Poprzednia notka była o Tutenchamonie i Carterze nie przypadkiem. Książka Jacq miała wprowadzić mnie w nastrój przed wyjazdem do Górnego Egiptu. Wprawdzie planowany był Meksyk, ale stan portfela sprawił, że skończyło się rejsem po Nilu (bez Kairu i piramid, bo tam byłam cztery lata temu). Jedna książka, to trochę za mało, żeby mieć minimalny choćby podkład teoretyczny, więc na drogę wzięłam Człowieka Egiptu – z publicystycznej serii W kręgu codzienności, ale nie bardzo mi się to czytało. Za to Dzienniki kołymskie Jacka Hugo-Badera dosłownie pochłonęłam. Zabrałam je trochę dla kontrastu, trochę dla odskoczni od upałów, ale ten drugi powód okazał się kompletnie nietrafiony – w Hurghadzie bardziej przydała się zimowa kurtka niż schładzacz temperatury. Książka JHB jest świetna, ale o tym w następnej notce. Na razie będzie o Egipcie.
Nikogo chyba nie potrzeba przekonywać, że Egipt ma turyście wiele do zaoferowania. I nie chodzi mi o wiedzę na temat faraonów i ich czasów, uważam nawet, że więcej i lepiej można obejrzeć i dowiedzieć się z filmów dokumentalnych. Jednak osobista bytność w tych miejscach daje coś, czego film nam nie zastąpi, bo dopiero tam na miejscu można poczuć atmosferę i magię starożytności. Nie bardzo potrafię wyrazić to słowami, żeby nie było patetycznie i banalnie, ale mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli – taką bliskość, podniosłość, że oto obcuje się z potęgą sprzed tysiącleci, stworzoną z myślą o wybrańcach losu: bogach, władcach, kapłanach.
Te monumentalne budowle, całe w zdobieniach, niegdyś kolorowych (do dziś gdzieniegdzie zachowały się ślady farby, głównie w grobowcach), wznoszono nie tylko ku chwale bogów i umacnianiu władzy faraonów, ale też po to, by przetrwała pamięć o ich budowniczych. I tak się stało, dzięki scenom na ścianach świątyń i grobowców, malowidłom, płaskorzeźbom, hieroglifom możemy dziś domniemywać, jak wyglądało życie w kolebce naszej cywilizacji.
Zainteresowanych codziennością starożytnego Egiptu odsyłam do Człowieka Egiptu - zbiorowej pracy pod redakcją Sergia Donadoniego. W oparciu o dostępne źródła naukowcy z różnych krajów snują domysły na temat życia różnych ówczesnych grup społecznych i zawodowych; rolników, kupców, żołnierzy, niewolników, cudzoziemców. Osobne rozdziały poświęcono faraonom i Egipcjankom. Jedne rozdziały bardziej mnie interesują, inne mniej, więc podczytuję sobie powolutku i wcale nie po kolei. A że daleko mi do końca, nie wypowiadam się na temat całości, jednak już teraz myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie.
A skoro już o równouprawnieniu, podzielę się jeszcze spostrzeżeniem z obserwacji niektórych naszych rodaczek: kilka pań w wieku zbliżonym do balzakowskiego zachowywało się, jakby pragnęły zasłużyć na opinię, jaką „cieszą się” Niemcy czy Skandynawowie w Tajlandii. Jeśli, choćby w takim samym procencie, będziemy równie aktywne w dziedzinie zawodowej i w polityce, to już w tej dziesięciolatce mamy szansę objąć połowę stanowisk w zarządach firm i połowę mandatów w sejmie :). Zaznaczam, że nie mam zamiaru oceniać niczyjego postępowania, piszę o tym jako o ciekawostce, szczególnie wyrazistej w zestawieniu z powściągliwym sposobem bycia Egipcjanek.
I jeszcze o tym, że oni o nas też myślą stereotypami. Jeden z pilotów usilnie przekonywał nas, że Arabowie wcale nie mają czterech żon - no bo przecież my, głuptaki, na pewno uważamy, że cztery żony, a przynajmniej dwie, to u każdego muzułmanina norma.
Ale wracając do bezpieczeństwa, to policji turystycznej widać mniej, niż gdy byłam w Egipcie cztery lata temu, konwojów też nie było poza drogą z Asuanu do Abu Simbel (ok. 300 km przez zupełną pustynię), a i tam podobno dlatego, że jakby się jakiś autokar popsuł, inne zabiorą ludzi, a nie z powodu zagrożenia porwaniem. Zamieszki faktycznie są regularnie, bo podobno ludzie domagają się, żeby powiesić Mubaraka, ale to się dzieje raczej na północy kraju, głównie w Kairze. Krążą opowieści, że już ponad 100 osób straciło oczy od strzałów snajperów. W Hurghadzie też się ponoć szykowały demonstracje, ale już na dzień po naszym wyjeździe.
Arabska wiosna wielu wydała się chyba niefortunnym czasem do zwiedzania Egiptu, a doniesienia o powtarzających się zamieszkach skutecznie odstraszyły turystów. Z jednej strony dobrze, bo było stosunkowo mało turystów, można było wszystko swobodnie obejrzeć, porobić zdjęcia, ale przede wszystkim poczuć się bliżej starożytności. Z drugiej jednak natarczywość spragnionych kupca handlarzy osiągnęła chyba apogeum. Niby należy być wyrozumiałym, w końcu żyją z tego, co uda im się zarobić na turystach, ale jak na każdym kroku człowieka zaczepiają, dosłownie przed każdym sklepikiem i chcą wciągnąć do środka, to odechciewa się wychodzić z hotelowego pokoju. Pozornie są uśmiechnięci, sympatyczni, ale tak naprawdę to chyba nas nie lubią, takie przynajmniej miałam odczucia. Oczywiście nie wszyscy, bo ci, którzy nie żyją z turystów, mieszkańcy ubogich uliczek, mijani podczas przejażdżki dorożkami, machali do nas i pozdrawiali: oni wydawali się autentyczni w swojej życzliwości, choć nie mogli liczyć na bakszysz.
Ale tak w ogóle to wszystko podobało mi się dużo bardziej niż cztery lata temu w Sharm el-Sheikh: zabytki, krajobrazy, ludzie. Większa egzotyka, mniej europejskości, globalizacja jeszcze nie dotarła w takim stopniu, jak na Synaj. No, po prostu ciekawiej. Było co oglądać. Na a gdy już nad Nilem zapadała ciemność, albo gdy w Hurghadzie nie można było wyściubić nosa z hotelu z powodu handlarzy, przenosiłam się w wyobraźni na Kołymę, dzięki Jackowi Hugo-Baderowi i jego Dziennikom.
Zdjęcia są dziełem mojego męża, z Doliny Królów niestety nic nie ma, bo tam nie wolno fotografować, ani filmować.
Zdjęcia są zachwycające (*_____*)
OdpowiedzUsuńMiło mi, że się podobają :)
UsuńByłam 10 lat temu na rejsie po Nilu, ale bez Abu Simbel i do tej pory, mimo że zwiedziłam inne kraje, jestem zachwycona zabytkami starożytności. Przyjemnie było poczytać Twoje wspomnienia:)
OdpowiedzUsuń