojenia.

      Usuń
    4. Przeczytałam Tak trzymać (recenzja u mnie) i potwierdzam zdecydowanie lepsza niż film. Właściwie film do pięt nie sięga. Dziś stawiam na równi Pozwólcie nam krzyczeć i Tak trzymać. Uważam je ze wszystkich przeczytanych książek Fleszerowej za najwartościowsze pozycje i warte polecenia. Nie są to romanse, nie są to lekkie, łatwe i przyjemne, dotyczą ważkich i trudnych spraw, ale napisane są przystępnym językiem. Pozdrawiam

      Usuń
  3. To jedna z moich ulubionych książek.)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...